Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Źródło: "Krytyka Polityczna" online - "Dziennik Opinii" 2016 nr 70

Link do źródła: www.krytykapolityczna.pl

Data publikacji: 2016-03-11

Rudzki: Konkurs nie jest receptą na wszystko

Rozmowa z Piotrem Rudzkim, kierownikiem literackim Teatru Polskiego we Wrocławiu

 

Dawid Krawczyk: Który to już raz Krzysztof Mieszkowski ma pożegnać się ze stanowiskiem dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu?

Piotr Rudzki: Tyle razy próbowano go odwołać, że już nie pamiętam dokładnie. Pamiętam za to, kiedy ta nasza walka o teatr się zaczęła.

Kiedy dokładnie to było?

W grudniu 2007, już w drugim roku naszej pracy. I nie chodziło wtedy tylko o odwołanie Mieszkowskiego. W gruncie rzeczy miała odejść cała ekipa, która przyszła z nim do tego teatru.

Dlaczego?

Powody zawsze były ekonomiczne. U nas chce się odwoływać dyrektora, bo zaciąga długi, ale już zapomina się o tym, że teatr jest strukturalnie niedofinansowany. Swoją drogą w pierwszym roku zadłużenie wynosiło 800 tysięcy, a w tym udało się zejść do 330 tysięcy, więc nawet na tym polu mamy jakieś osiągnięcia.

Marszałkowie i dyrektorzy wydziału kultury zmieniali się przez te dziesięć lat, ale wszyscy mieli podobne podejście do teatru.

Najpierw nas wyrzucał dyrektor Rafał Bubnicki, były dziennikarz "Rzeczpospolitej". Wtedy marszałkiem województwa był Piotr Borys, ale przestał nim być i został europosłem. Teraz nigdzie go nie wybrano, ale ma jakieś swoje powiązania i jest ważną figurą w centrali PO. Po nim był dyrektor Jacek Gawroński, też związany z PO, a wicemarszałkiem odpowiedzialnym za kulturę był wtedy Radosław Mołoń – człowiek z SLD.

Warto dodać, że to człowiek, który zasłużył sobie u was na spektakl. Michał Kmiecik i Marzena Sadocha utkali z jego wypowiedzi sztukę Czy pan to będzie czytał na stałe?

To prawda, jego pomysł na restrukturyzację teatru sprowadzał się do tego, żeby publiczną instytucją kultury zarządzać jak przedsiębiorstwem. Ma być menedżer i wszystko ma się zbilansować. Tylko jak się może zbilansować instytucja, która jest strukturalnie niedofinansowana? W kraju, w którym nie bilansuje się budżet województwa, budżet miasta, budżet państwa, raptem ma się zbilansować budżet teatru publicznego. Nawet podjęliśmy działania – w gruncie rzeczy sprzeczne z naszym statutem, to znaczy nie graliśmy spektakli i nie przygotowywaliśmy premier. Najbardziej uderzyło to w aktorów, którzy mają bardzo niskie pensje, natomiast dostają tzw. normy, czyli wynagrodzenie za każdy zagrany spektakl.

My nie produkujemy dóbr, które sprzedamy na rynku, my tutaj wyrabiamy inne potrzeby, potrzebę uczestniczenia w kulturze na przykład – to jest chyba jakaś wartość społeczna? I po tej dekadzie widać, że kierunek, który obraliśmy dziesięć lat temu, okazał się słuszny i skuteczny.

Po czym to widzicie?

Przede wszystkim po tym, że publiczność wróciła do Teatru Polskiego. Dziesięć lat temu to była naprawdę katastrofa, a teraz mamy 97–98% obłożenia na spektaklach. Udało nam się przyciągnąć do teatru różne środowiska, nie tylko publiczność zawsze przychodzącą na przedstawienia. Od dziesięciu lat prowadzimy "Czynne poniedziałki": debaty, pokazy filmowe, dyskusje, koncerty, czytania – wszystko pro publico bono. Organizujemy Wszechnicę Teatralną i inne działania edukacyjne, także pro publico bono, i to z tego za małego budżetu. Pamiętam, że zaczynaliśmy tutaj pracę od kursu dla nauczycieli – to się nazywało "Języki współczesnego teatru". Robiliśmy ten kurs po to, żeby ludziom, którzy ukończyli studia jakiś czas temu, uświadomić, że teatr tak samo jak otoczenie kulturowe się zmienia. I nie jest to już teatr, który zapamiętali ze swojej młodości – realistyczny czy naturalistyczny.

Poza tym nasz teatr zdobył renomę w Europie i na świecie – jest to na pewno najbardziej rozpoznawalna scena wrocławska i dolnośląska. I jedna z dwóch, trzech najbardziej rozpoznawalnych scen w Polsce.

Dlaczego w ciągu tych dziesięciu lat nie mogliście jakoś porozumieć się z urzędnikami? Nie wystarczyło po prostu podejść na bankiecie po jednej z premier i opowiedzieć o tych wszystkich nagrodach, wszechnicach?

Powiedz mi, jak można rozmawiać z kimś, kto na te premiery nie przychodzi? Kto w ogóle do naszego teatru nie zagląda?

Może zaproszenia nie dochodzą? Powinniście sprawdzić.

