Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie:

Źródło: "Teatr" 2015 nr 7-8

Link do źródła: www.teatr-pismo.pl

Data publikacji: 2015-07-15

Dotknąć skrywanego

Rozmowa z Haliną Rasiakówną

 

Jolanta Kowalska: Nie lubisz wywiadów?

Halina Rasiakówna: To, co mam do powiedzenia, przekazuję rolami, one mówią za mnie, to wystarczy... Nie lubię się powtarzać, a to w wywiadach nieuniknione.

Jolanta Kowalska: Jednak aktor zawdzięcza swoją niepowtarzalność człowiekowi, który w nim siedzi, to jest związek nierozerwalny. Ciekawa jestem momentu, w którym narodziła się w Tobie aktorka. Podobno zdecydowałaś się zdawać do szkoły teatralnej, nigdy wcześniej nie oglądając żywego teatru?

Halina Rasiakówna: Po co sięgać wstecz, wyławiać historie z pamięci. Przeszłość to iluzja, czas martwy, tego nie ma.

Jolanta Kowalska: Pamiętasz, od kiedy zaczęłaś myśleć o aktorstwie?

Halina Rasiakówna: Aktorstwo to takie spełnione pragnienie dziecka.

Jolanta Kowalska: Z jakich doświadczeń zrodziło się to pragnienie?

Halina Rasiakówna: Pragnienie to pragnienie, nie musi być na czymś budowane. Dobrze, kiedy los łaskawie pozwoli je osiągnąć... No dobrze, stawałam w kącie pokoju i musiałam swoje odegrać albo wdrapywałam się na scenę podczas szkolnej choinki, na którą zabierała mnie siostra, i dawałam występ, nie bacząc, czy ktoś słucha, ogląda czy nie. Ot, potrzeba taka... tylko tyle i aż tyle. Sięganie do przeszłości stwarza mi problem, przeszłość jest jakby poza moją pamięcią. Zresztą zapamiętujemy to, co chcemy zapamiętać, nie to, co się zdarzyło w rzeczywistości, przeszłość przetwarzamy po swojemu. Ważne jest tu i teraz, po co szukać więcej.

Jolanta Kowalska: Twoje życie zawodowe niemal od początku związane jest z Wrocławiem. Po ukończeniu PWSFTviT w Łodzi i jednym sezonie spędzonym w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie znalazłaś się w zespole Teatru Współczesnego we Wrocławiu, który przeżywał wówczas okres świetności pod kierownictwem Kazimierza Brauna. Już pierwsza rola, Pauliny w Białym małżeństwie, przyniosła Ci wielki sukces. Jak wspominasz ten okres?

Halina Rasiakówna: Znalazłam się tu w momencie, kiedy Braun objął teatr i poszukiwał Paulinki do Białego małżeństwa, nie pamiętam, kto nas skontaktował. To była jego pierwsza praca reżyserska w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i okazała się wielkim sukcesem, nie tylko frekwencyjnym, ale i artystycznym. Często spotykał się z Tadeuszem Różewiczem w trakcie prób, był wierny jego wskazówkom inscenizacyjnym. To był dobry, ważny czas. Braun stworzył na Rzeźniczej miejsce wyjątkowe, robił teatr żywo reagujący na to, co się działo. Takim spektaklem była Dżuma, komentująca rzeczywistość po wprowadzeniu stanu wojennego. Scena końcowa, w której mówiłam monolog, rozwieszając pieluchy na drucie kolczastym, rozgrywała się w scenerii obozu dla internowanych. Nie brakowało też realizacji tak wyjątkowych tekstów jak Przyrost naturalny Różewicza. Teatr Brauna był odważny, nowatorski, ciekawy, eksperymentujący z przestrzenią teatralną, jego Dziady, grane przez dwa wieczory, wyszły poza teatr. Helmut Kajzar wyreżyserował w tym czasie słynne Odejście Głodomora. Dużo grałam, Braun proponował mi bardzo różnorodny repertuar i dawał dużą swobodę w kreowaniu postaci. Aktor po szkole ma potrzebę grania, ważne, by dużo grać, Braun mi to umożliwiał, otrzymywałam role, materia których mnie rozwijała... Właśnie w tym teatrze szybko udało mi się przejść od ról dziewczęcych w kobiece: grając jeszcze Paulinkę w Białym małżeństwie, zagrałam już Gretę w Pułapce Różewicza.

Jolanta Kowalska: No właśnie, to był przecież czas, w którym Twoja dziewczęcość i uroda były dość intensywnie eksploatowane na scenie. Byłaś wtedy idealnym wcieleniem Albertynki. Grałaś tę rolę i u Brauna, i w inscenizacji Macieja Prusa w Teatrze Dramatycznym, gdzie zastąpiłaś Joannę Pacułę. Można powiedzieć, że i Albertynka, i Paulina były rolami dość odważnymi jak na tamte czasy.

Halina Rasiakówna: Nagość na scenie nie była zjawiskiem częstym, wzbudzała niezdrowe emocje. Nie miałam żadnych oporów, w tych rolach po prostu była wpisana w tekst. W teatrze Brauna nagość miała swoje istotne miejsce...

