Facebook

You Tube

Twitter

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: TERMOPILE POLSKIE

Źródło: "Odra" 2014 nr 7-8

Data publikacji: 2014-07-15

Polskie inferno w mrącej głowie

Pod koniec sezonu Jan Klata miał przygotować w Teatrze Polskim we Wrocławiu spektakl oparty na scenariuszu filmu Andrzeja Żuławskiego Diabeł, nakręconego w 1972 roku, lecz zakazywanego przez cenzurę niemal do końca PRL-u. Zamiast niego wyreżyserował – również rozgrywające się w czasie rozbiorów Polski i walk o jej odbudowę pod koniec XVIII wieku – misterium Tadeusza Micińskiego Termopile polskie. Klata dotarł niegdyś do sztuk Micińskiego, podobnie jak do twórczości Romana Jaworskiego, którego adaptację Wesela hrabiego Orgaza wystawił cztery lata temu w Krakowie, dzięki lekturze utworów Witkacego i w ramach poszukiwania prekursorów jego dramatopisarstwa. Zaintrygowała go wtedy zresztą bardziej Bazylissa Teofanu.

Obecnie w Termopilach polskich – rozgrywających się w "Mrącej Głowie" postrzelonego w trakcie bitwy pod Lipskiem w 1813 roku i tonącego w Elsterze księcia Józefa Poniatowskiego – dostrzegł groteskowy obraz rozpadu Rzeczypospolitej, rozdzieranej wewnętrznymi konfliktami, zdominowanej przez Rosję i Prusy oraz niemogącej liczyć na żadnych sojuszników. Pokazanej od okresu zjazdu w Kaniowie, na którym caryca Katarzyna II upokorzyła Stanisława Augusta, poprzez uchwalenie Konstytucji 3 maja, zawiązanie Targowicy, niemy sejm w Grodnie, po klęskę powstania kościuszkowskiego pod Maciejowicami i rzeź warszawskiej Pragi. W spektaklu Klaty przedśmiertne wspomnienia księcia Józefa przybierają, niczym w filmie Żuławskiego, kształt sennego koszmaru z motywami desperacji, szaleństwa, opętania czy orgiastycznego seksu; upadek Polski ma wymiar apokaliptyczny, charakter manichejskich zmagań sił dobra i zła. Jak w dramacie Micińskiego i filmie Żuławskiego, pojawia się w nim zresztą diabeł. Jest to patronujący Targowicy Krakremija (Michał Chorosiński). Ale porusza się on na klęczkach, jakby był pątnikiem, i trzyma w dłoniach kościelne dzwonki do mszy, którymi potrząsa. Jego przeciwniczką staje się odziana w białą szatę Wita, która zostaje w pewnym momencie ułożona na krzyżu wiszącym nad sceną. Wita (Janka Woźnicka) pojawia się w prologu spektaklu, opartym na epizodzie W nurtach Elstery. Podtrzymuje ona na duchu konającego na zasnutym dymami polu walki swego i księcia Józefa syna – Witołda. Przy czym Witołd nie jest, jak w sztuce Micińskiego, młodym chorążym ciężko rannym pod Lipskiem, ale dzieckiem w hełmie z biało-czerwoną opaską, czyli powstańcem warszawskim z 1944 roku. Klata więc od razu powraca do swego sporu z Kinderszenen Jarosława Marka Rymkiewicza i później jeszcze parokrotnie wyraża w spektaklu ambiwalentny stosunek do polskich zrywów zbrojnych, kończących się hekatombą i klęską. Zarówno Klata, jak i scenografka Justyna Łagowska zrezygnowali z postulowanej przez Micińskiego w Uwadze dla teatrów i didaskaliach monumentalnej, trzykondygnacyjnej dekoracji. Czarna czeluść dużej sceny Teatru Polskiego została odsłonięta, po bokach wiszą tylko wielkie lustra, a przedstawienie grane jest niejako na zaoranej ziemi. Rzadko ustawiane są na niej dodatkowe elementy, takie jak koń gimnastyczny będący tronem Katarzyny (Halina Rasiakówna), ukazanej w otoczeniu dworzan-kochanków jako Wielka Nierządnica. Najważniejszym z nich jest Kniaź Patiomkin (Bartosz Porczyk), odziany w sportowy dres i podkoszulek w barwach biało-niebiesko-czerwonych, niezmordowany w wykonywaniu ruchów kopulacyjnych i akrobatycznych figur, a przede wszystkim bezwzględnie realizujący imperialną politykę Rosji. Popisem jego talentów dyplomatycznych jest rozmowa z polskim Królem (Wojciech Ziemiański) przed spotkaniem z carycą. Patiomkin traktuje protekcjonalnie i prowadzi za rękę niczym dziecko uległego, rojącego o sojuszu z Rosją Stanisława Poniatowskiego w garniturze i wielkiej koronie na głowie. Gdy zapowiada abdykację, radzi Stanisławowi Augustowi, by po tejże abdykacji został tancerzem, i zmusza go do wykonania baletowej etiudy do muzyki Piotra Czajkowskiego. Słaniający się na nogach stary król w trakcie tańca zostaje poniżony i przygotowany do kapitulacji w negocjacjach z Rosją.

