Facebook

YT

Twitter

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: PODRÓŻ ZIMOWA

Źródło: "Gazeta Wyborcza" 2014 nr 286

Link do źródła: wyborcza.pl

Data publikacji: 2014-12-10

Jelinek bez zadęcia

Paweł Miśkiewicz w Podróży zimowej wystawionej w Teatrze Polskim we Wrocławiu świadomie unika tego, co w niej najbardziej brutalne i efektowne. I to działa.

Podróż zimowa to rodzaj summy Elfriede Jelinek. Podszyta autobiografią sztuka o przemocy i emocjonalnym kalectwie. Reminiscencje z życia ojca noblistki – ofiary szpitala psychiatrycznego – spotykają się z historiami Nataschy Kampusch i Elisabeth Fritzl. Wszystko zamknięte w autoironiczną ramę – pisarka jak kataryniarz powtarza swą mantrę. Warto jej posłuchać.

Po rewelacyjnej Wycince Holzfällen Krystiana Lupy to kolejna udana premiera w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Paweł Miśkiewicz, uczeń i aktor Lupy, był dyrektorem wrocławskiej sceny w latach 2000–04. Później szefował warszawskiemu Dramatycznemu, a po odejściu stamtąd w 2012 r. właściwie zniknął z radaru. Teraz wraca w świetnym stylu, z teatralnym koncertem na sześć aktorek, fortepian i bęben.

To drugie w krótkim czasie polskie wystawienie Podróży zimowej. Dwa lata temu po tekst Jelinek sięgnęła Maja Kleczewska. Wyszło jedno z jej najlepszych przedstawień, które wysoko ustawiło poprzeczkę kolejnemu realizatorowi. Miśkiewicz z porównań wychodzi obronną ręką. Tam, gdzie w bydgosko-łódzkim przedstawieniu były wyraziste wizualne środki, ironia i makabra, Miśkiewicz stawia na skupienie i minimalizm. Nie boi się ciąć tekstu, świadomie unika tego, co w nim najbardziej brutalne i efektowne.

Na pierwszy rzut oka Podróż... Miśkiewicza to ciąg kobiecych monologów. W ascetycznej przestrzeni dramat trwa w zapętleniu, wraz z ruchem zaaranżowanej tu prowizorycznej obrotówki, w rytm bębna i kolejnych fraz. Wszystko działa, nie ma zbędnych elementów.

Strumień świadomości Jelinek został rozbity na kilka głosów. Siłą przedstawienia jest wielopokoleniowa grupa perfekcyjnie zestrojonych wykonawczyń. Halina Rasiakówna jako Elfriede u szczytu twórczych sił i refleksji patrzy na świat z przenikliwym chłodem. Ewa Skibińska występuje tu w jednej ze swoich najlepszych, najbardziej powściągliwych ról. Wyrównany i bardzo wysoki poziom zespołu domykają Agnieszka Kwietniewska i Krzesisława Dubielówna.

Nie byłoby sukcesu Podróży... bez muzyki na żywo w wykonaniu Mai Kleszcz, Jacka Kity i Wojciecha Krzaka, artystów tworzących incarNations. Ich praca to więcej niż intrygująco zaaranżowany Schubert i wokalizowane teksty Jelinek. Kleszcz jest w spektaklu wokalistką, autorką muzyki, ale też pełnoprawną aktorką.

Wreszcie aktorskie odkrycie spektaklu – Małgorzata Gorol. Brawurowa, wyrazista kreacja najmłodszej z Elfried. Ma charyzmę, zarówno krążąc po scenie w absurdalnej etiudzie na rolkach, jak i wykonując sztuczkę z taniego seansu iluzjonistycznego.

Rolki, tandetne triki – Miśkiewicz nie ma złudzeń co do tego, że teatr bywa medium niepoważnym. Nie sili się na przekroczenie za wszelką cenę. To wielka zaleta jego przedstawienia.

Przedstawienie: PODRÓŻ ZIMOWA

Źródło: teatralny.pl

Link do źródła: teatralny.pl

Data publikacji: 2014-12-05

Zrób sobie dobrze: pędź do teatru!

Koniecznie! To trzeba zobaczyć.

Nowa premiera we wrocławskim Teatrze Polskim jest więcej niż wybitna. To triumf sztuki najwyższych lotów. W czasach nielotnych dekonstrukcji i jałowych intelektualizmów wielcy artyści stworzyli we Wrocławiu arcydzieło. Dawno nie doświadczyłem w teatrze tak silnych wzruszeń. Pierwszy chyba raz z taką zachłannością chłonąłem każde słowo ze sceny. Zresztą te słowa były jakby materialne, one wręcz dotykały, właziły do ciała, rozpychały się w głowie. Wciąż we mnie łażą.

