Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Media o nas

Przedstawienie: BRACIA KARAMAZOW

Źródło: dziennikarstwo.wroclaw.pl

Link do źródła: dziennikarstwo.wroclaw.pl

Data publikacji: 2018-04-17

"Karamazow nie jest złodziejem", ale Bracia skradli serca

Im dłużej dzieło posiada status klasyka światowej literatury, tym trudniejszym zadaniem jest jego reinterpretacja, bo choć autor, żyjący kilka wieków wcześniej, z pewnością się jej nie przygląda, to czujne oczy krytyki artystycznej już tak. Stanisław Melski sięgnął po powieść giganta literackiego – Fiodora Dostojewskiego – i choć opowiedział ją tradycyjnie, to w Braciach Karamazow w jego reżyserii nie zabrakło świeżej interpretacji Dostojewskiej symboliki oraz... kobiet.

Choć w spektaklu Stanisława Melskiego kobiety stanowią mniejszość, to wpisują się w pamięć widza równie mocno, co mężczyźni, a to za sprawą wyrazistych, soczystych charakterów, które budują aktorki. Każda z kobiet, otaczająca tytułowych braci Karamazow, przejawia zupełnie inne usposobienie: prostytutka Gruszeńka (Beata Śliwińska), przyczynek sporu Dymitra Karamazowa z ojcem Fiodorem, jest aż nader lekkoduszna, narzeczona Dymitra Karamazowa – Katerina (Justyna Jeleń) to lubująca się w swojej szlachetności, acz oziębła dama, kaleka Liz (Alicja Baran) (w powieści prototypem postaci jest Iliusza) to histeryczna, ciągle krzycząca wariatka ze skłonnościami borderline, którą opiekuje się ledwo radząca sobie z sytuacją matka – pani Chochłakow (Monika Bolly) – a którą ta w pełni dyryguje. Zręcznie mącą w głowach trójce braci, potrafią okręcić ich sobie wokół palca, dzięki czemu wysuwają się na pierwszy plan; świat budowany w spektaklu przestaje być światem mężczyzn, zaczyna należeć do każdej płci po równo, a momentami nawet dominować na rzecz pań, szczególnie w chwilach, gdy na scenie pojawia się narrator całej historii – diabeł. A raczej diablica.

Pionki w grze

Iwona Stankiewicz wciela się w rolę siły metafizycznej, która rozbita została na cztery postaci: autora (początkowy prolog odautorski), anioła, śmierci i diabła. Postać sygnalizuje swoje przemiany za pomocą ciągnącej się za nią, upiętej na ramionach zwiewnej tkaniny, która zmienia barwę: autor i anioł osnute zostały w biel; gdy dochodzi do zbrodni, a Stankiewicz wchodzi w rolę śmierci, tkanina staje się czarną, zaś tuż po ojcobójstwie, gdy Iwan Karamazow popada w obłęd i zaczyna widzieć diabła, a Dymitr słyszy jego podszepty, by wyruszyć w podróż za Gruszeńską (która kończy się dla niego aresztowaniem i oskarżeniem o morderstwo), materiał spływa czerwienią. Prosty, lecz bardzo efektowny w swej wymowie symbolicznej i wizualnej zabieg wprowadza na scenę niepokojącą, metafizyczną aurę, typową dla powieści Dostojewskiego. Najwyższa instancja, dyrygentka przedstawienia towarzyszy w momentach zguby i śmierci, przypominając, że nie jesteśmy całkowicie wolni od sił natury, dobra i zła, jak i boskiego demiurga, sterującego całą maszynerią świata.

Synowie ojcobójstwa

Trzeba jednak oddać głos i sprawiedliwość tytułowym braciom oraz ich ojcu, Fiodorowi (Dariusz Bereski). Alosza (Błażej Michalski), Dymitr (Dawid Olszowy), Iwan (Marcin Piejaś) zostali zbudowani równie pełnokrwiście, co postacie kobiece. Zupełnie inne, rozbieżne charaktery aktorzy świetnie oddali (tutaj chylę czoła szczególnie przed Dawidem Olszowym, który rozdarcie i zagubienie życiowe Dymitra ukazał w jego ruchu, a dokładniej ciągłym, chaotycznym biegiem postaci), tworząc wyrazistą galerię męskich poglądów na religię, miłość, pieniądze oraz styl życia. Każdy z aktorów wcielił się w swoją postać zupełnie, wzbudzając w widzach silne, choć różne emocje, sprawiając, że cała historia nie była tylko sztuką na teatralnych deskach. Na specjalną uwagę należy również kreacja Fiodora Karamazowa, stworzona przez Dariusza Bereskiego. Pełna szaleństwa i obłędu, a jednocześnie sprytu to nie tylko gra aktorska na najwyższym poziomie, ale również – arcydzieło.

