Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Media o nas

Źródło: "Do Rzeczy" 2016 nr 47

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2016-11-21

Teatr Polski na barykadzie

Konflikt wokół zmiany kierownictwa wrocławskiej sceny – zamiast cichnąć – zyskuje na sile. Aktorzy mówią o zamachu na demokrację, ale de facto chodzi o kierunek ideowy instytucji, która do tej pory patrzyła mocno w lewo.

 

Niemy protest, rozrzucane na widowni ulotki i odczytane w dwóch językach oświadczenie o tym, że Teatr Polski we Wrocławiu jest w dramatycznej sytuacji, że urzędnicy wespół z nowo powołanym dyrektorem niszczą na oczach widzów zespół aktorów, a wyczekiwanej premiery Procesu Kafki w reż. Krystiana Lupy nie będzie. Tak ostatnio kończą się spektakle w Teatrze Polskim.

Rafał Węgrzyniak, krytyk teatralny, przyznaje, że protesty aktorów Teatru Polskiego śledzi z narastającą konsternacją. – To zachowania bez precedensu w historii teatru. Aktorzy wychodzą do ukłonów z zaklejonymi taśmą ustami, choć nikt ich przecież nie cenzuruje. Grają przedstawienia w niezmienionym kształcie, najwyżej dodając kwestie nawiązujące do ich obecnej sytuacji – uważa.

Złote jaja i wielkie długi

Burza wokół Teatru Polskiego we Wrocławiu nie ustaje niemal od roku. Wówczas głośno zrobiło się o spektaklu Śmierć i dziewczyna, do którego zaangażowano czeskich aktorów porno i zapowiadano sceny seksu. Na te informacje emocjonalnie zareagował minister kultury Piotr Gliński i żądał wstrzymania przygotowań do premiery, choć nie ma do tego prawnych narzędzi. Premiera się odbyła, ale radni po raz kolejny dopominali się o odwołanie ówczesnego dyrektora, a dziś posła Nowoczesnej – Krzysztofa Mieszkowskiego. Dyrektorski kontrakt skończył mu się w czerwcu i samorządowcy wywodzący się z koalicji PO i PSL rozpisali konkurs na szefa placówki.

Mieszkowski nie wystartował. – Czymś naturalnym byłoby przedłużenie umowy. Mamy miano najlepszego teatru w Polsce, to chyba najlepsza rekomendacja. Nie zwalnia się kury, która znosi złote jaja – mówił wówczas. Startować i tak nie mógł, bo jednym z wymogów wobec kandydatów było wyższe wykształcenie, którego Mieszkowski nie ma. A samorząd zwracał uwagę, że zamiast złotych jaj teatr ma wielkie długi – we wrześniu opiewały na 1,2 mln zł.

Ostatecznie w konkursie na dyrektora wybrano Cezarego Morawskiego, niezwiązanego z wrocławskim teatrem. Aktorzy od razu podjęli protest, wsparły ich KOD i Nowoczesna. W zmianie dyrekcji dostrzegają zamach na demokrację i aktorską niezależność. Protestujący podnoszą to, że Morawski do ich teatru nie pasuje. Założyli na Facebooku profil "Teatr Polski – w podziemiu", na którym informują swoich sympatyków o sytuacji w placówce. Alarmują, że nowy dyrektor wysłał do związku zawodowego zapytanie dotyczące pracowników, których chce zwolnić – w tym jednego z liderów protestu – aktora Tomasza Lulka. Z teatrem już rozstali się uważani za jego wizytówki: Małgorzata Gorol, Ewa Skibińska, Marcin Pempuś czy Piotr Skiba.

Za dowód zamachu na teatr protestujący podają siedem tytułów, które nowy dyrektor zdjął z afisza. – Miały zniknąć z repertuaru, zanim w ogóle zostałem dyrektorem – mówi nam Cezary Morawski. – W dokumentach z 2015 r. przygotowanych przez poprzedniego dyrektora do zdjęcia zostało wytypowanych 11 przedstawień. Przeanalizowaliśmy tę listę, sprawdziliśmy, kiedy te spektakle były ostatnio grane, jaką miały frekwencję, jakie możliwości finansowe ma teatr, i na tej podstawie podjęliśmy decyzję. Większość z nich była grana w ostatnich latach kilka razy – Kronos był grany cztery razy w 2013 r., ale w 2014 i 2015 r. w ogóle. Poczekalnia.0 ostatni raz została zagrana w 2014 r. Z tego wnioskujemy, że we Wrocławiu spektakle te po prostu nie mają już widowni – wyjaśnia i dodaje, że Lupy z teatru nie wypycha. – Widzę pana Krystiana Lupę w Teatrze Polskim i chciałbym, żeby dalej z nami współpracował, bo szanuję jego twórczość i widziałem wiele jego spektakli. Niestety, to reżyser podjął decyzję o wycofaniu się ze współpracy i to jeszcze długo przed objęciem przeze mnie funkcji dyrektora. Już w lutym ogłosił, że jeśli odbędzie się konkurs na dyrektora, to odstąpi od reżyserii Procesu. Chciałbym, aby w przyszłości w repertuarze pojawił się Proces w reżyserii Krystiana Lupy – zaznacza Morawski.

Strony sporu nie są nawet w stanie usiąść przy jednym stole. W ubiegły poniedziałek zaproszenie do dyskusji na antenie Radia Wrocław przyjęli tylko Morawski, Dominik Kłosowski z Urzędu Marszałkowskiego i Leszek Nowak z teatralnej "S", która poparła nowego dyrektora. Strona protestująca nie przyszła.

Morawski tłumaczył, że na drogie premiery nie ma pieniędzy, a urzędowanie rozpoczął od negocjacji z wierzycielami. Teatrowi groziło nawet odcięcie prądu. Padły też oskarżenia o to, że Mieszkowski zostawił teatr w fatalnym stanie technicznym. Remontu wymagają sceny i widownie. A kiedy była szansa, by dostać na to dotacje, były dyrektor nie złożył wniosku, choć urząd mu o tym przypominał. Mieszkowski sprawy nie chce komentować, bo jak mówi, do audycji nie był zaproszony, zarzutów nie zna i nie chce odnosić się do informacji z drugiej ręki. Odsyła nas do udzielonych już mediom wypowiedzi i proponuje wyczerpujący wywiad.

Dla hipsterów

Protestujący zmianę dyrektora nazywają spadkiem z artystycznej ekstraklasy do ligi osiedlowej. Jacek Kopciński, krytyk i redaktor naczelny miesięcznika "Teatr", zwraca jednak uwagę, że w ciągu ostatnich 10 lat, kiedy to teatrem kierował Krzysztof Mieszkowski, nie wszystkie sezony w Polskim były udane. – Teatr swój prestiż osiągnął dzięki wybitnym przedstawieniom Krystiana Lupy, a o wysokim poziomie teatru zadecydowały także niektóre spektakle Pawła Miśkiewicza i Jana Klaty. Jednak wiele inscenizacji reżyserów młodszego pokolenia, których Mieszkowski angażował w Polskim, raczej rozczarowywało. Także głośna inscenizacja Dziadów bez skreśleń Michała Zadary była nierówna, a w przypadku III części dramatu – bardzo kontrowersyjna. Teatr Mieszkowskiego koncentrował uwagę krytyków, zdobył też wrocławską publiczność, ale przesadą jest nazywać go najlepszą sceną w kraju – twierdzi naczelny "Teatru".

