Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: PODRÓŻ ZIMOWA

Źródło: Kaliskie Spotkania Teatralne

Link do źródła: kaliskie.org

Data publikacji: 2015-05-04

Podróż zimowa

Sześć wrocławskich aktorek (plus Maja Kleszcz w równorzędnej z nimi obecności na scenie). Siedem wcieleń Elfriede Jelinek. Wrocławskie artystki mierzą się nie tylko z geniuszem austriackiej noblistki, nie tylko z reżyserskim zamysłem, ale też, z pewnością, z legendą poprzedniej polskiej realizacji tego tekstu dokonanej dwa sezony temu przez Maję Kleczewską i uznaną za jeden z najbardziej kontrowersyjnych projektów teatralnych ostatnich sezonów. Wrocławska Podróż zimowa wychodzi z tego pojedynku zwycięsko, a inscenizacja Miśkiewicza to wręcz oda do zespołowego charakteru publicznego teatru. Z jednego zespołu teatralnego reżyser dobrał aktorki czterech pokoleń, które na scenie grają serię solowych wariacji na tematy z kart tekstu Jelinek. Sceniczna brawura tym razem popłaca. A aktorki udowadniają, że kobieca część wrocławskiego Polskiego to kolektyw absolutny.

Przedstawienie: DZIADÓW CZĘŚĆ III

Źródło: "Gazeta Wyborcza" 2015 nr 87

Link do źródła: wyborcza.pl

Data publikacji: 2015-04-15

A czy ty pamiętasz "Dziady"

Michał Zadara w Teatrze Polskim we Wrocławiu przypomina trzecią część arcydramatu niczym w atrakcyjnym multimedialnym muzeum. To nie zarzut. To komplement.

Przedstawienie trwa pięć i pół godziny. Arcydramat serwuje się nam bez skrótów, linijka po linijce, łącznie z Przedmową, którą w imieniu autora wygłasza odziana w dziewiętnastowieczną suknię aktorka Anna Ilczuk. Zanim skończy się pierwsza scena pierwszego aktu w więzieniu u ojców bazylianów, mija dobra godzina.

Michał Zadara do Dziadów wraca po roku, pokazując trzecią, mesjanistyczno-martyrologiczną część dramatu Mickiewicza. Wcześniej wystawił całą resztę. Za rok Teatr Polski połączy oba wieczory w jeden maraton. Jedenaście godzin z romantycznym wierszem wydaje się ekstremalnym wyzwaniem nie tylko dla aktorów, ale też dla publiczności.

Na razie jednak, dzięki reżyserskiej precyzji i rewelacyjnemu zespołowi aktorskiemu, wrocławska Dziadów część III nie nuży. To spektakl zaskakująco atrakcyjny, efektowny i przewrotny.

Dziady Zadary różnią się bardzo od innych głośnych wystawień z ostatnich lat. W 2011 r. Paweł Wodziński zrobił w Bydgoszczy Dziady o Polsce jako odwiecznie zapóźnionych peryferiach Europy, gdzie romantyczna opowieść to jedyny sposób na radzenie sobie z ciężkim losem. Tekst Mickiewicza przeplatał zapiskami przemierzających ziemie polskie w XVIII w. zachodnich podróżników ukazującymi nieporadność obumierającego państwa i trudny los pańszczyźnianych niewolników. Młodych patriotów ze sceny salonu warszawskiego postawił za barierkami i pokazał jako protestujący na Krakowskimi Przedmieściu "lud smoleński". Do wyrażenia gniewu nie ma innego języka niż mesjanistyczny mit.

Z kolei rok temu Radosław Rychcik w poznańskim Teatrze Nowym chciał ten mit uczynić uniwersalnym. Z radykalną naiwnością przepisał zjawy na ikony amerykańskiej popkultury, carski ucisk na walkę z niewolnictwem i dyskryminacją rasową w USA.

Tamte przedstawienia starały się wchodzić w polemikę z tradycją romantyczną, determinującą (bądź nie) polskie myślenie o świecie. Zadara ustawia się poza tym sporem. Nie chce na siłę uaktualniać Dziadów. Mimo że napisana w Dreźnie, część trzecia to najczęściej używana do gazetowych aluzji partia dramatu, by wspomnieć żywy po dziś dzień w prawicowej publicystyce "salon warszawski".

