Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Media o nas

Przedstawienie: BRACIA KARAMAZOW

Źródło: "Przegląd" 2018 nr 28

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2018-07-09

Klątwa rodzinna

Sceniczna adaptacja Braci Karamazow, nie pierwsza i nie ostatnia, zawitała do Teatru Polskiego we Wrocławiu jako przypowieść o fatum ciążącym nad rodziną. Tutaj, zgodnie z oryginałem, w sprawę musiał się wmieszać Diabeł, który jest grany przez kobietę, Iwonę Stankiewicz. W ogóle w tym przedstawieniu najwspanialsze kreacje aktorskie stworzyły panie, co ciekawe, występujące na scenie Polskiego gościnnie. Świetną Lizawietą jest Alicja Baran, w Gruszeńkę, która także znakomicie tańczy i śpiewa, wcieliła się Beata Śliwińska, Katerinę Iwanowną zaś wykreowała Justyna Jeleń. Reżyser Stanisław Melski na 40-lecie działalności artystycznej porwał się na trudne dzieło i nie starał się go udziwnić, pewną ręką poprowadził aktorów, podpowiedział jednak, wbrew Dostojewskiemu, kto zabił. A to miała być tylko hipoteza.

Przedstawienie: ACID SNOW [BĘDZIE JESZCZE ZIMNIEJ]

Źródło: teatralny.pl

Link do źródła: teatralny.pl

Data publikacji: 2018-06-27

Acid people

A gdyby tak zamknąć oczy i zakryć dłońmi uszy. Wyciszyć w sobie zgiełk miasta. Przez chwilę nie słyszeć i nie widzieć. Na chwilę zapomnieć o teatralnej codzienności. O koteriach, miejskich plotkach, papierowych wojnach, szeptach we foyer, taksujących spojrzeniach przy szatni. Uspokoić ciało. Potem, powoli otwierając oczy, zobaczyć w industrialnym bunkrze Sceny na Świebodzkim fascynujący spektakl.

Co musiałoby się stać, abyście uwierzyli, że to możliwe? Że oglądacie widowisko na miarę prac Ivo van Hove’a?

1.

Juhani Pallasmaa pisał: "Dotyk jest zmysłem, który integruje nasze doświadczanie świata i nas samych. Wszystkie zmysły, łącznie ze wzrokiem, są przedłużeniami zmysłu dotyku; zmysły są specjalizacjami tkanki skórnej, a wszystkie doświadczenia sensoryczne są sposobami dotykania i jako takie są związane z taktylnością. Nasz kontakt ze światem odbywa się na granicy podmiotu, poprzez wyspecjalizowane części pokrywającej nas membrany".

Mam zaufanie do skandynawskich architektów. Dostrzegając ekspresyjność prostoty, wydobywają istotę formy – tak rywalizującej z naturą, jak w niej zatopionej. Są przy tym intensywnie zmysłowi, lecz pozbawieni naszej skłonności do egzaltacji. Być może dlatego Acid Snow Rolfa Almego – architekta, scenografa i reżysera – to więcej niż groteskowa, zatem metaforyczna, wizualizacja swoistego #MeToo, w której po 139 latach od premiery gorzki tekst Ibsena przebija się poprzez trywialny, mieszczański zgiełk pseudomoralności i niby-uczuć zwierzoczłekoupiorów, czyli społeczeństwa.

2.

Na początku nie ma Domu lalki Ibsena. Acid Snow Almego zaczyna się nie od dialogu, lecz od szurania, tupania, ptasiego gulgotania. Od ciałotoku. Od stada bezrozumnych istot, prących wzdłuż kulis niczym pociąg z dziecięcej zabawy. Skłębiona bestia porządnie, współcześnie ubranych milenialsów. Jakby ich dobrze skrojone garnitury, krawaty, żakiety i hipsterskie sportowe obuwie splotły się w bębnie gigantycznej – acz niewidzialnej – pralki. Ludzki dziwostwór-nowotwór podszyty pustotą zabawy i agresją.

