Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Media o nas

Źródło: "Polska - Gazeta Wrocławska" 2016 nr 216

Link do źródła: www.gazetawroclawska.pl

Data publikacji: 2016-09-20

Cezary Morawski: "M jak miłość"? Nie oglądałem tego serialu...

Rozmowa z Cezarym Morawskim, aktorem, reżyserem, nowym dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu

 

Robert Migdał: Schudł Pan ostatnio?

Cezary Morawski: Na pewno.

Ile?

– Nie wiem, nie ważyłem się. Ale po pasku w spodniach czuję, że zrzuciłem trochę. Pewnie to wszystko przez stres.

Nie można powiedzieć, że został Pan gorąco przyjęty we Wrocławiu.

– To było gorące przyjęcie, ale mam na myśli także wspierające komentarze mieszkańców Wrocławia: na portalach społecznościowych i pod artykułami.

Emocje powoli opadają?

– Mam taką nadzieję, chociaż część zespołu Teatru Polskiego jest na urlopie, a część, ta która brała udział w happeningach przeciwko mnie przed teatrem i w teatrze, wyjechała w tej chwili do Pilzna, na festiwal. Grają Wycinkę.

Happeningi... Delikatnie Pan to nazwał.

– Mam nadzieję, że sytuacja powoli się uspokaja. Miło mi jednak nie było: w wielu momentach próg zachowań akceptowalnych został przez protestujących przekroczony. Staram się jednak cały czas nie poddawać tym negatywnym emocjom.

Łatwo Pan wybacza czy też jest człowiekiem pamiętliwym?

– Są momenty, rzeczy, które będę pamiętał i one nigdy nie znikną. Nie jestem jednak człowiekiem mściwym, który będzie szukał odwetu, zemsty za krzywdy, za złe słowa. Jeśli nadal działania części zespołu będą szkodziły teatrowi, za który odpowiadam, to pewnie będę musiał zareagować i podjąć odpowiednie kroki. Także personalne. Mam wielką cierpliwość, ale ona się powoli wyczerpuje. Na szczęście potrafię się szybko uspokajać i regenerować.

Jak się Pan regeneruje?

– Spacerami, ale przede wszystkim wielkim wsparciem dla mnie jest moja rodzina: żona, dzieci, moi rodzice. Dostaję także mnóstwo telefonów, SMS-ów, listów ze słowami wsparcia: od przyjaciół, aktorów i reżyserów – nawet tych, którzy nie kontaktowali się ze mną od wielu, wielu lat.

Rodzina bardzo przeżywała to, co się działo wokół Pana?

– Najbardziej moi rodzice. Bo te ataki nie trafiały tylko we mnie. Odbijały się też na moich najbliższych. Zawsze się tak dzieje, że najbliżsi atakowanej osoby dostają rykoszetem – ci, którzy prowokują takie pełne jadu i agresji sytuacje, często o tym zapominają. Ale mama i tato trzymają za mnie kciuki, wierzą we mnie. To mi daje ogromną siłę.

W całym tym zamieszaniu myślał Pan sobie niekiedy: "Czarek, po co ci to wszystko?"

– Kilkakrotnie. Ale wiedziałem, że kiedy już wygrałem konkurs na dyrektora i pod naciskiem protestujących wycofałbym się, to cała ta procedura konkursowa nie miałaby w przyszłości żadnego znaczenia. I każdy nowy dyrektor, w każdym teatrze w Polsce byłby wymuszany siłą. Pan Michał Zadara w jednym z wywiadów powiedział, że "założył swój własny teatr, bo nie chce hegemonii aktorów". I coś w tym stwierdzeniu jest. Ja przez lata pracowałem w Akademii Teatralnej w Warszawie i kiedy po 38 latach pracy przestał mi się podobać styl zarządzania, odszedłem z tej uczelni. Tak samo mogą postąpić protestujący aktorzy... Tym, którzy zechcą odejść, życzę wszystkiego najlepszego. Tym, którzy zechcą ze mną zostać i dalej robić teatr, życzę tym bardziej wszystkiego najlepszego.

Co dla Pana jest ważne w Pana dekalogu wartości? W podejściu do ludzi?

– Najważniejsza jest prawda. Nie wolno się bać mówić prawdę, choć bywa czasami trudna do wypowiedzenia – bo prawdą można zrobić krzywdę, można zranić. Jednak gdy się żyje w prawdzie, to człowiek jest sobą. Trzeba być autentycznym, mówić to, co się myśli. Nie wolno oszukiwać, kłamać, nie wolno kombinować i być dwulicowcem. Trzeba być prawdziwym – i w życiu prywatnym, i w zawodowym.

Dobrze Pan na tym wychodzi?

– Nie zawsze. Niekiedy lepiej by dla mnie było, gdybym się ugryzł w język. Z takim podejściem trudniej jest z otoczeniem, ale łatwiej z samym sobą. Żyjąc w zgodzie z prawdą, każdego dnia mogę stanąć przed lustrem i spokojnie spojrzeć sobie w twarz. A to jest dla mnie ważne.

Od ponad tygodnia jest Pan nowym dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu. Będzie Pan miał dyrektora artystycznego?

