Rozmowa z Aldoną Struzik, aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Za nami 73. sezon w Teatrze Polskim we Wrocławiu, jesteśmy w połowie wakacji. Miałaś duży udział w tym co się w teatrze działo. Czujesz się zmęczona? Jaki był dla Ciebie ten sezon?

– Nie, nie czuję się zmęczona… i …chciałabym więcej! Tak to już jest ze mną, że zawsze staram się pracować ze wszystkich sił, a do tego praca to moja pasja. Ostatni sezon był dla mnie bardzo zajmujący, chociaż muszę uczciwie powiedzieć, że chętnie zagrałabym więcej premier. Po prostu bardzo lubię mierzyć się z nowymi zadaniami. Sezon był z jednej strony trudny, ale z drugiej bardzo satysfakcjonujący. Najbardziej cieszy mnie to, że gramy dla pełnej widowni, że tworzymy spektakle jednocześnie nowoczesne, ale i takie, z których widz może czerpać dużą radość. A my z kolei czerpiemy radość będąc na scenie, z grania tych przedstawień, więc jest to obopólna korzyść. Bardzo miłe jest także to, że gramy spektakle, po których widzowie biją brawa na stojąco. Tak np. zdarzyło się przy naszej ostatniej premierze „Ożenić się nie mogę”, granego na dużej scenie. To bardzo satysfakcjonujące i dające nam, aktorom ogromną radość wyzwalającą energię. Takie chwile sprawiają, że mam ochotę osiągać jeszcze więcej, zarówno jako aktorka, ale też jako człowiek.

Grasz w kilku najbardziej lubianych przez publiczność sztukach naszego teatru, to sukces?

– Oczywiście i jestem ogromnie zadowolona, że reżyserzy mnie w nich obsadzili, ale też z tego, że publiczność darzy nas takim zaufaniem i tak chętnie wybiera nasz teatr, a co za tym idzie role przeze mnie w tych spektaklach grane. Uważam jednak, że dużo większym sukcesem ostatniego sezonu jest nasze budowanie zespołu. Myślę, że wszyscy zaczynamy się powoli zgrywać, dogadywać i współgrać ze sobą. Poznajemy się coraz lepiej, bo nie da się ukryć, że zespół się zmienia. Życzę też sobie bardzo spotkać się na scenie ze wszystkimi kolegami naszego zespołu. Mam nadzieję, że jest to nadal możliwe i chętnie współpracowałabym na nowo z tymi, z którymi grałam przed laty.

Mówiąc o scenie, kiedy na niej jesteś, obserwujesz reakcje widzów, dostrzegasz je czy jesteś zbyt skupiona na roli? Czy spoglądacie kątem oka na to, co dzieje się na widowni?

– Kątem oka nie da się spoglądać. Można ich tylko czuć, jakimś takim wewnętrznym okiem: jak reagują na naszą grę, czy są zainteresowani, uważni,czy są skupieni, rozbawieni, wzruszeni. Nasze bycie na scenie jest mocno związane z widzem, który siedzi TAM po drugiej stronie rampy. Swoimi reakcjami widz po części tworzy z nami spektakl i za każdym razem jest to inne przedstawienie. Również dlatego, że z każdym wyjściem na scenę my też jesteśmy inni. Jesteśmy ludźmi, mamy w sobie różne emocje, samopoczucie, życie prywatne. Oczywiście, zostawiamy je za progiem teatru, ale mimo wszystko one są gdzieś w nas i także współgrają z widownią. Nigdy nie ma braku sprzężenia zwrotnego. W każdym razie ja tak to czuję i odbieram. Owszem, muszę przyznać, że skupiając się na graniu danej postaci, oddaję się roli, temu co myśli, co przeżywa i spoglądać na widownię byłoby dla mnie niemożliwością. Chyba, że postać się bezpośrednio do widza zwraca. Czasem tak jest. Było tak np. w „Mirandolinie”. Jednak zawsze bardzo lubię czuć energię widza i ja ją cały czas czuję. My słyszymy przecież oddechy, słyszymy śmiechy, słyszymy reakcje publiczności. W ten sposób budowany jest spektakl – pomiędzy naszymi energiami a widownią.