Jolanta Kowalska: Te role miały swoich fanów. Po Białym małżeństwie na murach miasta pojawiły się wiersze sławiące urodę Twojego biustu.

Halina Rasiakówna: ...taaak? A to ciekawe, nie znałam tej historii. Paulinka w jednej scenie zdejmowała gorset, ona była dość perwersyjna. Ten spektakl był bardzo intensywnie eksploatowany i osiągnął rekordową liczbę wystawień w dość krótkim czasie. W tak zwane wolne soboty i w niedziele czy będąc na wyjeździe, graliśmy po dwa przedstawienia, aż nadszedł spektakl pięćsetny i poprosiłam o zastępstwo.

Jolanta Kowalska: Przejście do ról kobiecych, o których mówiłaś, nastąpiło przede wszystkim za sprawą Grety w Pułapce. Podobno "obsadził" Cię w tej roli sam Tadeusz Różewicz? Jak do tego doszło?

Halina Rasiakówna: W planach była prapremiera Pułapki. Różewicz przyszedł na Dżumę, po przedstawieniu spotkaliśmy się w parę osób przed teatrem i powiedział: "Kazimierzu, chciałbym, żeby Gretę grała pani Halina", a Braun na to: "Dobrze, że mi powiedziałeś, bo obsadziłem ją w roli Felicji, ale obsada nie zawisła, więc zmienię". Różewicz był w szczególny sposób związany z teatrem, lubił wpadać niezapowiedziany na Białe małżeństwo i bywało, że pisał reprymendy do Brauna: "Jak one mają się tak śmiać, lepiej niech to już zejdzie z afisza". Pewnie trafił na moment, kiedy zwyczajnie zgotowałyśmy się.

Jolanta Kowalska: Dobrze współpracowało Ci się z Braunem?

Halina Rasiakówna: Był reżyserem, który chętnie czerpał z aktora, dawał swobodę. Dużo proponowałam i potrafił to wykorzystać.

Jolanta Kowalska: Obsadzał Cię wówczas w niemal wszystkich swoich spektaklach, a nawet napisał dla Ciebie monodram – Hollywood znaczy święty las.

Halina Rasiakówna: Sytuacja była nawet kłopotliwa, bo nie przepadam za tą formą, miałam opory, wątpliwości, czy będąc na scenie sama przez ponad godzinę, zdołam zainteresować widza. Monodram to ogromne wyzwanie, aktor jest tylko z tekstem na scenie. Ostatecznie udało mi się wprowadzić postać słuchającego reżysera, któremu swoją historię bohaterka opowiada. Jednak granie tego było dla mnie ogromnym stresem.

Jolanta Kowalska: Rola Grety w Pułapce spięła dwa ważne okresy w Twojej karierze. Kończyła współpracę z Braunem, który niedługo potem został zdymisjonowany, i – w osiem lat później – rozpoczynała świetną passę w Teatrze Polskim. Ten drugi spektakl wyreżyserował Jerzy Jarocki. Jak to się stało, że również on zaproponował Ci tę rolę?

Halina Rasiakówna: Nie wiem, dlaczego mnie wybrał, nie pamiętam nawet, jak zareagowałam, co czułam, gdy powtórnie obsadzono mnie w roli Grety: lęk? obawę, czy zdołam zaproponować coś nowego? Tamta Greta odległa była i bliska, bo niespełniona w ilości zagranych przedstawień. Nie znałam Jarockiego, nie wiedziałam, jak pracuje. Był znakomicie przygotowany, wiedzący, a nie poszukujący, tak jakby ten spektakl widział, znał każdy jego nerw, a teraz go składał. Wszystko musiało się zgadzać z jego wyobrażeniem. Dokładnie wiedział, czego oczekuje od aktora, konsekwentny w egzekwowaniu tego, wręcz apodyktyczny. Odniosłam wrażenie, że pracował tak, jakby wszystkie role wypróbowywał w domu, widział je, słyszał; miał gotowe intonacje, gesty, akcenty. Poproszono mnie o asystenturę przy Pułapce, miałam wszystkiego pilnować, pełnić rolę wentyla bezpieczeństwa na linii teatr-Jarocki. Byłam obecna na wszystkich próbach. Potrafił być wobec aktora bezwzględny, nie rozumiałam, dlaczego pracuje w ten sposób. Przecież aktor zagra, trzeba go tylko obdarzyć odrobiną zaufania, czasem lepiej włożyć do inkubatora, otoczyć opieką. Ale potrafił być też cierpliwy, tłumaczyć i objaśniać wielokrotnie. Efekt finalny był znakomity, tylko dojście do niego pełne niepotrzebnych stresów i nerwic.

Jolanta Kowalska: Jak takiej samodzielnej aktorce układała się współpraca z reżyserem, który wszystko wie?

