Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Media o nas

Przedstawienie: BAR POD ZDECHŁYM PSEM

Źródło: kulturaonline.pl

Link do źródła: kulturaonline.pl

Data publikacji: 2017-03-21

Blues poety

W Teatrze Polskim we Wrocławiu zaprezentowano monodram na podst. tekstów Władysława Broniewskiego: Bar pod Zdechłym Psem. To przemyślany i bogaty przekaz artystyczny, opowiadający o dramacie człowieka i poety.

 

Po swoistej "zapaści" Teatr Polski we Wrocławiu zaprezentował dwa premierowe spektakle – oba interesujące. Pierwsza premiera odbyła się 3 marca i był nią spektakl na podstawie tekstów Władysława Broniewskiego: Bar pod Zdechłym Psem. Brawurowo zagrany monodram Dariusza Bereskiego, który jest jednocześnie autorem scenariusza spektaklu, okazał się bardzo interesującą wypowiedzią artystyczną. Nie jest to co prawda przedstawienie w pełnym tego słowa premierowe, Bereski bowiem zaprezentował swój monodram kilka lat temu (dokładnie w 2013 roku) w Teatrze Kamienica w reż. Emiliana Kamińskiego. Jednakże informacja o opiece reżyserskiej Cezarego Morawskiego wskazuje, że mamy do czynienia z nową odsłoną tego monodramu.

Blues poety

Bohaterem jest po trosze sam Broniewski (wykorzystano nie tylko jego wiersze, ale również fragmenty Pamiętnika), poeta, alkoholik i człowiek rozdarty. To nie jest Broniewski, jakiego znamy ze szkoły – jako autora patetycznych wierszy w rodzaju Bagnet na broń. Tamten Broniewski, z "akademii ku czci", to raczej zakłamany wizerunek poety, który lansowały władze komunistyczne. Ten pełny, prawdziwy ciągle jest jeszcze do odkrycia. Dziś okazuje się, m.in. dzięki takim monodramom, jak Bar pod Zdechłym Psem, że to twórca ogromnie interesujący – taki Pilch w poezji. W spektaklu to przede wszystkim poeta "prywatny", człowiek z chorobą alkoholową, pijący na całego, na umór, na ostro, miotający się i gotów, jak Faust, oddać duszę diabłu, byle wlał mu on do żył radość miast alkoholu... Ale duszy poety nie chce nawet diabeł...

Więcej nawet, bo Broniewski to także tragiczna biografia, również nie w pełni znana. Aluzje do niejasnej śmierci ukochanej córki Anki, zamknięcie w psychuszce po pogrzebie – wszystko to znajdziemy w monodramie Dariusza Bereskiego, który znakomicie uchwycił coś, co można by określić jako stan ducha bohatera, który z człowieka niezwykle witalnego wstępuje na drogę samozniszczenia: ciągłe zagłuszanie smutku "madame wyborową", depresja i bezsenność, a w spektaklu również alkoholowe próby samobójcze.

Opowieść o życiu poety jest jak "wściekłość i wrzask", ale ma także swoje liryczne momenty. Broniewski – co doskonale słychać we frazach jego wierszy – jest poetą postromantycznym, dla którego twórczość rodzi się z miłości i cierpienia. Pozostaje jednak poczucie klęski – przekonanie, że głupio roztrwoniło się życie i zasłużyło na ostateczny upadek. Jedyne, co mnie nie przekonało w tej sztuce, to jej ostatnia część, która – ku zaskoczeniu widza wprowadzonego w wisielczy nastrój bohatera – kończy się jakimś niezrozumiałym happy endem.

Dojrzały artystycznie przekaz

Dariusz Bereski znakomicie "oswoił" poezję Broniewskiego, wydobywając z niej wszystkie niuanse i w każdym momencie spektaklu jego monolog zawierał w sobie artystyczną prawdę o człowieku. Być może to dlatego, że aktor sam jest poetą – opublikował cztery tomy wierszy i jest członkiem Związku Literatów Polskich oraz Mistrzem Mowy Polskiej Vox Populi 2012.