Carski blichtr w polskim teatrze

Teatr Polski we Wrocławiu zapowiadał spektakl jako wizualną ucztę. Wielbiciele rozbudowanej scenografii z pewnością się rozczarowali, jednakże koneserzy elegancji, piękna i dworskiej estetyki opuścili salę w dobrych humorach. Scenografia jest bogata w swojej ascezie – tworzy ją jedynie kilka kompletów mebli salonowych, zazwyczaj w składzie kanapa, fotele oraz stolik kawowy, każdy ułożony w innym miejscu sali, oznaczającym dom innego bohatera. Meble te są jednak przebogato zdobione: tapicerki ociekają wzorami i kolorami, a stroje, w szczególności suknie, to prawdziwa modowa uczta. Stylizowane na epokę, nie szczędzono w nich na szlachetnych, zdobionych materiałach; zdobienia i obszycia sukien czy tiulowych peleryn zostały wykonane z najmniejszą drobiazgowością. Jako kobieta nie mogłam przeoczyć biżuterii – klejnoty bohaterek odbijały światło ze sceny kolorowym, żywym blaskiem, mieniły się z oddali, przypominały blichtr i przepych carskiej Rosji. Męska garderoba również przykuwała wzrok eleganckimi, klasycznymi surdutami czy wiernie odwzorowanymi mundurami oficerskimi. Minimalna scenografia oraz punktowe operowanie światłem pozwoliły wydobyć z kostiumów cały ich urok.

Bracia Karamazow w reżyserii Stanisława Melskiego to pozycja obowiązkowa do obejrzenia na deskach wrocławskiego Teatru Polskiego. Nie było chyba lepszego sposobu na ukoronowanie czterdziestolecia pracy artystycznej reżysera oraz lepszego wyboru na 600. premierę Teatru. I choć w sztuce jeden z braci wypowiedział pamiętne zdanie:

Karamazow nie złodziej

to spektakl skradł serca nasze i całej widowni.

Przedstawienie: BRACIA KARAMAZOW

Źródło: "Gazeta Polska Codziennie" 2018 nr 88

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2018-04-16

Sprzedajne dziewki i wielcy łajdacy

Artyści Teatru Polskiego we Wrocławiu z reżyserem Stanisławem Melskim na czele sięgnęli po jedno z najwybitniejszych dzieł światowej literatury – Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego. Melski zrobił ze sławnym tekstem Dostojewskiego to, co Dymitrij Karamazow planował z sercem wybranki – otworzył fortecę złotym kluczem.

Fortecę, bo Bracia Karamazow to dzieło wielkie, kulminacja twórczości rosyjskiego myśliciela. Tu fundamentalne pytania o sens życia, istnienie Boga, wpływ szatana ubrane są w powieść psychologiczną pełną grozy. To bardzo przenikliwa, momentami ironiczna, a chwilami przerażająca w skutkach penetracja zakamarków ludzkiej duszy. Mrocznej duszy. A problematyka zbudowana wokół historii ojcobójstwa, w które zamieszani są synowie zamordowanego, choć pełna niedopowiedzeń i mistyki, mocno jest osadzona w rzeczywistości. A wszystko wokół pytania, czy dzieci mogą odkupić grzechy swoich rodziców...

Ciężar fabuły zwiększa dodatkowo fakt, że w czasie prac nad powieścią zmarł trzyletni syn Dostojewskiego Alosza. Chłopiec zmarł w wyniku ataku epilepsji, którą odziedziczył po ojcu. Główny bohater Braci Karamazow nosi takie samo imię jak zmarły syn autora. Zamordowany w powieści ojciec Aloszy ma na imię Fiodor.