W brzmieniach, furkotach, poszumach ledwo co go widać. Mrok jest twardy. Siedzimy na plastikowych krzesełkach. Po lewej stonowana czeluść arkad, na wprost i po prawej płaskie, czarne prostokąty ścian. Z dwu stron sześciennej przestrzeni zaledwie kilka pionowych grzebieni światła, nieruchomych niczym obumierające ukwiały. I techniczne rusztowania pod sufitem. Żadnych dekoracji. Tylko w tle drewniane drzwi i kinowy ekran. Na ukos od naszych krzeseł statyw kamery i mikrofonu. Prowizoryczny, reporterski stand-up.

Obraz z kamery niebawem pojawi się na ekranie. Ale tego jeszcze nie widzimy. Słyszymy falujący gulgot. Klasycyzując – jakby skacowane bełkotanie gromady prowincjonalnych idiotów w pamiętnym Rewizorze Gruzy. Czujemy stan zagrożenia, widzimy podniecenie. Nowocześniej – uczestniczymy w zbiorowym amoku korpoludków, płynących z weekendowych zaświatów przez zbędne w tej przestrzeni drzwi ku kamerze. Aby – znów mówiąc językiem współczesności – zrobić sobie selfie i poprzez ekran wysłać je nam, gdybyśmy nie byli dość pewni ich nieustannie reżyserowanej witalności, kapryśnej zmysłowości, brutalnej nadpobudliwości, frymuśnej egzaltacji, lifestylowej spontaniczności, które oglądamy na ściankach instagrama czy fejsa.

Wszystkiego, co dzieje się na scenie, nie da się opisać. Ruch sceniczny jest tak gęsty, że żaden notes tego nie obejmie.

3.

Eksplikacja dla pokolenia Y i Z, bo Ibsena nie ma w podstawie programowej.

Historia prawie marksowska. Szczęśliwy dom Nory odwiedza Kristine Linde. Nora o gołębim sercu przekonuje Torvalda, dopiero co nominowanego dyrektora banku, by dał Linde posadę księgowej. Jednak w zamian pracę straci Krogstad, który zna tajemnicę sfałszowanej przez Norę umowy kredytowej sprzed lat. Kredyt – w czasie rodzinnego kryzysu – uratował Torvaldowi życie. On jednak o tym nie wie. Ma Norę za trzpiotkę-idiotkę, która wydaje pieniądze na drobiazgi i słodycze. Nie wie o heroicznej, bo skrywanej spłacie długu.

Rzeczy – jak w dobrym thrillerze – toczą się błyskawicznie. Węzłem intrygi staje się banalna skrzynka na listy, a w niej pismo Krogstada demaskujące oszustwo Nory. W grze o życie własne niszczymy życie cudze. To konkluzja zdarzeń. I Torvald, który ma jedyny kluczyk do skrzynki. Fatalista rzekłby: a wystarczyło dorobić kluczyk i widmo szantażu Krogstada byłoby znikło.

Po balu świątecznym rzecz się wydaje, Torvald wszakże wybacza Norze, bo jako przyszły dyrektor banku nie może sobie pozwolić na skandal. Lecz separuje Norę od wychowania dzieci. Przynajmniej tę separację obiecuje. Los na loterii wygrywa Linde, która wraca do starej miłości – BTW, do Krogstada. Nora wychodzi z domu. I znika w śnieżnej dali. Prawdziwie scenariusz telenoweli.

4.

Tymczasem Alme posadził nas przed czasoprzestrzenią, w której wije się bestia samczej hipokryzji. Od początku obserwujemy świat głuchych na wszystko hedonistów. Maszkary. Ludzi z poglądami wbitymi w głowy tak szczelnie, że twarze zmieniają w grymasy i maski. Ciała na tyle zmanierowane, na ile przepoczwarza je vlogerski trans zbierających miliony odsłon letsplayerów. Po to jest kamera – konfesjonał i lustro ekshibicjonistów zarazem.