Ale to nie wszystko. Monodram Bar pod Zdechłym Psem jest także znakomity aktorsko: Dariusz Bereski śpiewa z towarzyszeniem grających na żywo muzyków, tańczy (także z siedzącymi na widowni paniami), a jego grę wspomaga światło, tworząc przemyślany i bogaty przekaz artystyczny. Niewielka ilość rekwizytów (głównie płaszcz i pochowane tu i tam "piersiówki") oraz skromne dekoracje (ławka w parku pokrytym liśćmi) zostały w przemyślany sposób "ograne" na różne sposoby. Dodajmy też, że muzykę do tego spektaklu napisał sam Włodzimierz Nahorny. Bar pod Zdechłym Psem to bardzo dobry i godny polecenia spektakl.

Źródło: PAP

Link do źródła: www.e-teatr.pl

Data publikacji: 2017-02-18

Nie mogę zawieść zaufania większej części zespołu Teatru Polskiego

Zaufanie większej części zespołu Teatru Polskiego pomogło mi przetrwać. Dzięki temu wiem, że to nie jest sprawa pomiędzy Morawskim a grupą kontestującą. Ci ludzie mi zaufali i tego zaufania nie mogę zawieść – mówi PAP dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu Cezary Morawski.

 

PAP: Jak pan przyjął decyzję zarządu województwa o rozpoczęciu procedury pańskiego odwołania ze stanowiska dyrektora już po pięciu miesiącach, co argumentowano jednozdaniowym stwierdzeniem, że nie zrealizował pan zapisów przedstawionych w konkursie na to stanowisko. O jaki chodzi zapisy?

Cezary Morawski: Przyjąłem to ze zdumieniem, ponieważ nie przedstawiono mi żadnych zarzutów, które odnosiłyby się do zapisów umowy, jaką zawarłem z Urzędem Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego na prowadzenie Teatru Polskiego we Wrocławiu. W doniesieniach medialnych używano sformułowania, że dyrektor odstąpił od realizacji programu kadencyjnego, który jest zapisany w kontrakcie. A prawda jest taka, że ja, wprowadzając zmiany wynikające z konieczności i wymuszone postawą grupy aktorów, odmawiających po kolei udziału w kolejnych premierach, o wszelkich zmianach informowałem Urząd Marszałkowski, postępując zgodnie z warunkami umowy.

PAP: Czy był pan zaskoczony przygotowaniami do odwołania?

C.M.: Zaskoczony i zdumiony – tym bardziej że kilka dni wcześniej doszło do spotkania, w którym uczestniczyli członkowie zarządu, przedstawiciele obu związków zawodowych działających w teatrze – Inicjatywy Pracowniczej oraz Solidarności, przewodniczący Komisji Kultury Sejmiku i ja. I wszyscy doszliśmy do wniosku, że powinniśmy cofnąć się o krok lub nawet dwa, żeby znaleźć jakiś wspólny mianownik i spróbować się porozumieć. Wydawało się, że każda ze stron do takiego kompromisu jest gotowa i wykonamy wszyscy taki ruch.

Niestety, zaraz po tym spotkaniu okazało się, że koledzy z Inicjatywy Pracowniczej potwierdzili swe żądania, że Morawski ma odejść, więc z ich strony nie może być mowy o jakimkolwiek kompromisie. Jak widzę, tą samą drogą idzie zarząd, oprócz marszałka Tadeusza Samborskiego, który podtrzymuje swoją decyzję, że powinno się dać czas dyrektorowi na sprawdzenie jego koncepcji. Dać czas, by wreszcie można było spokojnie pracować, a nie pod presją, bo taka sytuacja wywołuje ogromną depresję w zespole, dezorganizuje pracę, demotywuje i tylko obniża kreatywność. Solidarność też była zdania, że należy cofnąć się i rozmawiać.

PAP: Czy wyniki audytu wpłynęły na decyzję o rozpoczęciu procedury odwołania pana?

