Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: BURZA

Źródło: "Dwutygodnik.com" 2015 nr 152

Link do źródła: www.dwutygodnik.com

Data publikacji: 2015-02-10

W krzywym lustrze Prospery

W tej Burzy wyspa będzie pustką, czarnym blue boxem, w który wgrać będzie można dowolne efekty specjalne. Czerń wyspy jest wszechobecna – nacieka w organiczny stożek zwisający nad leżącą Prosperą (Ewa Skibińska). To migrująca wyspa, cytat z Życia seksualnego dzikich Garbaczewskiego i Cecki z Nowego Teatru w Warszawie. Aleksandra Wasilkowska doda do niej czarny członek dyskretnie spuszczony z dryfujących fałdów. Migrująca wyspa będzie się przelewać pod własnym ciężarem, a pustka okaże się bardzo zmysłowa. Na wyspie ląduje Prospera, prawowita królowa Mediolanu, wygnana przez brata Antonia i Alonzę, królową Neapolu. Towarzyszy jej córka, Miranda (Małgorzata Gorol).

Prospera jest łysa, biała, antyseptyczna – gdy zrzuci płaszcz i stanie goła, będzie jak jedna z błyskawic rozświetlających co chwilę scenę, będzie czystym potencjałem, teatralnym napędem. Na wyspie Prospery nie ma jeszcze narracji, nie powstała żadna mitologia, a trzy waginalne, trójkątne lustra ciskające pioruny w widownię to obiekt raczej intuicyjnego niż rytualnego kultu – jak czarny obelisk z Odysei kosmicznej Kubricka. Czyszczenie kulturowego pola, rozłączanie atomów dramatu i pozyskiwanie z tej operacji energii, która iskrzy na ścianach sceny, wyładowuje się w grzmotach, jest siłą napędową dla tej Burzy.

Jeśli w Dzikich Cecko zdekonstruował spojrzenie antropologa, to w Burzy dąży do dekoncentracji mitologicznej ogniskowej – dotyczy to głównie żywiołów seksualnych, które najczęściej uwikłane są w mitologie. W końcu Prospera to Biała Bogini na wyspie-halucynacji, Wielka Matka à rebours. Płodzenie, pierwiastek kobiecy i męski, mysterium coniunctionis, na scenie wszystko to traci swój konkret, a przede wszystkim wylewa się ze struktury: mitologicznej, psychoanalitycznej, literackiej. Garbaczewskiego interesuje potencjał performatywny zerwanych narracji. W ten sposób przywraca też Burzy porzuconą w XIX wieku, komediową konwencję. Kaliban Pawła Smagały kuleje i jest garbaty – to, by odwołać się znów do mitologii, postać hefajstyczna, nie do końca ukształtowana, poroniona, potwór-zarodek. Na scenie będzie siał semantyczny zamęt, raz za razem deformując szekspirowską poetykę: pojawi się, targając telewizor, oponę, żelazny czajnik – to, co nie przystaje do wyspy, nie mieści się w historii. Wreszcie, wściekły na Prosperę, obrzuci ją błyskotliwą wiązanką złorzeczeń, której nie powstydziłby się niejeden satyryczny fanpejdż na Facebooku. Do Mirandy zalecać się będzie grubo i znów nieadekwatnie: przegalopuje przez scenę na czterech łapach, krzycząc "ruchaj mnie" i wypinając w jej kierunku goły tyłek. Ten klasyczny teatralny dzikus u Garbaczewskiego będzie popsuj-zabawą, wbijającą klin w samo centrum szekspirowskiego teatru kryz i wielkich, uniwersalnych tematów.

To także on będzie łącznikiem między narracją spektaklu i kulisami, gdzie reżyser usadowił pijaków. W ich świecie magia teatru, magia Prospery będzie bezustannie negowana, zdradzana – dość powiedzieć, że główna bohaterka będzie tam nazywana Ewką. A wywoływanie artystycznej nadwyżki z szarej prozy życia zmieni się w groteskowy rytuał gadających czaszek, którym bliżej do campowych Opowieści z krypty niż rozterek Hamleta. Gdy Prospera rozpętuje tytułową burzę, by statek z jej oprawcami rozbił się u brzegu wyspy, następuje szybki absurdalny happy end w amerykańskim, liberalnym stylu: ślub Prospery z Alonzą (Halina Rasiakówna) przy dźwiękach cygańskiej kapeli. Echem Wycinki Lupy z tego samego teatru stanie się Wojciech Ziemiański tęskniący za warszawskim Prosperem Andrzeja Seweryna z Teatru Polskiego – w czarnym płaszczu i z różdżką.

