Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: ONI

Źródło: "Tygodnik Wałbrzyski" 2016 nr 28

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2016-07-11

Teatr czy teatrzyk?

Po spektaklach z wielkim rozmachem Teatr Polski we Wrocławiu na koniec sezonu wystawił wreszcie coś bardziej kameralnego – ONYCH Stanisława Ignacego Witkiewicza. Dramat napisany w 1920 roku okazał się boleśnie aktualny. Dramaturg Małgorzata Maciejewska i reżyser Oskar Sadowski nadali mu dodatkowo atrakcyjną sceniczną formę. Egzaltowani artyści – kolekcjoner malarstwa Kalikst Bałandaszek (Adam Szczyszczaj) i aktorka Spika Tremendosa (Anna Ilczuk) – stają się ofiarami nowego porządku świata. Świata, w którym sztuka sprowadza się wyłącznie do komedii dell’arte. Reszta twórców zostanie zgładzona lub okaleczona. Choć taka perspektywa jest przerażająca, to spektakl ONI nie jest tylko dramatem, ale także komedią. Sporo tu zabawnych sytuacji i dialogów. Gustowny humor nie przesłania jednak zasadniczego przekazu. Na ziemię brutalnie sprowadza nas rejestracja wideo z demonstracji narodowców, podczas której uczestnicy spalili kukłę Żyda. Jednym zdaniem ONI to bardzo udane przedstawienie bawiące i jednocześnie skłaniające do refleksji.

Przedstawienie: ONI

Źródło: modowe-urodowe.blog.onet.pl

Link do źródła: modowe-urodowe.blog.onet.pl

Data publikacji: 2016-05-12

Witkacy, teatr, polityka i namiętność

Spektakl ONI według sztuki Witkacego z 1920 roku we wrocławskim Teatrze Polskim, w reżyserii Oskara Sadowskiego, poprzedziła kampania poetycko-obrazkowa. Niczym dewocyjne obrazki patriotyczne z różanymi girlandami i czerwonym sercem pulsującym na seksownej blondynce i seksownym blondynie, pojawiły się na wrocławskich słupach ogłoszeniowych, a także w formie naklejek i internetowych zajawek, tudzież trailerów.

Ekscytacja widzów sięgała szczytów. 10 maja na Scenie Kameralnej pojawił się tłum, głównie młodych ludzi, ale była też spora grupa starszych teatromanów. Doszło i do omdlenia w typowo witkacowskim stylu – starszy widz, osłabły z gorąca, osunął się na plakat reklamowy z seksowną blondynką w różanym otoku.

Na szczęście obyło się bez trupów. Było potwornie gorąco, spektakl się opóźniał, bo wietrzono salę. Widzowie w to majowe ciepłe popołudnie kłębili się niespokojnie, przyodziani w wiosenne sukienki, spodnie, koszulki z krótkimi rękawami.

Gdy wreszcie w towarzystwie niezwykle wybrednej teatralnie znajomej, która widziała chyba wszystkie istniejące wersje spektakli Witkacego, weszłam na salę, padłam na fotel i kilka minut delektowałam się wielkimi podświetlonymi krwistymi różami otaczającymi scenę niczym dekoracje w niemym filmie. Zobaczyłam też "ludwikowy" szezlong (Witkacy w didaskaliach zalecał "garnitur mebli Louis XVI: stół, kanapa i fotele"), barłóg, z którego podnosił się przyodziany jedynie w szlafrok i czarne bokserki wytatuowany Kalikst Bałandaszek, oraz złote psy pilnujące blondynki w typie podrzędnego demona-wampa, kusicielsko wijącego się po scenie (Anna Ilczuk jako hrabina Spika Tremendoza z misternie ulożonymi lokami niczym postać z obrazu Tamary Łempickiej z lat 30.).