Oj, dochodzą, dochodzą (śmiech). Wszystko sprawdziliśmy. Ale to jest prawdziwe nieszczęście, że nasi organizatorzy po prostu niespecjalnie się interesują teatrem. Bieda naszego systemu demokratycznego polega między innymi na tym, że jak zmieniają się radni i zarządy, to rozmowę o funkcjonowaniu takiej instytucji jak nasza trzeba zaczynać od początku. Pod koniec pierwszego sezonu stworzyliśmy taki dokument, który nazwaliśmy diagnozą – opisaliśmy w nim lata zaniedbań i problem niedofinansowania. Wysłaliśmy ten dokument do ministra, do urzędu marszałkowskiego. I co? Zero odpowiedzi. Przyszedł następny zarząd i nic oczywiście o tej naszej diagnozie nie wiedział. Więc jeszcze raz ją wysłaliśmy. Znowu zero odpowiedzi. Rozmawiamy tylko w sytuacjach kryzysowych. Najlepiej zapamiętałem chyba wicemarszałka Mołonia, bo dużo nam obiecywał. Obiecywał i obiecywał. I zawsze kończyło się na obietnicach.

A co wam takiego naobiecywał?

Rok temu prosił nas, żebyśmy byli cierpliwi, bo do ubiegłego roku urząd marszałkowski miał inwestować w tzw. mury, a od przyszłego roku – zapewniał – znajdą się pieniądze na produkcję. Trudno sobie wyobrazić bardziej bałamutną obietnicę. Nie ma odpowiedzialności za słowo i nie ma żadnej ciągłości.

Najbardziej dotknął mnie ten brak ciągłości całkiem niedawno, kiedy prezydent Andrzej Duda zabrał nam patronat honorowy nad inscenizacją całości Dziadów. I muszę się przyznać, że to jest moja wina. Pomyślałem, że zmienił się prezydent, więc trzeba napisać taki kulturalny, dyplomatyczny list z pytaniem, czy obecny prezydent podtrzymuje patronat. Teraz myślę, że to absolutnie nie było potrzebne. Urząd jest trwały, a zmienia się tylko osoba, która go pełni. Jak w koncepcji Kantorowicza o dwóch ciałach króla w średniowiecznej Anglii.

Sprawdziłem listę patronatów honorowych prezydenta i można na niej znaleźć na przykład pierwszy turniej tenisa ziemnego księży albo turniej pieśni i hejnałów myśliwskich. Większość tych patronatów to są wydarzenia sportowe. Nie mam nic przeciwko sportowi, ale to jest jakieś nieszczęście, że ci, którzy nami rządzą, mają pełne usta frazesów o patriotyzmie, o tożsamości narodowej, a w gruncie rzeczy zapominają o tym, co najbardziej buduje tożsamość narodową, społeczną, obywatelską i krytyczną – kontakt z kulturą.

Dziady to w końcu dramat napisany przez narodowego wieszcza, więc tym bardziej dziwi brak patronatu.

Te okrajane Dziady czytane w szkole dają się rzeczywiście przełożyć na te proste kategorie, które zawłaszczyła prawica zorientowana nacjonalistycznie. Natomiast Dziady wystawione w całości, rozumnie przeczytane, pokazują, że to jest absolutnie heretycki, obrazoburczy tekst. Patriotyczne wątki to tylko niewielka część tematyki, którą porusza Mickiewicz.

To może dlatego odebrano wam ten patronat? Głosicie herezje i jeszcze chcecie w to wciągać prezydenta.

(śmiech) Niestety, myślę, że nie dlatego. Chciałbym nawet, żeby tak było, żeby ta decyzja wynikała właśnie z takiego rozumnego przeczytania Mickiewicza, żeby ktoś stwierdził po lekturze, że to jest profanacja i nie mogą w to wejść. Ten powód, który nam podano, jest kuriozalny. Otóż prezydent nie będzie obejmował patronatem honorowym żadnych spektakli teatralnych. No, przepraszam bardzo, ale realizacja sceniczna całości tego dramatu, pierwszy raz w historii od jego powstania w XIX wieku, jest czymś innym niż farsa w jakimś prywatnym teatrze. Poza tym prezydent dał patronat honorowy filmowi o Roju, a nawet objęty on jest patronatami honorowymi dwóch prezydentów – Lecha Kaczyńskiego i obecnego. Cokolwiek by myśleć o samym filmie, jednak teatr ma trochę dłuższą historię i – jak pamiętamy – w starożytnej Grecji był obok agory i sali sądowej najważniejszą instytucją polis.

A jak ty się czujesz po tych dziesięciu latach? Jeździcie na największe festiwale teatralne na świecie, tam obsypują was nagrodami, a później wracacie do Wrocławia i musicie odpierać te wszystkie zarzuty.

Chyba nabrałem już do tego dystansu. Na początku bardzo nas to wytrącało z równowagi. Zarazem te problemy nie dotyczą jedynie naszego teatru, tylko większości instytucji kultury, i przyznam, że po prostu mi wstyd z tego powodu. Ci radni i posłowie są – przepraszam za brzydkie słowo – emanacją naszego społeczeństwa, zostali wybrani. I trochę źle to o nas świadczy – że jesteśmy mali, zawistni, pełni resentymentu, jakiejś zazdrości, pozamykani, a także kierują nami ksenofobia, megalomania i etnocentryzm, najprostsze relacje z otoczeniem społecznym.