Węgrzyniak zwraca uwagę, że to dzięki sporym dotacjom otrzymywanym przez publiczne instytucje Mieszkowski ściągnął do Wrocławia wielu cenionych lub przynajmniej kontrowersyjnych reżyserów i zapewnił im dogodne warunki pracy. – Niewątpliwie w ciągu 10-letniej dyrekcji udało mu się uczynić z Teatru Polskiego we Wrocławiu czołową scenę z wieloma przedstawieniami szeroko komentowanymi i nagradzanymi na festiwalach – zaznacza. I w pierwszej kolejności wymienia przedstawienia Jana Klaty – znakomitą, jak ocenia, Sprawę Dantona Przybyszewskiej i sześć kolejnych wywołujących silne emocje i debaty inscenizacji, w tym Ziemię obiecaną według Reymonta, Kazimierza i Karolinę Horvátha, granego z udziałem niemieckich aktorów Titusa Andronicusa Szekspira oraz Termopile polskie Micińskiego. Wskazuje także na Lupę. – Wywarł istotny wpływ na Teatr Polski we Wrocławiu. Jego Poczekalnia.0 powstała na kanwie improwizacji aktorskich. Zaprezentowana podczas Europejskiego Kongresu Kultury wywołała niemal skandal. Ukazywała Polskę poprzez pryzmat bełkotliwych dyskusji grupy studentów szkoły teatralnej powracających z obozu zagłady w Oświęcimiu albo przez agresję prawicowego polityka gotowego rozstrzeliwać homoseksualistów. Powszechne uznanie zdobył natomiast, realizując niedawno Wycinkę Bernharda, skądinąd będącą pamfletem na konformizm współczesnych artystów z dodaną złośliwą uwagą dotyczącą Klaty – mówi Węgrzyniak. Opowiada, że wraz z Lupą we wrocławskim teatrze pojawiło się wielu jego uczniów z wydziału reżyserii krakowskiej szkoły teatralnej, którzy pozwalali sobie na eksperymenty w stylu swego nauczyciela. Pracowali bez utworu literackiego, tworząc scenariusz w trakcie prób, albo dekonstruowali klasyczne dramaty. – Często powstawały przedstawienia hermetyczne, grane krótko albo natychmiast kończące się klapą. Zazwyczaj owe eksperymenty łączyły się z prowokacjami obyczajowymi, naruszaniem granic w ukazywaniu w teatrze zachowań seksualnych. Radykalne przekroczenie miało nastąpić w przedstawieniu Śmierć i dziewczyna według Pianistki Jelinek, z sekwencją pornograficzną zastąpioną jej symulowaniem tuż przed premierą i pod wpływem nacisków różnych środowisk – mówi Węgrzyniak.

Kontrowersje we wrocławskim teatrze to nie tylko spektakl z udziałem aktorów porno czy wspomniana Poczekalnia.0. Na deskach pojawiała się też Tęczowa Trybuna 2012 powstała na okoliczność mistrzostw Europy w piłce nożnej i opowiadająca o gejach chcących własnego sektora na Stadionie Narodowym. W Polskim wystawiono też sztukę Mitologie, gdzie pogrzeb Jana Pawła II zestawiono z pokazem mody.

– Teatr Polski pod kierownictwem Krzysztofa Mieszkowskiego był adresowany do wielkomiejskich hipsterów – publiczności snobistycznej, ekscytującej się estetycznymi eksperymentami i prowokacjami obyczajowymi lub politycznymi – ocenia Węgrzyniak. – Właściwie nie wystawiano w nim klasyki zarówno polskiej, jak i obcej w sposób, który by pozwalał widzom początkującym lub mniej doświadczonym na poznawanie tradycji. Zachowawcza część wrocławskiej publiczności była ignorowana. A gdy pojawiały się głosy, że nie ma dla niej przedstawień w repertuarze, dyrekcja proponowała im obejrzenie kilku angielskich fars granych jeszcze od czasów Jacka Wekslera [kierował teatrem w latach 1990–2000 – przyp. red.] na Scenie Kameralnej. Dobitnym dowodem wystawiania przez Teatr Polski klasyki narodowej mają być wyreżyserowane bez skrótów przez Michała Zadarę Dziady. Jednak przy pozorach pietyzmu wobec tekstu poematu Mickiewicza przedstawienie Zadary jest w istocie jego dekonstrukcją z pozycji lewicowych, graną niekiedy wręcz na granicy parodii, aby wywołać rechot publiczności. Zgodnie z intencją Zadary antyfaszystowski spektakl służy kształtowaniu krytycznego nastawienia do dziedzictwa narodowego – mówi krytyk.

Katolicka nienawiść

Krystian Lupa już we wrześniu w wywiadzie dla mocno lewicowego francuskiego dziennika "L’Humanite" zawyrokował, że sytuacji we wrocławskiej instytucji winna jest "katolicka nienawiść" skierowana przeciw swobodzie myślenia reprezentowanej przez Mieszkowskiego i jego teatr. Dzisiaj grupa protestujących bije na alarm, bo – jak twierdzi – scena pod nowym kierownictwem będzie miała charakter narodowo-katolicki. Zresztą na Facebooku protestujący oburzają się, że na wrocławskiej scenie zostanie pokazany spektakl Teatru Nie Teraz z Tarnowa i ze zgrozą cytują informacje zamieszczone na jego stronie internetowej: "W kulturze europejskiej, w sztuce białego człowieka, najważniejszy jest Bóg. Naszą Europę ukształtował katolicyzm, a więc wiara w mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa". Morawski wyjaśnia, że teatr z Tarnowa zagra we Wrocławiu gościnnie, a najważniejszą postacią przedstawienia zatytułowanego Powrót Norwida jest Cyprian Kamil Norwid.

Jacek Kopciński tłumaczy, że od wielu lat w polskim teatrze buduje się barykady. – Teatr bywa miejscem ostrego sporu ideologicznego. Dyrektorzy usypują szańce i stają się wodzami, a zaprzyjaźnieni krytycy kibicują im w mediach. To swego rodzaju wojna kulturowa i w takiej sytuacji zmiana dyrektora instytucji jest bardzo trudna. Trudno schodzi się z barykady. Oczywiście nie każdy dyrektor musi na nią wchodzić, ale powinien mieć ciekawą wizję teatru, a także doświadczenie i autorytet. Nawet ci, którym nie podobała się barykada Mieszkowskiego, zdają sobie sprawę, że Cezary Morawski tych trzech rzeczy nie ma. Obawiam się, że niczego ciekawego w Teatrze Polskim nie zbuduje – mówi Kopciński.