Teatralna interpretacja dzieła to zatem istne pole minowe. Melski przeprowadza jednak widzów pewnie przez golgotę duszy. W tej teatralnej interpretacji jest wszystko, co musi się u Dostojewskiego znaleźć – świat zbudowany na ideałach od Madonny do sodomii, siła sumienia, która jednocześnie nęci i męczy bohaterów, sprzedajne dziewki i wielcy łajdacy. W świecie ludzi godnych politowania, chciwych, lubieżnych i błaznujących diabeł wciąż walczy z Bogiem. Walkę tę, przedstawioną metaforycznym i nieuchwytnym językiem teatru, widać nad wyraz dosłownie. Ogień w sercach braci Karamazow pali w oczy widzów. Ale bez tanich chwytów. Boży trybunał ścina się z ludzkim. Zezwierzęcenie galopuje. Pędząca mara zbiera żniwo, a widz patrzy, jak bracia idą do zguby. Tu każdy wyrok ulży sumieniu. "Oni mają hamletów, my Karamazowów".

Czy wolna wola istnieje? Jaka jest kondycja zła? Czy miłość jest w jakiejkolwiek relacji z ateizmem?

Duszą ludzką targają najmroczniejsze namiętności, Dostojewski obnaża ją przed nami. Bracia Karamazow to jedno z najważniejszych dzieł ludzkiej kultury. Brawo dla Teatru Polskiego we Wrocławiu. Była to 600. premiera na deskach tej sceny. Gratulujemy!

Wydarzenie: Jubileusz 90. urodzin Bogusława...

Źródło: "Gazeta Wyborcza - Wrocław" 2018 nr 88

Link do źródła: wroclaw.wyborcza.pl

Data publikacji: 2018-04-16

Teatr przedłuża życie

Dziś 90. urodziny obchodzi Bogusław Danielewski, najstarszy wrocławski aktor, od 70 lat na scenie, związany z Teatrem Polskim i Teatrem Komedia. Ta druga scena szykuje mu z okazji podwójnego jubileuszu benefis.

 

Kilka lat temu wspominał, że kiedy spłonął teatr na Zapolskiej, wiszące we foyer portrety najbardziej zasłużonych dyrektorów – Teofila Trzcińskiego, Jakuba Rotbauma, Krystyny Skuszanki, Jerzego Grzegorzewskiego – przetrwały nietknięte.

– Powinny pozostać. Bo to jest świadectwo historii teatru. A każdy z jego dyrektorów popełniał jeden błąd: uważał, że teatr zaczyna się od niego. A to nieprawda! Człowiek bez historii nic nie znaczy, teatr też – mówił.

Busia, aktor z klasą

Paweł Okoński, który wraz z Wojciechem Dąbrowskim prowadzi Teatr Komedia, debiutował na scenie Polskiego, grając na zmianę z Danielewskim Pana Kleksa w scenicznej adaptacji baśni Brzechwy.

– Bogusław Danielewski to żywy dowód na to, jaką siłę daje teatr. I że można być aktorem do swoich późnych lat. Kiedy wychodzi na scenę jako Dyndalski w Zemście, młodzi widzowie natychmiast odkładają smartfony. On pokazuje aktorską klasę, przekonuje, jak pięknie może brzmieć wiersz w teatrze. To dla nas wszystkich cenna lekcja. Uczy nas, że mimo że się starzejemy, ten zawód daje szansę na pracę w każdym wieku, nie ma w nim odrzuconych. A także, że aktorstwo przedłuża życie, daje twórczy napęd. Dlatego dziś zaśpiewamy mu 200 lat, a nie 100 lat.

Igor Kujawski, aktor Teatru Polskiego: – Busia, bo tak nazywał go Igor Przegrodzki, z którym Danielewski spędził kilkadziesiąt lat w jednej garderobie, to człowiek o jasnej aurze, kulturalny, miły, uprzejmy. Młodszym kolegom nigdy nie dawał poznać, że jest bardziej od nich doświadczony. Chodząca jasność, a przy tym zawodowiec pełną gębą. Pamiętam jego powrót na scenę Polskiego w Dziadach Michała Zadary. Był w nich cudowny, wzruszający, prawdziwy.

Awans do garderoby

Urodził się 16 kwietnia 1928 roku w Gdyni, karierę zaczynał na scenie Estrady Bałtyckiej w Gdańsku. Występować lubił od dziecka, podobnie jak jego czterej bracia. – Śpiewaliśmy, przebieraliśmy się, układaliśmy spektakle – wspominał. Ostatecznie najstarszy brat został pianistą, średni zrobił karierę w Ameryce jako reżyser filmowy i teatralny, ale też pedagog, którego uczniami byli m.in. Martin Sheen, Sigourney Weaver, Mercedes Ruehl.

