Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: WYCINKA HOLZFÄLLEN

Wydarzenie: ...

Źródło: AICT/IACT – Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Link do źródła: www.aict.art.pl

Data publikacji: 2015-04-06

WYCINKA

Najgoręcej oklaskiwany i oblegany spektakl WST: Wycinką Krystian Lupa przypomniał się jako twórca wciąż zaskakujący, który komentuje świat bez makijażu. Powrót do Thomasa Bernharda okazał się dla artysty inspirujący. O przedstawieniu pisano: wybitne, arcydzieło, mistrzowski pokaz itp. Niemal jednym głosem.

Sukces tego przedstawienia polega na podwójności świata przedstawionego. Z jednej strony jest to opowieść środowiskowa o starzejącej się bohemie, która przeżywa własną śmierć artystyczną. Z drugiej, rzecz o zdradzonych ideałach młodości, o zawiedzionych nadziejach, o goryczy przegranego życia, o wolności, która stała się pozorem. Wszystko to, jak to u Bernharda bywa, na tle znienawidzonego (i ukochanego) miasta, znienawidzonego (i ukochanego) kraju. Jak zawsze na końcu chodzi o Wiedeń i Austrię, choć nigdy te nazwy w spektaklu nie padają, więc chodzi w równej mierze o Kraków/Warszawę i Polskę, a może o Europę Środkową, tak czy owak pewien świat wspólny, wyrastający z galicyjskiej, austriacko-węgierskiej tradycji kulturowej.

Pretekstem do rozliczenia z własnym życiem jest u Bernharda (i Lupy) samobójcza śmierć Joany, przyjaciółki z lat młodości Thomasa, dla której pisał dziwne kameralne sztuki, planującej życie dla sztuki, które z czasem okazało się porażką i zakończyło w odmętach uzależnień. Śmierć ongiś świetnie zapowiadającej się artystki sprawia, że dawni przyjaciele spotykają się znowu, ale nic dobrego z tego spotkania nie wyniknie. W pierwszej części czekają coraz bardziej zirytowani na obiad, na którym ma się pojawić po przedstawieniu Aktor Teatru Narodowego. Czekanie okraszają wspomnieniami i sporami, złośliwościami i docinkami. Lupa wykorzystuje pierwszy akt do prezentacji postaci, ukazuje ich historię, modeluje postaci. Przewodnikiem po świecie artysty z lat młodości i współczesności jest Thomas (Piotr Skiba), który z dystansem i wewnętrznym oporem bierze udział w tym niechcianym przez niego spotkaniu.

W części drugiej części ciężar przewodnika przejmuje Aktor Teatru Narodowego, brawurowo zagrany przez Jan Frycza (pikanterii dodaje tu rzeczywista przynależność Frycza do zespołu TN). Wynurzenia Aktora o budowaniu roli Ekdala, jego wyższości nad innymi rolami, okolicznościach, w jakich rola się rodziła w bólach, pocie i znoju, stają się popisem skrajnego samouwielbienia, egotyzmu, demonstracyjnej pychy (a przy okazji dostaje się i Teatrowi Narodowemu). Frycz usadza swoich słuchaczy i rozmówców gromiącymi minami i podniesionym głosem, wodzi rej przy stole, dunderuje, nie dopuszcza innych do głosu, daje do zrozumienia tonem nieznoszącym sprzeciwu, kto tu jest najważniejszy i zasługuje na najwyższy podziw, by nie powiedzieć: adorację. Ta sekwencja spektaklu budzi żywiołowy śmiech, ale nie jest przecież tylko li przejawem poczucia humoru twórcy i jego gryzącej ironii, to także sposób kompromitacji (w tym wypadku – autokompromitacji) środowiskowego bóstwa sukcesu, które okazuje się puste jak inni. Choć to jemu właśnie przypadną słowa buntu przeciw politykom i władcom tego świata, lekceważącym teatr, kulturę i społeczeństwo. To oczywiście bunt dwuznaczny, podejrzany co do intencji, ale dziwnym trafem celnie diagnozujący stan rzeczy, czyli relacje między polityką i kulturą. Są w tym wszystkim fragmenty bezinteresownie dowcipne, jak całe fragmenty poświęcone rozważaniu, jaki gatunek sandacza i o jakiej porze się tu jada, a także ceremonia roznoszenia strawy, balansująca na pograniczu katastrofy. Po obiedzie spirala niechęci jest już tak nakręcona, że obecni skaczą sobie do gardeł, a sytuacja staje się groźna, alkohol uderza do głów i pustka – jak to mawiał Tadeusz Różewicz – coraz bardziej się wścieka. Bo w istocie to jest przedstawienie o pustce, o wściekłej pustce, która nie wie, co ze sobą zrobić, niweczy więc życie bohaterom i ukazuje świat w stadium degeneracji. Ta rozkładowa woń ma najwyraźniej coś w sobie, jakieś narkotyczne ssanie – dwukrotnie odtwarzane na koniec Bolero Ravela tchnie takim rozkładowym, somnambulicznym szaleństwem.