Halina Rasiakówna: To było trudne spotkanie, miałam dwie sceny: Greta-Franz i kluczową dla mojej postaci scenę Greta-Maks. Był to właściwie długi, wielostronicowy monolog Grety, w którym poeta zawarł wszystko: jej samotność, erotyzm, gorycz, nieszczęście, zmęczenie zmarnowanym życiem. Na jednej z pierwszych prób poczułam, że Jarocki widzi Gretę bardzo formalnie. Zapytałam, dlaczego tak, Greta jest przecież ciężko doświadczona, jest w niej cały wachlarz, całe bogactwo duszy kobiecej. Nie zapamiętałam, co odpowiedział, ale wyłączył mnie z prób, przestał nad tą sceną pracować. Premiera się zbliżała, więc upominałam się o nią. Powiedział: "Ta scena? Przecież wszystko w niej wiadome, pani musi ją tylko zagrać". Na próbie generalnej zagrałam ją drugi raz na scenie. Później już mnie nie obsadzał w swoich spektaklach, aż do Historii PRL według Mrożka. Z perspektywy czasu patrząc, może nie zrozumiałam intencji odnośnie do Grety, nie wiem, ale chyba nie nadawaliśmy na tych samych falach. Jeśli z kimś pracuję, muszę z nim i przy nim czuć się dobrze. Przechowuję egzemplarze ważnych dla mnie ról, więc zachowałam egzemplarz prapremierowej Pułapki, w którym sama dokonałam skreśleń. Byłam zaskoczona, gdy Jarocki przyszedł na próbę z takimi samymi skrótami.

Jolanta Kowalska: A jakie wrażenie zrobiło na Tobie pierwsze spotkanie z Krystianem Lupą w Immanuelu Kancie?

Halina Rasiakówna: Pojawił się, jakby przyleciał z innej galaktyki, niezwykłą osobowością zauroczył, omamił, rozkochał. Szamanił zachowaniem w trakcie prób, waląc w bęben, wybijając rytm, wydobywając z siebie potężny głos. Z nastroszonymi włosami, czerwonymi policzkami, absolutnie pochłonięty tym, co robi, nad czym pracuje, bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej. Grał, pokazywał, dostawał od nas brawa, potrafił fantastycznie zagrać każdą postać. To, jak grał, było nie do powtórzenia przez nikogo, a jego reakcje na widowni podczas prób Kanta były ciekawsze od tego, co my próbowaliśmy na scenie. Zadziwił mnie niesamowitą cierpliwością, wyrozumiałością, wręcz jakąś niespotykaną wcześniej miłością do aktora, wydobywaniem z nas tonów, o jakie byśmy siebie nie podejrzewali. Dużo mówił, opowiadał anegdoty pozornie niezwiązane z tematem; inspirujący, malował na tekście całą gamę złożonego charakteru postaci, który w czytaniu wydawał się jednowymiarowy. To było zauroczenie, pierwszy raz spotkałam reżysera, który miał w pracy radość dziecka, śmiał się tam, gdzie nikt się nie śmiał. Nawet egzemplarze były niezwyczajne – miały przygotowane przez niego okładki. Wtedy jeszcze rysował kostiumy. Mam wszystkie aż do Azylu. Jeśli nie przyniósł projektu-rysunku na początku, to już go potem nie zrobił, pochłonięty bez reszty próbami. Po premierze po raz pierwszy żałowałam, że próby się skończyły. To spotkanie było dla mnie przeżyciem ekstremalnym.

Jolanta Kowalska: Coś zmienił w Twoim podejściu do aktorstwa?

Halina Rasiakówna: Przesunął granice teatru, pokazał, że ich nie ma, że można odważyć się na więcej, dotknąć skrywanego, intymnego, zahaczając o wstydliwe, bo to dotyczy człowieka. Gdyby nie to spotkanie, prawdopodobnie nie byłabym w miejscu, w którym jestem, ale wpływ na to ma też droga życiowa, jaką przeszłam, kompleksy, które zostawiłam za sobą. Działam, pracuję intuicją od zawsze, aktor pracuje na strunach, które uruchomi reżyser. Z Lupą pracujesz niekonwencjonalnie, poznane jest nieciekawe, idź w kierunku niepoznanego, wyrzuć z siebie aktora, wyzbądź się kreacji. Dokonał radykalnego podziału: nie myśleć aktorem, myśleć postacią, to postać ma rację, nie aktor. Ponazywał, uświadomił tematy, które intuicja podpowiadała. Doskonale czuję czas, pauzę, ciszę, wiem dokładnie, ile może, powinna trwać... tylko w jego spektaklach pozwalam czasowi w pełni płynąć, mimo iż czasem odbieram zniecierpliwienie partnerów. Cisza i milczenie – przecież nie ma niczego piękniejszego w teatrze.

Nie wyobrażam sobie aktora, który odrzuci jego radykalizm. Lupa to teatralny, bardzo ludzki potwór. Zagrałam u niego niezwykłe kobiety. Milionerka, Hanna Wendling, Greta, Wasylisa, Pani Hubert, Maja Auersberger, choć mają inne światy, barwy, łączy je wielkie pragnienie miłości i samotność. Te role to prezent od losu.