C.M.: Nie wiem, co miało wpływ na decyzje, jakie zapadły w gabinecie pana marszałka Cezarego Przybylskiego. Wiem, że mam wsparcie w osobie marszałka Tadeusza Samborskiego, członka zarządu odpowiedzialnego za kulturę.

PAP: Czy te wyniki są pozytywne dla poprzedniego kierownictwa?

C.M.: Nie. Świadczą o tym, o czym na Dolnym Śląsku mówiło się przez prawie wszystkie lata dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego, m.in. o niegospodarności, ale i o niedostatecznym nadzorze. Nigdy nie wyciągnięto z tego żadnych konsekwencji wobec dyrektora.

PAP: W jakiej sytuacji finansowej i organizacyjnej jest teraz teatr?

C.M.: Negocjacje, które podjąłem z organizatorem i współorganizatorem Teatru Polskiego, którym jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, przyniosły bardzo pozytywny efekt. W tej chwili teatr jest oddłużony. Spłaciliśmy także 300 tys. zł, które były wkładem Instytutu Grotowskiego w koprodukcję Procesu Franza Kafki w reżyserii Krystiana Lupy. Spektakl nie powstał i musieliśmy pieniądze oddać, bo tak były podpisane umowy przez dyrektora Mieszkowskiego. O tej kwocie zapomniano, kiedy podawano stan zadłużenia Teatru Polskiego na wrzesień 2016 r.

PAP: Było wiele ataków ad personam na pana osobiście, co po ludzku musiało boleć. Czy zaskoczyła pana skala i forma protestów?

C.M.: Zaskoczyła mnie, zaskoczyła wszystkich; pan marszałek Cezary Przybylski i pan Tadeusz Samborski wielokrotnie mówili, że ta skala jest z niczym nieporównywalna. Konsternacja była tak duża, że mnóstwo osób nie wiedziało, jak zareagować. Milczeli zawstydzeni. A druga strona odebrała to zażenowanie jako słabość, a nawet wsparcie, czuła się bezkarna i eskalowała działania. Pikiety i zgromadzenia zwoływane z naruszeniem prawa, naruszanie moich dóbr osobistych, wtargnięcia pseudowidzów na scenę. Napaści w mediach społecznościowych na twórców, którzy zdecydowali się ze mną współpracować. I to wszystko w tak zwanej obronie teatru.

PAP: Wsparcia udzieliła panu Komisja Kultury Sejmiku Dolnośląskiego.

C.M.: Uchwała Komisji Kultury, apelująca do Zarządu Województwa Dolnośląskiego o nieodwoływanie mnie z pełnionej funkcji, bardzo mnie podbudowała. Tym bardziej że mówi wyraźnie o destabilizacji pracy, odwołuje się do referendum przeprowadzonego wśród wszystkich pracowników teatru, w którym poparto moją kandydaturę ponad 90-procentową większością głosów osób biorących udział w referendum, a także wskazuje na niepokojący fakt, iż decyzja zarządu o odwołaniu mnie wspierałaby anarchistyczną postawę niewielkiej grupy aktorów.

PAP: Dolnośląska Solidarność rozpoczęła protest w obronie pana i całego teatru, a jej szef Kazimierz Kimso powiedział, że próba odwołania to działanie w myśl zasady "dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego paragraf". Co pan na to?

C.M.: To bardzo wyrazisty i mocny sygnał, oceniający postawę zarządu województwa. Jest oczywiste, że związek zawodowy będzie walczył o prawa pracownicze swoich członków i pracowników niezrzeszonych. Między innymi o prawo do spokojnej pracy, nie tylko zespołu artystycznego. W atmosferze ciągłej niepewności pracuje się nieefektywnie. Potrzebna jest atmosfera sprzyjająca kreatywności, a nie szukanie paragrafów. A my mamy kontrolę za kontrolą.

PAP: Jak pracuje teatr pomimo tego, że od pierwszego dnia po objęciu przez pana funkcji dyrektora przeciwko nominacji protestuje część zespołu, a włączają się w te protesty też inne środowiska i ludzie spoza teatru?