Krystian Lupa zbudował precyzyjną maszynę do grania Bernharda (z dodatkami i uzupełnieniami). Przestrzeń sceniczną zajmuje niemal w pełni ogromny kubik (o boku mniej więcej 10 metrów) o przezroczystych ścianach albo ścian pozbawionego, w którego zakamarkach znajdują się pomieszczenia w domu Auersbergerów, a także Joany. Kiedy potrzeba do obrotowego kubika, który odsłania nowe fragmenty przestrzeni dodatkowo okolonej widokiem miasta, starego placu albo sklepienia katedry, reżyser dodaje rezonatory: projekcje wideo ukazujące dialogi albo monologi artystów, a także obrazki z pogrzebu Joany niepozbawione piekącej ironii – dodatkowym smaczkiem jest występ dyrektora wrocławskiego Teatru Polskiego Krzysztofa Mieszkowskiego w roli księdza (skwitowany życzliwym szmerkiem). Cała ta machina musi działać precyzyjnie, jeśli się zatnie choćby na moment, grozi to załamaniem rytmu. Takie sytuacje na granicy ryzyka się zdarzają (podczas premierowego przedstawienia w Warszawie na chwilę "padło" wideo), czasem niektóre sceny wydają się przeciągnięte (scena próby dramatu z udziałem Joany i Thomasa), a monologi tracą impet. To jednak drobiazgi, które nie zmieniają obrazu całości – przedstawienia, które krok po kroku wciąga w swój świat i budzi żywe reakcje do ostatniej chwili.

Przedstawienie: WYCINKA HOLZFÄLLEN

Wydarzenie: ...

Źródło: www.teatrdlawas.pl

Link do źródła: www.teatrdlawas.pl

Data publikacji: 2015-04-03

Te chwile. O arcydziele

Oglądając Wycinkę w reżyserii Wszyscy Wiedzą Czyjej, miałem wrażenie obcowania z czymś tak pięknym i pełnym, że poczułem się zobowiązany do natychmiastowej analizy powodów mojego zachwytu. Następowały po sobie bowiem chwile wzmożenia tej mojej wielkiej satysfakcji, które – jak podejrzewałem – muszą dać się opisać i zbadać. Oto kilka takich chwil, które sprawiały, że jedynie utwierdzałem się w przekonaniu, iż widzę rzecz wyjątkową i – dodaję z pełnym spokojem sumienia – arcydzielną.

CHWILA PIERWSZA

Kiedy dotarło do mnie, jak bardzo to przemyślana i inteligentna adaptacja. Krystian Lupa – co oczywiste – zna twórczość Thomasa Bernharda na wylot, rozumie język tego pisarza, swobodnie czuje się w wykreowanych przez niego światach. Dokładnie wiedział więc, jak przetworzyć tę krótką powieść w dzieło teatralne na wskroś. Utwór Austriaka to jeden wielki monolog narratora, który rozlicza się ze swoim byłym środowiskiem – bandą artystowskich pajaców, których kiedyś wielbił. Bohater Bernharda pod wpływem samobójczej śmierci swojej dawnej znajomej Joany (od zawsze chcącej zostać wielką aktorką i/lub tancerką) spotyka się z ludźmi, którzy swego czasu wyznaczali jego życiu kierunek rozwoju. Małżeństwo Auersbergerów zaprasza – w ich mniemaniu – elitarne towarzystwo do siebie na kolację, której atrakcją ma być najwybitniejszy aktor wszech czasów (pani Auersberger najchętniej w ten sposób by rzecz widziała). Aktor się spóźnia, głodni goście czekają, narrator siedzi w ciemnym kącie – i opisuje tę marność. Lupa rozpruł powieść Bernharda i pozszywał ją na nowo. Z relacji narratora skomponował całą masę żywych dialogów i porozdawał je uczestnikom artystycznej kolacji. Ale nie tylko od strony – nazwijmy ją – technicznej jest to majstersztyk. W tej adaptacji dochodzi do dziwnego wyniesienia powieściowego oryginału na wyższy, subtelniejszy poziom. Lupa wydobywa i oświetla zachwycającą ironię Bernharda, to prawda – ale jednocześnie dodaje powieści delikatniejszej głębi. Wycinka, pisana jako bezlitosne rozprawienie się z pustymi pozerami, na scenie staje się również wzruszającą historią o przegraniu, o wypaleniu, o daremnym miotaniu się między kolejnymi próbami stworzenia czegoś wartościowego. To się chyba nazywa kongenialność.

