Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: WYCINKA HOLZFÄLLEN

Wydarzenie: Dwa nasze...

Źródło: "Tygodnik Powszechny" 2014 nr 51-52

Link do źródła: www.tygodnikpowszechny.pl

Data publikacji: 2014-12-17

Skorumpowane talenty

Fenomenalny, genialny, mistrzowski, bomba atomowa, arcydzieło, triumf – oto wybrane prasowe epitety pod adresem najnowszego spektaklu Krystiana Lupy. Zasłużone!

Pokaz Wycinki Krystiana Lupy podczas krakowskiego festiwalu Boska Komedia to – od dnia premiery 23 października – zaledwie trzecia prezentacja przedstawienia w Polsce [piąta – przyp. red.]. Festiwalowa nagroda za najlepszy spektakl, najlepszą reżyserię i najlepszą rolę pierwszoplanową (Piotr Skiba w roli Thomasa Bernharda) nie jest zaskoczeniem: spektakl zdążył już obrosnąć legendą. Zawdzięcza ją mistrzowskiemu rzemiosłu i prostej, niemal publicystycznej, a przy tym złośliwej wymowie.

Największą ekscytację wzbudziły zawarte w spektaklu aluzje do Jana Klaty. Zjadliwy passus o "genialnym nowym dyrektorze narodowego teatru" jest co prawda wzięty z tekstu Thomasa Bernharda, jednak Lupa dorzuca od siebie ciętą uwagę o spektaklu Do Damaszku, stawiając kropkę nad "i". Konflikt artystyczny i instytucjonalny pomiędzy Lupą a Klatą nie jest tajemnicą. Jednak temat, atrakcyjny i mocny, stanowi tylko wierzchnią warstwę spektaklu, zyskując wiele innych, bardziej skomplikowanych umocowań.

Najbardziej żywe umocowanie wynika z obsadzenia Jana Frycza, aktora warszawskiego Teatru Narodowego, w roli... Aktora Teatru Narodowego. Bezlitosna karykatura postaci – groteskowo megalomańskiej i artystycznie skorumpowanej – zyskuje impet przez niewyartykułowaną w żadnym miejscu, ale przecież podskórnie pulsującą, rozsadzającą ramy spektaklu kwestię artystycznej korupcji samego Jana Frycza, marnującego swój talent w produkcjach typu Pokaż kotku, co masz w środku. Właśnie tym prywatnym uwikłaniom swoją wybuchowość zawdzięcza finałowa scena, w której Frycz przypuszcza szarżę w obronie swojej postaci. W scenie tej Bernhardowski Aktor Teatru Narodowego triumfuje, okazując się "osobą filozofującą". U Lupy ważniejszy jest równoległy, bezapelacyjny triumf aktora Teatru Narodowego Jana Frycza. Jego brawurowego performansu – mówię to po głębokim namyśle – nie jestem w stanie porównać z niczym, co widziałem w ostatnich latach w teatrze.

Złożony portret "starego" artysty Lupa zderza z niejednoznacznym portretem młodych artystów. James (Michał Opaliński) i Joyce (Adam Szczyszczaj) zostali pokazani jako ignoranci, którzy "potrafią tylko parskać śmiechem, ale nie potrafią tego śmiechu uzasadnić". Kto jak kto, ale akurat Lupa zawsze był sojusznikiem młodych – dlatego Bernhardowskie portrety komplikuje i cieniuje. W dodanych etiudach wideo reżyser pozwala im dojść do głosu, wytłumaczyć się. Karykatura ustępuje tu miejsca palącemu wezwaniu do artystycznego i politycznego ryzyka. Lupa wierzy (wie?), że młodych artystów na to stać.

W tym zbiorowym portrecie artystycznego środowiska chodzi Lupie bowiem – wbrew pozorom – nie tyle o ośmieszenie, ile o ostrzeżenie. Zgromadzeni na kolacji podstarzali artyści-epigoni ukazani zostali z całą bezwzględnością, jednak nie posądza się ich o brak talentu, ale o to, że swój talent z kretesem zaprzedali i skorumpowali. W jaki sposób? U Bernharda podstawowy jest postulat nieustannego rozwoju intelektualnego. Lupa jest mniej konstruktywny, punktując obraz człowieka niejako nieuchronnie zdradzającego swój bezkompromisowy etos, któremu był wierny "jeszcze przed trzydziestką".

Ten temat umocowany jest w historii Joany Thul. Do Bernhardowskiego portretu przegranej artystki, która popełnia samobójstwo, Lupa dodaje scenę, w której Joana (Marta Zięba) spowiada się ze swoich młodzieńczych marzeń o innym, lepszym życiu. Portret Joany, jednostki niosącej w sobie poczucie nieprzystosowania i odmienności, nie jest heroiczny; jest otwarty na całkiem przeciętne, niewsparte wielkimi manifestacjami poczucie "inności" i na całkiem przeciętne, niewsparte spektakularnymi porażkami poczucie przegranej. Jest – można powiedzieć – otwarty na człowieka. Dlatego tak intymnie można się z nim zidentyfikować. Umieszczone w horyzoncie śmierci doświadczenie (artystycznej) autokompromitacji, klęski, śmieszności zyskuje niepostrzeżenie wymiar egzystencjalny.

Na marginesach spektaklu mamy jeszcze śmiech, który chroni przed patosem, i estetyczne piękno, które chroni przed zniszczeniem. To zresztą wydaje mi się ograniczeniem spektaklu. A gdyby tak rozerwać tę wyrafinowaną artystyczną formę, rozdrapać, zbrukać? Lupa rozbudził we mnie niezwykle silne negatywne emocje, ale nie dał im scenicznego ujścia: w brzydocie, w brudzie, w destrukcji, w chaosie. Może o takie bolesne zdławienie chodziło?

