128 la temu – 15 maja 1891 roku urodził się Michaił Bułhakow, rosyjski pisarz i dramaturg, autor m.in. Mistrza i Małgorzaty. 30 listopada 1974 roku wrocławska publiczność mogła obejrzeć na Scenie Kameralnej sztukę pt. Czy pan widział Poncjusza Piłata, która powstała na podstawie książki Bułhakowa.

W przedstawieniu w reżyserii Piotra Paradowskiego wystapili:

Igor Przegrodzki jako Poncjusz Piłat, Eliasz Kuziemski (Michał A. Berlioz), Janusz (Jan) Peszek (Jeszua Ha-Nocri), Andrzej Polkowski (Woland), Ewa Lejczak (Behemot), Adam Dzieszyński (Asasello vide Behemot), Nika Sołubianka (Noc-Nisa), Halina Piechowska (Asystent), Andrzej Wilk (Afraniusz), Wojciech Malec (Juda z Kiriatu), Jerzy Z. Nowak (Mateusz Lewita).

W „Słowie Polskim”, 8 grudnia 1974 roku ukazała się taka oto recenzja autorstwa Bogdana Bąka:

Widziałem Poncjusza P.

Na PYTANIE tak bardzo kategorycznie w afiszu odpowiadam również jednoznacznie: Tak, widziałem Poncjusza Piłata. Było to 30 listopada 1974 r. we Wrocławiu, przy ulicy Świdnickiej 28.

Przyznam jednak, te wcześniej dręczyły mnie rozterki tudzież niepokoje Kiedy u progu sezonu, na konferencji prasowej, poinformowano, iż na kameralnej scenie zaprezentowana będzie adaptacja „Mistrza i Małgorzaty”, zadrżałem. Mówiąc szczerze nie bardzo wierzyłem (a obiekcje te potwierdzą chyba liczne rzesze czytelników powieści) w sensowny przekład sceniczny książki wielowątkowej i wielopłaszczyznowej, w jej kameralizację dla potrzeb małej sceny, wreszcie w rozłożenie akcentów, rozdzielenie tego co dzieje się realnie, na jawie od scen w jakimś sensie wywiedzionych z doświadczeń nadrealistów, z poetyki snu i fantasmagorii.

Zaraz więc na początku wypada powiedzieć, że pierwsze zwycięstwo odniósł Piotr Paradowski jako twórca adaptacji. Być może inaczej patrzyłbym na sprawę gdyby „rzecz” chciano mi sprzedać w opakowaniu z napisem „Mistrz i Małgorzata”. Na tytuł „Czy pan widział Poncjusza Piłata” – zgoda. Ogranicza to skomplikowaną materię powieści do jednego tylko motywu. Do wątku Poncjusza Piłata. Czy ja zresztą wiem? Może jest to wątek poety Iwana Bezdomnego? A może Judy z Kirlatu? Najpewniej zresztą Wolanda… Jeśli więc na sprawę spojrzeć inaczej, może to być sprawa twórczych niepokojów poetyckiej wyobraźni, ale także zdrady i zdrajcy, wreszcie władzy i jej mechanizmów, nie tylko zresztą tej jednej jedynej, zaprzeszłej, „pewnej afery mistyczno-politycznej” (by odwołał się do bardzo zabawnych, witkacowskich niemal, charakterystyk postaci, pomieszczonych w programie). Adaptacja jest więc dostatecznie pojemna by rozmaicie można ją było odczytywać, to sporo. W tej sytuacji nie spieram się już o nieuchronne zubożenie w stosunku do pierwowzoru.

Myślę także, iż mimo pewnych, bardzo szczegółowych zresztą wątpliwości, które na marginesie realizacji potrafiłbym zgłosić (że jest już aluzją zbyt nachalną na przykład Juda z telefonem albo, że zbyt wiele ostatnio we Wrocławiu heblowania światłem) jest to przedstawienie na pewno udane. Paradowski – reżyser odwołuje się do dość różnych stylistyk teatralnych, i to jest słuszne, pozwala bezkolizyjnie pokonywać bariery kolejnych kręgów, kolejnych doświadczeń, bezboleśnie przekraczać granice jawy i ułudy. A wszystkie te środki służą budowaniu nastroju, angażują z każdą chwilą mocniej.

Nie ulega kwestii, te współtwórcą owego klimatu jest scenograf Mariusz Chwedczuk, przy czym zwracam uwagę nie tyle na oszczędne, choć funkcjonalna dekoracje, ale przede wszystkim na kostium wywiedziony „z epoki”, ale nie pozbawiony współczesnych aluzji, sugerujący, że cała opowieść nie jest tak bardzo anachroniczna. W tej sytuacji o jeden rekwizyt sprzeczał się już nie będę.

Wreszcie aktorstwo. I tu także plus dla reżysera. Oczywiście Piotr Paradowski wspierał się aktorami wybitnymi i dobrymi, potrafił przecież zestroić ich temperamenty twórcze, wydobyć interesujące tony i półtony. Pisząc w tytule o Poncjuszu P. chciałem być i aluzyjny i przecherny. Litera P. w równym stopniu określać może P. (iłata), co odtwórcę roli tytułowej Igora P. (rzegrodzkiego). A jest to kolejna wybitna rola tego aktora. Swoją polityczną intrygę rozgrywa Piłat-Przegrodzki zupełnie beznamiętnie. Postać zbudowana cieniutką, niewidoczną niemal kreską i przez to niezwykle interesująca.

Jest to w ogóle wieczór panów P. Zupełnie równorzędną, choć budowaną innymi środkami scenicznego wyrazu propozycji zgłasza Andrzej P (olkowski) – Woland, taktownie (bo wewnętrznie) demoniczny konstruktor owej zabawy.

Nie potrafię jeszcze odróżnić Ewy Lejczak (Behemot) od Niki Sołubianki (Noc-Nisa). ale wszystkie panie – włącznie z Haliną Piechowską (Asystent): wdzięcznie się w mojej pamięci zapisały.

Jest to zresztą przedstawienie w którym z dwoma solistami współbrzmi ładnie zinstrumentowany chór, którego członkowie posiadają zresztą swe partie solowe. Dlatego chwalę zabawnego Eliasza Kuziemskiego (Michał A. Berlioz) i – zwłaszcza w partiach gdzie jest postacią dynamiczną, działającą – Andrzeja Mrożka (Iwan Bezdomny) i Janusza Peszka (Jeszua Ha Nocri) i Judę z Kiriatu Wojciecha Malca, także Afraniusza Andrzeja Wilka i Adama Dzieszyńsklego (Asasello), którego teatr specjalizuje ostatnio w roli milczących osiłków. Mniej chwalą Jerzego Z. Nowaka, który jednak niezupełnie uwierzytelnił słowa programowego komentarza, że Lewita jest „fanatycznym wielbicielem, bez należytego zrozumienia ducha słów”. Bardzo sprawnie zorganizowany Chaos reprezentowali: Zygmunt Bielawski, Cezary Kussyk i Jerzy Racina.

Tak więc Drodzy Państwo – widziałem Poncjusza P. I was do tego zachęcam.

:
Powrót

Najnowsze wpisy

Tagi

Archiwa