CHWILA DRUGA

Kiedy zobaczyłem, jak Jan Frycz je sandacza. Frycz gra postać wyczekiwanego aktora, który przybywa w końcu do mieszkania Auersbergerów, by w zupełnie bezwstydny sposób opowiadać o swoim geniuszu i o pracy nad rolą Ekdala w Dzikiej kaczce Ibsena. Roli Frycza używam jako pewnego skrótu – wszyscy grają znakomicie. Ale rzeczywiście: długa scena odkładanej ciągle kolacji należy do tego właśnie aktora. Frycz peroruje, przeżuwając jednocześnie wystygniętego sandacza balatońskiego, prawi banały na temat aktorskiego rzemiosła, opowiada ze szczegółami proces powstawania wielkiej roli (artysta udaje się do swojej pustelni – do odciętej od świata górskiej chaty, w której może, o chlebie i wodzie, spokojnie medytować nad istotą postaci...). Wspaniały to fragment, który publiczność nagradza wieloma wybuchami śmiechu. Równie mocne wrażenie robi Piotr Skiba jako sam Thomas Bernhard (w powieści nie ma tej bezpośredniości; to dopiero Lupa nazywa bohatera wprost Thomasem). Skiba gra w skupieniu, subtelnie. Jego interpretacja nakłada na postać Bernharda grubą warstwę melancholii i rezygnacji. Bardzo wyraźne jest też rozczarowanie samym sobą, złość na to, że większość zarzutów, które Thomas ciska w stronę swoich byłych przyjaciół, mógłby równie dobrze celować w swoje odbicie w lustrze. Do tego dochodzą fenomenalni Halina Rasiakówna i Wojciech Ziemiański jako Auersbergerowie (ta ironia w portretowaniu pretensjonalnych bufonów – coś wspaniałego), przejmująca Marta Zięba jako zmarła Joana (powraca w pięknie rozegranych retrospekcjach), Ewa Skibińska jako egzaltowana pisarka, w swoim własnym mniemaniu ważniejsza od Virginii Woolf, Andrzej Szeremeta jako znudzony życiem malarz. Reszta też, oczywiście, znakomita, bez dwóch zdań. To jest aktorstwo, za którym chce się iść, aktorstwo, któremu ciężko się nie poddać.