Lupę stać na to, by formę swojego teatru demontować i problematyzować. W Wycince spina ją, dyscyplinuje, wzmacnia – formułując wypowiedź, która po prostu wbija w fotel.

Przedstawienie: PODRÓŻ ZIMOWA

Źródło: "Gazeta Wyborcza" 2014 nr 286

Link do źródła: wyborcza.pl

Data publikacji: 2014-12-10

Jelinek bez zadęcia

Paweł Miśkiewicz w Podróży zimowej wystawionej w Teatrze Polskim we Wrocławiu świadomie unika tego, co w niej najbardziej brutalne i efektowne. I to działa.

Podróż zimowa to rodzaj summy Elfriede Jelinek. Podszyta autobiografią sztuka o przemocy i emocjonalnym kalectwie. Reminiscencje z życia ojca noblistki – ofiary szpitala psychiatrycznego – spotykają się z historiami Nataschy Kampusch i Elisabeth Fritzl. Wszystko zamknięte w autoironiczną ramę – pisarka jak kataryniarz powtarza swą mantrę. Warto jej posłuchać.

Po rewelacyjnej Wycince Holzfällen Krystiana Lupy to kolejna udana premiera w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Paweł Miśkiewicz, uczeń i aktor Lupy, był dyrektorem wrocławskiej sceny w latach 2000–04. Później szefował warszawskiemu Dramatycznemu, a po odejściu stamtąd w 2012 r. właściwie zniknął z radaru. Teraz wraca w świetnym stylu, z teatralnym koncertem na sześć aktorek, fortepian i bęben.

To drugie w krótkim czasie polskie wystawienie Podróży zimowej. Dwa lata temu po tekst Jelinek sięgnęła Maja Kleczewska. Wyszło jedno z jej najlepszych przedstawień, które wysoko ustawiło poprzeczkę kolejnemu realizatorowi. Miśkiewicz z porównań wychodzi obronną ręką. Tam, gdzie w bydgosko-łódzkim przedstawieniu były wyraziste wizualne środki, ironia i makabra, Miśkiewicz stawia na skupienie i minimalizm. Nie boi się ciąć tekstu, świadomie unika tego, co w nim najbardziej brutalne i efektowne.

Na pierwszy rzut oka Podróż... Miśkiewicza to ciąg kobiecych monologów. W ascetycznej przestrzeni dramat trwa w zapętleniu, wraz z ruchem zaaranżowanej tu prowizorycznej obrotówki, w rytm bębna i kolejnych fraz. Wszystko działa, nie ma zbędnych elementów.

Strumień świadomości Jelinek został rozbity na kilka głosów. Siłą przedstawienia jest wielopokoleniowa grupa perfekcyjnie zestrojonych wykonawczyń. Halina Rasiakówna jako Elfriede u szczytu twórczych sił i refleksji patrzy na świat z przenikliwym chłodem. Ewa Skibińska występuje tu w jednej ze swoich najlepszych, najbardziej powściągliwych ról. Wyrównany i bardzo wysoki poziom zespołu domykają Agnieszka Kwietniewska i Krzesisława Dubielówna.

Nie byłoby sukcesu Podróży... bez muzyki na żywo w wykonaniu Mai Kleszcz, Jacka Kity i Wojciecha Krzaka, artystów tworzących incarNations. Ich praca to więcej niż intrygująco zaaranżowany Schubert i wokalizowane teksty Jelinek. Kleszcz jest w spektaklu wokalistką, autorką muzyki, ale też pełnoprawną aktorką.

Wreszcie aktorskie odkrycie spektaklu – Małgorzata Gorol. Brawurowa, wyrazista kreacja najmłodszej z Elfried. Ma charyzmę, zarówno krążąc po scenie w absurdalnej etiudzie na rolkach, jak i wykonując sztuczkę z taniego seansu iluzjonistycznego.

Rolki, tandetne triki – Miśkiewicz nie ma złudzeń co do tego, że teatr bywa medium niepoważnym. Nie sili się na przekroczenie za wszelką cenę. To wielka zaleta jego przedstawienia.

Przedstawienie: PODRÓŻ ZIMOWA

Źródło: "Newsweek Polska" 2014 nr 50

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2014-12-08

Piekło Jelinek

We wrocławskiej Podróży zimowej noblistka Elfriede Jelinek przygląda się samej sobie. Oraz prawidłom i fantazmatom rządzącym rzeczywistością, w której przyszło jej żyć. Na małej obrotowej scenie jest zaledwie kilka rekwizytów: stare meble, instrumenty, jakieś graty. Jak w kalejdoskopie podziwiamy kolejne aktorskie impresje. Etiudy wrocławskich aktorek składają się na dość ponury (auto)portret pisarki. Relacje międzyludzkie poddane mechanizmom wymiany rynkowej, niemożność emocjonalnego i fizycznego zaspokojenia. Twórczość zamiast spełnienia przynosząca ból i obsesję, bo skazująca na nieustanne zaglądanie w otchłań piwnic, w których poukrywaliśmy głupotę i zło. Samotność, niedostosowanie, rozpad... Oto tematy, do których nieustannie powraca autorka i po które sięga Miśkiewicz. Po nieco przydługim wstępie spektakl wyraźnie nabiera tempa. Wyznaniom Jelinek towarzyszą pieśni Schuberta w brawurowej interpretacji Mai Kleszcz, wcielającej się w postać Nataschy Kampusch. I właśnie jej wokalno-aktorskie popisy wraz z brawurową kreacją Małgorzaty Gorol, wygrywającej dowcipnie dramat emocjonalnej ułomności pisarki, stanowią największe odkrycie wrocławskiego spektaklu.