Facebook

You Tube

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Krzysztof Mieszkowski

Media o nas

Przedstawienie: STAND_UP WITKACY

Źródło: "Polska - Gazeta Wrocławska" 2013 nr 77

Link do źródła: www.gazetawroclawska.pl

Data publikacji: 2014-04-02

Demony wszystkich krajów, łączcie się, czyli co Witkacy ustami Wiesława Cichego mówi nam o sztuce, artystach, formie, a co o współczesnej Polsce (przy okazji)

Międzynarodowy Dzień Teatru Teatr Polski świętował monodramem Wiesława Cichego Stand_up Witkacy. Ironicznie, inteligentnie, gorzko.

O literaturze pisał "gówienko małe ludzkości wobec filozofii", a przecież tworzył powieści. Szukając "drugiej jaźni", "metafizycznych doznań", bronił swojej odrębności i zarazem odrębności sztuki jako takiej.

Stanisław Ignacy Witkiewicz. Wielka postać polskiej dramaturgii. Postać bardzo dramatyczna, bo odrzucając mieszczański blichtr i powierzchowność złakniona zrozumienia. W Nienasyceniu napisał "Mogę się zabić, ale na myśl, że mógłbym nie istnieć wcale, zimno mi się robi z przerażenia". Jak silny musiał być jednak strach przed nadchodzącą Historią, że to przerażenie nieobecnością przestało mieć znaczenie 18 września 1939 roku we wsi Jeziory na Polesiu. Tego dnia Witkacy, na wieść o tym, że do Polski wkroczyła Armia Czerwona, zażył weronal i podciął sobie tętnicę szyjną.

Wiesław Cichy, aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu, Międzynarodowy Dzień Teatru uświetnił premierą monodramu Stand_up Witkacy. W tym gorzko-ironiczno-śmiesznym przedstawieniu są rozważania o czystej formie, roli artysty w tworzeniu sztuki, oddziaływaniu tejże na rzeczywistość, ale też jak najbardziej autorskie – czyli Cichego – interpretacje czy współczesne przeniesienia słów mistrza portretu wielokrotnego. Ta słynna fotografia powstała w 1917 roku, na której widzimy pięciu Stanisławów Ignacych Witkiewiczów w mundurze carskiego oficera, jest zresztą swoistym kluczem do tego przedstawienia i to nie tylko z racji scenografii Małgorzaty Matery, debiutującej w roli kostiumografki. Odrębne brawa należą się jej za czerwone niewymowne, w których Cichy z autentycznym wdziękiem modelki na wybiegu paraduje i parodiuje gesty i miny przynależne do Panteonu Narodowej Formy. Nie będę zdradzać Państwu szczegółów owego panteonu, bo szkoda psuć element zaskoczenia, ale podpowiem, że pawich piór nie zawłaszczył tylko Słowacki. U Cichego ich tęczowa wielobarwność nabierze jeszcze jednego, ironicznego, znaczenia.

Stand_up Witkacy to siłą rzeczy popis gry jednego aktora, który przez ponad godzinę musi skupić na sobie, na tym, co mówi, i tym, co robi, uwagę widza. Są więc zwroty akcji, dramaturgiczne napięcia i zaskoczenia. Z sensem – dość gorzkim – każdy musi zmierzyć się sam. Ironiczna piosenka zamykająca przedstawienie, z tekstem "Demony wszystkich krajów, łączcie się" właściwie jest wstępem do zmierzenia się z witkacowską opowieścią zaproponowaną przez Wiesława Cichego. I pamiętajmy, o słowach samego Witkacego: "wszystko, co było głębokim, powstało tylko z rozpaczy ostatecznej i zwątpienia".

Przedstawienie: STAND_UP WITKACY

Źródło: "Polska - Gazeta Wrocławska" 2013 nr 73

Data publikacji: 2014-03-28

Cichy wcale nie jest taki cichy...

Był Horodniczym i Makbetem. Wciela się w Dantona. Od wczoraj Witkacy. Wiesław Cichy, aktor Teatru Polskiego. Z pozoru skromny, ale świadomy własnej wartości.

Kiedy Danton wszedł na szafot, spojrzał na lud paryski zgromadzony u jego stóp i niecierpliwie czekający na egzekucję. Potem popatrzył na kata i powiedział: – Pokaż moją głowę ludowi. Jest tego warta.

Wiesławowi Cichemu, kreującemu na scenie Teatru Polskiego tytułową postać w dramacie Stanisławy Przybyszewskiej Sprawa Dantona, głowy nikt ścinać nie zamierza, choć tłumów na spektaklu granym nieprzerwanie od sześciu lat i święcącym triumfy na całym świecie nie brakuje.

Prawdziwy Danton, rewolucjonista, człowiek sprzedajny i hedonista, był mistrzem autokreacji. Wiesław Cichy zapytany, ile w postaci granej na scenie wynika z wyborów aktora, a ile narzuca reżyser, odpowiada jednym zdaniem: – Nie wiem.