Schubert, Jelinek i polscy artyści to koktajl wybuchowy. Musiał eksplodować. Wszyscy autorzy czy współautorzy Podróży zimowej otarli się o geniusz. Schubert, to wiadomo, geniuszem był i tyle. Jelinek dostała Nobla. Mniej znana Karolina Bikont stworzyła w języku polskim rewelacyjny ekwiwalent niemieckiego oryginału. Wielka poezja w równie udany sposób spotyka się w tym przekładzie z tematami banalnymi, często zaczerpniętymi z gazet.

Paweł Miśkiewicz, we Wrocławiu świetnie pamiętany, dokonał mistrzowskiej adaptacji tekstu. Objawił też geniusz reżyserski. Nigdy nie słyszałem w teatrze tak znakomicie wypowiadanego tekstu. A proza Jelinek bywa karkołomna. Wielce wieloznaczna, pełna ironii, prowokacyjna, zbyt szczera. Czytając Die Winterreise Jelinek, wciąż gubiłem tropy i wpadałem w językowe pułapki. Odpoczywałem przy Die Winterreise Schuberta, cyklu pieśni, który zainspirował Jelinek do napisania swej "tak zwanej sztuki". "Tak zwanej", bo choć Jelinek definiuje swoją Podróż zimową podtytułem ein Theaterstück, to tekst, opublikowany w roku 2011, składa się z ośmiu ponumerowanych fragmentów prozy poetyckiej, zapewne trochę na wzór Schubertowskich pieśni. Niekiedy jest to monolog pisany z perspektywy "ja", niekiedy mówi chór. Żadnych didaskaliów czy uwag scenicznych. Miśkiewicz, spec od teatralnych wizji, odkrył w słowach autorki, oskarżanej o gry intelektualne, ślady żywych ludzi, nawet bardzo żywych. Do swej inscenizacji zaprosił sześć niezwykłych kobiet. A raczej szamanek.

Maja Kleszcz, opętana duchem Schuberta i polskimi demonami, obramowała spektakl bardzo osobistą muzyką. Jej wokalizy przeszywają skórę i ściany, fruwają gdzieś pod sufitem, wylatują z teatru i wracają przez foyer. Kleszcz tworzy unikalne światy do zamieszkania dla widzów i dla artystów. To istna szamanka dźwięku. Tańczy i śpiewa na granicy szaleństwa. Z wiolonczeli wydobywa głębinowe brzmienia. Dyskretnie wspierana jest przez wybitnych instrumentalistów, Jacka Kitę i Wojciecha Krzaka.

Największą rewelacją widowiska są jednak aktorki. Najpierw pojawia się Halina Rasiakówna. Przypomina Elfriede Jelinek. Choć jest piękna. W jej ustach słowa Jelinek nabierają zaskakujących znaczeń. Wyrazy pęcznieją od skojarzeń. Bywają zabawne. Autoironiczne. Ale też zaskakująco głębokie. Banalna uwaga przemienia się w filozoficzną puentę. Rasiakówna zdaje się kochać każde z wypowiadanych słów. Nie gra Jelinek. Cytuje tylko. Dlatego może przyglądać się wyrazom, jakby z daleka. Żartować. Bawić się słowami w gry erotyczne. Potrącać widzów wyrazami. "Wielka aktorka – myślałem, patrząc na Halinę Rasiakównę – być może największa".

Następnie pojawiła się Krzesisława Dubielówna. Z siwymi, rozpuszczonymi włosami najbardziej przypominała syberyjską szamankę. Nie mówiła, już raczej była mówiona. Transmitowała Jelinek jakby z pośmiertnej przyszłości pisarki. A może przez aktorkę przenikały duchy obecne wciąż na Świebodzkim. Kiedyś był tu przecież dworzec kolejowy. Kłębowisko ludzkich losów. Nikt tej przestrzeni nie egzorcyzmował. Dubielównę nawiedzają postaci nie całkiem tragiczne, banalne raczej, czasem bardzo zabawne. Poczuciem humoru i autoironią artystka wznosi się na wyżyny sztuki aktorskiej. Nadaje sens teatrowi. Nie po raz pierwszy zresztą. Czytając tekst Jelinek, do głowy mi nie przyszło, że w taki sposób można tę prozę wypowiedzieć. "Wielka aktorka – myślałem, patrząc na Krzesisławę Dubielównę – być może największa".