Z okrutnego poczucia humoru streamerów rodzi się horror, którego doznaje Nora. Bajecznie złotowłosa. Matka i żona. Dramatycznie, ibsenowsko rozdarta między wolą wyznania prawdy, a lękiem przed śmiertelnym zranieniem miłości życia. Licząca na miłość, gdyż sama pełna miłości. Ileż lęku niesie w sobie, by nie stanąć w prawdzie przed Torvaldem. Aby nie zranić dumy mężczyzny. Jak głęboko uległa jego dominacji? Dlaczego szacunek zmieniła na toksyczną relację? Nora-lalka do uprawiania seksu, którą można ubrać, przebrać, sponiewierać.

W wieczorowej, świetnie skrojonej sukni okrywającej zmysłowe ciało – sugestywny, lecz taktowny dekolt, głębokie rozcięcie wydobywające zgrabne nogi, świetne pantofle. Raczej Rita Hayworth niż Lady Gaga. Uroda i szarm w błyskotliwej, sugestywnej interpretacji Pauliny Chapko, gaszące trywialność skojarzeń i prymitywne podniecenie. Aktorka przemienia tę zapowiadaną kostiumem erotyczną nagość w coś, co chciałoby się nazwać – nawet jeśli to egzaltacja – ledwo okrytym aktem ciała-prawdy. Nora jest tu i tam – jawą odgrywanej roli i fantazmatem wypowiadanego lęku. Chwilami – grając w gry społeczne – jest ironiczna, poddana rytuałom gromady, minutę później jednym prostym zdaniem-zaklęciem realnym do bólu wywraca scenę do góry nogami.

Nora ma do wypowiedzenia prostą prawdę. Kocha, kto wybacza błędy popełnione z ofiarnej miłości. Nic dla prywaty. Na pozór jest piękna niczym ciało modelki, na które wizażyści, fotografowie, projektanci, styliści nakładają kształty i formy. Ale jej piękno w istocie jest – by tak rzec – katalogowe. Wyjęte z repozytorium mieszczańskiego żurnalu mód i powieści, w którym nie ma miłosierdzia. Gdy – rozważając szanse na powiadomienie Torvalda, że dla ratowania życia dokonała bankowego oszustwa – staje przed nim niemal naga, zostaje symbolicznie zgwałcona słowem i czynem.

To okrutna, lecz dojmująca scena. Oto Nora tańczy z każdym wskazanym przez Torvalda. To – jak w gangsterskim musicalu – taniec fizycznej przemocy. Z układu sensualnych figur rodzi się gwałt. Bestia gulgoczących dziwostworów rozdziela się na kolejne postacie, a każda z nich w furii dosłownie poniewiera jej ciałem. Jakby chciała piękno Nory zeszmacić, wdeptać w podłogę, odrzeć z godności. Tak nakręceni siłą grupy dranie igrają z ofiarą, stając w kole i miotając ciałem ofiary do upokorzenia albo do krwi.

Premiera to kapitalny wieczór Pauliny Chapko. Chapeau bas!

5.

Wszystkie postacie Ibsena w interpretacji Almego są tu i tam. Są równocześnie bestiami i ofiarami systemu. Są podwójne, niejednoznaczne, wielokrotne. Torvaldów jest dwóch, choć lepiej powiedzieć, że Torvald to potworny bliźniak (w neurotycznej interpretacji Piotra Miszteli i Tomasza Madeja, zrośniętych niczym figura jarmarcznego potwora). Są jak kultowy dobry i zły policjant – lecz zawsze policjant, nigdy szczery kochanek, nigdy partner. Człowiek-plakat, człowiek-manekin, na którym mieszczański świat rozwiesza tabliczki z inskrypcjami: "przykładny mąż", "wzorowy ojciec", "wyrozumiały pan domu". Nora jest dla niego Wiewióreczką. Maskotką. Pluszakiem, którego można przytulić lub rzucić w kąt.