– Tak, jak deklarowałem w aplikacji konkursowej, nie powołam zastępcy do spraw artystycznych – będę pełnił obie funkcje. Na razie nie podjąłem jeszcze żadnych decyzji personalnych. Jest na to za wcześnie, zespół jest na urlopie, a ja nie chcę robić takich ruchów po kryjomu, za plecami zespołu. Chcę, żebyśmy wszyscy się spotkali, spojrzeli sobie w oczy i żebyśmy odbyli męską, otwartą rozmowę z całym zespołem – ze wszystkimi aktorami, a nie tylko z tą małą grupą, która ostatnio była faworyzowana i grała w przedstawieniach, ale też z pracownikami technicznymi, z całą obsługą teatru.

Poprzedniemu dyrektorowi, Krzysztofowi Mieszkowskiemu, skończył się kontrakt...

– ...No właśnie, dobrze, że Pan to powiedział. Skończył mu się kontrakt na piastowanie funkcji dyrektora. Nikt go nie zwalniał, nie odwoływał, nie wyrzucał – a takie padały oskarżenia. Mówiło się, że może zostać na stanowisku dyrektora artystycznego. Dwa lata temu władze województwa sugerowały panu Mieszkowskiemu, żeby został dyrektorem artystycznym, a funkcję dyrektora generalnego, który by m.in. pilnował finansów, sprawował ktoś inny. Były ustalenia spisane w formie protokołu trójstronnego – dyrektor teatru, władze województwa, minister kultury. To był czas, kiedy można było tę całą sytuację w spokoju załatwić. Były na to dwa lata. Jak widać, nie udało się.

Za co się Pan bierze w pierwszej kolejności?

– Muszę przygotować program naprawczy teatru, bo dług po rządach poprzedniego dyrektora – 1 300 000 złotych – to nie jest mało. To przecież ogromna suma pieniędzy – za taką kwotę można zorganizować międzynarodowy festiwal, wielkie przedstawienie, ba – można zrobić kilka spektakli.

Jaki ma Pan pomysł, co z tym długiem zrobić?

– Powolutku wczytuję się we wszystkie dokumenty. Muszę na początku zrobić bilans otwarcia, będzie zrobiony audyt, który mi pomoże zorientować się, gdzie mogę szukać rezerw. Nie robię tego, jak mi się zarzuca, żeby szukać winnego, tylko po to, by znaleźć rozwiązanie. Chcę mieć porządek w teatrze i startować w jasnej sytuacji finansowej i organizacyjnej. Teraz najważniejsze jest dla mnie, aby dług teatru nie rósł, choć wiem jednocześnie, że długu, który zastałem, z pewnością nie da się zlikwidować w przeciągu jednego sezonu. Prowadzę negocjacje z wierzycielami teatru – jestem po rozmowach z nimi i próbujemy się dogadać. Są bardzo otwarci na współpracę. To mnie napawa optymizmem, że uda się zrzucić ten finansowy balast i drobnymi krokami wyprostować sytuację.

Zaczyna Pan dyrektorowanie teatrem w dość późnym wieku.

– Niektórzy zostają dyrektorami w wieku lat 30, inni, jak ja, mając sześćdziesiątkę na karku. Każdy wiek ma swoje plusy, atuty, zalety. Ja w wieku 60 lat czuje się młodo, na siłach, żeby podjąć takie wyzwanie. Młodzi mają energię i entuzjazm, starsi – wiedzę i doświadczenie.

Ma Pan pewnie plan, co by chciał widzieć, co by chciał robić w swoim teatrze.

– To, co ja bym chciał, to jest jedna strona medalu. Druga – przy takim zadłużeniu – co będę mógł zrobić.

Co się Panu marzy w teatrze?

– Przed spotkaniem z zespołem nie chciałbym mówić o konkretnych tytułach i konkretnych artystach, których bym widział na scenie.

No to bez nazwisk. Ogólnie. Zachowa Pan trzy sceny: główną na ul. Zapolskiej, na Dworcu Świebodzkim i kameralną na ul. Świdnickiej?

– Taki mam zamiar. Uważam, że pozbywanie się choćby jednej ze scen byłoby dla teatru niekorzystne. Bo na przykład dzięki trzem scenom jest szansa na bardzo zróżnicowany repertuar, na jego rozszerzenie. Zaznaczam, że nie chcę dzielić tych trzech scen na trzy różne stylistyki teatralne. Nie będzie tak, że na Świebodzkim będą się działy tylko eksperymenty teatralne, a na scenie kameralnej będzie grany tylko lżejszy repertuar. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby teatr był aktywny, rozwijał się, a rozwija również się przez eksperyment. Kiedy dzieje się coś nowego, twórczego. Poza tym nie chcę rezygnować z żadnej ze scen, ponieważ czekają nas remonty: przede wszystkim dużej sceny, widowni, dachu w teatrze – spektakle na czas remontu gdzieś muszą być grane, gdzieś muszą znaleźć schronienie. Oddanie więc choćby jednej sceny byłoby niekorzystne z wielu powodów, a co też ważne, bardzo by zubożyło repertuar i ofertę dla widzów – tego nie chcę.