C.M.: Wzmacniają nas protesty przeciwko protestującym, czyli działania dolnośląskiej Solidarności, która przekształciła się w Regionalny Komitet Protestacyjny, działający w porozumieniu z Solidarnością Teatru Polskiego. Wzmacnia nas uchwała radnych Komisji Kultury Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, wzmacnia postawa 3/4 zespołu Teatru Polskiego oraz ogromna ilość mieszkańców Wrocławia i Dolnego Śląska, którzy tęsknią za teatrem o szerokim repertuarze.

Wrocławianie i mieszkańcy Dolnego Śląska domagają się stabilizacji i rozsądnych decyzji organizatora teatru, którym jest Urząd Marszałkowski. Teatr pracuje przez cały czas. Pod koniec listopada uzyskaliśmy wystarczającą płynność finansową, aby zacząć próby. Rozpoczęliśmy pracę nad Makbetem. Szybko, bo już po pierwszej próbie, aktorzy z grupy kontestującej zrezygnowali z udziału w spektaklu. Podjąłem trudną, lecz konieczną w tej sytuacji decyzję o zmianie tytułu. Będzie to Chory z urojenia w autorskiej wersji Janusza Wiśniewskiego. Premiera odbędzie się w połowie marca.

Na przełomie roku, na skutek zwolnień lekarskich protestujących aktorów, musieliśmy odwołać około 20 spektakli. I wiadomość z ostatniej chwili: na kilkanaście dni przed premierą, wczoraj 16 lutego, aktor, deklarujący współpracę i chęć uczestniczenia w następnych premierach, rezygnuje z udziału w spektaklu. Premiera zapewne przesunie się o kolejne dwa, trzy tygodnie, niezbędne do przygotowania roli przez nowego wykonawcę.

PAP: Czy czuje się pan wmanewrowany w politykę, bo w wielu komentarzach był pan postrzegany jako symbol – mówiąc w skrócie – "dobrej zmiany w teatrze", a przecież wygrał pan konkurs zorganizowany przez rządzącą Dolnym Śląskiem opozycyjną koalicję wobec PiS?

C.M.: W politykę wmanewrował teatr Mieszkowski. Wygrałem konkurs, mając świadomość, że wrocławianie i mieszkańcy Dolnego Śląska, a także organizator, czyli Urząd Marszałkowski reprezentowany w komisji konkursowej przez kilka osób, oczekują "zmiany na dobre w teatrze". MKiDN jako współorganizator dotuje wiele instytucji kultury. Ten "symbol", o którym pan mówi, to medialny temat, na którym można zbić potężny kapitał polityczny. Skoro go można było zbijać przed wyborami, to dlaczego nie można tego robić po wyborach i przed kolejnymi wyborami?

Chwilami było mi ciężko. Zaufanie większej części zespołu bardzo mi pomogło przetrwać i dzięki temu wiem, że to nie jest tylko sprawa pomiędzy Morawskim a grupą kontestującą, że ja tu jestem też po coś innego. Ci ludzie mi zaufali. I tego zaufania nie mogę zawieść. Poradzę sobie w każdej sytuacji i zawsze będę stawał po stronie tych, którzy chcą pracować. Gdybym się chciał bawić w politykę, to zapewne już bym tam był. Mnie, póki co, bawi teatr.

PAP: Czy spektakl Wycinka nie pojedzie na festiwale do Budapesztu i do Kanady?

C.M.: Znalazłem rozwiązanie prawne, by nie łamiąc Kodeksu Pracy, umożliwić Wycince wyjazd na festiwale. Jestem po rozmowach z dyrektorem festiwalu w Budapeszcie, który zaakceptował moją propozycję. Wysłaliśmy też listy do Kanady i czekamy na odpowiedź. Teraz wszystko zależy od tego, jak się do tego ustosunkuje reżyser, pan Krystian Lupa. Nie ma przeszkód, by Wycinka pojechała. Mam taką głęboką nadzieję.

PAP: A jakie są plany premierowe i repertuarowe w najbliższych tygodniach?