Tytułowi Oni jeszcze się nie pojawili. Hrabina Spika bezskutecznie uwodziła zblazowanego niedoszłego artystę, kolekcjonera sztuki, pełnego niemocy i zatopionego w swoich fantazjach. Kalikst Bałandaszek roznegliżowany, po witkacowsku groteskowy, fantastycznie zagrany przez Adama Szczyszczaja, jest komiczny, narcystyczny, zmysłowy, piotrusiowopanowy, i najbardziej, jak się da, aktualny. Jest jak współcześni faceci – nawet fryzurę ma en vogue. Myśli tylko o sobie i swoich przyjemnościach. Ma obsesję posiadania czarnej kochanki i nie zważając na swoją demoniczno-perwersyjną narzeczoną hrabinę Spikę, wikła się w związek z sepleniącą ehrrrotycznie szansonistką – kokainistą, ognistą pulchną brunetką Rosiką Prangier (wyborna Halina Rasiakówna – zupełnie nie do poznania w peruce i ciemnych okularach) karmiącą go narkotykami, podczas gdy hrabina Spika traktuje go jak synka, karmiąc własną piersią (w trailerze Bałandaszek-Szczyszczaj rozchyla swój szlafrok i pieści swój sutek znacząco się uśmiechając).

Namiętności aż się kłębią, orgie (genialny wręcz pomysł, jak pokazać je na scenie, nie popadając w pornografię ani przesadę) przerywa dopiero pojawienie się Onych – polityków, którzy chcą ukrócić te brewerie. Chcą oczyścić świat ze zdegenerowanego malarstwa, zamknąć galerię Bałandaszka i nakazać hrabinie Spice, która jest aktorką, grywać w jedynie słusznych prostackich sztukach commedie dell’arte. Przewodzi im odrzucony i wyszydzony Ryszard, mąż hrabiny, który chce zemsty za doznane upokorzenie.

Oni przychodzą, spiskują i chcą zmian. Chcą rządzić. Niepotrzebna im poezja i malarstwo. Teatr chcą przerobić na swój sposób. Chcą decydować o wszystkim. Bydło ma słuchać. Artyści mają robić, co im się każe. W ostatniej części spektaklu oglądamy nagranie z manifestacji radykalnej prawicy, która chce Polski dla Polaków, nie chce uchodźców, gejów i innych zwyrodnialców.

Widzowie siedzieli jak zaczarowani, przyglądając się jak w ostatnim akcie dwie służące sprzątają po wszystkim. Bo ktoś ten bałagan musi posprzątać. Duża blondyna, kucharcia Marianna Splendorek (Janka Woźnicka), i anorektyczna, ledwo trzymająca się na nogach Ficia (Sylwia Boroń) – obie na niebotycznie wysokich obcasach, w białych fartuszkach na czarnych sukienkach. Obie jak z Witkacego, groteskowe, przesadne, budzące chichot.

Świetna sztuka, doskonale oddająca ducha Witkacego zadziwiająco aktualna, grana z ogromnym dystansem i to bynajmniej nie na kolanach. Warto zobaczyć.

Przedstawienie: ONI

Źródło: Gazeta Wyborczej - Wrocław" 2016 nr 107

Link do źródła: wroclaw.wyborcza.pl

Data publikacji: 2016-05-09

Oni są zdolni do wszystkiego

Oni istnieją i są zdolni do wszystkiego. Przekonujemy się o tym, kiedy pokojówka Ficia i kucharcia Marianna znad ciała martwej Spiki przyglądają się wyświetlanej na ekranie relacji z demonstracji nacjonalistów na wrocławskim Rynku.

 

Twórczość Witkacego nieprzypadkowo cieszyła się największą popularnością do końca lat 80. – szukano w niej diagnozy ówczesnej rzeczywistości. Dyktatura zbiorowości, niszczenie sztuki jako przejawu groźnego dla systemu indywidualizmu – wydawało się, że to zagrożenia z zamierzchłej przeszłości. Teraz Witkacy wraca, uświadamiając nam, jak bardzo się łudziliśmy.

Gdy już będzie za późno

Spika i jej kochanek Bałandaszek mogliby być przedstawicielami współczesnej klasy średniej. Są pochłonięci sobą, nie dostrzegają świata wokół.