Startując w konkursie na dyrektora, proponował Pan różne przedstawienia, które można by zrobić.

– To, co napisałem w aplikacji, startując na stanowisko dyrektora, to był pewien zarys. Każda aplikacja konkursowa jest takim zarysem. A mnie spotkał zarzut, że chcę robić przedstawienia rocznicowe...

...apele patriotyczne, akademie ku czci...

– Trudno nie zauważyć, że zbliżamy się do setnej rocznicy urodzin Świętego Jana Pawła II, ale to nie znaczy, że będziemy na deskach Teatru Polskiego wystawiać sztukę Karola Wojtyły czy sztukę biograficzną o papieżu. To mogą być czytania, konferencja teatralna poświęcona twórczość Karola Wojtyły. W taki sposób chciałbym uczcić urodziny papieża. Można też zaproponować na rocznicę jego setnych urodzin sztukę, w której będziemy mogli się spierać o to, czym jest dzisiejsze chrześcijaństwo, jacy my jesteśmy dzisiaj – interesują mnie bardzo głębokie tematy, a nie spektakl dokumentalno-biograficzny.

A repertuar lekki?

– Nie zapomnimy o nim. Taki rodzaj sztuki też jest potrzebny – widać to po sprzedaży biletów. Spektakle komediowe świetnie sobie radzą, ale też chciałbym zaproponować widzom coś lekkiego, innego, a nie tylko fenomenalny Mayday. Chciałbym, żeby to były komedie, które przyciągną publiczność – żeby były zabawne, ale przy okazji mądre. Zależy mi na dobrych sztukach, na wysokim poziomie. Poza tym na scenie Teatru Polskiego jest granych wiele spektakli obcych teatrów z pogranicza musicalu, farsy, komedii, które nie są z naszego repertuaru, ale gościnnie przyjeżdżają do nas i bawią naszą publiczność. Będę stawiał na różnorodność. Ale to musi potrwać, to nie będzie od razu. Budowanie repertuaru trwa około dwóch sezonów.

Nie bez znaczenia jest na przykład nadal nierozwiązana sprawa premiery Procesu w reżyserii Krystiana Lupy. Zabiegam o to, żeby przynajmniej pokazać to, co do tej pory zostało wypracowane na próbach, taki Proces w procesie, Proces-próba. Żeby widzowie mieli szansę zobaczyć, co się do tej pory wydarzyło, jaka miała być idea. Próby do Procesu rozpoczęły się w marcu tego roku.

Jeżeli chodzi o pozostały repertuar – jest on bardzo bogaty. Mamy kilkadziesiąt spektakli, ale kilka osób z zespołu zapowiadało, że odejdzie z teatru. Nie wiem, czy tak się stanie. Jeśli tak, to będę musiał podjąć decyzję, czy robić zastępstwo czy zdjąć spektakl z repertuaru. To będę wiedział po spotkaniu z całym zespołem. W tym momencie muszę się skupić na stronie menedżerskiej.

Morawski nie będzie rewolucjonistą?

– Nie chcę wywrócić repertuaru Teatru Polskiego do góry nogami, tylko go uzupełnić, poszerzyć. Wzbogacić go. Nie chcę robić rewolucji. Wrocławski Teatr Polski cieszy się wielką sławą w Polsce, w Europie. To trzeba szanować, trzeba umieć to wykorzystać.

Skupi się Pan na dyrektorowaniu czy też będzie Pan chciał reżyserować w Polskim, grać na scenie?

– Jeśli jakiś reżyser mnie poprosi i będzie chciał skorzystać z mojego aktorskiego doświadczenia, będę rozważał taką propozycję. A reżyserowanie? Nie wiem, czy znajdę czas. Może się tak zdarzyć, że wyreżyseruję sztukę trzy-, czteroosobową – oczywiście jeśli to nie będzie mi przeszkadzało w pracy menedżerskiej. Reżyserowanie nie będzie z pewnością moim głównym zajęciem.

A zatrudni Pan w teatrze swoją żonę – też aktorkę?

– Nie rozmawiałem z nią jeszcze o jej ewentualnej pracy we Wrocławiu. Bardzo możliwe, że będę angażował nowych aktorów i możliwe, że w tym gronie znajdzie się też moja żona.

Skąd się wziął w Pana głowie pomysł, żeby zostać dyrektorem teatru?

– To nie jest nowy pomysł. Między innymi w tym w celu skończyłem w Szkole Głównej Handlowej studia menedżerskie. Przez lata pełniłem różne kierownicze funkcje, nie tylko grałem i reżyserowałem – byłem też prodziekanem w szkole teatralnej, szefowałem Międzynarodowemu Festiwalowi Sztuk Teatralnych...

...i był Pan też skarbnikiem w Związku Artystów Scen Polskich. Nie wspomina Pan tego chyba najlepiej – skończyło się to dla Pana sprawą w sądzie.