O tym, co będzie grane na wrocławskiej scenie, wiadomo na razie niewiele. Węgrzyniak przypuszcza, że w obecnej sytuacji żaden odpowiedzialny reżyser nie podejmie próby przygotowania spektaklu w Teatrze Polskim, bo zdecydowana większość środowiska opowiada się po stronie protestujących aktorów. – Ktokolwiek podejmie współpracę z Morawskim, narazi się więc na ostracyzm. To oznacza sparaliżowanie pracy i stopniowe niszczenie wrocławskiego teatru. Czyżby to było celem protestów? Przecież niemożliwy jest powrót jako dyrektora Mieszkowskiego, który jakby nie umie pogodzić się z utratą stanowiska bynajmniej nie na skutek politycznej dymisji, lecz na drodze wygaśnięcia kontraktu i rozpisania konkursu. Skoro zależało mu na Teatrze Polskim, mógł wcześniej unikać jego zadłużania i znaleźć menedżera na stanowisko dyrektora administracyjnego. A w obliczu rozpisania konkursu, w którym nie był w stanie uczestniczyć, powinien wskazać swego następcę z grona aktorów czy reżyserów – mówi Węgrzyniak.

Podobnie sytuację ocenia Kopciński. – Wódz Mieszkowski nie przygotował następcy, który miałby w konkursie mocną pozycję. I to był błąd dyrektora – mówi.

Chociaż w mediach głośniejsi są oponenci Morawskiego, to na lokalnych forach nie brak głosów poparcia części wrocławian, którzy do tej pory w Teatrze Polskim nie potrafili znaleźć czegoś dla siebie. Liczą, że skończy się era aktorskiej golizny na deskach teatru, bo jak komentują – Mieszkowski narobił długów, ale na aktorskich kostiumach często oszczędzał.

Źródło: "Gazeta Wyborcza" 2016 nr 265 - "Duży Format" nr 46

Link do źródła: wyborcza.pl/duzyformat

Data publikacji: 2016-11-14

Zmora i Mordokleje

Znają się w Teatrze Polskim wiele lat, ale za nowego dyrektora Cezarego Morawskiego zaczęli sobie mówić per "pan".

 

Tuż po pierwszym aplauzie widowni prawie cała obsada Onych Witkacego w niemym proteście przeciw zmianom w teatrze zakleja sobie usta taśmą. Łapią się za ręce i podchodzą do rampy Sceny Kameralnej Teatru Polskiego we Wrocławiu. Pokojówki Marianna (Janka Woźnicka) i Ficia (Sylwia Boroń) chwieją się na 10-centymetrowych szpilkach, idą ostrożnie, bo podłoga śliska – właśnie zastygła na niej piana, która udawała śnieg. Ruchy Spiki hrabiny Tremendosy (Anna Ilczuk) krępuje prawie dwumetrowy tren sukni. I nagle gasną światła. Wzmaga się aplauz, nikt nic nie widzi. Jedna, dwie, trzy. 14 sekund aktorzy i widownia spędzają w ciemnościach.

Lądowanie na Księżycu

Konflikt wokół Teatru Polskiego we Wrocławiu wybucha pod koniec sierpnia, kiedy komisja konkursowa wybiera Cezarego Morawskiego na stanowisko dyrektora tej sceny sześcioma głosami przedstawicieli Dolnośląskiego Urzędu Marszałkowskiego, Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz teatralnej "Solidarności". Przeciwko głosują trzy osoby – delegaci związków twórczych i Inicjatywy Pracowniczej. Po werdykcie komisji, która podejmuje decyzję w 16 minut, salę opuszcza, trzaskając drzwiami, Krystian Lupa, który reprezentuje ZASP. Jego zdaniem Morawski przedstawił najsłabszą aplikację spośród sześciu kandydatów. Po kilku dniach zostaje upubliczniona – znajdziemy w niej miks fars, okolicznościowych spektakli, np. z okazji rocznicy urodzin Jana Pawła II i lądowania na Księżycu, oraz klasyki, w tym W pustyni i w puszczy.

Artyści z całej Polski protestują pod Dolnośląskim Urzędem Marszałkowskim, skandując "Teatr Polski, nie Morawski". Inicjatywa Pracownicza żąda od nowego dyrektora podwyżek i świadczeń socjalnych, wchodzi z Morawskim w spór zbiorowy. Po większości spektakli aktorzy wychodzą do braw z zaklejoną czarną taśmą ustami. W niemym proteście bierze udział 36 aktorów z 56-osobowego zespołu Polskiego.

– Od dziesięciu lat, czyli w czasach dyrektora Mieszkowskiego, mieliśmy tu pogoń za sukcesem – opowiada Monika Bolly, jedna z nieprotestujących aktorek, w dwugodzinnej przerwie pomiędzy rolą ducha i Gubernatorowej w Dziadów części III. Na scenie trwa Improwizacja, my wjeżdżamy windą na czwarte piętro, do sali prób. Bolly do zespołu Polskiego dołączyła w 1993 roku, trzy lata po występie w filmie Ucieczka z kina Wolność. Mówi zdecydowanie: – W statucie teatru zapisano, że naszym obowiązkiem jest spełnianie aspiracji i potrzeb społeczeństwa. Nigdzie tam nie ma mowy o spełnianiu aspiracji dyrektora, reżyserów i aktorów. W 2007 roku zaczęłam występować przeciw zadłużaniu teatru. Przez dziewięć lat zadawałam też pytanie, dlaczego nasz teatr nie jest zróżnicowany. Dyrektor Mieszkowski mi nie odpowiadał, ale na łamach prasy zasłynął powiedzeniem, że Polski nie jest teatrem dla kolejarzy. Z polskiej klasyki przez ten czas zagraliśmy Sprawę Dantona Przybyszewskiej i ostatnio Dziady. Były też inne, ale Ziemia obiecana i Lalka z klasyką nie miały nic wspólnego. Były przeróbką dewastującą świetną literaturę. Światopogląd, poglądy polityczne nie powinny przesłaniać pracy aktorów, bo ograniczylibyśmy się tylko do ról awangardowych albo odtwarzania postaci świętych w kościołach. Widownia jest zmęczona awangardą, szemraniem do mikroportów zamiast mówieniem tak, by usłyszał widz w ostatnim rzędzie. To wbrew pozorom trudna sztuka. Ludzie, których spotykam, często mówią, że w Polskim czują się jak w budzie z piwem, gdzie wszystko sprowadza się do knajactwa, golizny i wałkowania problemów natury seksualnej. Podobno to konwersacja z życiem. Powiedziałam dyrektorowi Mieszkowskiemu, że ja mu współczuję, jeżeli tak wygląda jego życie. Ktoś w walce o sukces zapomniał – a sukces robi się awangardą, bo z tym się jeździ po festiwalach – że teatr dramatyczny oparty jest na słowie. Jeden z kolegów zaproponował mi, żebym się zakleiła z nimi. "Kochany, ja przez dziewięć lat, kiedy mnie dyskryminowano, nie kleiłam się w tym teatrze. Dlaczego mam się teraz kleić?".