Jolanta Kowalska: No właśnie, myślę, że rysem wspólnym wielu Twoich bohaterek jest deficyt miłości. To kobiety niekochane, zawieszone pomiędzy marzeniem o idealnym uczuciu a rzeczywistością, w drodze do ideału, którego nie ma. Pragnienie miłości w Hannie Wendling przeradza się wręcz w obsesję.

Halina Rasiakówna: Hanna miała w sobie tajemnicę, kłopoty z obszarem uczuciowym i erotycznym, z wyrażaniem go, pozorny chłód i jakieś szaleństwo w środku. Ta rola była wielkim wyzwaniem dla mnie i próbą wejścia w rejony, których nie dotknęłam wcześniej jako aktorka, wejścia w coś, czego nie przeżyłam, na co byłam zamknięta jako człowiek, co wypierałam. Nam się wydaje, że jesteśmy otwarci, wszystko możemy zagrać, dopiero zmaganie się z materią postaci ukazuje, które sfery mamy pozamykane. Hanna była bez ekspresji, bez jakiegoś widocznego cierpienia, tkwiąca w dziwnym zakleszczeniu. Krystian mówił i mówił: "Ona tańczy – nie tańczy". Pokazywał, próbowałam po nim powtarzać, wiedząc, że to, co robię, jest kompletnie beznadziejne. Wpadłam w stupor, czułam opór, czułam inaczej, coś mówiło, że nie tędy droga. Na jednej próbie powiedział: "Halina, wszystko jest poza graniem" – i we mnie pękło. Zapytałam: "Czy mogę po swojemu?" – i zrobiłam coś chyba absolutnie odwrotnego, i tak zostało. Hanna – jej zapadanie w siebie, niezaspokojona, obsesyjna seksualność przechodząca w koszmary senne; śni, że jest gwałcona przez żołnierzy i przechodzi z rąk do rąk. Uporczywe fantazje o seksie z bezrękim porucznikiem Jaretzkim, który w umyśle Hanny pojawia się jako włamywacz chcący wtargnąć do jej pokoju... Urojenia są tak silne, że umysł przenosi je w rzeczywistość. Rzadko dostaje się taki materiał. Cały spektakl był obrazem nastrojów, ciszy, oszczędny w wypowiadanych słowach, będących jakby dodatkiem do scen, w których bohaterowie próbują dotrzeć do siebie poza nimi. Aktorstwo schowane, aktorstwo poza graniem... Hanna to rola, która nie zaistniała, zawsze tęsknimy za tym, co pozostawia niedosyt. Ten spektakl powstał w złym okresie dla teatru w ogóle, był ledwie parę razy grany, dzisiaj miałby swoją publiczność. Po latach wznowiono Kuszenie cichej Weroniki, drugą część dyptyku Dama z jednorożcem. Przykro mi, że Krystian przystał na to, pomijając część Hanny.

Niemniej który reżyser dałby mi po Milionerce Hannę? Jak wspomniałam, wszystkie moje Lupowe kobiety łączy samotność: Wasylisa z jej rozbuchanym erotyzmem, bez pardonu walcząca o Piepieła, Milionerka – pozorna idiotka, mająca na każdy temat wiele do powiedzenia, filozofka prawie, zapaście i nerwice lecząca alkoholem, czy Pani Hubert.

Jolanta Kowalska: Ta ostatnia rola rodziła się w szczególny sposób, bez uprzedniego scenariusza?

Halina Rasiakówna: Poczekalnia.0 powstała z improwizacji. Każdy mógł wykreować swoje marzenie, z mojego powstała Pani Hubert. Zrodziła się z fascynacji kobietą pragnącą miłości, która ma odwagę o nią zawalczyć, której życie upłynęło w uczuciowej pustce. Bardzo lubię jej nieustanną i niezaprzeczalną obecność na scenie, ona po prostu jest. Czeka na przyjazd pociągu, żeby się uwolnić od "tamtej swojej decyzji", podejmuje radykalny krok, wierząc, że w każdym wieku wszystko można zacząć od nowa. Pragnie miłości, rzeczywistego bycia z drugim człowiekiem, chce zakosztować pełni z drugą osobą. Przestrzeń duchowa jest w niej tak silna, że porzuca życiową wygodę, jakby nie pamiętała o swoim wieku. Krystian inaczej to widział, napisał scenę, w której ona zostaje jednak z mężem. Nie przystałam na to, mimo iż wiele osób było zdania, że po dwudziestu pięciu latach wspólnego życia nie można tak po prostu odejść. Uważałam, że można, absolutnie można, człowiek jest nieprzewidywalny. W życiu nie ma żadnych reguł.

W Poczekalni.0 i czas jest rzeczywisty, i nasza obecność na scenie też jest rzeczywista. W tej postaci mogę trwać, trwać i być. Ale nie mam niedosytu.

Jolanta Kowalska: Czy Greta z Prezydentek byłaby bratnią duszą tamtych kobiet? Ona też marzyła o miłości.