– Pisano o mnie, że "sprzeniewierzyłem kasę, że malwersacja była, że Morawski zdefraudował". Bardzo łatwo przypinano mi różne łatki. Oskarżano o rzeczy, których nie zrobiłem. Ja i prezes ZASP-u nie wiedzieliśmy, że dyrektor finansowy zainwestował samodzielnie, bez naszej wiedzy i bez naszej zgody, 9,5 miliona złotych w te akcje stoczni Porta Holding w Szczecinie. Nie my jedyni czuliśmy się oszukani, były i inne firmy, które też kupiły akcje stoczni. Nigdy nie zostałem w tej sprawie oskarżony o zdefraudowanie, o malwersację, o wzięcie do kieszeni, o kradzież tych pieniędzy. Postawiono mi zarzut, że jako skarbnik nie dopilnowałem dyrektora finansowego ZASP-u. Wlokło się to latami – po 10 latach z prokuratury wreszcie sprawa trafiła do sądu, odbyła się rozprawa. W międzyczasie wszystkie pieniądze zostały ZASP-owi zwrócone. W 100 procentach, z odsetkami. A teraz, po latach tę sprawę wykorzystuje się – co mnie bardzo boli – do ostracyzmu, do mówienia nieprawdy o mnie, do deprecjonowania mojej osoby. Jeszcze raz podkreślam, że nie byłem za nic karany.

Wróćmy do sztuki. Lista ról, jakie Pan zagrał, reżyserów, u których wystąpił, jest imponująca. I role teatralne, i filmowe. No i serialowe, z którymi miliony Polaków Pana kojarzą.

– Grałem w wielu serialach, niektórych tytułów już nawet nie pamiętam. Zdecydowanie ważniejsze są jednak inne moje aktorskie doświadczenia. Wymienię tylko kilka: debiut w Przebudzeniu wiosny w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego (Melchior Gabor), Poeta w Grze snów Strindberga w reżyserii Macieja Prusa, Oswald w Upiorach Ibsena reżyserowanych przez Macieja Prusa i Erwina Axera, Mateusz Lewita w Mistrzu i Małgorzacie Macieja Englerta, Benvolio w Romeo i Julii w reżyserii Andrzeja Wajdy, Klaudiusz w Hamlecie, ale też role w spektaklach Teatru Telewizji: Gracze Gogola, Zmierzch długiego dnia O’Neilla, Lato w Nohant Iwaszkiewicza, Judasz z Kariothu Rostworowskiego, i ostatni spektakl Teatru TV przed stanem wojennym, czyli Konrad w Dziadach cz. III. Ważny repertuar i ważni reżyserzy w moim życiu.

Lubił Pan M jak miłość?

– Bardzo, bo fantastycznie się w nim grało, była fantastyczna atmosfera na planie, cudowna ekipa. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci. To była taka jedna, wielka serialowa rodzina. To się rzadko zdarza. A na dodatek to były złote czasy dla seriali w polskiej telewizji – oglądalność milionowa, wielka popularność. Każdemu aktorowi jest miło, gdy jest rozpoznawalny, a gdy jest rozpoznawalny przez miliony widzów, to mu jest milej jeszcze bardziej.

Dzisiaj ogląda Pan M jak miłość?

– Nie. I przyznam się – ja M jak miłość nie oglądałem nawet wtedy, kiedy w tym serialu występowałem (uśmiech). Nie miałem po prostu na to czasu...

Granie w serialach to dla aktora ujma?

– Nigdy tak nie myślałem. To była normalna, aktorska praca. I wiem, że wykonywałem ją dobrze.

Aktorstwo to tylko zawód, którym zarabia Pan na chleb?

– Gdzie tam. To przede wszystkim pasja. Wielka pasja. Dobrze robić to, co się lubi.

Dobrze wstawać rano do roboty, którą się lubi.

– Choć czasami nie było lekko, bo trzeba było wstawać o trzeciej w nocy, żeby być gotowym o godzinie szóstej na planie zdjęciowym – już z charakteryzacją, w kostiumie (śmiech).

Kiedy pojawił się w Pana głowie pomysł, żeby zostać aktorem? Wychowywał się Pan w artystycznym domu?

– Zupełnie nie. Dorastałem w rodzinie lekarskiej – mama jest lekarzem, i tato, i siostra... I ja też się wybierałem studiować medycynę, ale plany mi się zmieniły przez moją panią profesor z liceum.

Przez nauczycielkę języka polskiego?

– Nie, przez panią od zajęć plastycznych. Uczyła nas kolorować, rysować, ale też kompozycji, historii sztuki. I któregoś razu postanowiła zrobić kabaret. Ja w tym kabarecie zagrałem i pokochałem aktorstwo. Zapomniałem o całym bożym świecie. I tak ta moja przygoda ze sceną się zaczęła...

Źródło: "wSieci" 2016 nr 37

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2016-09-12

Nauczmy się rozmawiać

Rozmowa z Wandą Zwinogrodzką, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

Przemysław Skrzydelski, Piotr Zaremba: Krystian Lupa oskarża Ministerstwo Kultury, że do spółki z urzędnikami Sejmiku Województwa Dolnośląskiego ustawiło konkurs na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Przedstawia to jako rozprawę z dorobkiem poprzedniego szefa – Krzysztofa Mieszkowskiego. I twierdzi, że urzędnicy pani resortu sami się do ustawiania przyznali podczas rozmów w toalecie.