A za drzwiami willi Bałandaszka czai się komitet zwalczania nowej sztuki, organ tajnego rządu. Bo "przecie oni nami rządzą, a nie tamte manekiny". A już na pewno nie prezydent, pojawiający się na teatralnych premierach w stroju syndykatu lokajów i fryzjerów.

Niestety, do Spiki i Bałandaszka świadomość, że "oni istnieją i są zdolni do wszystkiego" dotrze, kiedy będzie zdecydowanie za późno, żeby "onym" się przeciwstawiać. Kiedy w ich sypialni pojawią się przedstawiciele nowego rządu, z Melchiorem Abłoputo (Dariusz Maj) na czele, galeria Bałandaszka, od impresjonistów aż po sztukę współczesną, zostanie "zsegregowana i na zagładę skazana". Bo celem tajnego rządu jest zniszczenie dorobku sztuk plastycznych i wstrzymanie dalszej produkcji: "Trzeba zniszczyć kubizm w zarodku i wszystkie w ogóle możliwości artystycznej perwersji, a więc kulfo i neokulfonizm, autopępkofagizm i pseudoinfantylizm... Zostaną tylko rzeczy podnoszące ducha społecznej dyscypliny i te, które mogą posłużyć do zużytkowania narodowych wartości jako nawozu dla powstania nowych transformacji bardziej ludzkich, a mniej bydlęcych, tych właśnie samych narodowych uczuć".

Bez napięcia

Podczas premiery wyraźnie "siadło" napięcie między parą głównych bohaterów tej opowieści – aktorką Spiką hrabiną Tremendosą (Anna Ilczuk) i kolekcjonerem nowej sztuki Kalikstem Bałandaszkiem (Adam Szczyszczaj). Duch spontanicznej zabawy językiem Witkacego gdzieś się rozwiał.

Ilczuk jako Spika, ta demoniczno-tragiczna postać z ONYCH, była znakomita, Szczyszczaj dotrzymywał jej kroku tylko momentami – szczęśliwie udało mu się odzyskać formę w poruszającym finale. A całość nabrała temperatury dopiero wraz z pojawieniem się delegacji tajnego rządu (Dariusz Maj, Marta Zięba, Aldona Struzik, Halina Rasiakówna, Andrzej Szeremeta).

Mimo potknięć ten wieczór przyniósł zwycięstwo tekstu Witkacego.

Witkacy w kiczu

Realizacją ONYCH 22-letni Oskar Sadowski debiutuje w teatrze. Po premierze w kuluarowych rozmowach trwały spekulacje, na ile ingerencji w tekst pozwolił sobie reżyser wraz z dramaturżką Małgorzatą Maciejewską. Na moje oko było ich bardzo niewiele. Sadowski wkłada tę opowieść w kiczowatą ramkę z róż, każe Annie Ilczuk widowiskowo umierać w scenicznym dymie i śniegu do arii z Madame Butterfly Pucciniego. Sięga po język metafory, którym byli zmuszeni posługiwać się twórcy z pokolenia jego rodziców i dziadków, żeby między wierszami opowiedzieć o tym, co ich najbardziej dotyka.

Z estetyki kiczu wzięto też pomysł na plakaty towarzyszące ONYM projektu Natalii Kabanow. Anna Ilczuk i Adam Szczyszczaj mogliby w takiej stylizacji trafić na okładki luksusowych magazynów mody, gdyby nie twist o erotyczno-narodowo-religijnym charakterze, który im towarzyszy – oboje na łonie mają czerwone poduszki z wyhaftowanym orłem. W ten znieczulający widza sznyt jest opakowana diagnoza rzeczywistości dalekiej od świata glamour.

O tym, że oni istnieją i są naprawdę zdolni do wszystkiego, przekonujemy się na dobre w finale, kiedy pokojówka Ficia (Sylwia Boroń) i kucharcia Marianna znad ciała martwej Spiki przyglądają się wyświetlanej na ekranie relacji z demonstracji nacjonalistów na wrocławskim Rynku, podczas której spalono kukłę Żyda.