Taka odpowiedź powinna właściwie zakończyć spotkanie, ale Cichy po chwili mówi: – Wie pani, dlaczego bardzo rzadko daję wywiady? Bo zwykle się kłamie. Ja kłamać nie chcę. A ile w postaci jest moich wyborów, przemyśleń? Hm, czasem trzeba się pokłócić z reżyserem, a czasem z samym sobą. To z takich kłótni rodzi się ktoś nowy.

Cichy jest cichy jednak tylko z pozoru. Może i nie króluje w gazetach, ale lista jego dokonań aktorskich jest więcej niż imponująca. Mefisto, Makbet i Mackie Majcher w jednym z zaskakującą szczerością przyznaje, że rolą, która zapadła w nim szczególnie mocno, jest ta pierwsza – malarza w spektaklu dla dzieci Szczęśliwy motyl w teatrze w Opolu.

– Była połowa lat 70. Nic nie umiałem. Bezczelnością zagrałem malarza. Przychodzą do niego motyle, ślimaki, różne zwierzątka, które ma namalować, a które usiłują opowiedzieć mu swój świat. Dzieci reagowały fantastycznie. Na drugą część sztuki, już bardziej dla dorosłych, też – opowiada Wiesław Cichy.

W tej drugiej części stary aktor stawał się pierrotem. Chodził po scenie, wzdychał, grał na wiolonczeli. Pierrot czarował małą widownię, która może jakimś siódmym zmysłem wyczuwała, że to opowieść również o niej, gdy już będzie miała za sobą wiele dziesiątek lat. I młodego aktora, który w kulisach stał jak przymurowany, patrząc na prawdę, która stawała się na jego oczach za sprawą starszego kolegi.

– Spektakl zrobił Zygmunt Smandzik i graliśmy go bardzo długo, co najlepiej pokazuje, że był dobry, potrzebny i ważny – uśmiecha się Cichy, który mimo wielu poważnych ról w dorosłych teatrach wciąż pracuje dla dzieci. Bo są uczciwe i szczere. Bo wyczuwają fałsz i mówią o nim bez owijania w bawełnę. Bo ktoś musi je uczyć bezpiecznego przechodzenia przez ulicę i nierozmawiania z nieznajomym – a właśnie tego uczą je Wiesław Cichy i Dariusz Skowroński, czyli dwóch klaunów, rudy, trochę wredny Bąbel i Pompon.

– Jak się zastanowić, to właściwie każdy aktor ma w sobie coś z klauna. Taki zawód – zauważa sentencjonalnie Cichy, który za każdym razem, gdy opada kurtyna, wydobywa spod maski własną twarz.

Mógł zostać sportowcem. Uprawiał piłkę ręczną, grał w nożną, ale ciągnęło go aktorstwo. Miłość do sportu została mu zresztą do dzisiaj (uprawiał też boks), a znajomi zdradzają, że to jeden z tych tematów, kiedy łatwo wciągnąć go do rozmowy. Z dumą podkreśla, że sam przeszedł swoją ścieżkę, bez żadnego wsparcia, szkółek, zajęć pozalekcyjnych. Ot, uparty chłopak z małego miasteczka. Może to ten upór właśnie, wyczuwalny przez skórę, sprawił, że tak konsekwentnie buduje swoją karierę? Samego słowa kariera chyba jednak nie lubi.

– Kiedy na festiwalu w Toruniu dostałem główną nagrodę za witkacowski monodram Firma portretowa, myślałem, że właśnie zdobyłem świat. Szybko się okazało, że nic nie zdobyłem i jeśli nie znajdę w sobie pokory do ciężkiej pracy, to zostanie mi tylko woda sodowa – przyznaje Cichy, który w miniony czwartek, na Międzynarodowy Dzień Teatru, zrobił premierę Stand_up Witkacy.

Po latach od tamtego sukcesu postanowił spojrzeć na nowo na twórczość człowieka, bez którego trudno wyobrazić sobie współczesny teatr, skandalisty i postaci głęboko tragicznej. Dlaczego właśnie Witkacy?

– Bo jest niejednoznaczny, przewrotny, mądry. Potrafi być liryczny, a jednocześnie piekielnie inteligentny. Przeskoczył epokę, a ja staram się w tej godzinie z kawałkiem zawrzeć jego mądrość – tak aktor mówi o pisarzu-filozofie, który całował kobietę w metafizyczny pępek, a o ludziach w przypływie goryczy pisał "to bydło i idioci".

Anna Ilczuk, która z Cichym gra między innymi w Sprawie Dantona i Ziemi obiecanej, ze śmiechem przyznaje, że jakoś tak się składa, że na scenie albo jest jej ojcem, albo mężem.