Halina Rasiakówna: Greta ma wielkie, niezaspokojone i niespełnione chyba pragnienie miłości. Dla niej miłość objawia się w pożądaniu – jeżeli mężczyzna pożąda, to kocha. Dlatego w jej fantazjach alkoholowych pojawia się Fredziu i Greta snuje całą opowieść o jego seksualnych wyczynach i pięknym, wspaniałym życiu z nim, które tak bezwzględnie niszczy Mariedl.

Jolanta Kowalska: To postać naszkicowana bardzo mocną kreską. Jak to się dzieje, że robi wrażenie znacznie starszej niż inne Twoje bohaterki?

Halina Rasiakówna: Greta jest emerytką, prostą kobietą z nizin społecznych. Nie korzystam z charakteryzacji, nie postarzam siebie. Kostium, fryzura i postać się staje. Krystian trafił kostiumem w charakter Grety, jest on niekorzystny i obnaża mnie fizycznie, ale buduje ją. Z całej trójki to ona jest najbardziej – nazwijmy to – seksowna i najwięcej o seksie mówi. W jakimś momencie na próbie pojawił się niski głos, nie wiem, zaczęłam po prostu tak mówić, później doszedł ociężały chód, spowolnione gesty. Przemienić się można i bez pomocy charakteryzatora, jeżeli uruchomisz w sobie właściwe struny, to i policzki obwisną, i zmarszczki się pojawią. Greta ma zdecydowany, ostry rysunek, balansuje na dość cienkiej linie. Trzeba uwagi, by nie popaść w karykaturę czy rodzajowość.

Staram się nadawać moim postaciom nowy rys, nie powielać, nie powtarzać – takie marzenie, żeby każda była niepowtarzalna. Miałam obawy na początku pracy nad Wycinką ze względu na tego samego partnera, z którym gram w Poczekalni.0. Problem inny, inna historia, ale ten sam partner i ponownie skonfliktowane małżeństwo – powody, by widz postrzegał Maję przez pryzmat Pani Hubert. Odetchnęłam, gdy miałam pewność, że udało się odkleić od siebie obie role. U Mai nie dotykamy strony seksualnej, choć przez moment zastanawiałam się, czy nie wejść głębiej w ten temat. Jej pierwowzór był erotycznie dość otwarty, napomknęłam o tym Krystianowi, ale nie podchwycił tematu, a ja nie przywiązałam się do tej myśli na tyle, żeby ją drążyć. W tym towarzystwie jedynie Auersberger otoczony jest swoimi kochankami. Można założyć, że Maja tę cząstkę kobiecości zastąpiła artystką, sztuką: "Żyć życiem artystycznym, artystyczne życie, to moja idea". W życiu stosujemy zamienniki.

Przebiórki Mai. Pomyślałam, że zmiany sukienek są bezwiedne, wchodząc do pokoju, nie szuka w szafie, ale nie patrząc, sięga po kolejną. Przebieranie nie wynika z chęci podobania się, a z lęku, nerwicy o kolację, która się opóźnia, nerwicy o nieobecną Jelinek, o Auersbergera, który upije się i wielotygodniowe starania zniweczy. Pomiędzy małżonkami jest konflikt, napięcie, chwilami wylewające się na salon. Potrzebowałam tych przebiórek, one są pozorem spokoju, są w zastępstwie tabletek, alkoholu. Maja parokrotnie opuszcza towarzystwo. Temat Joany mimowolnie czyni stypę z jej artystycznej kolacji.

W oczekiwaniu na aktora krąży po domu. W tym krążeniu jest niepokój. Stany, emocje Mai są ukryte. Ona kreuje siebie i całe towarzyskie spotkanie, przeczuwając nadchodzącą katastrofę. Artystyczne kolacje nie udają się, odkąd ich uczestnicy zagubili twórczą moc i pasje, rozsiadając się w wygodnych fotelach. Maja jest przeciwieństwem Pani Hubert, nigdy nie opuści męża, z którego zrobiła artystę, bo na nim może budować pozory artystycznego życia i w tym się spełniać. Ta postać powstawała w rozjazdach, od wtorku do soboty byłam na próbach Wycinki, od soboty wieczór do poniedziałku na próbach Apokalipsy Michała Borczucha w Nowym Teatrze w Warszawie. Taka równoległość daje w kość, ale dobrze się w tym i z tym czułam. Na totalnym zmęczeniu intuicja prowadzi w dziwne rejony czasem.

Jolanta Kowalska: W Podróży zimowej Elfriede Jelinek w reżyserii Pawła Miśkiewicza grasz rolę, którą łatwo rozszyfrować jako wcielenie autorki. W tej postaci jest jeszcze mniej kobiecości niż w Mai Auersberger. Jak odnalazłaś się w tej roli?