Nieformalna grupa skupiająca około 50 fanów Teatru Polskiego zawiązała się w lutym, kiedy władze województwa ogłosiły konkurs na następcę Krzysztofa Mieszkowskiego.

Magdalena Chlasta-Dzięciołowska (49 lat), wykładowczyni wrocławskiej PWST, w Polskim zakochała się podczas Snu nocy letniej w reżyserii Moniki Pęcikiewicz, który obejrzała dziesięciokrotnie. – Nie jesteśmy zadymiarzami, zależy nam na teatrze.

Paweł Juliusz Zaręba, lat 22, student kulturoznawstwa, Hamleta w reżyserii Pęcikiewicz oglądał 14 razy: – Teatr Polski mnie wychował, a teraz czuję się, jakby ktoś mi zabrał dom.

Teatrolog prof. Mirosław Kocur z Uniwersytetu Wrocławskiego: – W Polskim publiczność ukonstytuowała się w obronie jakości. Najbardziej niepokoi, że rządzący ignorują wszystkich, poza jednym fornalem, któremu powierzyli ten folwark, za który uważają teatr. Odwracają się od wyborców. Nie obchodzi ich odbiór tej sytuacji w świecie.

Morawski jest moim 12. dyrektorem

– Grałem wielkie role u wielkich reżyserów i nagle okazałem się niepotrzebny. Wyobraża pan sobie, że przez 10 lat jest pan zatrudniony w firmie, w której nie ma nic do roboty? Tylko rola w Oknie na parlament, granym tu od 22 lat – Stanisław Melski, lat 61, siwawe włosy zaczesane w kucyk, jest aktorem Teatru Polskiego od 1978 roku. Popija kawę w knajpce No Stres naprzeciw teatru i wspomina poprzedniego dyrektora. – W takiej sytuacji jak ja za Krzysztofa Mieszkowskiego było tu kilkanaście osób: nie dostawali ról w żadnych spektaklach. Znam się z nim od ponad 30 lat, byliśmy kumplami. Z początku rozmawialiśmy o perspektywach mojej pracy w Polskim, później nie miało to sensu. Imałem się różnych zajęć, bo z gołej pensji nie dało się wyżyć: spektakle w domu kultury, dla młodzieży, założyłem własny teatr. Można się różnić, można się pięknie różnić, ale Krzysiek nie znosił odmiennego zdania. A kiedy określił się politycznie i został posłem Nowoczesnej, od razu wiedziałem, że będą kłopoty. Cezary Morawski jest moim 12. dyrektorem. Jeśli ma pan zamiar użyć mojej wypowiedzi w celu ataku lub obrony kogokolwiek, to bardzo proszę jej nie wykorzystywać.

A jednak "Le Monde" nazwał pomysł obsadzenia stanowiska dyrektora aktorem znanym z mydlanych oper "Kafkowską sytuacją", "L’Humanité" pisała, że we Wrocławiu zniszczono kulturę. Sprawę wrocławskiego teatru opisały także m.in. "Libération" i "Le Figaro", media w Niemczech i na Litwie, a hiszpański "El País" w tytule porównał polską politykę kulturalną do rządów króla Ubu.

"Ustąp, Cezary" – apelują Maja Komorowska, Agnieszka Holland, Jacek Poniedziałek, a w ślad za nimi kilkudziesięciu innych artystów w krótkich filmikach, które od 1 września krążą w Internecie.

Agnieszka Holland: – Nie chciałabym, żebyś to ty był człowiekiem, który przejdzie do historii jako grabarz Teatru Polskiego.

Reżyserka Weronika Szczawińska: – Pokazałby pan, że jeszcze jesteśmy w stanie traktować sztukę serio, a nie jako teren łowiecki, po którym mogą kłusować politycy.

Reżyserka Magdalena Łazarkiewicz: – Czy chcesz przejść do historii teatru jako ten, kto wpuścił barbarzyńców do ogrodu sztuk?

Aktorka Maja Komorowska: - Napisałam do ciebie, że proszę o kontakt. Odpisałeś, że jeśli w sprawie Polskiego, to nie [...]. Czarku, mamy jedno życie, ja wiem, wygrałeś konkurs, ale nie wierzę, że możesz poprowadzić teatr, mając tylu ludzi przeciwko sobie. Ustąpienie może być wygraną. Nie ma w nas agresji, to jest apel, prośba.

Aktor Miłogost Reczek, przez wiele lat związany z Teatrem Polskim: – Panie Cezary, niech pan wyjedzie z Wrocławia.

Ale to mówi ślusarz

– Z jednej strony bida, z drugiej marnotrawstwo pieniędzy. Wskazywała na to niejedna kontrola urzędu marszałkowskiego. Ja też od lat zwracałem uwagę na zadłużanie teatru dyrektora Mieszkowskiego. Notorycznie łamał założenia i zakrzykiwał urzędników. Był do tego słabym dyrektorem. Ja panu powiem: wielu z tych, którzy teraz zalepiają sobie usta, przez lata przychodziło do mnie i narzekało na dyrektora, na organizację, na pensje – opowiada Leszek Nowak, przewodniczący "Solidarności", pracownik Polskiego od 1975 roku.

Siedzimy w pomieszczeniu przy archiwum, z portretu spogląda na nas nieżyjący reżyser Jerzy Grzegorzewski, naprzeciwko plakat do jego spektaklu Król umiera, czyli Ceremonie, w suficie przy oknie dziura, na podłodze garnek; od lat, gdy pada, kapie do niego woda. – Wszystkie trzy sceny są w ruinie. Przeciekają dachy, rozsypują się fotele na widowni. Dopiero pod koniec wakacji wypłacili pracownikom obsługi sceny zaległe pieniądze za ubiegły rok. Ludzie zarabiają tu haniebnie mało – garderobiane 2 tysiące złotych brutto, kiedy reżyser kasuje za spektakl ponad 150 tysięcy. Bliscy współpracownicy dyrektora nękali telefonami pracowników, po kilka razy dziennie, by podpisywali listy w obronie dyrektora, kiedy miał kłopoty. Byłem w komisji konkursowej i proszę mi wierzyć: tam nie było idealnego kandydata. Z tych, którzy się zgłosili, najlepiej wypadł Morawski. Ja nie wiem, jakim będzie dyrektorem. Niektórzy krytykują, że wywodzi się z seriali, ale też przecież grają w serialach. Nie mam wątpliwości, że na pierwszym miejscu w teatrze jest aktor. Ale dyrektor nie może myśleć tylko o 20 ulubionych aktorach. Powiedzieć: niech dach się wali, nie będzie muru, ale będzie 20 aktorów. Nazywają mnie ślusarzem, bo może chcą mnie obrazić, a pewnie odebrać prawo do zabierania głosu. Jestem kierownikiem pracowni, jak trzeba, przebieram się i pomagam moim podwładnym. Pracowałem z Tomaszewskim przy pantomimie, z Grzegorzewskim, z Jarockim, z Kantorem, z Wajdą, z wybitnymi aktorami: Igorem Przegrodzkim, Igą Mayr, Haliną Skoczyńską, którzy darzyli mnie sympatią i szacunkiem. Z Lotharem Herbstem tworzyłem Radę Kultury przy marszałku województwa. Dla tamtych ludzi byłem mistrzem, artystą prawie. A teraz nawet jeśli powiem coś sensownego, od razu słychać: "No tak, ale to mówi ten ślusarz".