CHWILA TRZECIA

Kiedy zdałem sobie sprawę, że wcale mnie nie obchodzi środowiskowy kontekst tego spektaklu. Bo on, rzecz jasna, jest – te aluzje do Jana Klaty, ta zabawa rolą Jana Frycza (nie chciałem powtarzać tego, co wszyscy piszą, ale co mi tam: aktor Teatru Narodowego gra aktora Teatru Narodowego)... Ale to mnie najmniej interesuje. Traktuję to wszystko jako dodatek, mruganie okiem do wtajemniczonych. Ci, którzy redukują znaczenie Wycinki do mniej lub bardziej złośliwych towarzyskich przytyków, sami sobie zabierają możliwość cieszenia się tym spektaklem na innych, ważniejszych, poziomach. Jeśli już zajmować się doraźnością najnowszego dzieła Krystiana Lupy – to lepiej chyba skupić się na zawartej w nim ostrej krytyce zachowawczej sztuki czy służalczości artystów wobec władzy. Bo to jest też gorzki manifest wiary w moc bezkompromisowej sztuki i jednocześnie – świadectwo rozczarowania ludźmi, którzy tę sztukę tworzą (czy raczej powinni tworzyć).
Jednak Wycinka jest też przecież dziełem uniwersalnym. Zawiera refleksję na temat odkładania na półkę młodzieńczych ideałów, w piękny sposób ukazuje nasze ciągłe próby powrotu do mitycznego Wczoraj, w końcu – jest wnikliwym studium wypalania się do cna relacji międzyludzkich. Ale to też nie wszystko. Bo można spojrzeć na ten spektakl jak na doskonałe dzieło plastyczne, które przemawia do nas swoimi proporcjami, kolorem, wdziękiem. Cudowna scenografia współgra z muzyką, do tego dochodzą, oczywiście, mistrzowsko poprowadzeni aktorzy, którzy wyglądają jak namalowani – wszystko to powołuje do życia świat, z którego nie chce się wychodzić. Nawet gdy nic się nie dzieje, to jest pięknie. Pod koniec spektaklu kolacja u Auersbergerów dobiega kresu, znużeni goście siedzą i prawie zasypiają, co parę minut ktoś wstaje, bierze płaszcz i powoli wychodzi – jakże świetnie to jest zrobione, jak precyzyjnie senny rytm tej sekwencji współgra z sennością bohaterów. Nic się nie dzieje. Ale jak to się NIE dzieje? Idealnie. (Sceptycy pewnie powiedzą ironicznie, że oprócz senności rytmu oraz senności bohaterów mamy wtedy do czynienia z jeszcze jedną sennością – tą widzów; ale słaba i chwiejna będzie to ironia).

CHWILA OSTATNIA

Kiedy Thomas wychodzi z mieszkania państwa Auersbergerów i zamyka za sobą drzwi. Gasną światła. Cisza. I już wiem – widziałem arcydzieło. Tak po prostu.

Przedstawienie: WYCINKA HOLZFÄLLEN

Wydarzenie: ...

Źródło: www.teatrdlawas.pl

Link do źródła: www.teatrdlawas.pl

Data publikacji: 2015-04-02

Dziś wszyscy jesteśmy martwi

Krystian Lupa po raz kolejny sięga po prozę Thomasa Bernharda, by pokazać rozpad międzyludzkich relacji, w których pozór i kłamstwo wypierają prawdę i rzeczywistość. Podczas artystycznej kolacji organizowanej przez małżeństwo Auersbergerów (Halina Rasiakówna i Wojciech Ziemiański), zbiegającej się w czasie z samobójczą śmiercią młodej aktorki Joany Thul (Marta Zięba), dochodzi do dramatycznej walki między autentyzmem a hipokryzją, ludzką kreacją i naturalnością. Główną osią spektaklu staje się opozycja pomiędzy życiem pojmowanym jako rola, którą odgrywamy w obecności innych, a życiem przeżywanym w zgodzie z własną świadomością i światopoglądem. "Żywe trupy", "puste łupiny", "żywe truchła artystyczne" to określenia, które padają z ust Thomasa Bernharda (Piotr Skiba), scenicznego narratora opowieści, w kierunku awangardy, bohemy teatralnej – aktorów, literatów, malarzy upajających się samozadowoleniem i ignorancją. Ludzi, którzy dawno zamknęli oczy i uszy na słowa drugiego człowieka.

Pierwsza teatralna adaptacja Wycinki Bernharda w reżyserii Lupy miała miejsce w austriackim Schauspielhaus w Grazu w styczniu 2014 roku. W październiku tego samego roku odbyła się premiera w Teatrze Polskim we Wrocławiu. W jednym z wywiadów reżyser podkreślał różnice wynikające z tworzenia spektaklu w ojczyźnie Bernharda, w której książka wywołała skandal, a realizacją w Polsce. "Wycinka w Polsce była dla mnie innego rodzaju przygodą. Chcieliśmy opowiedzieć o kondycji artystów i o ich odpowiedzialności za to, że politycy postępują z nimi tak, a nie inaczej, że ludzie sztuki nie potrafią nic zdziałać wspólnym frontem i wspólnym wysiłkiem".