Halina Rasiakówna: Nie powiedziałabym, że w Mai jest mało kobiecości, sam jej wygląd jest bardzo kobiecy, w przeciwieństwie do Jelinek, która wygląda na osobę surową, oschłą, silną, dumną. Paweł miał od razu gotową koncepcję przedstawienia. Jeśli przyszło się z jakąś myślą, inspiracją wybiegającą poza tekst, a dotyczącą osoby Jelinek, nie był zainteresowany, mówił wręcz: "Nie macie do mnie zaufania". Bardziej chodziło mu o przekaz tego, co zawarte jest w dramacie, niż o poszukiwanie, pokazanie jej sfer kobiecych, choć one i tak przenikają przez ramy spektaklu. Niewiele wiemy o Jelinek, właściwie nic o jej życiu prywatnym, skrzętnie skrywa swoją osobę, podobno cierpi na agorafobię, ale czy to prawda? Znamy ją jedynie poprzez książki, teksty. Jelinek – Kasandra, Jelinek – wieszczka atakująca konsumpcjonizm, medialno-sportowy przemysł wyjaławiający umysły, telewizyjny amok. Gęsto tu od autoironii, rozrachunków z przeszłością, przemijania, walki o trwanie – "żebyśmy jeszcze bardziej mogli być". Mówi i mówi, słowa zalewają ją, zalewają nas. Z tego natłoku przebija bolesna samotność kobiety, ale też jej niezwykła siła. To bardzo gęsta, refleksyjna, ostra wypowiedź rozliczeniowa, podejmująca motyw czasu, obecności, samotności. Wybieramy drogę, która jest nam pisana. Niektórzy najlepiej czują się we własnym towarzystwie, sfera seksualna jest im obca. Tak pokazana Jelinek nie fascynuje jako kobieta. Skupiłam się głównie na tekście, niczego nie dokładając, nie domyślając. W tym wypadku nie było potrzeby dobijać się do człowieka, poznać go inaczej, niż się poznać pozwala. Pozostał niedosyt, czy jest to postać czy tylko przekaz tekstu ubrany w formę.

Jolanta Kowalska: Co aktor powinien wiedzieć o swoich postaciach?

Halina Rasiakówna: Tyle, ile każdy człowiek wie o sobie, a przy starcie najlepiej nic, trzeba poddać się przygodzie i wejść w nią bez obciążeń, głęboko, jak tylko się da.

Jolanta Kowalska: Lubisz improwizacje?

Halina Rasiakówna: Nie mam z tym problemu, ale jeśli z projektu na projekt tylko improwizujesz, wówczas bywają męczące. Improwizacja to fantazjowanie na zadany temat, choć wykorzystuje się w niej prywatne przeżycia, emocje. Czym innym jest instalacja improwizacyjna w czasie spektaklu, na gotowym tekście, roli – ale to już bardzo wysoki szczebel aktorskiej drabiny.

Jolanta Kowalska: Krystian Lupa nie lubi w aktorstwie rutyny. Czy wobec tego technika i rzemiosło bywają użyteczne w pracy nad rolą w jego spektaklach?

Halina Rasiakówna: Myślę, że jedno z drugim niewiele ma wspólnego. Jeżeli technika i rzemiosło oznaczają wyciąganie gotowych, sprawdzonych schematów, którymi aktor chce zabłysnąć, to użyteczne nie są. Krystian odrzuca wykonywanie, granie rodzajowe, gotowe, technicznie podawane kwestie niepodparte myślą, intencją. Odrzuca granie ze sobą samym, niewidzenie, niesłuchanie partnera, niereagowanie na zbudowany wokół świat. Odrzuca wszystkie tzw. środki aktorskie.

Jeżeli technika i rzemiosło mają natomiast służyć uruchamianiu zaplecza wyobraźni, fantazji, myśli, odczuć, to są użyteczne – jak najbardziej. Umożliwiają nam powrót do stanów, które wypracowaliśmy w czasie prób, do duszy, nerwu postaci. W przeciwnym razie można by robić teatr z ludźmi z ulicy. W kontekście teatru Lupy technika i rzemiosło źle brzmią, bardziej pasuje słowo "warsztat", którym jest ciało i psychika aktora. Tak się pojmuje technikę w teatrach Wschodu, na niej buduje się postać, tworzy sztukę. Ona pozwala przechodzić z jednego stanu emocjonalnego w inny. Bez tego zbudowanie roli wydaje się niemożliwe.

Jolanta Kowalska: Czy postać może przejąć władzę nad aktorem?

Halina Rasiakówna: Wiele, wiele lat temu, przy okazji jakiejś pracy zrodziła się myśl, którą zapisałam w notatkach: "Rola powinna aktora prowadzić, nie aktor rolę, wówczas to postać działa, myśli, zajmuje bezwiednie sytuacje, trzeba umieć zapomnieć o sobie – nie zawsze jest to możliwe, nie zawsze się udaje". Trzeba zaufać postaci i umieć się w nią wsłuchać. Jeśli to aktor prowadzi rolę, oznacza, że ją kontroluje, a tym samym ogranicza, tłumi jej własny głos. Nie należy przykrywać roli sobą, swoją osobowością, bo gdy ego aktora góruje nad postacią, niszczy się życie postaci. "Wyrzuć z siebie egotycznego aktora, wtedy uzyskasz stan błogosławionego wariata" – mówi Lupa. Nigdy nie wiadomo, gdzie kończy się aktor, a zaczyna postać. Korzystamy z tego, kim jesteśmy. "Aktorstwo to najlepsza kryjówka dla tych, którzy schowali swoje dzieciństwo do kieszeni i uciekli, żeby się bawić do końca życia".