C.M.: 24 lutego – bajka dla dzieci Baśnie Pana Perrault. Na Scenie na Świebodzkim spektakl oparty na poezji i pamiętnikach Władysława Broniewskiego Bar pod Zdechłym Psem. 16 marca wspomniany wcześniej Chory z urojenia w reżyserii Janusza Wiśniewskiego, którego ostatni spektakl w Teatrze Wielkim jest nominowany do operowych Oscarów w Londynie. Pod koniec marca Mirandolina Turriniego.

Pojawią się też nowe tytuły grane w ramach tak zwanej Sceny Impresaryjnej: Edukacja Rity i Na pełnym morzu Sławomira Mrożka. Obydwa spektakle w reżyserii Tomasza Mędrzaka. Pod koniec kwietnia pojawi się Kordian. Panoptikum Strachów Polskich w reżyserii Adama Sroki, a w maju będą dwie premiery: Biedermann i podpalacze w reżyserii niemieckiej reżyserki Silke Fischer i Pułkownik Ptak Christo Bojczewa w reżyserii Tomasza Mędrzaka.

Sezon zapowiada się zatem bogato, a pamiętać należy, że to jest jedynie uzupełnienie istniejącego już repertuaru. Mam nadzieję, że taki wachlarz repertuarowy zadowoli gusta i potrzeby szerokiej publiczności.

Źródło: niezalezna.pl

Link do źródła: niezalezna.pl

Data publikacji: 2017-02-15

Wrocławska aktorka ostro o lewicowym lobby w teatrze

Sytuacja Teatru Polskiego we Wrocławiu wciąż jest niepewna. Aktorzy, którzy przygotowywali się do nowego sezonu, są skonsternowani nagłą decyzję Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego, który odwołał Cezarego Morawskiego z funkcji dyrektora teatru. – Nikomu nie wolno naruszyć tej struktury, wpuścić trochę świeżego powietrza, czyli ludzi mających inne pomysły na teatr, różniących się światopoglądowo – komentuje sprawę Monika Bolly, aktorka teatru, w rozmowie z Dobromiłą Wrońską.

 

Dobromiła Wrońska: Już wydawało się, że tzw. kryzys w Teatrze Polskim zażegnany. Jak się teraz pracuje w teatrze?

Monika Bolly: Fatalnie. Nie da się pracować w takiej atmosferze. Nie wiemy, czy dyrektor będzie pracował z nami jutro czy będzie jeszcze tego samego dnia odwołany. To jest rzecz kuriozalna, którą zawdzięczamy nieudolności urzędników. W demokratycznym państwie na mocy konkursu zostaje powołany dyrektor i ani jednego dnia od 1 września nie ma szansy pracować w spokoju. Decydenci ulegają naciskom moich kolegów (osób rzekomo skrzywdzonych), którzy de facto łamią prawo i cały czas demontują teatr. No bo jak można nazwać odwoływanie spektakli na dzień przed albo tego samego dnia? Wszystko według mnie zostało postawione na głowie. Nie ma tu już mowy o rzeczowych rozmowach, dyskusjach. I najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że ta walka poparta przez nieudolność urzędników ma wszelkie cechy walki politycznej niestety.

Jak Pani sądzi, kiedy tak naprawdę w Teatrze Polskim pojawiła się polityka?

– Nieprawdą jest to, co próbuje się wmówić opinii publicznej, że polityka zawitała do Teatru Polskiego razem z Cezarym Morawskim. W ostatnich dniach sierpnia, kiedy dyrektorem był jeszcze pan Mieszkowski, moi kontestujący obecnie koledzy zebrali się w Teatrze Polskim na scenie w celu zorganizowania pikiety przeciwko wyborowi nowego dyrektora, a na pierwszym piętrze na balkonie powiewały flagi KOD. To ja przepraszam bardzo, to wiec jest jakiś? O jaką demokrację walczymy? Przecież dyrektor został wybrany demokratycznie. W prokuraturze zostało złożone zawiadomienie o tym, że konkurs rzekomo był ustawiony. Mam więc pytanie. Jak prokuratura rozstrzygnęła tę sprawę? Jeżeli jesteśmy w państwie prawa, to szanujmy to prawo, choćby było nie wiem jak kulawe. Bo jeżeli nie będziemy szanować choćby tego kulawego prawa, to za chwilę sobie wszyscy popodrzynamy gardła. Tak się to skończy.