Nasze początkowe protesty wzbudzały żywy oddźwięk w środowisku teatralnym, a teraz, prawdę powiedziawszy, oprócz prywatnych telefonów nie dostaliśmy żadnego oficjalnego wsparcia ze środowiska. Przez te dziesięć lat gdziekolwiek działa się bieda jakiemuś zespołowi, zawsze z naszego teatru wychodził oficjalny protest. Jeśli my, ludzie teatru, zgodzimy się na taką sytuację i nie będziemy protestować, to czarno to widzę. Trochę tego nie rozumiem.

A ja chyba rozumiem. Teraz sytuacja jest inna – nikt nie chce zwalniać Mieszkowskiego, tylko kończy mu się kontrakt i urząd marszałkowski zgodnie z ustawą zapowiada konkurs. Dlaczego wy w zasadzie sprzeciwiacie się temu konkursowi?

W historii Teatru Polskiego we Wrocławiu po 1989 roku był zorganizowany konkurs i był dyrektor z konkursu. Nie zależy mi na tym, żeby kogokolwiek dyskredytować, więc nie wymienię nazwiska, ale to były najgorsze sezony w tym teatrze. I to nie jest tylko nasza ocena, którą wypowiadam, bo "my tu pracujemy i jesteśmy tacy wspaniali". Wystarczy zapytać prof. Deglera, prof. Kelerę czy recenzentów z tamtych lat – ktoś, kto spełnił warunki tego konkursu, nie spełnił się jako dyrektor.

Żeby mieć taki teatr, jak teraz mamy, to dyrektor i ekipa muszą się napracować. To są lata pracy. A żeby to zniszczyć, wystarczy jedna sekunda.

Program, który zgłasza się w konkursie, to koncert życzeń, później przychodzi praktyka i okazuje się, co naprawdę da się zrobić.

Jak ostatni raz byliśmy w urzędzie marszałkowskim, to zapytałem, czy rzeczywiście celem urzędu jest zniszczenie naszej instytucji, bo według mnie tak to wygląda. Jeżeli przez te lata przy ciągłym niedofinansowaniu udało się doprowadzić teatr do takiego poziomu, to mądry pan, przepraszam za te feudalne określenia, powinien pomyśleć, jak umożliwić nam pracę i dalszy rozwój.

Na początku stycznia obchodziliśmy 70-lecie Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nie przyszedł nikt oprócz zastępcy dyrektora departamentu ds. społecznych Urzędu Marszałkowskiego. Nikt w kancelarii prezydenta ani w ministerstwie kultury nawet nie pomyślał o tym, żeby w jakiś sposób uznać to, czego udało nam się dokonać – nikomu do głowy nawet nie przychodzi, żeby przyznać ludziom jakieś medale.

Jak to? Przecież widzę, że wisi tutaj na ścianie nad biurkiem sekretarza literackiego piękny złoty medal.

Mhmm, tak. Koleżanka z pracy zrobiła go dla kolegi z pracy, to wisi.

Być może urzędnicy faktycznie nigdy nie byli skorzy do tego, żeby was doceniać, ale ciągle nie rozumiem, dlaczego ten konkurs traktujecie jako atak na teatr. Kilka lat temu Krzysztof Mieszkowski był jednym z liderów protestu "Teatr nie jest produktem. Widz nie jest klientem". Pamiętam, że środowisko teatralne domagało się wtedy między innymi przejrzystego i demokratycznego sposobu zatrudniania dyrektorów. Konkurs chyba spełnia te wymagania.

W tego typu konkursach podstawowym kryterium, które musi spełnić kandydat, jest wyższe wykształcenie, dopiero później patrzy się na doświadczenie i dokonania. Cóż, są ludzie, którzy takiego wyższego wykształcenia w postaci dyplomu nie mają – tak jak na przykład Krzysiek Mieszkowski.

I wszystko, co mówisz o procedurze konkursowej, to prawda, ale jakimikolwiek przymiotnikami byśmy jej nie opisali, to nie zmienia faktu, że ma ona też swoje wady. O funkcje w tych konkursach stara się ciągle ten sam zestaw osób. I szczerze mówiąc, nasi aktorzy nie są jakoś wybitnie szczęśliwi na myśl o współpracy z kimkolwiek z nich. W teatrze nie pracuje się z maszynami, tylko z ludźmi.

Mówisz o demokracji. Przepraszam bardzo, dlaczego w konkursie nie bierze się pod uwagę głosu ludzi, którzy pracują w teatrze?

W komisji konkursowej powinni się znaleźć przedstawiciele zespołu.

Ale większość ma organizator (urząd marszałkowski – przyp. D.K.) i ministerstwo. Załoga teatru będzie tam miała może jeden głos. Przedstawiciele Rady Artystycznej nie są zapraszani. Dlaczego nie zapytać widzów o zdanie? Decyzję podejmują tylko związki zawodowe (teatralna Inicjatywa Pracownicza jest przeciwko konkursowi, a Solidarność – za), przedstawiciele ZASP (lokalny ZASP jest przeciwko naszemu teatrowi), organizator i ministerstwo. Nie mamy zbyt dobrej prasy u ministra, a urząd marszałkowski...

Tadeusz Samborski, odpowiedzialny w urzędzie marszałkowskim za kulturę, uważa, że "konkurs daje szansę każdemu, kto spełnia kryteria, a te dobrane zostaną w taki sposób, aby kandydaci mogli wyeksponować swoje formalne przygotowanie i możliwości twórcze".