Teatr murem podzielony

– Nasz teatr jest podzielony równo, jak ten kraj. Mamy tu lepszy i gorszy sort – mówi aktor Michał Opaliński. A Igor Kujawski, aktor z 32-letnim stażem, przyznaje, że właśnie dokonuje się rewolucja i już nastąpiła wymiana elit.

Zdaniem aktorów zaklejających sobie usta nowa elita to księgowa, która ma ambicje kształtowania repertuaru, informatyk, który podobno rzucił do pracowników: "Nawet nie wiecie, co można o was znaleźć w służbowych komputerach", i rekwizytor, który kwituje niemy protest słowem "Mordokleje".

Po próbie generalnej realizowanego z młodzieżą spektaklu o dopalaczach Brudny śnieg, podczas której rozsypano dwa kilo mąki, dyrektor każe reżyserowi tego przedstawienia, aktorowi Rafałowi Kronenbergerowi, własnoręcznie posprzątać scenę.

Z kolei pracownicy niesceniczni mówią o arogancji artystów, manipulowaniu informacjami, a informatyk nawet o tym, że był odpychany przez jednego z aktorów.

Krążą plotki o podsłuchach. Ci, którzy byli na "ty", teraz mówią do siebie per "pan".

Na wszystko jest raport do dyrekcji: inspicjenci mają odnotowywać klejenie ust, pracownicy ochrony palenie na korytarzach i wchodzenie do budynku po godzinach pracy.

– Panuje atmosfera opresji, każdy czuje się zagrożony. I jak pracownik odpowiedzialny za obsługę widowni parę razy ląduje na dywaniku u dyrektora, jest opieprzany za to, że aktorzy kleją sobie usta, puszczają mu nerwy – przyznaje aktorka Anna Ilczuk.

Kiedy to się zaczęło? Małgorzata Gorol pamięta, jak w nocy z 31 sierpnia na 1 września, tuż przed wejściem Cezarego Morawskiego do teatru, siedziała z Janką Woźnicką i Martą Ziębą w pubie Skrzypek na tyłach teatru. Przy wejściu zobaczyły nowych ochroniarzy. – Na naszych oczach nasza przestrzeń zamieniła się w cudzą. Nazajutrz teatr był zamknięty, nie wpuszczano do niego aktorów.

Na początku września Cezary Morawski zaczął zapraszać na rozmowy. Ponad trzydziestka aktorów, którzy są z dyrektorem w sporze zbiorowym, chodziła na te spotkania ze świadkiem, przedstawicielem związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza, konkurencyjnego dla działającej w teatrze od lat "Solidarności", na której czele stoi Leszek Nowak. Nie mogą zrozumieć, dlaczego, także do tych z kilkudziesięcioletnim stażem, dyrektor mówił: "Proszę podać swoje mocne strony" i "Proszę opowiedzieć coś o sobie".

Anna Ilczuk: – W kilku spektaklach gram w pierwszej scenie. Wtedy koncentracja jest niezbędna. No i dwa razy zdarzyło się, że Morawski przeszedł wtedy przez scenę dosłownie minutę przed rozpoczęciem przedstawienia. On nie robi tego z premedytacją, to wynika z niezrozumienia specyfiki teatru artystycznego, jest przyzwyczajony do pracy w komercji.

Innym razem zapowiedział rozmowę z aktorami pięć minut przed spektaklem. Po kwadransie kolejny komunikat: "Dyrektor postanowił się jednak nie spotykać, żebyście mogli się skupić".

– To intymne odczucie – przyznaje aktor z kilkudziesięcioletnim stażem: nagle miejsce traci swój zapach, energię. Czuje się, że ten duch uleciał. Ale jestem spokojny – on wróci. Ja poczekam.

Aktor sprawdza

– Teatr Polski trafił do ekstraklasy, to dorobek poprzedniego dyrektora – przyznaje w garderobie Michał Chorosiński. Pół godziny wcześniej w scenie pierwszej Dziadów części III Zadary był Frejendem, za chwilę wróci na deski w scenie Salonu warszawskiego jako literat. – Marzę, byśmy się w tej ekstraklasie utrzymali. Nowego dyrektora znałem głównie z serialu M jak miłość. Ale poszperałem w archiwach. Okazało się, że grał między innymi Konrada-Gustawa, czyli rolę, którą u nas ma zaszczyt grać tylko Bartek Porczyk. Więc nie rozumiem tych obraźliwych komentarzy. Nienawidzę hejtu, też mnie kiedyś dotknął, bo kilka lat grałem w serialach. To, że nie było żadnego sensownego kontrkandydata, to nie jest wina tego człowieka. Nawet Krzysiek Mieszkowski niedawno powiedział, że jakikolwiek dyrektor tu przyjdzie, i tak nie będzie w stanie wyrządzić krzywdy tak dobremu zespołowi. A tutaj wyrok został wydany, zanim nowy dyrektor zdążył cokolwiek zrobić. A więc: poczekajmy na pierwsze realizacje – mówi Chorosiński i dodaje, że jeśli dojdzie do zwolnień zaklejających się aktorów, będzie bronił kolegów.

Idę do Zmory

W 14. sekundzie ciemności światło robocze zapala aktor Tomasz Lulek, po ciemku udaje mu się znaleźć włącznik. Reżyser Oskar Sadowski łapie na korytarzu oświetleniowca, chce go opieprzać. Ale nazajutrz kieruje pismo do Państwowej Inspekcji Pracy: "W czasie ukłonów na wczorajszym przedstawieniu Onych w mojej reżyserii doszło do wydarzenia, które stanowiło realne zagrożenie dla aktorów i widzów – całkowicie zostało zgaszone światło na scenie i widowni, włącznie ze znakami wyjść ewakuacyjnych. Sytuacja była tym bardziej niebezpieczna, że scena była polana śliską pianą. Próbując wyjaśnić tę sytuację, rozmawiałem z elektrykami, którzy poinformowali mnie, że taka była dyspozycja dyrektora teatru".

Internet reaguje błyskawicznie – na Facebooku pojawia się profil "Idziesz do teatru? Weź latarkę!".

– Powiedziałem aktorom, że ukłony są integralną częścią spektaklu, a oni znowu wyszli do braw z zaklejonymi ustami. Dlatego poleciłem, żeby zgaszono światło na scenie, na widowni miało zostać włączone. A potem zaszło pasmo nieporozumień - wyjaśnia dyrektor Morawski.

Pod koniec października, podczas wystawienia Dziadów, ktoś na ścianie w celi Konrada napisał: "Zmora, precz". Już wcześniej tak go nazywali. Bo w zbuntowanym zespole panuje zasada, żeby nie wypowiadać w stosunku do Morawskiego słowa "dyrektor". Mówią więc: "Idę do Zmory, jestem umówiona na szesnastą".