Bratanek króla, Józef Poniatowski (Wiesław Cichy), we współczesnym wojskowym umundurowaniu bojowym, ale z wielkimi bokobrodami, nie daje się manipulować Rosjanom. Demonstracją jego woli walki są ciosy wymierzane w rękawicach bokserskich, białej i czerwonej, w zawieszony z boku sceny worek treningowy. Przy każdym celnym uderzeniu wspomina on na zmianę uwiedzione kobiety i wygrane bitwy. Na głowie nosi jednak, niczym infantylni żołnierze z obrazów Witolda Wojtkiewicza, zrobiony z papieru wielki trójkątny kapelusz. Jeszcze bardziej żałosny jest wspierający go potem w walkach w obronie niepodległości Polski Kościuszko (Marcin Pempuś), który jako przybysz z Ameryki nosi strój tamtejszych Indian z białym piórem wetkniętym w przepaskę założoną na czole.

Jan Klata jako adaptator dokonał dość znacznej redukcji tekstu dramatu Micińskiego, zrekonstruowanego na podstawie zachowanych fragmentów i wariantów przez Teresę Wróblewską na potrzeby gdańskiej prapremiery z 1970 roku i opublikowanej dziesięć lat później krytycznej edycji. Spektakl trwa zaledwie ponad trzy godziny, a na scenie – poza odtwórcami Józefa, Króla, Wity i Katarzyny – znajduje się jeszcze tylko siedmiu aktorów. Grają oni za to po kilka postaci, wielokrotnie przeobrażając się poprzez zmianę elementów XVIII-wiecznych strojów przywdziewanych na nagie torsy lub nakryć głów. Patiomkin wprawdzie pozostaje w sportowym stroju, ale jest ponadto działającym w Warszawie i wydającym polecenia Suworowowi w trakcie rzezi Pragi Arżanowem oraz Wańka Kainem, nadzorującym zatwierdzenie drugiego rozbioru przez sejm w Grodnie. Poniekąd w jedną figurę zdrajcy (Edwin Petrykat) połączeni też zostali wszyscy czołowi targowiczanie: hetman Seweryn Rzewuski, Ksawery Branicki i Szczęsny Potocki czy wreszcie prymas Michał Poniatowski. W rezultacie widzowie mniej zorientowani w ówczesnej historii Polski raczej nie są w stanie identyfikować tożsamości wszystkich postaci, mimo iż z reguły są one w dialogach prezentowane. Wielokrotnie mogą mieć kłopot z rozpoznaniem historycznej sytuacji. Uchwalanie konstytucji ukazane jest bowiem na przykład metaforycznie jako senny mazur posłów i senatorów. Zza sceny dobiegają wyłącznie odgłosy awantur toczących się na sali sejmowej. Podobnie w sekwencji ewokującej sejm grodzieński z 1793 roku posłowie leżą z twarzami do ziemi na proscenium niczym aresztowani, polecenia zaś wydaje im tonem nieznoszącym sprzeciwu przechadzający się w głębi Wańka Kain. Odbiór spektaklu na pewno ułatwiłoby wyświetlanie po bokach sceny informacji o czasie i miejscu akcji kolejnych epizodów. Klata starał się jednak w Termopilach polskich wyraźnie unikać konwencji kroniki historycznej z lat 1787–1795. Zależało mu natomiast na ukazaniu rodzimego piekła, z którym kojarzyć się może jeszcze wiele wydarzeń w porozbiorowych dziejach Polski.