Dobrze, to powiem ci, jak wyglądało nasze pierwsze spotkanie z wicemarszałkiem Samborskim. Dopiero od nas się dowiedział, że Mieszkowski nie ma wyższego wykształcenia. "Jak to nie ma? Przecież ma". Odpowiadamy na to, że nie ma. A marszałek, że ma. Więc my znowu, że nie ma. W końcu przyznał: "Aha, nie ma". Rezultat takiego konkursu jest do przewidzenia.

I według ciebie Krzysztof Mieszkowski, gdyby stanął do konkursu, nie miałby szansy go wygrać?

Nie ma takiej możliwości. Zostałby odrzucony za niespełnianie kryteriów formalnych. Maciek Nowak, który też nie ma dyplomu, startował w konkursie na dyrektora Teatru Polskiego w Poznaniu w parze z osobą, która dyplom ma, i to jest dziś dyrektor, a Nowak jest zastępcą do spraw artystycznych.

Zanim umówiłem się z tobą na wywiad, rozmawiałem z ludźmi, którzy angażowali się przed laty w obronę Mieszkowskiego przed zwolnieniem. Teraz mają opory. Pytają się, czy wy chcecie w tym teatrze rządzić dożywotnio.

No nie, aż tak długo to nie (śmiech). Powiem najprościej, szkoda zmieniać kierunek instytucji, która ciągle prze do przodu i ma takie artystyczne osiągnięcia. Nie mówię, żeby teraz urząd marszałkowski podpisał z Mieszkowskim umowę na dwadzieścia lat. Boże broń. Niech to będzie na następne pięć lat.

Bohdan Korzeniewski powiedział kiedyś, że żywot teatru jest tak długi jak życie psa, czyli te 14–17 lat. Z czasem ta energia, która towarzyszy aktorom, ekipie i dyrektorowi, się wyczerpuje. U nas na pewno się jeszcze nie wyczerpała. Więc może warto dać szansę, żebyśmy mogli się jeszcze rozwinąć?

Załóżmy, że dostajecie taką szansę.

Wtedy Krzysiek Mieszkowski zostaje na stanowisku dyrektora i znajdujemy jakąś interesującą, młodą, wykształconą osobę, która zajmowałaby się finansami – pozyskiwała fundusze europejskie, granty.

Po długich staraniach udało wam się w końcu spotkać z przedstawicielami urzędu marszałkowskiego. Jak oni zapatrują się na ten pomysł?

Rzeczywiście staraliśmy się o spotkanie przedstawicieli Rady Artystycznej z urzędnikami od 7 stycznia. Z początku nasze listy pozostawały bez żadnej odpowiedzi, ale ostatecznie udało się w końcu spotkać dwa tygodnie temu.

Mam nadzieję, że zdołamy znaleźć jakiś kompromis między naszymi oczekiwaniami a tym, czego oczekują radni i zarząd województwa.

Czymś takim mogłoby być porozumienie, które marszałek województwa Cezary Przybylski oraz była minister kultury Małgorzata Omilanowska podpisali z Krzysztofem Mieszkowskim ponad rok temu. Mieszkowski miałby objąć posadę dyrektora artystycznego, a teatr zatrudniłby nowego dyrektora naczelnego. W każdym razie bardzo ważne jest to, żeby ludzie, którzy decydują o naszym teatrze, pamiętali, że pieniądze, które dostajemy z urzędu, nie pokrywają kosztów stałych utrzymania teatru. Ktokolwiek tu przyjdzie, zawsze będzie miał z tym problem.

Nawet jeśli uda wam się przekonać marszałka, żeby zrezygnował z konkursu i mianował Mieszkowskiego na dyrektora, to nominację musi zatwierdzić jeszcze minister kultury. Profesor Gliński jak na razie nie wydaje się waszym największym fanem. Przed premierą Śmierci i dziewczyny wysłał pismo do marszałka, w którym domagał się odwołania tego spektaklu.

To był chyba pierwszy po 1989 roku przykład ministerialnej cenzury prewencyjnej – to fakt i należy o tym pamiętać. Ale ja wciąż mam nadzieję, że ministerstwo jest zdolne do jakiejś pozytywnej refleksji w naszej sprawie. Departamentem teatrów kieruje Wanda Zwinogrodzka i to jest jednak człowiek teatru.

Oczywiście, ktoś mógłby mi zarzucić, że jestem naiwny – pomimo tych dziesięciu lat przeciągania liny z urzędnikami i politykami.

Ale naprawdę mam dość idealistyczne wyobrażenie tego świata. Niecałe dwa tygodnie temu do Wrocławia przyjechał Konrad Szczebiot, dyrektor Departamentu Narodowych Instytucji Kultury z MKiDN. Pytał nas o zdanie, był żywo zainteresowany tym, co się u nas dzieje, wspomniał o specjalnym budżecie dla instytucji prowadzonych i współprowadzonych przez ministerstwo, namawiał, żeby pisać pisma o dofinansowanie. Powiedział, że priorytety ministra to m.in. promocja polskiej kultury za granicą i edukacja poprzez kulturę. Więc napisaliśmy pismo z prośbą o dofinansowanie pokazów Wycinki w reżyserii Krystiana Lupy w Japonii i Korei, a także prośbę o dofinansowanie jednego projektu edukacyjnego, to znaczy przygotowania premiery adaptacji Poczwarki z uczniami wrocławskiego gimnazjum integracyjnego. Pismo już poszło. Zobaczymy.