Wanda Zwinogrodzka: Bajki o rzekomych zwierzeniach w toalecie po prostu wstyd komentować. Kadencja dyrektora Teatru Polskiego dobiegła końca. Ustawa i uzupełniające ją akty wykonawcze przewidują obsadę tego stanowiska drogą konkursu, ale dopuszczają też inne rozwiązanie: organizator może powołać wskazanego przez siebie kandydata bez konkursu, o ile minister go zaakceptuje. Gdyby owa urojona "zmowa" między zarządem województwa a ministerstwem rzeczywiście istniała, po prostu zrezygnowano by z konkursu. Swego czasu zresztą domagali się tego zwolennicy mianowania Krzysztofa Mieszkowskiego.

Przechodzimy zatem do rozmowy o jego dorobku.

– Zrobił z tej sceny teatr żywy, nagradzany, szeroko dyskutowany. Ale też rozpaczliwie zadłużony, wędrujący ku bankructwu. Twierdzi, że to nieunikniona konsekwencja zbyt niskiej dotacji. Teatr jednak otrzymuje z ministerstwa dofinansowanie najwyższe spośród scen dramatycznych, które współprowadzimy – 4 mln 250 tys. zł. I blisko 6 mln zł z urzędu marszałkowskiego. Ponieważ wciąż mu brakuje pieniędzy, obie te dotacje w trakcie sezonu są jeszcze uzupełniane – np. ministerialna w ubiegłym roku o 600 tys., wojewódzka o 146 tys. Mimo to ujemny wynik finansowy od lat utrzymuje się na wysokim poziomie, a zobowiązania wymagalne rosną teraz w tempie wręcz zatrważającym – w styczniu wynosiły 330 tys., w marcu już milion złotych.

Jak na to reagowało ministerstwo, jeszcze pod rządami PO?

– Uporczywymi wezwaniami do działań naprawczych. Bez skutku. W roku 2014 zawarto porozumienie między minister Omilanowską, marszałkiem Przybylskim a dyrektorem Mieszkowskim, który zobowiązał się do ustąpienia z funkcji i uzgodnienia osoby nowego dyrektora, przy którym sam sprawowałby kierownictwo artystyczne. Nie dotrzymał słowa. Ministerstwo dalej monitowało. Grochem o ścianę, żaden plan naprawczy nie powstał.

Mieszkowski trwonił pieniądze? Na co?

– Powiedzmy: niefrasobliwie nimi gospodarował. Na przykład w 2014 r., który zamknął się stratą ponad 600 tys., honoraria wzrosły o blisko 300 tys. zł, na początku bieżącego roku kontrola urzędu marszałkowskiego wykazała, że znacznie przewyższyły one możliwości finansowe teatru, dotyczy to zwłaszcza honorariów za reżyserię. Równocześnie teatr nie płaci za prąd, co – jak wszyscy wiemy – może się skończyć jego odcięciem. A bez światła nawet iście mistrzowska reżyseria po nic, bo nie widać.

To argumenty przeciw Mieszkowskiemu. Ale on w konkursie nie startował. Czy ministerstwo przeforsowało aktora Cezarego Morawskiego?

– Przeforsowało? Dysponując dwoma głosami w dziewięcioosobowej komisji? One rzeczywiście zostały oddane na Morawskiego i podobnie głosowali urzędnicy województwa oraz przedstawiciel teatralnej "Solidarności". Wyjaśnienie jest proste. Było sześciu kandydatów, czterech nie uzyskało żadnego głosu, możemy więc przyjąć, że komisja jednomyślnie uznała, iż nie spełniają oni oczekiwań.

Ostatecznie walka rozegrała się między dwoma kandydatami.

– Tak. Realnym konkurentem Cezarego Morawskiego był dr Daniel Przastek, adiunkt w Instytucie Nauk Politycznych UW. Owszem, pisuje o związkach teatru z polityką, kilka razy współpracował z Michałem Zadarą w charakterze dramaturga i to jest całe jego profesjonalne przygotowanie. Czy to dziwne, że urzędnicy odpowiedzialni za kondycję instytucji w obliczu takiego wyboru głosują na aktora i reżysera z blisko 40-letnim stażem, a nie na naukowca, który nigdy nie pracował w teatrze? Źródłem wrocławskiego kryzysu nie jest żaden spisek, lecz rażąco mała liczba kandydatów oraz rodzaj ich kompetencji. Były aż dwa konkursy, ogółem zgłosiło się ledwie osiem osób, tylko trzy były zawodowo związane z teatrem.

Czyli my też jako publicyści i redaktorzy mogliśmy się zgłosić?

– Świetnie, że zgłaszają się ludzie różnych zawodów, skoro dopuszczają to warunki konkursu. Niemniej potężnym problemem wydaje mi się désintéressement środowiska teatralnego, dla którego długoletni kryzys finansowy Teatru Polskiego nie był tajemnicą. Dlaczego Mieszkowski nie znalazł nikogo, kto by go wsparł jako menedżer? I dlaczego żaden z głośno dziś protestujących środowiskowych autorytetów nie był gotów przyjąć na siebie odpowiedzialności za los tej sceny i nie stanął do konkursu? A zespół nie zdołał pozyskać albo wyłonić spośród siebie kandydata na miarę własnych oczekiwań? Było na to mnóstwo czasu.