Wielkie wrażenie czyni ów aktorski chór-dziwostwór marionet ze swoim szydzącym ze wszystkiego, co piękne, i z każdego aktu wyznania niewiny okrzykiem "oj" niczym w plugawym dowcipie o oralnym seksie. Znakomicie ułożony choreograficznie, niezwykle sprawny ruchowo, na chwilę nie tracący rezonu, wręcz organiczny. Gdyby szukać wrocławskich porównań – niemal równie sprawny, jak tancerze teatru Grzegorza Brala.

Zdezintegrowany wydarzeniami przecież składa się z postaci nadal piekielnie (to dosłowne określenie) wyrazistych: Linde Iwony Kucharzak-Dziudy, Krogstad Bartosza Cymbalisty (nieco rozczarowujący dykcyjnie), Andrzej Martyny Witowskiej i Tomasz Piotra Downara-Zapolskiego. Wreszcie prawdziwie gogolowski doktor Rank w interpretacji Jakuba Grębskiego. I my w tym wszystkim. Oto aktorzy zdejmują do upiornego tańca z Norą marynarki. Wręczają je publiczności. Nie wyprzemy się. Bierzemy w tym gwałcie udział.

6.

Najpiękniejszy jest finał symboliczny. Oto zamiast kurtyny opada na scenę śnieżna ściana.

I finał drugi. Ekologiczny. Nieco polityczny, budujący nowe piętro znaczeń, więc perswazyjny. W tekście dopisanym Ibsenowi przez Ninę Godtlibsen słyszymy na początku spektaklu, że Nora, opuszczając Torvalda przed 139 laty, zniknęła w głębokim śniegu. Zniknęła w czymś nieskończenie czystym. Dziś – w finale – w świecie sponiewieranym przez zmiany klimatyczne ten śnieg jest zatruty. Jeśli Nora do nas wróci – ze swoją prawdą – doznamy jedynie namiastki. Iluzorycznej jak deszcz, który rzucały nam w twarz dwa wentylatory i opryskiwacze do pestycydów.

Były owacje. Zasłużone.

Przedstawienie: ACID SNOW [BĘDZIE JESZCZE ZIMNIEJ]

Źródło: dziennikarstwo.wroclaw.pl

Link do źródła: dziennikarstwo.wroclaw.pl

Data publikacji: 2018-06-19

Świat, w którym żyjemy

Współczesne spojrzenie na norweskie dramaty sprzed 139 lat. Acid Snow [Będzie jeszcze zimniej] już na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Każdy kraj ma dzieło, które jest jak klejnot narodowego dziedzictwa. W Norwegii to dramat Henryka Ibsena pt. Dom lalki. Stworzony w 1879 roku przedstawia ówczesne problemy systemu patriarchalnego i sytuacji społecznej kobiety. Jednak reżyser Rolf Alme postanowił odświeżyć to wybitne dzieło i przedstawić je współczesnej, głównie polskiej widowni, łącząc teatralną tradycję i eksperymentalną formę.

Niezwykła prostota wizualna tego widowiska kontrastuje z wagą przedstawianych wydarzeń. Chociaż Acid Snow [Będzie jeszcze zimniej] w swojej historii zawiera oryginalny zamysł Ibsena dopieszczony odrobiną zagadki i tajemnicy, to sposób przedstawienia adaptacji zwraca uwagę na to, co naprawdę ważne.