 

Piotr RUDZKI – teatrolog, adiunkt w Zakładzie Teorii Kultury i Sztuk Widowiskowych Uniwersytetu Wrocławskiego, od roku 2004 redaktor w kwartalniku "Notatnik Teatralny". Od roku 2006 kierownik literacki Teatru Polskiego we Wrocławiu. Jego artykuły ukazywały się m.in. w "Gońcu Teatralnym", "Warsztatach Polonistycznych", "Pracach Literackich", "Studiach Filmoznawczych", "Dolnym Śląsku", "Odrze", "Didaskaliach", "Polityce", "Slavic and East European Performance" (USA).

Przedstawienie: DZIADY

Źródło: "Gazeta Wyborcza - Wrocław" 2016 nr 47

Link do źródła: wroclaw.wyborcza.pl

Data publikacji: 2016-02-26

To im zawdzięczamy historyczne "Dziady"

Dzień przed premierą fotografka Natalia Kabanow postanowiła zebrać wszystkich twórców spektaklu w jednym miejscu, na teatralnej scenie. Zobaczcie ich – to oni właśnie przywrócili nam Dziady.

 

Ekipa "Dziadów"

 

Zdjęcie powstało w ubiegły piątek [19 lutego 2016] o godzinie 14. Zamiar udało się zrealizować tylko częściowo – kierowcy wciąż jeździli po mieście w poszukiwaniu rekwizytów i materiałów, suflerka Magdalena Kabata leżała w domu złożona grypą, charakteryzatorek nie było o tej porze w teatrze. Nie było też we Wrocławiu Mai Kleszcz, Wojciecha Krzaka i Jana Duszyńskiego, którzy skomponowali muzykę. Brakowało pracowników działu administracji, księgowości, krawców, ślusarzy, stolarzy, szewców, inspicjentek, rekwizytorów, części elektryków, akustyków, montażystów i garderobianych. Ale i tak na tym wyjątkowym zdjęciu zebrało się aż sto osób. Żeby objąć obiektywem taką grupę, Kabanow musiała wdrapać się na balkon – z poziomu widowni było to niemożliwe.

Rozszyfrowaliśmy, kto jest kim na tym zdjęciu. Nie wszystkich można oglądać na scenie w teatrze.