Jednak Daniel Przastek był aktywnym uczestnikiem debat o polskim teatrze. Cezary Morawski nigdy nie zabierał w nich głosu.

– Prowadzenie instytucji z trzema scenami i milionowym długiem to nie udział w debacie na seminarium. Znajomość realiów teatralnych od wewnątrz jest niezbędna. Rozumiem środowiskowe emocje. Ale one są spóźnione. Skoro Teatr Polski ma tylu przyjaciół, nie powinni oni byli czekać z założonymi rękami, tylko pospieszyć z pomocą, czyż nie?

Czy to jest sporo organizację teatru, czy może o aksjologię, o różne rozumienie tego, czym jest dobry teatr?

– Cóż, teatr zlicytowany nie jest dobry w żadnym rozumieniu, po prostu nie istnieje. I ja, i Krzysztof Mieszkowski z zawodu jesteśmy krytykami i owszem, różni nas zarówno aksjologia, jak i upodobania estetyczne. Skoro jednak przyjęłam funkcję urzędnika państwowego, moim właściwym zadaniem jest troska o byt i rozwój instytucji, za które odpowiadam, a nie recenzowanie przedstawień albo programowanie repertuarów. Obowiązujące uregulowania nie dają mi takich kompetencji, a urzędnik musi przestrzegać prawa. Może zabiegać o jego zmianę, ale dopóki ona nie zostanie wprowadzona, musi działać w zgodzie z aktualnymi przepisami. Tego zdają się w ogóle nie rozumieć krytycy naszych poczynań, wzywając np. do unieważnienia konkursu. Ministerstwo nie może tego zrobić, może go co najwyżej zaskarżyć, ale na jakiej podstawie? Wszystkie procedury przeprowadzono prawidłowo.

To zajdziemy panią z odwrotnej strony niż protestujący. Czy naprawdę władza – ministerstwo, samorząd – nie może powiedzieć, że uważa jakiś teatr za "lewacki", więc będzie dążyła do zmiany jego kierownictwa? Albo że uznaje repertuar za zbyt hermetyczny i chce to zmienić. Jeśli nie może, teatry stają się własnością zespołów aktorskich.

– Ustawę o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej uchwalono w 1991 r., toteż nad jej kształtem zaciążyło doświadczenie komunizmu, który bezwzględnie dławił swobody twórców. Zrozumiałe, że ustawodawca chciał przede wszystkim tę patologię usunąć. Powstał system zapewniający instytucjom artystycznym znaczną autonomię. Chyba wówczas nie w pełni zdawano sobie sprawę, że to z kolei mocno ograniczy wpływ podatników na instytucje, które utrzymują, bo demokratycznie wybrane władze realizują – a przynajmniej powinny – ich wolę. Osiągnąć równowagę w tej materii trudno. Nie tylko w Polsce.

Ministerstwo ma w swojej gestii kilka teatrów strategicznych, tzw. narodowych. Przychodzi nowa ekipa, z nieco inną wizją kultury. I co, nie ma prawa do korekty? Większość artystów już dziś krzyczy o cenzurze, a państwo tak naprawdę nie może nic.

– Zmiana tej sytuacji wymaga czasu. Uważam, że powinna nastąpić w rezultacie szerokiej debaty o systemie administrowania kulturą. Potrzebne jest porozumienie.

Które jest zapewne niemożliwe.

– Dopóki nie nauczymy się rozmawiać, zamiast wzajem obrzucać inwektywami. Ja wierzę, że w końcu do tego dojrzejemy.

Cezary Morawski to dobry kandydat na naprawianie kłopotów finansowych teatru?

– Nie był nigdy dyrektorem, to dla niego nowe wyzwanie. Ma jednak dyplom menedżera kultury, czyli stosowne wykształcenie. Każdy dyrektor kiedyś był nim pierwszy raz.

Nawiązujemy do jego kłopotów sądowych, kiedy oskarżono go o zmarnowanie pieniędzy ZASP.

– W świetle prawa jest osobą niekaraną, dlatego został dopuszczony do konkursu, w którym to było jednym z warunków. Postępowanie wobec niego umorzono warunkowo, co oznacza, że po okresie próby został wykreślony z rejestru karnego.

Czy jednak człowiek uwikłany w kłopoty z pieniędzmi jest najlepszym kandydatem na naprawiacza?

– Komisja konkursowa nie może podważać decyzji sądu, który umorzył postępowanie. Zwłaszcza że sprawa była niezmiernie skomplikowana, niejednoznaczna, swego czasu spowodowała dramatyczne podziały w ZASP, po dziś jest przedmiotem wielkich kontrowersji i emocji.

Polityczne emocje to zasadnicza cecha tego sporu. Krystian Lupa zaczyna od dyskusji o Teatrze Polskim, kończy na opowieściach, że wyemigruje z Polski z powodu dusznej atmosfery.