***

Halina Rasiakówna (1951)
aktorka teatralna, związana z Teatrem Współczesnym i Teatrem Polskim we Wrocławiu, wystąpiła też w kilku filmach i serialach. Współtworzyła spektakle Kazimierza Brauna, Macieja Prusa, Jerzego Jarockiego, Krystiana Lupy, Pawła Miśkiewicza, Jana Klaty, Wiktora Rubina, Michała Borczucha, Krzysztofa Garbaczewskiego, Łukasza Twarkowskiego. Spotkanie z Lupą uważa za przełomowe.

Przedstawienie: WYCINKA HOLZFÄLLEN

Wydarzenie: Wycinka Holzfällen w Awinionie

Źródło: "Midi Libre"

Data publikacji: 2015-07-07

Fascynująca stypa

Krystian Lupa adaptuje Wycinkę zgryźliwego Thomasa Bernharda

Wydarzenie przez duże "W" nie zawsze ma miejsce tam, gdzie się go spodziewamy. W sobotę uwaga była skierowana na Króla Leara wystawianego na dziedzińcu honorowym, ale pierwszy mocny punkt 69. edycji festiwalu w Awinionie wyznaczył Krystian Lupa w sali La Fabrica.

Wybitny polski reżyser zaadaptował powieść Wycinka zgryźliwego Thomasa Bernharda, szatkując ją na kawałki i podkreślając uniwersalny charakter tego pamfletu na wiedeńską elitę artystyczną i intelektualną lat 80. Bo ta kolacja w pełnym rozkładzie, nocą ukazująca zmęczenie jednych, ambicje drugich, rywalizację, wypieranie się, nie straciła na swojej aktualności.

W mieszczańskim salonie Auersbergerów para gospodarzy, już nieco nie na czasie, zebrała młodych modnych autorów: zgorzkniałą pisarkę alkoholiczkę, surrealistycznego małomównego malarza, wielkiego aktora, pożądanego, ponieważ gra w teatrze (w Dzikiej kaczce Ibsena), który z trudnym do zniesienia komedianctwem recytuje przed współbiesiadnikami, a następnie popada w rozczarowanie.

Aktorzy szepczą

Atmosfera podczas kolacji jest ponura: grupa tego samego ranka pochowała przyjaciółkę, tancerkę, która się powiesiła. Krystian Lupa dodaje do zaproszonych Thomasa Bernharda. Jest on obserwatorem, wyłączonym z tego rozpadającego się koła artystów. Stoi za witrażem – pomysłowym fragmentem scenografii, łączącym obrotową dekorację i materiały wideo, co pozwala na uzyskanie efektu nakładania się przeszłości i teraźniejszości. A wariacje na temat Purcella tworzą rozdzierający muzyczny klimat.

Lupa akcentuje degenerację przez nadanie postaciom pewnych cech duchów: aktorzy szepczą, a ich wściekłość, kiedy wybucha, jest jeszcze bardziej dotkliwa. Czasami irytuje powolność, ale gra aktorów jest prawdziwie imponująca. Rzadko widuje się francuskich aktorów o takiej sile wyrazu.

Przedstawienie: WYCINKA HOLZFÄLLEN

Wydarzenie: Wycinka Holzfällen w Awinionie

Źródło: "Le Monde"

Link do źródła: www.lemonde.fr

Data publikacji: 2015-07-07

Lupa ożywia potwory Bernharda

Polski reżyser z maestrią adaptuje Wycinkę austriackiego autora

Jakie to szczęście, że właśnie tak rozpoczął się tegoroczny Festiwal... Jak się okazuje, Święty Graal nie zawsze kryje się na dziedzińcu honorowym Pałacu Papieskiego. Tegoroczne odkrycie Festiwalu w Awinionie miało miejsce poza murami Pałacu, w sali La Fabrica usytuowanej w mało dystyngowanej dzielnicy Monclar. To tam, w sobotę 4 lipca po południu, Krystian Lupa zaprezentował pierwszy spektakl Festiwalu: Wycinkę na podstawie powieści Thomasa Bernharda. Arcydzieło, co potwierdza owacja na stojąco na koniec przedstawienia trwającego 4 i pół godziny, w języku polskim z napisami. W wieku 72 lat, ten mistrz polskiego teatru sygnuje zachwycający manifest artystyczny, będący komedią ludzką jednocześnie drapieżną i pełną humoru.