– Zawsze żartuję "Wiesiu, żebyś się tylko nie pomylił" – po czym poważnym tonem dodaje, że ceni w nim uczciwość aktorską. – Uwielbiam z nim pracować, bo daje mi radość z tego, co tworzymy. Dla niego każde zadania jest równie ważne i poważne, a ja bardzo cenię ludzi, którzy mają wysoki poziom etyki zawodowej.

Ilczuk zapytana o to, czy Cichy jest lubiany, reaguje jednak z wyraźnym żachnięciem. Bo czy o to chodzi w zespole aktorskim? Przecież czasem trzeba się pokłócić, prawie pożreć i nie ma miejsca na tanie ckliwości. – Ale wiem, że kiedy jest tak sobie, zawsze mogę podejść do niego i się przytulić. Nie będzie pytał, co mi jest, nie będzie drążył. I to też jest ważne, że szanuje czyjeś prawo do przestrzeni intymnej.

Dla Krzysztofa Mieszkowskiego, dyrektora Teatru Polskiego, Wiesław Cichy to człowiek, który sprawia wrażenie kogoś bardzo skromnego, pokornego, kto schodzi z pierwszej linii frontu, ale… – W gruncie rzeczy siedzi w nim diabeł. Stąd ta siła aktorska. Pewnie znaczenie ma i to, że uprawiał boks i ta jego ogromna energia wciąż szuka sobie ujścia na scenie – podkreśla Mieszkowski, dla którego ważne jest również i to, że Cichy jest członkiem Rady Artystycznej Teatru. Radykałem, który walczy o racje swoje i innych (– Zespół to największa wartość teatru i Wiesiek to wie i rozumie). Człowiekiem, który ma poczucie własnej wartości, zna swoje ograniczenia i który z tej samowiedzy czerpie, gdy tworzy kolejne kreacje.

Sam Cichy zapytany, czy są takie role, o których mógłby jeszcze marzyć, mówi: – Ja już wiem, że jeśli w wieku 30 lat ominie cię Hamlet, to w odpowiednim momencie będzie Horodniczy.

Rewizor Gogola, wyreżyserowany przez Jana Klatę na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu 11 lat temu i przeniesiony do Teatru Telewizji, rzucił publiczność i krytykę na kolana. To w nim Cichy mówił słowami Horodniczego: "Widać mordę go, w mordę starego durnia! Ej ty, tłusta gębo! Smarka, szmatę, przyjął za ważną figurę! Pędzi sobie teraz, sypie trójką koni, dzwoneczki mu dzwonią! Po całym świecie rozniesie tę historię. Mało, że się człowiek stanie pośmiewiskiem, znajdzie się jakiś gryzmoła, gryzipiórek i do komedii cię wstawi... To najwięcej boli! Nie uszanuje stanowiska ani rangi — wszyscy będą zęby szczerzyć i klaskać w dłonie! Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie! Uch, wy!!!... Odpowiadać! No!".

I właściwie do takiej artystycznej pełni brakuje mu tylko filmowej roli na miarę jego talentu. Może ktoś się w końcu odważy dać Cichego na pierwszą linię frontu celuloidowej taśmy?

Przedstawienie: STAND_UP WITKACY

Źródło: Radio RAM

Link do źródła: www.radioram.pl

Data publikacji: 2014-03-28

Stand_Up Witkacy to popis Cichego

Miał być skromny spektaklik na uboczu, a wyszła jedna z premier sezonu.

Płakaliście po Jamesie Gandolfinim? Spieszcie się oklaskiwać aktora podobnej postury, energii i wrażliwości, którego macie we Wrocławiu tuż obok.

Na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego znany z Dantona, Jerry’ego Springera, Transferu, a ostatnio Dziadów, Wiesław Cichy wystawił monodram wedle własnego pomysłu, w którym swoją niezgodę na zakłamanie, pozorność i lichość współczesnego świata wyrzuca z siebie tekstami Witkacego.

Z pomocą dramaturga Piotra Rudzkiego Cichy bezbłędnie wykazał aktualność witkacowskich fraz, co łagodzi pesymistyczne spojrzenie przezabawnego skądinąd spektaklu – skoro przed dziesięcioleciami artystów nękały podobne koszmary, a Polaków dręczyły znajome demony, to może nasz moment w dziejach nie jest taki najgorszy?

Odnaleźć innych w gabinecie luster i korowodzie pokazów mody łatwo, przecież specjalizujemy się – jak głośno dowodzi Cichy Witkacym ze sceny – w pogardzie. Prawdziwym wyzwaniem będzie spojrzenie w Stand_up Witkacy we własne oczy.

Zmyślna i efektowna (nie uzupełniająca, a partnerująca) scenografia Małgorzaty Matery podsuwa taką możliwość. Pierwsza premiera Sceny Inicjatyw Aktorskich okazała się celnym, kłującym pchnięciem.