Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Media o nas

Przedstawienie: ACID SNOW [BĘDZIE JESZCZE ZIMNIEJ]

Źródło: dziennikarstwo.wroclaw.pl

Link do źródła: dziennikarstwo.wroclaw.pl

Data publikacji: 2018-06-19

Świat, w którym żyjemy

Współczesne spojrzenie na norweskie dramaty sprzed 139 lat. Acid Snow [Będzie jeszcze zimniej] już na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Każdy kraj ma dzieło, które jest jak klejnot narodowego dziedzictwa. W Norwegii to dramat Henryka Ibsena pt. Dom lalki. Stworzony w 1879 roku przedstawia ówczesne problemy systemu patriarchalnego i sytuacji społecznej kobiety. Jednak reżyser Rolf Alme postanowił odświeżyć to wybitne dzieło i przedstawić je współczesnej, głównie polskiej widowni, łącząc teatralną tradycję i eksperymentalną formę.

Niezwykła prostota wizualna tego widowiska kontrastuje z wagą przedstawianych wydarzeń. Chociaż Acid Snow [Będzie jeszcze zimniej] w swojej historii zawiera oryginalny zamysł Ibsena dopieszczony odrobiną zagadki i tajemnicy, to sposób przedstawienia adaptacji zwraca uwagę na to, co naprawdę ważne.

Mimika doskonała

W wielu spektaklach rozpraszający jest ogrom scenografii, dekoracji czy przytłaczające kostiumy. Nie tym razem. Tutaj aktorzy świecili najjaśniej, bardziej niż światła. To oni zadbali o to, by widz w napięciu czekał na rozwój wydarzeń, a wizja Almego została zrealizowana. Paulina Chapko jako Nora Helmer, zagubiona kobieta w męskim świecie, przyciągała oczy niczym magnes, a jej twarz wyrażała emocje często pełne żalu i rezygnacji, pogodzenia z własnym losem. Reżyser odwołał się także do konwencji teatru greckiego, używając chóru jako przewodnika przedstawienia. I tutaj wielkie brawa dla Niny Godtlibsen [dramaturg – przyp.red.], dzięki której klasyczna teatralna dramaturgia ewoluuje, a aktorzy jako współtwórcy spektaklu zwracają uwagę bardziej na to, jak mówią, niż to, co mówią. Chór złożony z siedmiu postaci, a każda z nich odgrywała w spektaklu osobną rolę, prowadził narrację, która moim zdaniem stosownie potęgowała wyrażane emocje. W różnych momentach rolę chóru odbierałam inaczej. Mówił to, czego Nora obawiała się powiedzieć na głos, podawał w wątpliwość jej decyzje, szydząc, lub wspierał, przytakując. Szczególną rolę wydawały się w tym odgrywać postacie Tomasza (Piotr Downar-Zapolski) i Andrzeja (Martyna Witowska). Symbolika takiego zachowania wydaje się być znajoma każdemu z nas, dlatego łatwiej było zrozumieć projekt samego reżysera. Każda z postaci dołożyła swoją cegiełkę do finalnej wersji. Jednocześnie bawiąc i szokując publiczność ironicznymi uwagami i absurdalnym humorem, uderzała w samo serce trafnością spostrzeżeń, na których budowane jest obecnie nasze społeczeństwo. Między niewypowiedzianymi wprost słowami i klasyczną opowieścią Ibsena widz nie zapomniał, że wciąż ogląda sztukę. Użycie kamery sprawiło, że bardziej skupiałam się na tym, co za nią. Obraz zmniejszał dystans między aktorami a publiką, tworząc więź i prowokując do głębszej analizy.