Skąd u aktorów ta chęć wybicia się ponad prawo?

– Nasz były dyrektor, obecnie poseł Nowoczesnej, jest według mnie genialnym hochsztaplerem. To jest człowiek, który zbił swój kapitał na PR-rze, którym nadmuchał nasz teatr jak wielką sztuczną żabę. Wbił moim kolegom do głowy, że są najgenialniejszymi aktorami w świecie. Jeżeli tak jest, to czego się boją? Że wpuścimy wszystkich widzów, nie dzieląc ich na gorszych i lepszych? Że będzie trzeba stanąć na scenie i mówić głośno, bez mikroportów? Że może trzeba będzie niestety powiedzieć Szekspira tak, jak został napisany? To jest trudniejsze, taki teatr jest trudniejszy. O wiele łatwiej jest rzęzić coś pod nosem, drapać się po przyrodzeniu. Proszę mi wybaczyć, ale kopulowania na scenie nie uważam za wyraz artystyczny. Trochę się tego naoglądałam – nuda jak diabli. Teatr został powołany po to, żeby widz miał szansę wejść w intelektualną interakcję z aktorem. A jeżeli się to odziera z metafory i zaczyna się zasypywać widza tysiącem bodźców świetlnych, dźwiękowych, szybkim montażem, bełkotem, wprowadza się wulgaryzmy w niesamowitej ilości, to już nie można tego nazwać teatrem. Moim zdaniem ponad 90 proc. golizny na scenie świadczy wyłącznie o braku wyobraźni reżysera. Nie uczmy na siłę widzów gustu, bo oni swój gust mają.

Kto przychodzi do Teatru Polskiego?

– Jeszcze 14 lat temu mogliśmy longiem grać 4 spektakle. Na różnych scenach. W tej chwili longiem możemy grać jedynie 2 dwudziestoparoletnie farsy, bo na to znajdziemy widza. Natomiast na te wielkie nagradzane spektakle światowej jakości mamy coraz węższą widownię. Niedługo obawiam się może dojść do tego, że na scenie będzie więcej aktorów niż na widowni widzów. Jesteśmy instytucją państwową. My nie pracujemy tylko dla sztuki, my pracujemy dla misji, którą jest szeroko pojęty widz. Widz, a nie specjalista od konsumowania jakichś niezwykle oryginalnych, zadętych, często pseudointelektualnych spektakli. Według mnie jedynym kryterium na scenie jest prawda. Jeżeli aktor jest w stanie zauroczyć widza, pociągnąć za sobą, zaabsorbować opowieścią tak, żeby zapomniał, że to tylko teatr, to jest to jedyny sens aktorstwa, jedyny powód, dla którego warto wchodzić na scenę. Muszę wspomnieć o jeszcze jednej bardzo przykrej sprawie. Pani E. Marciniak, reżyser wystawianej u nas Śmierci i dziewczyny, wyreżyserowała również dyplom w szkole teatralnej we Wrocławiu. Pragnę więc zadać pytanie moim kolegom, którzy są pedagogami, czy im nie jest wstyd, że pozwolili, by studentów rozebrano do gołego i puszczono na scenę w sztuce dyplomowej? Adeptów, którzy nie potrafią jeszcze dobrze używać głosu, nie znają swoich możliwości, odarto z rzeczy tak osobistej jak intymność. Jaki dano im wybór? Przecież nie zaliczyliby tego nieszczęsnego czwartego roku... I to się u nas nazywa nowoczesnością, w to idziemy. Mieliśmy już na scenie zatrudnionych aktorów pornograficznych. I co dalej? Czy teraz, żeby opowiadać o pedofilii, będziemy uprawiać stosunki pedofilskie na scenie? Żeby przedstawić morderstwo, będziemy komuś podrzynać gardło? Jedziemy w złym kierunku. To już nie jest teatr.