Małgorzata Gorol porównuje go do zjawy. – Jest przezroczysty, nieszczery, nie idzie się dokopać do jego motywacji.

Anna Ilczuk szuka porównań na murawie: – Polski był w środowisku nazywany "teatralnym ferrari". To był dowcip, który łechtał naszą próżność. To tak, jakby Wrocław miał klub piłkarski na poziomie Realu Madryt i dano mu trenera Odry Ścinawa. Myśmy się czuli jak reprezentacja Polski, kiedy otwieraliśmy festiwal w Awinionie, występowaliśmy w Argentynie, Japonii, Korei, kiedy biły się o naszą Wycinkę dwa największe paryskie teatry, a w Chinach z okazji naszej wizyty po raz pierwszy wydano Dziady. Reżyserowali u nas Lupa, Garbaczewski, Klata, Zadara, Strzępka. Krytyk "Le Figaro" po naszym pokazie Wycinki w Awinionie pisał: "Spektakl wyjątkowy, do obejrzenia w trybie natychmiastowym!", recenzent "L’Humanité" zachwycał się: "Co za gra! Co za siła przekonywania! Wielka i piękna lekcja teatru". Dzisiaj piszą o nas na forach internetowych: "Niech sobie aktorzyny zmienią pracę".

Nie chodzi o to, że nie nigdy już nie zagram u Lupy czy Garbaczewskiego, bo być może to się stanie w jakimś innym teatrze, ale że nie pojawimy się na scenie w tym konkretnym składzie. Nie byliśmy zestawem gwiazdorskich nazwisk, ale świetną drużyną.

W tym roku z Polskiego zwolniła się siódemka aktorów – do Bartosza Porczyka, który decyzję podjął jeszcze za urzędowania Mieszkowskiego, dołączyli kolejni, w tym należący do teatralnej pierwszej ligi Ewa Skibińska, Piotr Skiba i Marcin Pempuś. Niewykluczone, że wkrótce z obsad znikną kolejni – dyrektor chce zwolnić z pracy Jankę Woźnicką, Agnieszkę Kwietniewską i Tomasza Lulka.

Śledztwo po zawiadomieniu Inicjatywy Pracowniczej w sprawie nieprawidłowości przy organizacji konkursu rozpoczęła właśnie wrocławska prokuratura rejonowa.

(A)polityczny

– Kiedy się mówi, że jestem wyłącznie serialowy, tylko się uśmiecham. Grałem ważne role, pracowałem z wybitnymi reżyserami, wystarczy kliknąć, by wyświetlił się mój życiorys – odpowiada na zarzuty dyrektor Cezary Morawski, aktor, absolwent Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, w latach 1977–2015 wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie.

I jest gotów przetrzymać sytuację. Podaje przykład dyrektora, który wytrzymał pięć lat. – Tylko nie było to nagłaśniane, nikt się akurat wtedy w politykę w teatrze nie bawił. A teraz we Wrocławiu przez teatr zdobywa się punkty polityczne.

– No właśnie, mówią, że tak pan tu trafił.

– Zapewniam, że jestem kompletnie apolityczny – twierdzi Cezary Morawski. Podczas rozmowy w dyrektorskim gabinecie towarzyszy mu jego PR-owiec Sławomir Olejniczak. W teatrze mówią, że nie odstępuje go na krok.

Morawski mówi, że nie znał wcześniej ministra kultury Piotra Glińskiego, rozmawiał z nim przez 10 minut dopiero po wyborze, a z Tadeuszem Samborskim, odpowiedzialnym w zarządzie województwa dolnośląskiego za kulturę, widział się najwyżej trzy razy. Na pytanie, dlaczego ten chwalił jego kandydaturę przed rozstrzygnięciem konkursu, odsyła do Samborskiego.

– Dotychczas byłem reżyserującym aktorem. Skończyłem studia menedżerskie specjalnie po to, by kiedyś objąć teatr. Został ogłoszony konkurs we Wrocławiu, więc do niego przystąpiłem. Zdziwiło mnie, że brakowało chętnych. Że to z powodu solidarności z dyrektorem Mieszkowskim? Stworzono szansę, aby nadal był dyrektorem artystycznym – nie skorzystał z tego. Przy ponadmilionowym długu teatr mógł nawet zostać zamknięty. Jeżeli ma się taki dług i planuje się spektakl, którego scenografia ma kosztować prawie 1,5 miliona – aż 800 tysięcy miał kosztować sprzęt multimedialny na potrzeby tego spektaklu – to ja tego nie rozumiem, skoro w innych teatrach już za 500 tysięcy robi się duże, artystyczne spektakle. Myślę, że niewiele protestujących osób wie, jak wygląda sytuacja Teatru Polskiego, że nadzór budowlany grozi jego zamknięciem, że ostateczna data naprawy dachu to czerwiec przyszłego roku. Remontu wymaga wszystko. Drugi balkon jest wyłączony, bo część foteli przemontowujemy zamiast uszkodzonych w innych miejscach.

– Zachowa pan poziom artystyczny Polskiego?

– Przez pierwszych 15 dni, kiedy część aktorów urządzała happeningi, utrudniano mi to. A przecież od roku wiadomo było, że 31 sierpnia Krzysztofowi Mieszkowskiemu kończy się kontrakt i że nikt mu tego kontraktu nie przedłuży.

– Boli pana ten protest?

– Niektórzy aktorzy tłumaczą, że to nie przeciwko mnie, tylko przeciwko urzędnikom, przeciwko zawłaszczaniu teatru przez politykę. Ale ja się na takie protesty nie godzę. Nie na scenie publicznego teatru.

– Część aktorów sama odeszła, innych zamierza pan zwolnić. Za niesubordynację?

– Ci, którzy odeszli, zrobili to z własnej woli, za porozumieniem stron. Zapowiadano znacznie większy exodus. Te zapowiedzi się nie sprawdziły. Przez swoją niesubordynację, jak pan to nazywa, aktorzy sami stwarzają możliwość rozwiązania umów. Na razie tego nie robię, nie chcę rozpoczynać wojny.

– Ale ona już trwa. W dodatku wszedł pan w konflikt z częścią widzów. Wyrzucają panu zdania: "Teatr nie jest dla was", "Ja tu mogę wszystko", że "to jest firma", a także że podobno przesadza i sprawdza pan ich na widowni.