Jednak gest Zadary ma też znaczenie polityczne. Z jednej strony wystawienie potężnie rozbuchanych Dziadów jako jednego z najważniejszych wydarzeń sezonu umacnia znaczenie kanonu romantycznego. Ale zarazem wrocławski spektakl kusi obietnicą, że Mickiewicza możemy czytać poza tradycyjnym kontekstem sporów o Polskę. Zadarę interesuje tu przede wszystkim teatr – niesione przez poetycki tekst reżyserskie wyzwanie, rozmach i bezczelna gigantomania projektu.

Scena salonu warszawskiego rozgrywa się więc na tle tzw. horyzontów - potężnych malowanych plansz przedstawiających wytworne wnętrze. Jak w XIX w. czy w teatrze barokowym. Scenografii Roberta Rumasa towarzyszą równie przeteatralizowane kostiumy Julii Kornackiej i Arka Ślesińskiego. Jest w tej przesadzie i frajda, i ironia: fraki, epolety i balowe suknie, nadekspresyjna gra, perfekcyjnie zgrany rytm pauz, zatrzymań, sztucznych śmiechów. Z kolei Bal u Senatora, opisany w didaskaliach jako "scena śpiewana", faktycznie jest śpiewany. Przypomina dawny telewizyjny kabaret.

Wreszcie – Wielka Improwizacja, spór Konrada z Bogiem o rząd dusz, która zgodnie z tradycją powinna być aktorskim popisem. W Dziadach Wodzińskiego Konrad (Marcin Czachor) był kabotynem, podejrzanym ideologiem, bredził wśród tandetnych efektów świetlno-dźwiękowych. Z kolei Rychcik w Poznaniu z powierzania tej sceny swojemu Konradowi (Mariuszowi Zaniewskiemu) w ogóle zrezygnował. W całkowitej ciemności widzowie wysłuchali monologu Gustawa Holoubka z Lawy, kinowej adaptacji Dziadów Tadeusza Konwickiego z 1989 r.

U Zadary Konrad to ani narodowy mesjasz, ani mistyk. Raczej po prostu artysta skupiony na sobie, narcystyczny, ale też sfrustrowany. Pobrzmiewa to zwłaszcza w pytaniu: "Cóż śpiewak dla ludzi?". Bartosz Porczyk sporą część słynnego monologu wygłasza tyłem do publiczności, jakby mimochodem, bardziej do siebie niż do "milijonów" czy Boga. W międzyczasie, jak to więzień, sika do wiadra, nudzi się w celi. Później się rozkręca, śpiewa. Porczyk, aktor formalny, trochę nazbyt efektowny, za dwugodzinny monodram w roli Gustawa z poprzednich Dziadów nominowany do Paszportu "Polityki", jest w tym popisie mocno autoironiczny. Kiedy Konrad wzywa Boga: "daj mi władzę", mówi tak, jakby od niechcenia prosił o papierosy. Gdy Najwyższy faktycznie przychodzi jako milczący starszy pan w białym garniturze, poeta jest tym szczerze zaskoczony.

Dziady Zadary uwodzą spektakularnością i warsztatową perfekcją, ale też przewrotnym humorem. Zdają się grać z tęsknotą za wielkimi przedstawieniami i teatrem "jak kiedyś", kpić z natrętnie aluzyjnych odczytań klasyki – i krytycznych, i bogoojczyźnianych. Nie silą się na żadne wielkie diagnozy. Możemy za to przypomnieć sobie przy ich okazji dramat, niczym w atrakcyjnym multimedialnym muzeum. Bo kto dziś tak naprawdę pamięta Mickiewicza? Więcej niż parę wbitych w szkole fraz?

Przedstawienie: DZIADÓW CZĘŚĆ III

Źródło: Radio Wrocław

Link do źródła: chojnowski.blogspot.com

Data publikacji: 2015-04-11

DZIADÓW CZĘŚĆ TRZECIA (Teatr Polski we Wrocławiu)