Wspólna przygoda Lupy i Bernharda trwa już od dwudziestu lat: to już szósty tekst austriackiego autora przeniesiony na deski przez polskiego reżysera. Obaj mają tę samą radykalną potrzebę odkrycia prawdy, ściągnięcia masek, wyciągnięcia na światło dzienne tego, co niedopowiedziane. Pisząc ten tekst w 1984 roku, na pięć lat przed śmiercią, Bernhard – pogromca austriackiej korupcji i gnuśności – po raz kolejny inspirował się własnym doświadczeniem. A także rzeczywistymi postaciami z artystycznego austriackiego światka, pokazanymi w tekście z wielką siłą satyry, w całej okazałości swojej przeciętności i kompromitacji. Gra, która kosztowała autora głośny proces o zniesławienie, nagonkę medialną i konfiskatę egzemplarzy powieści przez policję, manifestacje przeciw tłamszeniu wolności artystycznej, co wszystko w efekcie przyczyniło się do spektakularnych wyników sprzedaży.

Wycinka – podtytuł Ekscytacja – to przede wszystkim wyzwanie dla teatru. Powieść jest ciągłym monologiem, bez podziału na akapity, bez chwili na zaczerpnięcie powietrza przez całe dwieście stron. Wewnętrzny monolog, przepływ myśli narratora – tylko odrobinę przebranego sobowtóra Bernharda – który przyszedł do swoich dawnych znajomych na "kolację artystyczną" wydaną po samobójczej śmierci ich wspólnej przyjaciółki Joany, pięknej, ale niespełnionej artystki. Lupa adaptuje ten materiał z mistrzowską inteligencją i robi z niego prawdziwy i wielki teatr z udziałem postaci i z dialogami (o ile można użyć tego słowa, postacie tak bardzo zdają się niezdolne do jakiejkolwiek komunikacji). Reżyser wykorzystywał liczne improwizacje aktorów, aby nadać tym postaciom, ledwie przez Bernharda wspomnianym, prawdziwe istnienie z krwi i kości. I to z jakim efektem!

A zatem oto i oni: światek artystyczny, jaki można spotkać zawsze i wszędzie – Lupa z pewnością rozlicza się tu po trosze także z Polską. Małżeństwo Auersbergerów, figury oficjalnej sztuki, które oddały swoje człowieczeństwo, duchowość i etykę, podejmują pisarkę, która uważa się za austriacką Virginię Woolf i inną, która uważa się za austriacką Gertrudę Stein, dwóch młodych pisarzy nazywanych James i Joyce oraz... narratora o nazwisku Thomas Bernhard.

Hipnotyczne crescendo

Wszyscy czekają na aktora wiedeńskiego Burgtheater, który ma dołączyć do nich po przedstawieniu Dzika kaczka Ibsena. Ale to inna postać prześladuje spektakl podczas tego popadającego w chaos wieczoru. Chaosu, którym Lupa kieruje mistrzowską ręką, spokojną intensywnością, w rytm Bolera Ravela, który mógłby posłużyć za metaforę całego spektaklu: to jednocześnie hipnotyczne crescendo, dzieło chcące być zarazem lekkie i uczone, a staje się refrenem, jak i refleksja na temat wariancji.

Przez postać Joany Lupa buduje wspaniały grobowiec dla młodej artystki, która szukała swojej drogi, ale nie odniosła "sukcesu" w socjalnym znaczeniu tego słowa. Grobowiec także dla sztuki w ogóle, tej prawdziwej, która została w kupieckim społeczeństwie zniżona do poziomu użytkowego, politycznego i ekonomicznego. Osią całego spektaklu, w którym pojawiają się także cienie Amy Winehouse i Sarah Kane (która także popełniła samobójstwo w 1999 r., w wieku 27 lat), jest właśnie ta młoda, uświęcona kobieta, której wykadrowaną twarz widzimy na ekranie już od pierwszych minut spektaklu. Piękna niczym w filmach Bergmana, bez upiększeń, w całej bulwersującej sile obnażenia. Kierując dialogiem między scenami filmowymi i tym, co dzieje się na żywo na scenie, Lupa po raz pierwszy wykazuje się wirtuozerią na takim poziomie. Sceny filmowe, jak tę z pogrzebu Joany, cechuje ponadto wewnętrzne piękno.

Aktorzy Lupy są niezrównani w tej grze, w której sztuka przeciwstawia się z całych sił sztuczności rządzącej naszym życiem. Niesprawiedliwością jest, że nie możemy tu wymienić ich wszystkich. Wspomnimy nadzwyczajnych Martę Ziębę (Joana), Piotra Skibę (Thomas Bernhard), Jana Frycza (aktor z Burg) i Wojciecha Ziemiańskiego (Auersberger) – potwory, które w lustrze ukazują sobie nawzajem oblicza złości, mizantropii, narcyzmu i cierpienia.

Ten spektakl jest manifestem nie tylko samego Lupy, ale także dyrekcji Festiwalu, która nim właśnie postanowiła otworzyć tegoroczną edycję. Mamy nadzieję, że po Awinionie i reszta Francji będzie miała okazję zobaczyć to przedstawienie: wychodzi się z niego jednocześnie głęboko wzruszonym, jak i paradoksalnie pokrzepionym. Wycinka sama w sobie udowadnia duchową moc sztuki.