Danielewski studiował śpiew na Akademii Muzycznej w Sopocie. Debiutował zresztą w operze. Wraz z Marią Fołtyn pojawił się m.in. w Halce w reżyserii Iwo Galla. To Gall popchnął go w kierunku teatru dramatycznego. Powiedział: "Teatr będziesz miał do końca życia, a śpiew, nawet najpiękniejszy, skończy się w pewnym momencie, w pełni rozkwitu. Będziesz miał 50 lat i koniec – emerytura i zdarte gardło".

Po przeprowadzce do Wrocławia i epizodzie z Teatrem Młodego Widza (dzisiejszy Wrocławski Teatr Współczesny), w 1952 roku trafił do Teatru Polskiego. Był wówczas najmłodszym aktorem tej sceny. Przez lata zajmował garderobę nr 101 wraz z Arturem Młodnickim i Igorem Przegrodzkim. – Zostałem do niej zaproszony zaraz po tym, jak trafiłem do teatru – opowiadał aktor. – Ten awans do garderoby był uzależniony od wartości aktora, starsi aktorzy zapraszali młodszych. To była nobilitacja. Mnie zaprosił Artur Młodnicki, który był najstarszy z naszej trójki.

Pierwszy sekretarz z kotłowni

Z tych pierwszych lat zapamiętał zrujnowane miasto i żywiołową, entuzjastyczną, spragnioną polskiego słowa i klasycznego repertuaru publiczność. A choć był moment, gdy rozważał wyjazd do Warszawy, ostatecznie został we Wrocławiu.

– Tu też panował ostry reżim, ale nie było takiego nacisku, takich zobowiązań. Robienie teatru wbrew polityce odbywało się za zgodą partii, która dawała pewien luz. Władze były lwowskie, miały sentyment do teatru. Oczywiście wystawialiśmy też sztuki tzw. partyjne, dziś powiedzielibyśmy "poprawne politycznie". Mieliśmy też komórkę partyjną z pierwszym sekretarzem, którym przez pewien czas był palacz teatralnej kotłowni. Reżyserzy musieli z nim konsultować repertuarowe wybory. Na szczęście argumenty płynne były tak przekonujące, że on absolutnie na wszystko się zgadzał – wspominał lata PRL.

Na scenie Polskiego stworzył kilkaset kreacji. Zagrał m.in. Horacja w Hamlecie w reżyserii Jakuba Rotbauma, Gustawa w Ślubach panieńskich w reżyserii Igora Przegrodzkiego i Władysława Dewoyno, Kaliksta Bałandaszka w Onych w reżyserii Witolda Skarucha czy Sitkę w Na czworakach w reżyserii Tadeusza Minca. Gościnnie występuje na scenie wrocławskiego Teatru Komedia, gdzie gra m.in. w Słonecznych chłopcach.

Tęsknota za Fredrą

– Od moich studentów wymagałem trzech warunków: świadomości, po co wchodzisz na scenę, co masz na scenie załatwić i dlaczego z niej schodzisz. To był fundament procesu nauczania. Poza tym byłem dla nich łagodny, mówiłem do nich po imieniu i wystarczyło, żebym zwrócił się do któregoś "proszę pana", żeby padł blady strach – mówił.

Pytany kilka lat temu o artystyczne marzenia, odpowiedział: "żeby zaczęto znów grać Fredrę, tęsknię za polskim szlachetnym repertuarem".

Jedne z ostatnich ról, w jakich się pojawił, to Starzec i Stary Polak w Dziadach w reżyserii Michała Zadary w Polskim i Dyndalski w Zemście Fredry w reżyserii Wojciecha Dąbrowskiego i Pawła Okońskiego we Wrocławskim Teatrze Komedia. To właśnie ta ostatnia scena postanowiła uczcić jubileusz Danielewskiego.

Dziś o godz. 19 rozpocznie się tam jego benefis. Pojawią się koledzy z pracy w obu teatrach i z Akademii Muzycznej, a także studenci szkoły teatralnej.

– To nie będzie akademia ku czci, ale rodzinna impreza, pozbawiona jakiegokolwiek zadęcia – obiecuje Okoński.