Dlatego w przedstawieniu niespodziewanie rozbrzmiewa patetyczna pieśń z czasów komunizmu o zakończeniu wojny w 1945 roku, w której "dzień zwycięstwa" okazuje się nade wszystko "dniem pobiedy" dla Związku Radzieckiego. Z tych samych powodów z toczącego się we Włoszech w 1807 roku Intermezza wyprowadził Klata krótki współczesny epilog. Księcia Józefa i Witę wysłał "na wczasy w ofercie all inclusive". Opalają się oni na leżakach na plaży nad Morzem Śródziemnym jako typowi przedstawiciele obecnej klasy średniej. Wita stwierdza, że na ten moment Polska czekała tysiąc lat. Zza kulis słychać Mazurek Dąbrowskiego śpiewany przez legionistów. Książę Józef wstaje zaintrygowany, jakby pieśń przypomniała mu o zaniechanych obowiązkach względem Polski. Lecz jeden z legionistów jak oskarżenie rzuca mu wówczas w twarz grudę ziemi.

Klacie udało się znaleźć ponowoczesny kształt sceniczny dla karkołomnego i zawiłego, niekiedy wręcz mętnego misterium Micińskiego, a przy tym zachować w adaptacji jego sedno. Ponadto od zrealizowanej dziesięć lat temu w teatrze wałbrzyskim ...córki Fizdejki na kanwie Janulki... Witkacego Klata nie stworzył spektaklu w równym stopniu politycznego, dobitnie komentującego sytuację geopolityczną i stan Polski. Skądinąd w sukurs przyszły mu wypadki na Ukrainie, które uświadomiły wszystkim zagrożenia ze strony rosyjskiego imperializmu. W przedstawieniu w ślad za Micińskim przywołana jest nawet aneksja Krymu przez Rosję dokonana w roku 1783 przez Patiomkina na polecenie carycy Katarzyny.

Przedstawienie: TERMOPILE POLSKIE

Źródło: www.e-teatr.pl

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2014-06-07

Klasyka z odzysku

[...]

TERMOPILE, TE NASZE TERMOPILE

Tym słowem nazywano bitwy wygrane, jak Bitwa Warszawska, i te – jakich mamy większość – przegrane. Termopile polskie Tadeusza Micińskiego mówią o wielkiej przegranej walce o istnienie Polski; targi króla z byłą kochanką carycą Katarzyną, Targowica, pierwszy rozbiór, powstanie kościuszkowskie, klęska Napoleona, a tym samym nasza. Sztuka zapoznana, mało grana; po wojnie potykała się o przeszkody polityczne, a i przed wojną nikt się do niej nie palił. Zapewne z powodu obrazoburstwa wobec bohaterów narodu. Przede wszystkim jednak ze względu na wątpliwe wartości intelektualne i walory artystyczne. W sztuce niezłego młodopolskiego poety sporo podejrzanej metafizyki i, krótkim żołnierskim słowem, grafomanii. A jednak Tadeusz Miciński zalicza się do polskiej klasyki; stanowi głos odrębny, wnosi ważki ton w Polaków rozmowy: nikogo nie oszczędzać. Miciński kopie na wszystkie strony, szydzi zjadliwie, nie bawi się w niuanse, dzielenie włosa na dziesięcioro, nie pochyla się nad bohaterami historii, ich ideałami, złudzeniami, słabością i tchórzostwem. Leje na odlew naszych i tych przeciw nam. Często przesadza, jest niesprawiedliwy, doprowadza rzeczy, ludzi, sytuacje do absurdu. Witkacy, który cenił Micińskiego, rumienił się ze wstydu i wściekłości, gdy czytał historię Polski. Oprócz ambicji filozoficznych, to właśnie mieli ze sobą wspólnego. Z rozpaczy zrodził się groteskowy obraz naszej historii. Takie widzenie rzeczywistości nie mieści się w doktrynerskich umysłach. Klacie, który otrzepał z naftaliny sztukę Micińskiego, dostało się podwójnie, z lewa za antyrosyjskość, z prawa za antypolskość. Obie strony miały go kiedyś w swoich szeregach. Można z tego wnosić, że stał się człowiekiem wolnym.