I wtedy na scenę wjechała Ewa Skibińska. Dosiadała okrakiem wielkiego bębna. Monolog o pannie młodej, symbolu wyzysku kapitalistycznego, okazał się popisem szamańskich technik artystki. Skibińska waliła w bęben i melorecytowała na jednym oddechu teksty do transowych dźwięków wiolonczeli masakrowanej przez Maję Kleszcz. Tym razem słowa raziły i raniły. Bolały wręcz. Wbijały w fotel. Ujawniły się też polskie duchy, zawsze obecne na weselu. Artystka mistrzowsko panowała nad bardzo trudną i wymagającą formą swego recitalu. Odważna i bezkompromisowa. Jak zawsze. "Wielka aktorka – myślałem, patrząc na Ewę Skibińską – być może największa".

Wtedy na półkolistych drzwiach wyświetlony został film. Agnieszka Kwietniewska w wysokiej ciąży kokosi się w łóżku, wymawia, ale z rzadka i jakby przypadkiem, różne wyrazy napisane przez Jelinek i przetłumaczone przez Bikont. W kadrze ostry bywa głównie pępek jej prawdziwego, nabrzmiałego brzucha. Twarz często się rozmazuje. Natomiast aktorstwo Kwietniewskiej jest oskarowe. Nigdy wcześniej nie widziałem w teatrze filmu tak pomysłowo zrobionego i tak mądrze wkomponowanego w akcję sceniczną. Uwolnione słowa przywierają do zupełnie zaskakujących sensów. Ciekawe, co by powiedziała Jelinek na taką interpretację sztuki. Czytałem, że zachwyciła się prapremierą w reżyserii Johana Simonsa, przeładowaną pomysłami inscenizacyjnymi. Miśkiewicz proponuje teatr o niebo lepszy. Dojrzalszy artystycznie i mądrzejszy. A przede wszystkim rewelacyjnie zagrany. Widziałem na YouTube film ze spektaklu Simonsa. Nie umywa się do wrocławskiej premiery. Patrząc na Agnieszkę Kwietniewską, myślałem: "Wielka aktorka, być może największa".

A potem scenę zdominowała wielka niespodzianka przedstawienia i prawdziwa rewelacja. Małgorzata Gorol. Jeździła na wrotkach w sukni ślubnej i opowiadała, jak bardzo kocha swoją mamę. Najmłodsza ze wszystkich szamanek emanowała wdziękiem i zadziwiająco błyskotliwym talentem. Jej wrotkarskie popisy oscylowały pomiędzy nieporadnością a mistrzostwem. Nic nie było w jej kreacji jednoznaczne. Jak w prozie Jelinek. Na swoisty benefis młodziutka artystka wykonała brawurowy pastisz striptease’u. Czegoś tak zabawnego i równocześnie tak bardzo wstrząsającego dawno w teatrze nie oglądałem. Co za talent! "Małgorzata Gorol – myślałem – zapowiada się na wielką aktorkę, być może największą".

Paweł Miśkiewicz stłoczył artystów i widzów w gęstej, niewielkiej przestrzeni. Używa tylko połowy przestrzeni Sceny na Świebodzkim. Siedzieliśmy w amfiteatralnym półokręgu tuż przy scenie. Artystki wiodły z nami nieustający dialog. Spoglądały nam prosto w oczy. Raz się nawet zarumieniłem. Miśkiewicz, wzorem Schuberta, ułożył z monologów fascynujący zbiór pieśni. Polskie szamanki pod wodzą Mai Kleszcz tańczyły słowami w natchnieniu i muzykowały, wrzeszczały i żartowały. Żart ma jednak u Jelinek wymiar szczególny. W jednym z wywiadów pisarka opowiadała, że tylko dzięki nieustannym żartom jej rodzina przetrwała faszyzm w Austrii. Ojciec Jelinek był Żydem.

W Teatrze Polskim na Świebodzkim przeżyłem niezwykłe, intymne spotkanie z tekstem austriackiej autorki, tekstem, który powinien być mi obojętny. Bo cóż z tego, że w państwie austriackim źle się dzieje. Mamy swoje własne problemy. Własne demony. Miśkiewicz sprawił, że polskie szamanki dały się opętać prozie Jelinek. Że ta proza w sześciu polskich kobietach ożywiła archaiczną pamięć ciała, może nawet pamięć gatunku. Wielu twórców teatru w XX wieku marzyło o stworzeniu na scenie świeckiego rytuału. We Wrocławiu to się udało. Podróż zimowa to święto słowa wcielonego. Słowa, które było na początku. Ważkiego, ale też zabawnego, czasem wręcz śmiesznego. Słowa o mocy stwórczej.