Fenomenalne światło Roberta Mleczko, kostiumy Sławka Blaszewskiego, muzyka Jana Duszyńskiego i scenografia Aleksandry Wasilkowskiej – Burza zdaje się nie mieć słabych stron. Sposób, w jaki wszystko to razem działa, sprawia, że dezynwoltura spektaklu, nagromadzenie gagów, kabaretowy impet zatrzymują się wpół kroku, wchodzą w obszar dziwacznie podniosły – śmiech zostaje odrealniony, dziwnie rozciągnięty w czasie, towarzyszy mu czarne, paniczne echo. I nie wiadomo do końca, czy jest symptomem radości czy strachu. Bo łatwo popaść tu w paranoję.

Garbaczewski i Cecko wystawiają Burzę w Krainie grzybów, ścierając ze sobą fronty, formy, konwencje – to tam uwalnia się ładunek, stamtąd ciskana jest błyskawica, zbiegająca po ledowym drucie postawionym na scenie obok gigantycznych muchomorów. To sfera antropologicznych przesterów, literackiego szumu – mistrzowsko skomponowana z serii nonsensownych scen, intuicji, aluzji i hipnotycznych obrazów. Za wszystkim tym stoi zbawiennie rozregulowany świat teatralnych symboli, językowych nawyków, które załamują się w pryzmacie dryfującej wyspy. Na tym polega siła wrocławskiej Burzy – wcale nie jesteśmy tu zresztą daleko od samego Shakespeare’a: rozkoszowanie się tym, co nieobliczalne, grzebanie w ciemnej materii, konfundowanie widza, torpedowanie tragedii śmiechem, ciągłe nie-halo jest kołem zamachowym jego dramatów. Okazuje się, że Burza z Wrocławia jest bardziej szekspirowska niż jej klasyczne, mniej oszalałe wystawienia. Jest w niej wręcz coś protoszekspirowskiego.

Przedstawienie: BURZA

Źródło: tekturaopolska.pl

Link do źródła: tekturaopolska.pl

Data publikacji: 2015-02-09

Ejakulat magnetyzmu czarnego zła

Na wrocławskiej scenie Teatru Polskiego wybrzmiała z wielkim łoskotem Burza Williama Shakespeare’a w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego. Bez wątpienia było to zaburzenie zarówno czasu, jak i przestrzeni.

Oko emocjonalnego cyklonu zaprezentowanego na scenie szeroko rozlało się po premierowej publiczności, unoszonej frenetyczną ekstazą co i rusz jeszcze w trakcie trwania przepełnionej okultyzmem podróży na dziką wyspę, którą naznaczono odwróconym wulkanicznym stożkiem – godzącym w piersi umęczonej Prospery wykreowanej z fantazją godną podziwu przez Ewę Skibińską.

Halucynogenna przestrzeń sceniczna będąca tłem opowieści o tym, czy pełnia władzy jest wolnością, zdumiewa siłą swojego eterycznego rozmachu. Smolista czerń scenograficznej i kostiumowej sadzy w wykonaniu Aleksandry Wasilkowskiej oraz Sławka Blaszewskiego zatrzymuje niepomiernie w zdumieniu oraz w wyostrzeniu ludzkich namiętności, pragnień wybrzmiewających z ust aktorów kreujących szekspirowski świat w rytm fascynującej gry świateł autorstwa Roberta Mleczki. Niepokojąca muzyka Jana Duszyńskiego uzupełnia czerń sceny, tworząc klimat oszałamiającej podróży w głąb ludzkiej świadomości, będącej na ścieżce żądzy pokrewnej śmierci. Cała przestrzeń sceny, z mocno zaznaczonym, a zdającym się pulsować gorącą magmą odwróconym wulkanem w rytm oddechów, szeptów, onirycznych skaz tlącego się po całej widowni światła wymykającego się ze sceny, zdaje się sprawiać, że przyłożony doń wibrometr wychodzi poza skalę. Rozszalały żywioł multimedialnej oprawy (Robert Mleczko, Marek Kozakiewicz), wtopiony w scenografię, potęguje niebieskie upusty gradowej burzy emocji, sączonych w stronę widowni w wirtuozerskim stylu, niemającym sobie równych.

Czymże by jednak była ta wspaniała oprawa bez porywającej w formie tropikalnej gorączki, niezrównanej gry aktorskiej, która rozlewa się po widowni na kształt gorącej magmy, roztaczając swój czarnoksięski magnetyzm, rodząc pasyjny ogień, salwując zakłócenia, spięcia pośród rozszalałego żywiołu fal morskich otaczających tę przedziwną wyspę. Ów szamańską siłą przywołany orkan zdarzeń, porywał publiczność bez reszty. W osnowie grzmotów oraz błyskawic premierowa widownia żywiołowo wchodziła w interakcję ze sceniczną fabułą, a i aktorzy nie pozostawali temu zjawisku dłużni. Bogactwo scenek rodzajowych, pastiszu, komedii, grozy, fluktuacyjnych emocji wartkiego tempa akcji, zjazdów i karkołomnych wiraży niczym na bobslejowym torze... Wszystko to nie miało swego końca, a przeto można rzec, że był to namiętny, burzliwy seks.