Spośród wspólnoty artystów, którą na scenie prezentuje Lupa, wybijają się dwie postaci: samobójczyni Joana Thul oraz Thomas – porte-parole samego Bernharda, który obserwuje Auersbergerów z boku, siedząc poza wyznaczoną przez metalowy sześcian przestrzenią jadalni i salonu. Joana to postać, której widmo pojawia się we wspomnieniach Thomasa. Niespełniona aktorka, alkoholiczka zmagająca się z depresją, zza grobu wypowiada zdanie: "Wyczołgałam się z waszego zakłamania". Wyczołgałam się, umierając, raz na zawsze schodząc z życiowej sceny pełnej fałszu i głupoty. Joana poszukiwała w swoim zawodzie prawdy, której nie mogła znaleźć we własnym środowisku aktorskim. Spektakl rozpoczyna się od nagrania wywiadu, w którym mówi o potrzebie wykształcenia w aktorze umiejętności chodzenia na scenie, umiejętności umożliwiającej zrozumienie postaci. Na warsztatach przygotowanych dla aktorów Teatru Narodowego nikt jednak się nie zjawia. Joana i jej refleksje na temat sztuki aktorskiej nie zostają zaakceptowane. Ich odrzucenie powoduje kryzys i wycofanie się ze świata artystów, doprowadzając do alienacji i samobójstwa. Bohaterka, portretując kondycję swoich współpracowników i przyjaciół, podkreśla, że nie potrafimy słuchać siebie nawzajem. Jakże uniwersalne i oczywiste jest to zdanie. Tak proste, a jednocześnie skomplikowane, bo nie potrafimy wcielić go w życie. Nie słuchamy drugiego człowieka, ale uwielbiamy, kiedy ten "drugi" słucha naszych wynurzeń i problemów. Nie chcemy słuchać, ale pragniemy być słuchani. Pojawiająca się w drugiej części spektaklu postać Genialnego Ekdala (Jan Frycz) – długo wyczekiwanego aktora Teatru Narodowego, gościa honorowego kolacji artystycznej państwa Auersbergerów, to przeciwieństwo postawy reprezentowanej przez Joanę. Jego doskonałość, pewność siebie, ignorancja, egoizm i zadufanie zostają przerysowane do granic możliwości. Genialny Ekdal mówi tylko o sobie, to jego megalomańskie "ja" stoi w centrum uwagi wszystkich słuchaczy. To Aktor Teatru Narodowego gra pierwsze skrzypce w teatrze, to Aktor wydobywa esencję z dzieł wielkich dramatopisarzy. Strindberg, Ibsen, Schiller – byliby nic nie wartymi artystami, gdyby nie talent i poświęcenie fenomenalnego Aktora. (Aby wczuć się w rolę Ekdala z Dzikiej kaczki Ibsena, bohater zamyka się w drewnianej chacie z dala od cywilizacji w tyrolskich Alpach – bez jedzenia, prądu i gazu, niedomyty i niewyspany dociera do głębi postaci i dramatu). W końcu spektakl okazuje się klapą, a gazety piszą tylko o wybitnym Aktorze Teatru Narodowego.

Głos Thomasa to głos rozsądku, który przebija się przez zasłonę zakłamania pozostałych bohaterów. Jego komentarze to krytyka nie tylko postawy środowiska artystów, ale samokrytyka niemożności wyrwania się z nieustannego fałszowania swojego obrazu i zależności od zdania innych. Prawdę o sobie, złość i frustrację Thomas wyjawia nam – publiczności-słuchaczom, ale nie pozostałym bohaterom. W momencie, w którym jestem sam ze sobą, zdaje się mówić Bernhard, jestem prawdziwy, wśród innych ludzi przybieram maskę, pozę, zaczynam grać spektakl samozadowolenia i akceptacji tego, co mówią inni. Frustracja i gniew wybuchają w monologu, w którym oskarża on artystów o spoufalanie się z władzami państwa i zapominanie o celach swojego powołania. Ukłony, nagrody, wyróżnienia, stypendia, ordery zasłużonych dla kultury i sztuki – ile w tym spektaklu doskonałości doszukamy się pokory, dystansu, skromności i szacunku dla osiągnięć innych ludzi?