Nie ma już dzisiaj szans na to, by Dziady zainspirowały Polaków do zrywu, żyjemy w innych czasach, mieszkamy w innym kraju, więc Michał Zadara trzyma się odmiennej drogi niż poprzednie inscenizacje Mickiewiczowego dzieła. Wybiera komedię, nie dramat, i celuje we współczesną, młodą publiczność, choć starsi (byle tylko otwarci na nowy ton tej niegdysiejszej sztuki narodowej) poczują się w trakcie oglądania wrocławskiego przedstawienia przyjemnie. Bo rzadka to okazja do zobaczenia na scenie licznej obsady, z której co rusz wyłania się rola lub epizod do zapamiętania, bo twórcy zadbali o atrakcyjną oprawę scen, bo słowo wieszcza brzmi głosem dotąd w polskim teatrze niespotykanym, bo cała teatralna robota – wizualna, dźwiękowa i interpretacyjna – budzi podziw. Natomiast to, co z tego spektaklu zostaje w pamięci po kolejnym pięciogodzinnym maratonie, to, jak Dziady Zadary działają na emocje, jest sprawą indywidualną.

Dydaktyzmu nie ma, nie ma też diagnozy i odezwy, komentarz znaleźć można głęboko, jak kto się uprze, w słowach Mickiewicza. Reżyser wrocławskiego przedstawienia postawił na prezentację lekturowego tekstu do zakucia w sposób zabawny i zrozumiały, bez babrania się w klimaty polityczno-pomnikowe. I wygrał, z ogromną pomocą przecudownych aktorów. Tu naprawdę każdy kreuje swoją postać, wykorzystując wszystkie możliwości, jakie daje tekst. Od – powiedzmy – Adama Szczyszczaja w rolach mniejszych, przez – na przykład – Monikę Bolly w zaskakujących śpiewanych, po Skibińską-Rollison i Cichego, Kiljana, Porczyka w wiodących – jak to się kiedyś mówiło: ręce same składają się do owacji. A przy okazji okazuje się, że Mickiewicz oprócz genialnego władania językiem był bardzo zdolnym dramaturgiem – i zdaje się, Zadara wydobywa tę umiejętność poety jako pierwszy tak wyraziście.

Ale kontrowersji nie brakuje i pewnie zdarzy się list od nauczyciela lub romantyzmologa zarzucający inscenizacyjne lekceważenie narodowej świętości. Konrad zaczyna Wielką Improwizację od pójścia w kąt celi na siku, dając sygnał jasny do bólu, że będzie inaczej niż u Treli i Holoubka. Ten spektakl rozwija najciekawszy i najświeższy element poprzedniego odcinka Dziadowego cyklu Teatru Polskiego, czyli motyw odspiżowienia klasycznego dla nas tekstu, i to w sposób komiczny, ironiczny, imprezowy. Ci, którzy przed rokiem mówili o sprofanowaniu obrzędu z II części, będą teraz cierpieć jeszcze mocniej, ci, których montypythonowski urok tamtych Dziadów przekonał, ubawił i/lub olśnił, będą znów usatysfakcjonowani (do potęgi).

Myślę, że finalnie kluczem do sukcesu tego przedstawienia u poszczególnego odbiorcy będzie odpowiedź na pytanie, ile pod zgrywą udało się pozostawić powagi, ile ważnej dyskusji o rzeczach ziemskich i niebieskich, o naszej historii i charakterze, przedostaje się przez farsową nawet chwilami konwencję. W scenie VII (Salon Warszawski) tylko Adolf (Cezary Łukaszewicz) z Anielicą-Damą (Sylwia Boroń) emanują żarem, wszyscy pozostali hołdują konformistycznej inercji, a słynne słowa o narodzie jako lawie, zamierzone przez Mickiewicza na budzący z letargu apel, wypowiadane są tu tonem prześmiewczym. Tak właśnie: między zaraz gaszoną żarliwością a (nie)bezpieczną olewką rozgrywa się spektakl Zadary. I rezonans tej gry, odczucie proporcji składników, jej celowość, zdecyduje o tym, jak wam się podobało.

Nie zapominajmy jednak, że Dziady to nie tylko ta część III, że projekt Teatru Polskiego zakłada wystawienie w styczniu 2016 całości w następstwie zaplanowanym przez Autora. Można już sobie teraz to sklejać, wyobrażać, jakie tropy wyznaczą choćby pojawianie się tych samych aktorów w różnych scenicznych wcieleniach lub powtarzające się sygnały scenograficzne (Robert Rumas!), ale ja bym z takimi deliberacjami poczekał. Bo teatr to także fizyczność, ich sztuka i pot, nasza fascynacja i zmęczenie. Przebiegnięcie dwóch maratonów nie jest równoważne z ukończeniem maratonu ultra.