Co się zmieniło w Teatrze Polskim za rządów Cezarego Morawskiego?

– Dyrektor na samym początku zadeklarował, że nikogo nie będzie zwalniał, i tego słowa dotrzymał. Miał pewnie nadzieję, że koledzy po jakimś czasie odpuszczą. Ale moich kolegów utwierdziło to w przekonaniu, że mogą robić wszystko. W związku z tym po ponad 3 miesiącach zaczęły się zwolnienia. Ja nam wszystkim bardzo współczuję. Myślę, że jesteśmy wszyscy niesamowicie pokiereszowani. Moi koledzy przez butę pana Mieszkowskiego, który ich wbił w irracjonalną świadomość swojej wielkości. A z drugiej strony my, również pracownicy teatru, którzy byliśmy deptani za nasze poglądy. Dziś pytam moich kolegów. Was, którzy tworzyliście ten teatr przez ostatnich 10 lat. Mówiono wam, że jesteście najwspanialszym, najlepszym zespołem w Polsce. Dlaczego wystarczyła zmiana zarządzającego teatrem, żeby wasza wartość w oczach p. Lupy zjechała do zera?

Jak ocenia Pani plany obecnego dyrektora?

– Planów dalszych nie znamy, choć wiem, że na samym początku dyrektor chciał przedstawić tytuły i reżyserów. Niestety reżyserzy zaczęli oddzwaniać do dyrektora, przepraszając, że niestety na razie nie mogą podjąć się pracy w TPl, mimo że byli już umówieni na zrobienie jakiegoś spektaklu. Nasuwa się proste pytanie. Co się wydarzyło w tzw. "międzyczasie"? Prawda jest taka, że stosuje się mobbing. Ludzie są straszeni. I w zespole, i poza zespołem. Jest to presja, którą stwarzają ludzie czczący teatr p. Lupy, Garbaczewskiego, Strzępki i Demirskiego, Pęcikiewicz i im podobnych. Ci ludzie stworzyli pewnego rodzaju kombinat. Nikomu nie wolno naruszyć tej struktury, wpuścić trochę świeżego powietrza, czyli ludzi mających inne pomysły na teatr, różniących się światopoglądowo. I jak nazwać to zjawisko? Nie będę tego nazywać, bo nie lubię być wulgarna.

Co trzeba by zatem zrobić, żeby teatr mógł funkcjonować?

– Gdyby urzędnicy nie bawili się w politykę, nie grali Teatrem Polskim jak piłeczką pingpongową, to uczciwie byłoby dać dwa lata panu Morawskiemu. Przyjąć go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Choć jeden cały sezon bez kłótni, bez obrażania. Przykro mi, że moi koledzy nie widzą różnicy między happeningiem a chamstwem. W dzisiejszych czasach czyni się wszystko, aby te różnice zatrzeć. I to bardzo niedobrze. Wprowadzanie relatywizmu we wszystkie sfery życia z czasem spowoduje kompletny regres kulturowy. Uwstecznimy się, a jedynym argumentem stanie się siła jak za czasów kamienia łupanego. Wystarczy zacytować kolegę, trzydziestoparoletniego aktora, który do dyrektora wręczającego mu zwolnienie krzyczy: –Spie...! Obawiam się, że pomylił scenę z jakiejś awangardowej sztuki naszego ultranowoczesnego teatru z życiem realnym. Jeżeli dziś aktor tak traktuje dyrektora, człowieka, który jest jego zwierzchnikiem, to za chwilę sam zostanie jeszcze gorzej potraktowany. Przyjdą młodsi, którzy będą jeszcze bardziej bezkompromisowi, bardziej agresywni. Niszczenie hierarchii, niszczenie dobrych obyczajów zawsze odbija się na tych przedostatnich – tych, którzy zaszczepili złe obyczaje i zaczęli im hołdować.