Mimika doskonała

W wielu spektaklach rozpraszający jest ogrom scenografii, dekoracji czy przytłaczające kostiumy. Nie tym razem. Tutaj aktorzy świecili najjaśniej, bardziej niż światła. To oni zadbali o to, by widz w napięciu czekał na rozwój wydarzeń, a wizja Almego została zrealizowana. Paulina Chapko jako Nora Helmer, zagubiona kobieta w męskim świecie, przyciągała oczy niczym magnes, a jej twarz wyrażała emocje często pełne żalu i rezygnacji, pogodzenia z własnym losem. Reżyser odwołał się także do konwencji teatru greckiego, używając chóru jako przewodnika przedstawienia. I tutaj wielkie brawa dla Niny Godtlibsen [dramaturg – przyp.red.], dzięki której klasyczna teatralna dramaturgia ewoluuje, a aktorzy jako współtwórcy spektaklu zwracają uwagę bardziej na to, jak mówią, niż to, co mówią. Chór złożony z siedmiu postaci, a każda z nich odgrywała w spektaklu osobną rolę, prowadził narrację, która moim zdaniem stosownie potęgowała wyrażane emocje. W różnych momentach rolę chóru odbierałam inaczej. Mówił to, czego Nora obawiała się powiedzieć na głos, podawał w wątpliwość jej decyzje, szydząc, lub wspierał, przytakując. Szczególną rolę wydawały się w tym odgrywać postacie Tomasza (Piotr Downar-Zapolski) i Andrzeja (Martyna Witowska). Symbolika takiego zachowania wydaje się być znajoma każdemu z nas, dlatego łatwiej było zrozumieć projekt samego reżysera. Każda z postaci dołożyła swoją cegiełkę do finalnej wersji. Jednocześnie bawiąc i szokując publiczność ironicznymi uwagami i absurdalnym humorem, uderzała w samo serce trafnością spostrzeżeń, na których budowane jest obecnie nasze społeczeństwo. Między niewypowiedzianymi wprost słowami i klasyczną opowieścią Ibsena widz nie zapomniał, że wciąż ogląda sztukę. Użycie kamery sprawiło, że bardziej skupiałam się na tym, co za nią. Obraz zmniejszał dystans między aktorami a publiką, tworząc więź i prowokując do głębszej analizy.

W męskim świecie

Spektakl skupił się na postaci Nory, tytułowej lalki. Pojęcie to, wyjaśnione dopiero w finalnym monologu kobiety, zwraca uwagę na problemy społeczne nie tylko sprzed 139 lat, ale także współczesnego, rzekomo bardziej liberalnego świata. Dlatego Alme kieruje Acid Snow w stronę młodej widowni (w czym pomaga zdecydowanie użycie młodych aktorów), by zwrócić ich uwagę na coraz większy powrót do dawnych przekonań. Do tego odnosi się drugi człon tytułu – [Będzie jeszcze zimniej] – brzmi jak groźba tego, z czym dane nam się będzie zmierzyć w przyszłości. Spektakl walczy z pojęciem kobiety, jako poddanej mężczyźnie i ocenianej według ich prawa. Tak samo jak bunt Nory przeciwko mężowi Torvaldowi (w jednej roli Piotr Misztela i Tomasz Madej). Również jej relacje z Nielsem (Bartosz Cymbalista) czy doktorem Rankiem (Jakub Grębski) ukazywały jej niższą pozycję. Ze swoim losem bardziej wydawała się być pogodzona dawna przyjaciółka Nory, Christine (Iwona Kucharzak-Dziuda). Ale główna bohaterka, przez długi czas walcząc z samą sobą, postanowiła w końcu się uwolnić. Opuścić pozycję lalki w domu męża, wcześniej ojca. Uciec od zasad i przemocy, zakończyć los uciemiężonej.

Sztuka norweskiego reżysera, niczym performance złożony z ruchu ciał i twarzy, czasami wręcz brutalnie uświadamiała, w jakim uprzedzonym społeczeństwie obecnie żyjemy. Pozwalała indywidualnie odebrać przekazane nam obrazy i słowa. Wizja Rolfa Almego sprawiła, że widz sam zadawał sobie pytania, w jakim świecie chce żyć. I to niezależnie od tego, na jakiej pozycji społecznej aktualnie się znajduje.