1. Paweł Kierepka, elektryk, ustawia światła podczas spektakli.
2. Leszek Tatarkiewicz, portier, wydaje klucze do sal prób i pilnuje, żeby publiczność nie wdarła się do teatru tylnym wejściem.
3. Wojciech Bratos, elektryk.
4. Michał Matoszko, grafik, zaprojektował plakat do III części (razem z Natalią Kabanow) i do 14-godzinnego maratonu, czuwał nad oprawą graficzną całości: plakatami, programami, teatralnymi pocztówkami.
5. Monika Susłowicz, krawcowa.
6. Jakub Syrkowski, asystent Roberta Rumasa, pomagał mu przy realizacji scenografii.
7. Teresa Grzybek z teatralnej pralni.
8. Marzena Sadocha, dramaturżka Polskiego, była wsparciem dla aktorów podczas prac nad Dziadami.
9. Robert Urbański z magazynu kostiumów, dba o to, żeby kostiumolodzy mogli szybko znaleźć w nim wszelkie potrzebne elementy strojów.
10. Maria Tomczyk, krawcowa.
11. Marta Zięba, aktorka, Pasterka w części II i III, tam także uczestniczka balu, w Ustępie gra m.in. na gitarze elektrycznej i na perkusyjnym woodblocku. Mówi też jeden z tekstów.
12. Anna Dobosz, kierowniczka garderobianych.
13. Ewa Zdaniewicz, kierowniczka pracowni krawieckiej damskiej.
14. Dariusz Bartołd, kierownik pracowni elektryków.
15. Wojciech Ziemiański, aktor, uczestnik obrzędu w części II, w części III Kapral, "unus defensor Mariae".
16. Piotr Rudzki, kierownik literacki Teatru Polskiego. Czuwał nad programami do spektaklu.
17. Paweł Olszewski, elektryk-oświetleniowiec.
18. Arkadiusz Ślesiński, kostiumolog, zaprojektował wraz z Julią Kornacką (nie ma jej na zdjęciu) kostiumy do wszystkich części Dziadów.
19. Wiesław Cichy, aktor, Ksiądz w części IV i Senator Nowosilcow w części III. Jako Ksiądz milczy i uważnie słucha oszalałego z miłości Gustawa, jako Senator mówi dużo i słucha głównie siebie.
20. Justyna Skoczek, pianistka i korepetytorka, w części III i Ustępie, kierowniczka muzyczna spektaklu. W scenie balu u Senatora gra rolę przez Mickiewicza opisaną jako Dyrektor muzyki. Dzięki niej w dużej mierze aktorzy Polskiego tak dobrze śpiewają w Dziadach.
21. Jadwiga Ziemińska, zastępca kierownika technicznego do spraw kostiumów i obsługi sceny. Zajmuje się też logistyką spektaklu.
22. Jarosław Minałto, sekretarz literacki, odpowiada za programy teatralne i całą oprawę literacką spektaklu.
23. Katarzyna Dudzic-Grabińska, asystentka Michała Zadary.
24. Magda Płyszewska z działu impresariatu, dba o to, żeby Dziady bezboleśnie dotarły i wróciły z krajowych i zagranicznych wojaży.
25. Jakub Kreczmer, montażysta. Razem z kolegami dba m.in. o to, żeby w odpowiednim momencie na scenie wyrósł las, a domek księdza obracał się wokół własnej osi. Odpowiada za błyskawiczne zmiany scenografii w przerwach.
26. Marian Czerski, aktor, Diabeł w części III i uczestnik obrzędu w części II.
27. Jolanta Klier, kadrowa, dba o to, żeby każdy uczestnik guślarskiego obrzędu – od krawcowej po Widmo złego pana – miał stosowną umowę.
28. Igor Kujawski, aktor, występuje w części III jako Żegota w scenie więziennej, Wysocki w Salonie Warszawskim, Starosta na balu.
29. Paweł Stanaszek, montażysta.
30. Kasia Majewska, dział literacki, razem z Piotrem Rudzkim i Jarosławem Minałtą dba o oprawę literacką spektaklu.
31. Edwin Petrykat, aktor, zagrał pięć ról w Dziadach: w części II był Widmem złego pana, a w części III Archaniołem II, Aniołem, Szambelanem i Kolleskim regestratorem.
32. Grzegorz Kloc, montażysta.
33. Wojciech Czerepak, montażysta.
34. Grzegorz Sznajder, montażysta.
35. Sebastian Cezari, montażysta.
36. Jakub Giel, aktor, zagrał w Dziadach rekordową liczbę ról. Razem z Michałem Mrozkiem i Dagmarą Mrowiec-Matuszak tworzy chór młodzieży w części I, jest uczestnikiem obrzędu w części II, a w części III – Tomaszem w scenie więziennej, Hrabią w Salonie warszawskim, Doktorem u Senatora, Widmem w ostatniej scenie, śpiewa też jeden z tekstów Ustępu.
37. Iwona Rólczyńska, na co dzień inspicjentka, tutaj wyjątkowo nie za sceną, ale na scenie – występuje gościnnie, tańcząc na balu u Senatora jako Dama VII.
38. Mariusz Kiljan, aktor, w Dziadach Guślarz, hochsztapler i prowincjonalny celebryta w części I, II i III, w tej ostatniej przede wszystkim ksiądz Piotr.
39. Janka Woźnicka, aktorka, Waleryja w części I, w części II uczestniczka obrzędu, w części III Ewa i panna.
40. Ewa Skibińska, aktorka, przejmująca Rollisonowa w części III.
41. Agnieszka Tiutiunik, kierowniczka działu marketingu. Odpowiada za promocję spektaklu w mieście. Dzięki niej fani Dziadów mogą szpanować zakładką do książki czy pocztówką z hasłem: "ZGADNIESZ ŻE DOJDZIE DO NIEŚMIERTELNOŚCI" i "SŁOŃCE WOLNOŚCI ZAŚWIECI". Albo zostawić wlepkę w ulubionym miejscu: "PRZECHADZKA MODNA JEST O TEJ GODZINIE".
42. Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego. Uwierzył w potencjał wystawienia Dziadów w całości i zaprosił Michała Zadarę do pracy.
43. Adam Szczyszczaj, aktor, Myśliwy Czarny w części I, Widmo w części II, a w części III Sobolewski w scenie więziennej, Literat I w Salonie warszawskim i Pelikan w gabinecie Senatora.
44. Rafał Kronenberger, aktor, bierze udział w obrzędzie w części II, jest też tam Krukiem przypominającym Widmu złego pana jego grzechy, a w części III – Literatem III w Salonie warszawskim i Bajkowem plującym mandarynkami w gabinecie Senatora. W Ustępie gra na perkusji, śpi na bębnach i podpiera się pałeczkami. I odzywa się jako Oleszkiewicz.
45. Katarzyna Strączek, aktorka, w części III – Dama I w Salonie warszawskim i Jenerałowa oraz Matka na balu.
46. Dariusz Maj, aktor, Jenerał w Salonie warszawskim, Sekretarz w gabinecie Senatora, w Ustępie zamęcza pozostałych opowieściami o Petersburgu, gra na trąbce i wali w perkusję.
47. Michał Chorosiński, aktor, pojawia się jako Frejend w scenie więziennej, Literat IV w Salonie warszawskim, jest też Bestużewem na balu, a w Ustępie gra na perkusji.
48. Dagmara Mrowiec-Matuszak, aktorka, kobiecy rodzynek w chórze młodzieży w części I, jako policjantka mówi wiersz Upiór, występuje też w części II, biorąc udział w obrzędzie, a w części III jest Kmitową i Księżną.
49. Adam Cywka, aktor, jako Belzebub w części III w scenie widzenia Senatora pyta diabłów pomniejszych: "Łotrze, a znasz mój czyn? Od cara zwierzchność mam!". W Salonie warszawskim jako Kamerjunkier i Pułkownik na balu.