– "Ten teatr nie jest dla was" – to powiedziałem protestującej grupce widzów, ale chodziło mi o to, że jeśli komuś nie podobają się produkcje Janusza Wiśniewskiego, który ma tu reżyserować, to nie musi akurat na jego spektakle przychodzić. "Ja tu mogę wszystko" to wypowiedź urwana, bo dalej było, że nawet sprawdzać bilety, a nawet ścierką wytrzeć kałużę. Ja znam teatr od podszewki, przed studiami pracowałem jako techniczny na scenie, w ramach praktyk robotniczych, żeby znów mi ktoś nie zarzucił, że konfabuluję. Powiedziałem, że teatr to firma, kiedy pierwszy raz zakleili sobie usta, i zrozumiano mnie na opak. Bez znaczenia jednak, czy teatr to firma czy instytucja, chodziło mi po prostu o niedziałanie na jego szkodę. Nie było też żadnego przesadzania widzów. Chodzi o trzy osoby z protestującej grupy. Na parterze nie było ani jednego wolnego miejsca i sami zdecydowali się pójść na balkon. Ja też tam poszedłem. Nie po to, żeby ich kontrolować, tylko dlatego, że na Scenie Kameralnej oglądam wszystko z góry, nie lubię korzystać z miejsc dyrektorskich.

– Jak zamierza pan robić teatr, skoro kolejni reżyserzy odmawiają pracy w Polskim.

– Ewelina Marciniak i Krystian Lupa, którzy mieli podpisane umowy, wycofali się z nich. Byli też i tacy, co ogłosili, że nie będą więcej tu pracować, sami z siebie zrezygnowali, ale też niektórzy nie byli przewidziani w planach na ten sezon. Jest grupa reżyserów, którzy powiedzieli mi, że w tym momencie nie chcą tu reżyserować, chcą mieć pewność, jak aktorzy się zachowają. Czy nie będą strajkować po włosku, czy nie będą brać L4, bo takie rzeczy w polskich teatrach się zdarzają.

– Trudno im organizować strajk włoski, skoro na razie nie usłyszeli o żadnej premierze.

– Chciałem poznać się z aktorami, od razu traktowali to jako rozmowę podwładnego i szefa, który został im narzucony. Do połowy listopada nie było szans na ruszenie z premierą i nie mogłem powiedzieć aktorom żadnych konkretów. Zajmowałem się załatwianiem ciepłej wody, przekonaniem dostawcy energii, by nie wyłączał światła, bo była groźba odwołania spektakli. Szkoda, że aktorzy zapominają, że wszystkim dałem zgodę na zagranie w tym czasie w innych teatrach. Teraz mogę już zdradzić plany: zaczynamy Makbetem w reżyserii Janusza Wiśniewskiego. Następne będą: Gospoda Petera Turriniego w reżyserii Bartłomieja Wyszomirskiego i Biedermann i podpalacze Maxa Frischa w reżyserii Silke Fischer.

Co o współpracy z Polskim mają do powiedzenia wymienieni przez Morawskiego reżyserzy?

– To na razie nieoficjalna informacja, więc wstrzymam się z komentarzem – ucina Janusz Wiśniewski.

Bartłomiej Wyszomirski milczy.

Źródło: "Polska - Gazeta Wrocławska" 2016 nr 265

Data publikacji: 2016-11-14

Wszystkie wybory zawodowe i życiowe podejmuję samodzielnie

O swoich decyzjach, pracy we wrocławskim Teatrze Polskim, konflikcie z częścią zespołu Teatru mówi Cezary Morawski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu.

 

Małgorzata Matuszewska: Zakończoną właśnie Olimpiadę Teatralną miał uświetnić Proces Krystiana Lupy. Premiery nie ma i nie będzie. Zostały wydane pieniądze?

Cezary Morawski: Nie ma Procesu, pan Krystian Lupa wycofał się z jego realizacji. Oczywiście, że zostały wydane pieniądze, bo produkcja spektaklu ruszyła w marcu tego roku, w poprzednim sezonie. Premiera miała się odbyć w czerwcu. Teatr wydał około 200 tys. zł. Koproducenten jest Instytut Grotowskiego, który przekazał na spektakl 300 000 zł, a ponieważ Teatr Polski był zadłużony, pieniądze, które zostały przesłane na konto Teatru chyba w kwietniu, natychmiast zostały skonsumowane. Musimy je oddać Instytutowi Grotowskiego.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oddłuży teatr?

– Organizatorem Teatru jest Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego, MKiDN tylko współfinansuje Teatr. 1 września dług Teatru wynosił 1 mln 250 tys. zł. Mieliśmy stu wierzycieli. Teatr nie płacił za: energię, wodę, ogrzewanie, sprzątanie, ochronę, transport, honoraria pracownicze, "naruszył" fundusz socjalny. Był i jest zadłużony u swoich współpracowników. Dziś 46 firm domaga się 580 tys. zł – to są tzw. wymagalne płatności. Urząd Marszałkowski i Ministerstwo są nam życzliwe. Negocjujemy z firmami. Mamy wpływy ze sprzedaży biletów, wynajmu. Uporanie się z długiem jest trudne. Będą nowe premiery, "stare" spektakle generują koszty, ich eksploatacja kosztuje.

Podobno Krzysztof Mieszkowski, poprzedni dyrektor, miał złożyć do Ministerstwa pismo o pieniądze na remont teatru i nie zostało to zrobione. Przepadnie możliwa dotacja?

– Dotacja już przepadła. Krzysztof Mieszkowski o nią nie wystąpił. Termin złożenia dokumentów upłynął przed objęciem stanowiska przeze mnie. Powstał plan przebudowy widowni Sceny im. Jerzego Grzegorzewskiego, zostało na to wydane 100 tys. zł. Teatr powinien wypełnić dokumenty, by móc starać się o pieniądze ministerialne, unijne. Te prace nie zostały wykonane, terminy przepadły. Dotyczy to ok. 20 mln zł, więc jest się o co starać, choćby na drodze odwołań. Chodzi o remont widowni Sceny im. J. Grzegorzewskiego oraz dachu i zaplecza – pomieszczeń biurowych i pracowni na ostatnich piętrach teatru.

PKP chce, żeby ze Świebodzkiego kursowały pociągi. Ten plan zagraża Scenie na Świebodzkim?

– Dworzec Świebodzki jest własnością PKP, ale pomieszczenia teatru nie są zagrożone. Ma być wybudowana osobna stacja. Rozmawiamy o obniżeniu kosztów najmu. Kolej jest pozytywnie nastawiona do naszych planów. Chcemy podjąć bardzo ścisłą współpracę. Pierwsze spotkania napawają optymizmem.

Czy zwolni Pan niektórych aktorów?

– Napisałem, bo taki mam obowiązek, zapytanie do związków zawodowych – Solidarności i Inicjatywy Pracowniczej. Zapytałem, czy ośmioro pracowników to członkowie danego związku zawodowego, czy pełnią funkcje wymagające ochrony członków. Solidarność już odpowiedziała. Inicjatywa Pracownicza uchyliła się od odpowiedzi, twierdząc, że pytanie nie jest konkretne, i tym samym nie skorzystała z prawa ochrony swoich członków.

Odchodzą kolejne osoby z zespołu aktorskiego...

– Aktorzy zawsze będą odchodzić i przychodzić, to jest zawód wędrowny. Jeśli się zdobyło pozycję i zostało zauważonym na większym rynku, to się tam przechodzi. Swego czasu Teatr im. Szaniawskiego w Wałbrzychu był kuźnią talentów, ci, którzy zaistnieli na wałbrzyskiej scenie, przechodzili do Wrocławia, potem do Krakowa albo do innego miasta. To naturalna forma rozwoju zawodowego aktora. Za czasów Krzysztofa Mieszkowskiego też odeszło parę osób.