Ekstatyczna postać Prospery Ewy Skibińskiej odbywa daleką podróż mentalną do źródeł zła. Nasączona czernią trującej, smolistej wody, mocą czarnoksięskiej praktyki, staje się władczynią upiornej, pełnej duchów wyspy. Jej jedynym towarzystwem przez długich dwanaście lat pobytu na wyspie jest córka Miranda (Małgorzata Gorol), zniewolony duch Ariel (wyśmienity Marcin Pempuś) oraz Kaliban. Wyzbyta prawowitej władzy księżna Mediolanu zostaje postawiona na drodze prowadzącej od zemsty do przebaczenia. Jakże niełatwą jest owa podróż! Oto wszechwładna na kształt matki Lilith (Tam się będą potykały dzikie zwierzęta z koczkodanami, i pokusa jedna drugiej ozywać się będzie; tam leżeć będzie jędza, a znajdzie sobie odpocznienie – z Księgi Izajasza) obnaża swą pierś, do której przytroczony zostaje czarem, wbrew swojej woli Kaliban (Paweł Smagała) – niegdysiejszy władca tej wyspy, syn wiedźmy Sykoraks. Los sprawia, że u wybrzeży przeklętej wyspy rozbija się okręt, na pokładzie którego znajduje się uzurpujący sobie władzę brat Prospery – Antonio (Adam Cywka) wraz z antagonistką Prospery – Alonzą, królową Neapolu (Halina Rasiakówna), której towarzyszy syn Ferdynand (Andrzej Kłak) oraz cała dworska świta. Oto kanwa wydarzeń mających rozegrać się na wyspie unurzanej w burzy mimetycznej rywalizacji, przy której twórcy inscenizacji głęboko czerpali z prac i poglądów René Girarda, zdaniem którego kultura warunkowana jest przez dwa mechanizmy rządzące społeczeństwami: poszukiwaniem kozła ofiarnego oraz pragnieniem mimetycznym.

Burza Krzysztofa Garbaczewskiego zachwyca swoim rozmachem znaczeniowym. Stawia pytania o skutki pełni władzy w konotacji do osobistej wolności Prospery, która niewątpliwie ją posiada, rezygnując z zemsty na rzecz pokoju. Powraca po raz wtóry pytanie o to, jak i kiedy człowiek staje się bądź uzurpuje sobie bycie nadczłowiekiem. Rachitycznie wybrzmiewający w trakcie spektaklu hymn Unii Europejskiej staje się bolesnym pytaniem, gdy zerknąć na wschód Europy. Kto w dzisiejszych czasach jest bądź odważy się być Prosperą? Czerń, która jest czasem – pisze Marcin Cecko w programie do spektaklu, zdaje się otwartym pytaniem o granice otchłani, z której według praw fizyki światło nie ma prawa się wydostawać. Czym jest chaos, skoro ład jest wobec praw termodynamiki jedynie chwilowym odkształceniem normy? Czy stać nas na reset wydarzeń, na upadek w szeroko rozumiane aspekty bytu, gdzie brak dobra jest złem?

"Zło nie istnieje realnie, ontologicznie, lecz jest jedynie czymś negatywnym – niedostatkiem istnienia, jego ograniczeniem i niepełnością, czyli brakiem dobra" – głosi myśl Plotyna pozostająca dzisiaj w starciu z hasłem: "Imitację w życiu społecznym rozumiemy zatem jako narzucanie stadnego i dobrotliwego konformizmu poprzez masową reprodukcję kilku modeli społecznych".

Spektakl olśniewa bogactwem fantazyjnych form. Pobudza zmysły do zastanowienia się nad faktyczną konstrukcją sylwetki moralnej społeczeństw współczesnej Europy. Pastiszowa postać Stefano w wirtuozerskiej kreacji Wojciecha Ziemiańskiego (maestro, padam do stóp) w jednej ze scen przywodzi na myśl w sposób nieodparty postać Lorda Voldemorta, zaś wulkaniczna skała zaopatrzona w multiplikowane oczy konotuje wprost do Oka Saurona. Budzi śmiech, ale zatrzymuje.

Duch wciąż tkwi w zbroi...

Przedstawienie: BURZA

Źródło: Radio Wrocław

Data publikacji: 2015-02-08

Recenzja Burzy w Radiu Wrocław

Niektóre elementy na tej stronie w celu poprawnego wyświetlenia wymagają instalacji Adobe Flash Player oraz włączonej obsługi skryptów JavaScript.