Termopile polskie na scenie wrocławskiej są z ducha Cyrku Monty Pythona i czeskiego kina. Rozśmieszać, by na końcu zatkało ze zgrozy. Spektakl skrzy się od szyderczych sytuacji, patos przełamuje kiczowatą formą. Pierwsza scena jest przejmująca, w dymach pobojowiska matka rozpacza nad umierającym synem, małym powstańcem warszawskim z rzeźby Jarnuszkiewicza. Później ta przysłowiowa Matka Polka w bieli, jak na kiczowatym świętym obrazku, unosi się nad sceną: ofiara i patronka przegranej sprawy. Wielcy statyści historii są groteskowi, na łasce cynicznych zaborców, naiwni, niepoważni, dramatyczni. Książę Poniatowski nie przypomina króla życia, niezgrabny, mocno postarzały, w patriotycznych bokserskich rękawicach, białej i czerwonej, trenuje na worku walki za ojczyznę. Smutna figura. Król Staś blady, zużyty, bez blasku majestatu, w błazeńskiej papierowej koronie gra ze swym towarzystwem w salonowca; gdy pertraktuje z Patiomkinem, idzie na jego pasku. Wyzuty z godności, tańczy, gdy mu tamten każe; tańczy ostatkiem sił, zataczając się, upada, z trudem się dźwiga, dalej tańczy, aż znów upadnie. Pocieszny, aż publiczność bije aktorowi brawo. A Naczelnik Kościuszko? Walczył w Ameryce o demokrację, a tu, chudzina, ucieka, aż się kurzy.

Z pola "krwi i chwały" oficer zwycięskiej armii podnosi czaszkę. Nie jest to czaszka mądrego błazna Yoricka, to czaszka głupoty polskiej, cóż z tego, że szlachetnej. Przedstawienie, które działa jak gaz rozweselający, jest podszyte rozpaczą. Podobnie jak sama sztuka. Klata dopisał jej finał. Ku uciesze widowni, wypasiony "nasz współczesny" zrywa się na nogi na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego, a przybyły z heroicznej przeszłości żołnierz rzuca mu w twarz grudą polskiej ziemi. Śmiech. Z kogo się śmieją? Z samych siebie się śmieją. Gorzka puenta do nich należy.

[...]

Wydarzenie: Wszechnica Teatralna 19-05-...

Data publikacji: 2014-06-05

Po Wszechnicy Teatralnej o Szekspirowskich kochankach

Cykl spotkań nauczycieli akademickich oraz osób związanych z kulturą i sztuką z uczniami gimnazjum i liceum jest doskonałą alternatywą dla klasycznych lekcji w ławach szkolnych. Prezentacje mają formę wykładów odwołujących się do materiału obowiązującego w programie nauczania. Jednak podstawa programowa stanowi jedynie punkt wyjściowy do poszukiwań nowych sposobów podejścia do zagadnień szkolnych. Mimo że uczniowie, jak to bywa na wykładach, nie są wyrywani indywidualnie do odpowiedzi, nie oznacza to, że nie biorą czynnego udziału, gdy tylko zostaną do tego zachęceni.