Przedstawienie: PODRÓŻ ZIMOWA

Źródło: "Polska - Gazeta Wrocławska" 2014 nr 279

Link do źródła: www.gazetawroclawska.pl

Data publikacji: 2014-12-02

Sześć kobiet szukających sensu

Podróż zimowa według Elfriede Jelinek we wrocławskim Teatrze Polskim to majstersztyk.

Paweł Miśkiewicz, niegdyś dyrektor artystyczny Teatru Polskiego, który wystawił tu choćby świetne: Przypadek Klary i Wiśniowy sad, wrócił na chwilę do Wrocławia. Wrócił jako reżyser premiery na podstawie tekstów Elfriede Jelinek w autorskim opracowaniu. Premiera została wystawiona na 20-lecie Sceny na Świebodzkim. W świetnej formie i mistrzowskim stylu.

Podróż zimowa Elfriede Jelinek powstała na podstawie dramatu pod tym samym tytułem kontrowersyjnej (nawet według niektórych członków Akademii Szwedzkiej) noblistki i jej innych tekstów. Miśkiewicz stworzył kompilację, pokazując nic innego, jak kobietę w pełni człowieczeństwa i kobiecości. Autobiograficzny, trudny (widz nie znajdzie tu łatwej rozrywki, ostrzegam), gęsty od znaczeń i mocno ironiczny tekst Jelinek Miśkiewicz rozłożył na kobiece głosy i wprost niebywałe aktorskie kreacje. W samą Jelinek (aktorki noszą nawet podobne uczesania) wcielają się niesamowicie: Halina Rasiakówna, opowiadająca o "własnej daremności", przy okazji prezentująca niezwykłe poczucie humoru i dystans do własnej osoby, Ewa Skibińska, zajęta przemijaniem Krzesisława Dubielówna, Agnieszka Kwietniewska rozważająca cielesność, a także pokazująca niezwykłe, precyzyjne show Małgorzata Gorol. Kolejne wcielenia Jelinek podkreśla Maja Kleszcz z Kapeli ze Wsi Warszawa, grająca m.in. na wiolonczeli i śpiewająca, a świetnie dźwiękowo wspiera ją Ewa Skibińska.

Na obrotowej scenie (w szaleństwie, wirze współczesności?) widzimy kolejne wcielenia noblistki: artystki, która – nawet gdyby krzyczała prawdę o swojej ojczyźnie i roli kobiety – nikt by jej nie zrozumiał, bo nawet słuchać nie chce. Bo: "Nikt mnie już nie słucha i oczywiście mam tego świadomość".

"Właściwie, gdyby się tak zastanowić, mogłabym przecież całkiem nieźle żyć bez siebie!" – to wstrząsające podsumowanie czyjegoś życia. Już od młodości kobieta jest przecież przegrana ("Łypie spod welonu, czy aby już nie poległa. Nie, nie poległa" – słyszymy). A w filmowej scenie aktorka mówi "Kobieta i ciało należą do siebie nierozdzielnie".

Elfriede Jelinek jest bystrą obserwatorką otaczającej nas rzeczywistości. W spektaklu wykorzystany został motyw Nataschy Kampusch, uprowadzonej i przez lata więzionej przez porywacza-oprawcę. Ta wstrząsająca historia kobiety poruszyła opinię publiczną, tu została przedstawiona jako dramat nieszczęsnej ofiary, której wszyscy mają dość, bo "Mamy już dosyć ofiar. Niech się wynosi". A jej tragedia porównywana jest do wypadku samochodowego, o którym nie było specjalnie głośno.

Paweł Miśkiewicz rozumie Elfriede Jelinek i rozumie kobiety. A właściwie ludzi, bo Podróż... to wyprawa do wnętrza ludzkiej duszy, jej niewyobrażalnego bogactwa i pokładów podłości.

Nie tylko aktorsko, ale też inscenizacyjnie Podróż... jest udanym przedsięwzięciem, z projekcjami wideo (świetnym monologiem Agnieszki Kwietniewskiej i paradą owiec), znakomitą muzyką. Mała przestrzeń znaczy, że jesteśmy bardzo blisko aktorek. Powstało poruszające i chwilami przewrotnie zabawne widowisko.