Dlatego, dzięki tej niewiadomej, bo przecież nie wiemy, jak tym razem widzowie odbiorą naszą grę, każdy spektakl jest czymś zagadkowym, to jest dla nas samych niespodzianką.

Bardzo się cieszę, kiedy wychodząc po spektaklu, mam okazję spotykać widzów, którzy mnie nie rozpoznają po przedstawieniu. Tak się dzieje na przykład chociażby przy „Francuskiej niespodziance”, gdzie gram kogoś zupełnie odległego charakterem ode mnie – prywatnej Aldony. Do tego w mocnej charakteryzacji i peruce. Wówczas widzowie czekający na nas po spektaklu z gratulacjami, a czasem i kwiatami (bardzo to jest miłe), dopiero po chwili orientują się, że to właśnie ja wychodzę z teatru. Nie mogą uwierzyć, że zagrałam tę śmieszną, prostacką kobietę (Aldona Struzik wciela się w rolę Marléne Châtaigneau – przyp. aut.). Najlepszymi i najzabawniejszymi recenzjami dla mnie są właśnie te, kiedy słyszę, że musi być ze mnie niezła jędza (śmiech). Mam nadzieję, że mi to nie zostanie na życie…

Zarówno „Francuska niespodzianka” jak i „Ożenić się nie mogę” to nasze bardzo lubiane przez publiczność przedstawienia i oczywiście będą grane w nadchodzącym sezonie. Zatem możemy zaprosić widzów już na spotkanie z Tobą w następnym sezonie.

– Oczywiście, że tak. Zapraszam serdecznie do poznania mojej Hermenegildy z „Ożenić się nie mogę”, ponieważ to najnowsze przedstawienie w naszym teatrze i już cieszące się dużym zainteresowaniem. Zagrane dopiero kilka razy, więc jeszcze bardzo świeże. Ciągle mam w pamięci naszą współpracę z pełnym poczucia humoru Grzegorzem Kempinsky’im, reżyserem, który bardzo lubi ludzi i swoją pracę. Mimo wielu przeciwności potrafił wykazać się stoickim spokojem. Praca z nim była dużą przyjemnością.

Zapraszam równie serdecznie na „Xięgi Schulza”, które są spektaklem o zupełnie innym klimacie. Jest to przedstawienie bardzo oniryczne, zmysłowe, które wprowadza nas w przedwojenny czas tajemniczych zakamarków Drohobycza. Uwielbiam wychodzić na scenę wraz z moimi kolegami i zanurzać się w poetykę tego świata. Darzę tę opowieść o Brunonie Schulzu i jego wspaniałej twórczości ogromnym sentymentem… Być może po części dlatego, że z tych okolic wywodzi się moja rodzina i czuję, że z tym miejscem łączą mnie nieodkryte, a zarazem wyjątkowe więzy. Cudowna reżyseria Janka Szurmieja, mojego od lat ukochanego reżysera, wspaniała muzyka Marcina Partyki, piękne kostiumy Marty Hubki i scenografia nieodżałowanego Wojtka Jankowiaka sprawiają, że naprawdę przenosimy się w magiczny świat „Sklepów cynamonowych” czy „Księgi bałwochwalczej”. To spotkanie jest dla mnie dodatkowo szczególnie cenne, gdyż właściwie „niedzielę temu” zagrałam u Janka jedną z moich pierwszych ról teatralnych – Halinkę w „Sztukmistrzu z Lublina”. Potem były kolejne …i kolejne… a kto wie co jeszcze przed nami…?

Jesteśmy na półmetku wakacji. Jak wyglądają wakacje aktorki? Zdradź coś, co wykorzystamy w mediach plotkarskich.