50. Michał Zadara, reżyser, to on przywraca nam Dziady. Nad realizacją Mickiewiczowskiego dramatu w całości, bez najmniejszych skrótów, pracował przez sześć lat.
51. Tomasz Kocuj, aktor, w części III pojawia się jako Józef w scenie więziennej, jako anioł odwiedza celę księdza Piotra, jest też uczestnikiem salonowych rozmów i balu u Senatora.
52. Michał Mrozek, aktor, bez niego chór młodzieży w części I nie byłby tym samym chórem, w II części bierze udział w obrzędzie i patrzy pożądliwie na pasterkę Zosię. W części III jako ksiądz Lwowicz pojawia się w scenie więziennej, jest też jednym z młodych salonowców i lokajem u Senatora.
53. Robert Rumas, scenograf, dzięki któremu na scenie Polskiego przenieśliśmy się do szkieletora, czyli niedokończonego parkingu szpecącego ulicę Zielińskiego, do zaśmieconego polskiego lasu, ale też do dziewiętnastowiecznego teatru.
54. Marek Zaborski, inspektor BHP, dbał o to (z pomocą teatralnych strażaków), żeby mimo płonących wieńców i ognisk nikomu włos z głowy nie spadł.
55. Mariusz Turchan, specjalista do spraw promocji i organizacji widowni.
56. Artur Sienicki odpowiada za światło i wideo, wykorzystane w części II i podczas Ustępu.
57. Małgorzata Konieczna, sekretariat teatru i asystentka dyrektora.
58. Katarzyna Jędrzejak, księgowa, kasjerka.
59. Agnieszka Zagrobelna, specjalistka do spraw promocji i organizacji widowni.
60. Aleksandra Książek, specjalistka do spraw promocji i organizacji widowni.
61. Tomasz Lulek, aktor, w części III był w anielskim chórze.
62. Weronika Czyżewska, rzeczniczka prasowa.
63. Ewa Wawrzyniak, zastępczyni głównej księgowej Jadwigi Zgrzebnickiej.
64. Barbara Rólczyńska i Chopsi, kasjerki, sprzedały 599 biletów na maraton z Dziadami.
65. Małgorzata Wesołowska, księgowa.
66. Joanna Zborowska, garderobiana.
67. Alina Rudkowska, księgowa.
68. Witold LiszkowskI, malarz, malował m.in. realistyczną scenografię do części III.
69. Dominika Rudkowska, archiwistka administracyjna.
70. Jacek "Budyń" Szymkiewicz, kompozytor, to spod jego ręki wyszła szalona muzyka do Ustępu.
71. Wojciech Bielach, elektroakustyk, dba o to, żeby nie tylko było "ciemno wszędzie", ale i – w razie potrzeby – "głucho wszędzie".
72. Maciej Kabata, kierownik pracowni akustycznej, dzięki której podczas maratonu Dziadów wszystko było tak pięknie słychać.
73. Marcin Niebojewski, zastępca kierownika pracowni akustycznej.
74. Mikołaj Szmeichel, młody aktor, to on tak pięknie śpiewał jako Dziecię w części I piosenkę o Młodzieńcu Zaklętym. I był w anielskim chórze w części III.
75. Jacek Cimicki, zastępca kierownika technicznego, łącznik między reżyserem a pracownikami technicznymi.
76. Nina Karniej, asystentka reżysera.
77. Daniel Przastek, dramaturg. Z Michałem Zadarą odwiedził Wilno i Kowno, spędził godziny w bibliotekach, próbując zrozumieć, co Mickiewicz miał na myśli.
78. Marta Streker, na początku asystentka reżysera, pod koniec pracy – druga reżyserka.
79. Joanna Śliwa, specjalistka ds. organizacji pracy artystycznej. Robiła wszystko, żeby pogodzić przygotowania do maratonu z codzienną pracą teatru.
80. Monika Bolly, w części II brała udział w obrzędzie, w części III była cudowną śpiewającą diablicą, w Ustępie najpierw zanudziła Przeglądem wojsk, żeby potem solidnie nami potrząsnąć, a na koniec pojawiła się na balu jako Sowietnikowa.
81. Bogusław Danielewski, aktor, najstarszy (88 lat) członek ekipy Dziadów. Gra Starca w części I i II i Boga w części III. Jako Bóg mówi jedno słowo: "Przerwa". Pojawia się też w Salonie warszawskim – jako Stary Polak.
82. Andrzej Kłak, aktor, występuje w części III jako Feliks Kółakowski w scenie więziennej, Zenon Niemojewski w Salonie warszawskim i Justyn Pol na balu. W Ustępie gra na kontrabasie i na gitarze.
83. Anna Ilczuk, aktorka, przewodniczka po świecie Dziadów. Jako Dziewica pojawia na samym początku, potem serwuje nam wstęp do części II i III. Wraca w Ustępie, żeby opowiedzieć o spotkaniu z Oleszkiewiczem i walić w bębny, mówi też słynny wiersz Do przyjaciół Moskali. I recytuje Objaśnienia, czyli przypisy do całego utworu.
84. Michał Opaliński, aktor, w części III występuje jako Jankowski w scenie więziennej, jako Mistrz ceremonii w Salonie warszawskim i jako Sowietnik na balu u Senatora.
85. Michał Stawiski, młody aktor, w części II jako upiorny Józio domaga się goryczy dwóch ziarnek.
86. Bartosz Porczyk, aktor, jako Gustaw biega za Waleryją i zalicza nieudane łowy w części I, w części III staje się Konradem i rzuca wyzwanie Bogu, a w części IV – znów jako Gustaw – kobietom, tym puchom marnym. I krzyczy do księdza: „Przywróć nam «Dziady»”.
87. Julia Leszkiewicz, aktorka, jako Rózia w części II razem z braciszkiem zamiast pączków, ciastek, mleczka wybiera gorczycę, a w Ustępie tak mówi Drogę do Rosji, że nas, widzów, dosłownie wciska w fotele z wrażenia.
88. Sylwia Boroń, aktorka, jako pasterka Zosia w części II z chęcią by pogoniła i baranka, i motylki, w części III jako anielica skutecznie broni Konrada przed bluźnierstwem, jest też młodą, patriotycznie nastrojoną damą w Salonie warszawskim.
89. Paulina Panas, młoda aktorka, jedna z córek księdza w części IV.
90. Marcin Pempuś, aktor, pojawia się jako Jakub w scenie więziennej, jest też diabłem w widzeniu Senatora, Literatem II w Salonie warszawskim, oficerem rosyjskim na balu i gra na gitarze w Ustępie.
91. Anna Tomaszewska, młoda aktorka, druga z córek księdza w części IV.
92. Paweł Majchrowski, student PWST, w teatrze występuje gościnnie, w scenie więziennej jest Suzinem i żołnierzem na balu.
93. Aleksandra Ochman, młoda aktorka, na zmianę z Julią Leszkiewicz gra Rózię.
94. Małgorzata Gorol, aktorka, wysłuchuje przemowy Anny Ilczuk we wstępie do części III, w scenie widzenia Ewy jest Marceliną i Damą III na balu u Senatora.
95. Eryk Skonieczny, młody aktor, członek anielskiego chóru w części III.
96. Kacper Kuryś, młody aktor, członek anielskiego chóru w części III, na zmianę z Mikołajem Szmeichelem śpiewa o zaklętym młodzieńcu w części I.
97. Anna Makowska-Kowalczyk, razem z mężem Kubą Kowalczykiem, którego nie ma na zdjęciu, animuje kruka, sowę, motylki, baranka.
98. Klaudia Cygoń, studentka PWST, Dama V na balu u Senatora.
99. Daria Krzyżaniak, studentka PWST, Dama VI na balu u Senatora.
100. Aleksander Rudkowski, główny specjalista do spraw organizacji pracy artystycznej.