Gdy podczas Wszechnicy Teatralnej, która miała miejsce 19 maja 2014 roku, poprowadzonej przez dr. hab. Dariusza Dybka – adiunkta w Zakładzie Historii Literatury Dawnej Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego – zatytułowanej Szekspirowscy kochankowie, młodzież została zapytana o to, jakie zna postacie najsłynniejszych literackich kochanków, z widowni zaczęły padać liczne odpowiedzi. Oczywiście między Tristanem i Izoldą, Ligią i Winicjuszem i paroma innymi znanymi zakochanymi, pojawiającymi się na kartach szkolnych lektur (i nie tylko: została również zgłoszona kandydatura pary szkolnej, ale z uwagi na sławę prawdopodobnie jedynie wewnątrzgimnazjalną i pozaliteracką została zdyskwalifikowana w przedbiegach), nie mogły w końcu nie zostać wymienione imiona bohaterów ze sztuk autorstwa słynnego angielskiego dramatopiasarza, poety i aktora londyńskiego teatru The Globe. Pośród nich oczywiście nie zabrakło Romea i Julii. Młodzi z Werony, których połączyło zakazane uczucie, pochodzący ze z dwóch zwaśnionych rodów: Montekich i Kapulettich ("My only love sprung from my only hate!") wygrali zdecydowaną liczbą głosów, tym samym zostając uznanym za najpopularniejszą parę w historii.

Jak stwierdził prowadzący, nieukrywający, że Williama Shakespeare’a jako autora darzy wyjątkową sympatią, nie można zaprzeczyć faktowi, że mamy do czynienia z bezapelacyjną gwiazdą wśród literatów, którego dzieła cieszą się nieprzerwanym powodzeniem od przełomu XVI/XVII wieku do dzisiaj. Tylko w samym Teatrze Polskim we Wrocławiu ostatnimi czasy w repertuarze widniały takie tytuły, jak Titus Andronicus w reżyserii Jana Klaty czy Sen nocy letniej i Hamlet w reżyserii Moniki Pęcikiewicz. Bez wątpienia jest to nieustająco jeden z najpopularniejszych dramatopisarzy, również w naszym mieście. Na dużym ekranie także jest częstym gościem, skoro na postawie tekstów jego autorstwa do tej pory zostało zrealizowanych ponad siedemset filmów.

Została nawet przytoczona anegdotka o uczestniku holenderskiego reality show, który zaskarbił sobie popularność wśród widzów i wygraną edycji programu za sprawą nieznajomości nazwiska autora Hamleta (przypuszczalnie oglądający program zaczęli słać głosy, żeby dać upust swojemu zdziwieniu). Prawdziwy "wyczyn" i wyjątek na skalę ogólnokrajową, a może światową. Historii i anegdot zapadających w pamięć, przytoczonych w sposób przystępny i z humorem, było zresztą wiele, czym bezsprzecznie prowadzący przyciągnął uwagę i zjednał sobie sympatię uczniów. W sposób ciekawy i klarowny wykładowca przedstawił gimnazjalistom m.in. czasy, w których tworzył "Anglik tysiąclecia" – okres panowania Elżbiety I i Jakuba I czy historię rodzącego się teatru elżbietańskiego, a całości prezentacji dopełniał pokaz zdjęć, przybliżający realia epoki.

Pod koniec spotkania słuchacze zostali zachęceni do sięgnięcia po dzieła Williama Shakespeare’a ponad te, które widnieją na liście lektur, chociaż oczywiście dobrym początkiem dla tych, którzy jeszcze nie czytali, będzie zapoznanie się z treścią Romea i Julii. Został też ogłoszony konkurs na recenzję dowolnego filmu, który powstał na podstawie któregoś z dzieł słynnego Anglika.