– Aktorzy mają dwa miesiące urlopu, między innymi dlatego, że w trakcie sezonu artystycznego pracujemy we wszystkie weekendy i wiele wolnych dni, wówczas kiedy inni mogą spędzać czas na wypoczynku. Oczywiście, jeśli widzowie zaglądają akurat do nas, to bardzo cieszymy się, że ten czas spędzają właśnie z nami. Bardzo dziękujemy! Ale w związku z tym, nam aktorom, wakacje troszkę się wydłużają, a to jest związane z przerwą między kolejnymi sezonami w teatrze. Natomiast chyba każdy z nas czeka jednocześnie na to, że w okresie wakacyjnym spłyną do niego także inne propozycje zawodowe. Akurat ja – tak. Jeszcze w czerwcu i lipcu dogrywałam na planach seriale, w których występuję, między innymi „O mnie się nie martw” (Marzena Molenda, matka Kostka) i „Sprawiedliwi – wydział kryminalny”, w którym gram Wandę Kubis. Lubię grać te postaci, bo obie panie choć odmienne mają swoje niepowtarzalne charaktery… (śmiech).

To teraz plotki.

Ponieważ mój partner życiowy rozpoczął już próby do nowego przedstawienia, zatem musimy godzić naszą pracę w różnych teatrach i miastach ze wspólnymi planami urlopowymi. Przyznam, że w tym roku udało nam się bardzo ładnie ułożyć ten czas… Ale – odpukać, bo nieco wolnego jeszcze przed nami, więc nie chcę zapeszyć… W ubiegłym roku mogliśmy pojechać na Fuerteventurę, byłam tam pierwszy raz i zauroczyła mnie ta wyspa. W tym roku byliśmy już w Grecji na Kos i też było pięknie. Uwielbiam pływać, a fale były takie, jak lubię, ogromne. Najczęściej jednak delektujemy się leśną głuszą, bo to nam najbardziej odpowiada i mamy takie możliwości. Możemy się tam zaszyć, głaskać koty, czytać książki, grać np. w scrabble, a później zbierać grzyby. Mam nadzieję, że w tym roku namówię na grzyby moją mamę. Pewnie się zgodzi, bo też to bardzo lubi. A ja po prostu uwielbiam zapach trawy, drzew, ściółki leśnej i grzybów właśnie… Ot tak po prostu – cenię sobie ten nasz rodzimy swojski spokój.

Co robisz z grzybami?

– Duszę! Albo suszę, żeby były na święta! Ale sosik z cebulką, zieloną pietruszką, jałowcem, listkiem laurowym… mmmm – takie lubię najbardziej. Och, rozmarzyłam się. Niech jeszcze tylko popada trochę, to i kanie na patelnię będą. Ale zdarzają się tam piękne okazy koźlaków, prawdziwków, podgrzybków. Zbieramy naprawdę wielkie kosze. Czyścimy, pichcimy, a potem… czytamy książki. Przede mną „Rodzina Muszkatów” Isaaca Bashevisa Singera, a niedawno skończyłam „Krainę chichów” Jonathana Carrolla i „ Matkę i córkę” Alberto Moravii – polecam. „Rodzina Muszkatów” ma 750 stron, ale mimo że cały sezon czytam scenariusze i uczę się ich na pamięć, to naprawdę myślę, że ta lektura będzie świetna na drugą część wakacji. Serio, mało mi jeszcze – tak już mam. Uwielbiam biografie, sagi rodzinne – takie książki mnie fascynują, a niestety w sezonie teatralnym, książki mam okazję czytać tylko w pociągu, jeśli akurat sama nie prowadzę samochodu do Warszawy, co zdarza się coraz częściej. Dlatego cieszę się, że mam teraz trochę czasu wolnego dla siebie i bliskich, a jednocześnie cieszę się, że już za chwilę czeka mnie kolejna praca, bo to jest dla aktora wymarzona równowaga.

:
Powrót

Najnowsze wpisy

Tagi

Archiwa