 

Przedstawienie:

Wydarzenie: ...

Źródło: "Gazeta Wyborcza – Wrocław" 2016 nr 44

Link do źródła: wroclaw.wyborcza.pl

Data publikacji: 2016-02-23

WARTO 2016. Andrzej Kłak - chrzest teatralny przeszedł w Wałbrzychu

Prezentujemy nominowanych do nagród kulturalnych WARTO "Gazety Wyborczej – Wrocław" i "Co Jest Grane": Andrzej Kłak. Absolwent wrocławskiej PWST, gdzie już podczas studiów za role w spektaklach dyplomowych był nagradzany na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi, od czterech lat w zespole Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Kiedy oglądaliśmy go kilka lat temu w O dobru Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, byliśmy przekonani, że gra właśnie rolę życia. Jako umierający na raka Carl Bernstein pokazywał rentgenowskie zdjęcia, prosił widzów o pomoc i nie było wśród publiczności nikogo, kto nie postawiłby pytania o granicę między prawdą a fikcją.

Potem przeskoczył do Teatru Polskiego, gdzie błyszczał w teatralnym przeboju – spektaklu Courtney Love, za co wyróżniliśmy go pierwszą nominacją do WARTO. Po czterech latach na wrocławskiej scenie nie przestaje nas zaskakiwać.

– Andrzej Kłak przeszedł chrzest teatralny w Wałbrzychu – mówi Jolanta Kowalska, jurorka WARTO. – Dziś to najlepsza rekomendacja, lecz przed ośmiu laty, gdy stawiał tam pierwsze kroki, nikt nie podejrzewał, że peryferyjna dolnośląska scena stanie się kuźnią nowoczesnego aktorstwa.

Uczył się od najlepszych

W wałbrzyskich czasach burzy i naporu Kłak miał okazję wydeptywać nowe ścieżki z reżyserami, którzy dziś nadają ton teatrowi: Krzysztofem Garbaczewskim, Natalią Korczakowską, Piotrem Ratajczakiem i Radosławem Rychcikiem. Szybko stał się aktorem do zadań specjalnych Moniki Strzępki. Potrafił łączyć fantastyczną technikę z dojrzałością wewnętrzną, nadając swoim postaciom głębszy, osobisty rys. Przenosiny do Wrocławia pozwoliły mu przede wszystkim zademonstrować wszechstronność własnych możliwości.

W ubiegłym roku Andrzej Kłak miał okazję zabłysnąć w kilku ważnych rolach – w Burzy (Ferdynand), Dziadach (Feliks Kółakowski, Justyn Pol, Zenon Niemojewski) czy Media Medei (Jazon) i Śmierci i dziewczynie (Uczeń, Śmierć) - za te dwie ostatnie role został doceniony.

Człowiek o wielu talentach

W spektaklu Marcina Libera w duecie z Katarzyną Strączek stworzył parę, która przegrała swoją szansę na miłość, a teraz jest zmuszona trwać w wypalonym związku jak w klinczu. W głośnym przedstawieniu Eweliny Marciniak dotrzymuje kroku Małgorzacie Gorol, na przemian grając role w fantazjach bohaterki i przeciwstawiając się im zdecydowanie.

Taki wachlarz pokazuje skalę jego możliwości: – Kłaka nie da się ostemplować żadną etykietą, nie ma postaci czy typów, do których "pasowałby" z racji talentu, warunków, predyspozycji – mówi Kowalska. – Jest jak czyste płótno, na którym można namalować wszystko. Dlatego niepodobna go sobie wyobrazić w żadnej roli, dopóki nie wyjdzie na scenę. Zawsze zaskakuje.