– Tak, w tych okolicznościach trudno o wypracowanie jakiegoś rozwiązania, które ustabilizowałoby sytuację tej sceny. Krzysztof Mieszkowski na wstępie odrzucił jakikolwiek kompromis, nawet nie przekazał obowiązków swojemu następcy. Teraz na antenie Radia Wrocław nowy dyrektor podtrzymał zaproszenie do spotkania. Zobaczymy z jakim skutkiem.

W konkursie dotyczącym stołecznego Teatru Ateneum w roli tego "złego", który naruszył reguły, występują z kolei samorządowe władze Warszawy. Czy instytucja konkursu nie przeżywa kryzysu?

– Są też inne przykłady takiej wojny konkursowej: o teatr w Białymstoku, wcześniej w Toruniu. Ten mechanizm często zawodzi. Nie przypadkiem w wielu krajach dyrektorzy pochodzą z nominacji, nie z konkursu.

Może takie rozwiązanie jest logiczniejsze?

– Nie jestem pewna. Konkursy mają też niezaprzeczalne zalety. Bywa, że powodują pat decyzyjny, ale niejednokrotnie się udają – ostatnio np. w Lublinie czy Słupsku. Moim zdaniem dobre są te rozwiązania, które cieszą się względnie największym uznaniem zainteresowanych, bo najlepiej wymyślony system nie działa, jeśli jest kontestowany.

To inaczej: czy będą państwo pracowali nad reformą?

– Już pracujemy. Planujemy cykl konferencji regionalnych i branżowych, bo rzecz dotyczy nie tylko teatrów, lecz także filharmonii czy galerii. Ale żeby nie skończyło się na próżnym gadulstwie, dyskusja musi być starannie przygotowana.

Te konferencje utoną w bojkotach i protestach. Tak jak panią wybuczano w budynku filharmonii, kiedy czytała pani list ministra.

– Nie skarżę się, taka praca.

Poprzednich ministrów tak jednak nie traktowano. Wam trudniej pracować nad kompromisami, debatować ze środowiskiem, bo budzicie wrogość środowisk artystycznych.

– To rzeczywiście może sparaliżować starania o udoskonalenie systemu, na czym owszem ucierpi rząd, ale co gorsza przede wszystkim kultura, jej twórcy i odbiorcy. Opozycja totalna to program konsekwentnej destrukcji, a nie rozwiązywania problemów, których jest całe morze: począwszy od barier blokujących aktywność młodzieży artystycznej, skończywszy na wadliwym systemie emerytur dla seniorów.

Wasz potencjał zmiany jest niewielki. Jan Klata nie tylko nie został odwołany na początku waszych rządów, lecz ma wszelkie szanse utrzymania się na stanowisku szefa krakowskiego Starego Teatru na kolejną kadencję. Choć nawet ludzie PO uważali, że niszczy tradycyjny teatr, mając do dyspozycji placówkę "narodową".

– Sprawa Klaty dobrze ilustruje warunki, w jakich przychodzi nam działać. Od chwili wkroczenia do ministerstwa wmawiano nam, że zamierzamy odwołać Jana Klatę, choć nigdy takiej intencji nie formułowaliśmy.

Może powinniście?

– Teatr jest wrażliwym instrumentem, a odwołanie dyrektora w środku kadencji to drastyczny krok. A już w środku sezonu – przypominam, że zaczęliśmy pracę w listopadzie – to krok zabójczy, paraliżuje instytucję. Moją ambicją nie jest niszczenie ogrodu sztuk, ale jego pielęgnacja. Przypominam, że etymologicznie kultura to uprawa.

To wywołuje jednak w części społeczeństwa poczucie, że rządzi korporacja dyrektorsko-artystyczna. A wy nie macie zdolności korekty. Może po prostu nie ma w świecie teatru konserwatystów?

– Jednak są.

Jeśli tak, próbujcie przynajmniej forsować jakieś ideowe parytety.

– W poprzednich latach głos konserwatywny był konsekwentnie tłumiony, czasem bezwzględnie. Trzeba zapewnić mu równoprawne miejsce, ale nie użyłabym słowa "forsować", bo wierzę, że opcja konserwatywna jest dostatecznie atrakcyjna, by się obronić na wolnym rynku idei. Podkreślam: na wolnym, a nie regulowanym czy manipulowanym, jak dotąd bywało. Dlatego właśnie uważam, że konkursy dyrektorskie warto organizować, o ile przeprowadza się je z poszanowaniem procedur i honoruje werdykty. Toteż z reguły optujemy za takim właśnie rozwiązaniem, np. we Wrocławiu, pewnie też tak będzie w Starym Teatrze w Krakowie. Ale nie obstajemy przy nim doktrynersko – zgodziliśmy się przedłużyć bez konkursu kadencję Jana Englerta w Teatrze Narodowym.

Pani jest do końca zadowolona z modelu teatru "narodowego" w jego wykonaniu?

– Na tym świecie nic nie jest "do końca" zadowalające. Wszelako instytucja jest stabilna, jej oferta artystycznie dojrzała, repertuar urozmaicony. Jubileusz 250-lecia obchodzono realizacjami Kordiana, Dziadów, Pana Tadeusza, co budzi szacunek.

To dobry teatr.