Tak, ale przynajmniej część aktorów rozstaje się z Polskim w atmosferze gniewu i żalu. To chyba np. pani Małgorzata Gorol.

– Rozstanie nie należy z definicji do przyjemności. Decyzja pani Gorol zaskoczyła mnie. Kilka dni wcześniej zwolniłem ją do katowickiego teatru, by mogła zagrać w spektaklu pani Eweliny Marciniak główną rolę. Z naszej rozmowy nie wynikało, że rozstajemy się w atmosferze gniewu i rozczarowania. Powiedziałbym nawet, że z ulgą wyszła z gabinetu. W trakcie rozmowy powiedziała, że chce pracować z reżyserami, którzy chcą pracować z nią. To marzenie każdego aktora, ale akurat ci reżyserzy odmówili pracy w Teatrze Polskim, fotografowali się z kartkami "nie będę reżyserować w Teatrze Polskim" i zamieszczali zdjęcia na Facebooku.

Ma Pan poczucie, że wszyscy stanęliście przed ścianą: i Pan, i protestująca część zespołu? I że nie ma możliwości porozumienia?

– Część zespołu aktorskiego to nie "wszyscy". Choć rzeczywiście nie widzę ze strony tej grupy chęci porozumienia. Teatr pracuje cały czas. Sezon trwa, kilkanaście spektakli gramy po dwa razy w miesiącu – więcej nie można, bo jest ich dużo. Tymi przedstawieniami można "obsłużyć" cały sezon; przy takim zadłużeniu nawet nie musiałbym robić nowych premier. Ale ja chcę robić nowe spektakle, choć na początku nie mogłem ruszyć z pracą nad nimi. Musiałem przejąć papiery, przejrzeć dokumenty i ratować teatr. Proszę pamiętać, że dyrektor Mieszkowski nie przekazał mi teatru. Nie otrzymałem dokumentu zdawczo-odbiorczego, żadnego protokołu. Od 1 września ciężko pracuję, żeby doprowadzić do sytuacji, w której mogą wreszcie powstawać nowe premiery.

Na początku mówił Pan, że nie zdradzi nazwisk wystawiających tu premiery, by uchronić ich przed atakami przeciwników. Coś się zmieniło?

– Tak mówiłem. I dzisiaj także niechętnie je zdradzam. Ale sytuacja stała się na tyle jasna, że koledzy przestali obawiać się ataków. Co nie znaczy, że ataków nie będzie. Jestem przekonany, że recenzje w niektórych mediach będą złe, cokolwiek by się zdarzyło. Ale nie robimy teatru dla recenzji, tylko dla publiczności.

Jakie ma Pan plany repertuarowe?

– Przestały już być tajemnicą. Zaczynamy Makbetem w reżyserii Janusza Wiśniewskiego, premiera 24 lutego 2017 roku. Następnie spektakl Gospoda Petera Turriniego w reżyserii Bartka Wyszomirskiego. Premiera 8 marca. W maju niemiecka reżyserka Silke Fischer wyreżyseruje Biedermanna i podpalaczy Maksa Frischa.

Aktorzy wychodzą po spektaklach z zaklejonymi ustami, w tzw. "niemym proteście".

– Tak, po każdym przedstawieniu. Proszę zauważyć, że w momencie, w którym nie ruszyły próby do premier, zezwalałem wszystkim aktorom na prace poza Teatrem. Nie chcę nikomu przeszkadzać w rozwoju. Ci, którzy mieli propozycje, mogli je wykorzystać. To ważne, ale niezauważalne gesty z mojej strony. A są niezauważane, bo nie chce się dostrzegać.

Po jednym spektaklu na widowni zgasło światło, ponoć powiedział Pan, że jest Pan dyrektorem i "może wszystko".

– Ukłony aktorów są integralną częścią spektaklu. Ale zawsze dzieje się to wedle wskazówek reżyserskich. Samowolna zmiana, bez uzgodnienia z reżyserem lub dyrektorem, jest niedopuszczalna. Potem nastąpił niekontrolowany bieg zdarzeń i światło zgasło na kilka sekund na widowni. Światła awaryjne przez cały czas były zapalone. Nie przesadzałem widowni. Trzy osoby przeszły na balkon, bo na parterze nie było miejsc. Ta trzyosobowa grupa to widzowie, którzy wcześniej dopuszczali się zakłócania porządku w teatrze. Nikt ich nie pilnował. Mimo wolnych miejsc na balkonie usiedli na schodach. W teatrze, ze względów bezpieczeństwa, na widowni zawsze jest pracownik obsługi widowni. "Ja tu mogę wszystko" to wypowiedź urwana, bo dalej było, że mogę nawet sprawdzać bilety, a nawet ścierką wytrzeć kałużę.

Chce Pan zwolnić aktorkę w zagrożonej ciąży?

– Teraz już wiem, że ta pani jest w ciąży, bo dwa dni po skierowaniu przeze mnie pisma do Inicjatywy Pracowniczej dostarczyła dokument od lekarza. Jeśli nie ma w dziale kadr dokumentu, to skąd mam wiedzieć, że ktoś jest w ciąży albo nie jest? Jeśli ktoś jest w ciąży, w dodatku zagrożonej, muszę o tym wiedzieć jako organizator pracy artystycznej. Z tym wiążą się zastępstwa i kwestie finansowe.

Pana małżonka jest aktorką. Wystąpi w Polskim?

– Bardzo możliwe, ale to nie jest przesądzone. To skomplikowany temat, nie wiem, czy będzie chciała. Nie widzę powodu, żeby jej nie angażować.

Odwołał Pan wszystkie wydarzenia w ramach "Czynnych poniedziałków", planowane do końca roku?

– Czytania w listopadzie i grudniu zostały odwołane ze względów finansowych, wszystkie inne działania edukacyjne odbywają się zgodnie z zapowiedziami w repertuarze.

W ramach Olimpiady Krystian Lupa pokazał Wycinkę, po spektaklu aktorzy protestowali. Następnego dnia, podczas spotkania z publicznością, Krystian Lupa powiedział: "Wymierny sens protestu jest jeden. Byłoby nim zrozumienie przez Cezarego Morawskiego, że zrobił błąd. Nie sądzę, że on o tym nie myśli. Nie jest wyzuty z wrażliwości. Myślę z empatią, co przeżywa. Nie jest wolnym człowiekiem, jest zakładnikiem". Czuje się Pan zakładnikiem? Jeśli tak, czyim?

– Nie czuję się zakładnikiem. Swoje życiowe i zawodowe wybory dokonuję samodzielnie. Tak jest i tym razem.

***

Cezary Morawski
jest aktorem, absolwentem Wydziału Aktorskiego warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Aktorskiej im. Aleksandra Zelwerowicza. Wykładał w warszawskiej Akademii Teatralnej. Dyrektorem wrocławskiego Teatru Polskiego jest od 1 września tego roku.