W spektaklu Lupy tyle, ile jest bohaterów, tyle jest odpowiedzi na pytanie, czym jest życie i powołanie artysty oraz sztuka sama w sobie. Dla pani Auersberger życie człowieka powinno być traktowane jak dzieło sztuki, i tak bohaterka traktuje siebie i swoje dekadenckie otoczenie. To życie jest prawdziwym arcydziełem, które trzeba pielęgnować i wznosić ponad to, co prozaiczne, prowincjonalne i błahe. Twórcze życie prawdziwego artysty to zamykanie się w ekskluzywizmie, estetycznej i intelektualnej wyższości. Sztuka jako przywilej wybrańców – to hasło, któremu wtóruje popadająca w egzaltację pani domu.

W poszukiwaniach własnej tożsamości i integralności pomagają bohaterom, zatopionym we własnym niespełnieniu, nazwiska wielkich twórców, którzy po śmierci stali się ikonami sztuki. Alfred Kubin, Virginia Woolf, Gertrude Stein, James Joyce – to twórcy, którzy stają się niedoścignionymi ideałami, fikcją, z którą chcą zespolić się artyści z salonu Auresbergerów. Lupa wprowadza na scenę dwóch młodych pisarzy Jamesa i Joyce’a (Michał Opaliński, Adam Szczyszczaj) – reprezentantów wiecznie debiutujących trzydziestolatków, którzy kilkakrotnie zamykają się w łazience z papierosem i kieliszkiem wina w dłoni, aby rozmawiać o tym, kim są. Komiczne sceny dwóch literatów, oparte na aktorskiej improwizacji, ukazują walkę o autentyczność w epoce cytatów, wtórności, utartych autorytetów i mistrzów. Oboje wyrażają potrzebę autoekspresji, jednocześnie ukazując lęk przed odrzuceniem środowiska uprzywilejowanych artystów. Młodzi nie chcą niczego udawać, dywagują na temat autentyzmu w sztuce, która wyraża się poprzez buntownicze manifesty, a jednak w głowie ustawiają górujący nad nimi Panteon pisarzy. Obawa o bycie wtórnym, strach przed odrzuceniem krytyków, stoi w kontrze do przekonania o własnej wolności i słuszności poglądów. Piszę dla siebie czy dla innych? Gram na scenie dla własnej satysfakcji czy dla tego, który w teatrze chce coś przeżyć?

Jeden z pisarzy dochodzi w końcu do wniosku, że aby osiągnąć sławę i sukces, trzeba popełnić samobójstwo albo zwariować. Oczywiście przedtem wypadałoby zrobić coś istotnego i niepowtarzalnego. Widmo osiągnięcia sukcesu zawodowego oraz wpisania się w historię literatury krąży nad głowami młodego pokolenia. Jak przejść do historii, pozostając przy życiu?

Może Joana zabiła się po to, żebyśmy mogli się spotkać i wspólnie porozmawiać? – pyta Thomas, kiedy kolacja dobiega końca. Czym dla bohaterów jest samobójstwo bliskiej im osoby? Odważnym gestem ukazującym bunt przeciwko światu, w którym żyjemy? A może rozpaczliwym aktem desperacji, ucieczką i wołaniem o pomoc, zalewanymi litrami alkoholu, przysłoniętymi tumanami papierosowego dymu?

Wycinka to spektakl, który w kształcie wysmakowanej, świetnie skomponowanej konstrukcji scenicznej i muzycznej momentami przypomina Miasto snu z TR Warszawa (choć tak jak w Mieście snu, przychodzi końcowy moment, w którym na scenie nadmiar słów staje się nieznośny), w powietrzu wisi atmosfera fascynującej psychodramy znanej z inscenizacji Rodzeństwa Bernharda. Ponad wszystkim wznosi się reżyserska potrzeba rozbijania zastanego obrazu świata i ukazywania go w stanie powolnego rozkładu i dezintegracji. Lupa pokazuje, że sztuka karmi się paradoksami, a etyka ludzi teatru odnajduje miejsce na "zarośniętym hipokryzją cmentarzysku niepamięci". Wycinka to artystyczny manifest, którego poszukują młodzi bohaterowie-literaci. Głuchota na drugiego człowieka to gwarancja śmierci, która przychodzi za życia. Porażką bohaterów Bernharda jest niewiedza i tchórzostwo. "Kiedyś byli szczęśliwi, teraz są przygnębiający. Oni nie widzą, że do niczego nie doszli". Widział to Bernhard, dostrzega to Lupa. Teraz także i my.