Ale czy Warszawy nie stać na jedną placówkę z wzorcowym, tradycyjnym stosunkiem do klasyki?

– Czas pokaże. W tę stronę zmierza warszawski Teatr Polski pod dyrekcją Andrzeja Seweryna. Nie sądzę jednak, by dało się zapewnić donośność dykcji konserwatywnej drogą li tylko personalnych roszad.

Czasem zmiany wynikają z roszad.

– Ale to ani jedyna metoda, ani wystarczająca. Potrzebny jest też przychylny klimat, np. promocja tradycji czy system zachęt do udziału w rozmaitych programach gruntujących poczucie wspólnoty i tożsamość kulturową. W Europie wiatr wieje w tę stronę, warto to wykorzystać.

Przedstawienie: WYCINKA HOLZFÄLLEN

Wydarzenie: Wycinka Holzfällen w Pilznie

Źródło: iDNES.cz

Link do źródła: kultura.zpravy.idnes.cz

Data publikacji: 2016-09-08

RECENZE: Poláci pět hodin šikanovali diváky. A Češi jim tleskali

Přestože je rakouský provokatér Thomas Bernhard v českých divadlech oblíbený, o dramatizaci jeho slavné nenávistné litanie Mýcení se u nás ještě nikdo nepokusil. Polský režisér Krystian Lupa na úvod divadelního festivalu v Plzni ukázal, že to není nemožné a dočkal se aplausu.

 

Když Thomas Bernhard v roce 1984 vydal Mýcení, byl z toho skandál. Nejvýraznější dramatik a spisovatel poválečného Rakouska v knize sepsané formou monologu pozurážel přední persony vídeňské umělecké scény a obvinil je, že rezignovaly na svůj někdejší mladický zápal a lísají se ke státní moci.

Děj Mýcení je prostý. Bernhard přichází na „uměleckou večeři“ k dávným známým, kteří ho překvapili na ulici a kterým se už dvacet let snaží usilovně vyhýbat. V této společenské pasti se uchýlí do ušáku, z nějž pozoruje a komentuje účastníky sedánku: ordinérní hostitelku, bývalou talentovanou zpěvačku, jejího manžela, který svůj talent utopil v alkoholu, či otravnou spisovatelku kopírující už několik dekád Virginii Woolfovou.

Společnost živoucích mrtvol se schází v den pohřbu společné známé, tanečnice Joany, která se nikdy neprosadila a nakonec zvolila dobrovolný odchod ze života. Bernhard se v Mýcení nekonečnými souvětími stránku po stránce provrtává zahnívajícími vrstvami vídeňské umělecké smetánky, aby ukázal, že nešťastnice se stala obětí právě těch lidí, kteří za ni nyní truchlí.

Při čtení Mýcení si lze jen stěží představit, že by se monolog slavného rakouského provokatéra dal dramatizovat. Polský režisér Krystian Lupa však dokázal nekonečné Bernhardovy litanie rozplést a přetavit je v strhující představení. Vyhořelí umělci se scházejí v jakémsi obřím akváriu uprostřed jeviště, prázdně tlachají a čekají na hlavního hosta, herce Národního divadla, a zároveň na candáta, který se má po jeho příchodu podávat.

Scény z Joanina pohřbu se promítají na plátně zavěšeném nad scénou. Krátký film o guláši, plicních chorobách a tuzéru pro kněze osvěží černým humorem a filmové detaily chytře kontrastují se strnulostí děje na jevišti. Nejsilnějším momentem inscenace je pak vypravěčova vzpomínka na poslední setkání s Joanou, nešťastnou alkoholičkou dožívající v zatuchlém bytě.

Lupa se rozhodl být stejně nekompromisní jako Bernhard ve své knize. Polské Mýcení trvá pět hodin, což je pro dnešního zpohodlnělého diváka poměrně náročné sousto. Když se ve středu na scénu Nového divadla v Plzni konečně dostal na stůl candát po balatonsku, byla už většina diváků bez bot.

Ale právě díky tomuto nesmlouvavému přístupu se slavnému polskému režisérovi podařilo vyvolat v obecenstvu pocit, že už se samo stalo součástí zahnívající umělecké společnosti. A když vypravěč v ušáku s hrůzou přemítá, kam se poděli ti talentovaní mladí lidé, které kdysi tak obdivoval, uvědomí si možná někteří diváci, že stejnou otázku si mohou položit sami sobě při pohledu do zrcadla.

Přes úmornou délku představení tak naprostá většina diváků vydržela nejen do candáta, ale vychutnala si i postavu herce Národního divadla, který v samolibém plkání překonal všechny ostatní „kumštýře“ u stolu.

 

Mýcení
Teatr Polski
česká premiéra: 7. září 2016 (Festival Divadlo v Plzni)
režie: Krystian Lupa
hrají: Piotr Skiba, Halina Rasiakówna, Wojciech Ziemiański, Marta Zięba, Jan Frycz, Ewa Skibińska, Boźena Baranowska, Andrzej Szeremeta, Adam Szczyszczaj, Michał Opaliński, Marcin Pempuś, Anna Ilczuk, Krzesisława Dubielówna