W męskim świecie

Spektakl skupił się na postaci Nory, tytułowej lalki. Pojęcie to, wyjaśnione dopiero w finalnym monologu kobiety, zwraca uwagę na problemy społeczne nie tylko sprzed 139 lat, ale także współczesnego, rzekomo bardziej liberalnego świata. Dlatego Alme kieruje Acid Snow w stronę młodej widowni (w czym pomaga zdecydowanie użycie młodych aktorów), by zwrócić ich uwagę na coraz większy powrót do dawnych przekonań. Do tego odnosi się drugi człon tytułu – [Będzie jeszcze zimniej] – brzmi jak groźba tego, z czym dane nam się będzie zmierzyć w przyszłości. Spektakl walczy z pojęciem kobiety, jako poddanej mężczyźnie i ocenianej według ich prawa. Tak samo jak bunt Nory przeciwko mężowi Torvaldowi (w jednej roli Piotr Misztela i Tomasz Madej). Również jej relacje z Nielsem (Bartosz Cymbalista) czy doktorem Rankiem (Jakub Grębski) ukazywały jej niższą pozycję. Ze swoim losem bardziej wydawała się być pogodzona dawna przyjaciółka Nory, Christine (Iwona Kucharzak-Dziuda). Ale główna bohaterka, przez długi czas walcząc z samą sobą, postanowiła w końcu się uwolnić. Opuścić pozycję lalki w domu męża, wcześniej ojca. Uciec od zasad i przemocy, zakończyć los uciemiężonej.

Sztuka norweskiego reżysera, niczym performance złożony z ruchu ciał i twarzy, czasami wręcz brutalnie uświadamiała, w jakim uprzedzonym społeczeństwie obecnie żyjemy. Pozwalała indywidualnie odebrać przekazane nam obrazy i słowa. Wizja Rolfa Almego sprawiła, że widz sam zadawał sobie pytania, w jakim świecie chce żyć. I to niezależnie od tego, na jakiej pozycji społecznej aktualnie się znajduje.

Przedstawienie: XIĘGI SCHULZA

Źródło: "Polska - Gazeta Wrocławska" 2018 nr 138

Data publikacji: 2018-06-16

Kiedy sens istnienia świata skończył się razem z melodiami

Xięgi Schulza duetu Jan Szurmiej i Wojciech Jankowiak to bardzo piękna wizja świata. Fakt, że ta premiera wrocławskiego Teatru Polskiego jest udana, nie zaskoczył, przecież spektakl realizowali wizjonerzy teatru.

Widzowie znający twórczość Jana Szurmieja, prezentowaną przez lata także w Teatrze Polskim, nie czekali zapewne na supernowoczesne rozwiązania formalne. I takich w Xięgach nie ma. To spektakl z założenia staroświecki, co nie znaczy, że pozbawiony wizji, ale ożywczy.

Oglądając go, czułam się trochę jakbym założyła wygodny strój i trafiła do domu, który dobrze znam. Można to traktować jako zarzut nieumiejętności zaskoczenia widza, ale tak nie było. Widz mógł czuć się bezpiecznie, a bezpieczeństwo wzięło się z poczucia, że twórcy nie zawiodą moich nadziei, że zrobili wszystko, co można było, by zyskać najlepszy efekt.

Nie żałowano tu niczego, z rozmachem malując świat Brunona Schulza, dla Jana Szurmieja – autora inscenizacji, choreografii i ruchu scenicznego, wreszcie reżysera – inspirujący. A ponieważ na pewno nie żałowano pieniędzy na realizację, więc efekty są wspaniałe. Zachwyca scenografia. Pierwszy raz od nie pamiętam już, kiedy, zobaczyłam na scenie Polskiego przedmioty idealnie pasujące do obrazów. Okazuje się, że scenę można zakomponować, a nie zapełnić czymkolwiek bez ładu i składu.

Dzięki Wojciechowi Jankowiakowi mój wzrok nie zawisł na niepotrzebnie, znienacka odsłoniętej pustce. A Jan Szurmiej, twórca scenicznego ruchu, zadbał o miejsca aktorów na scenie i o to, by wzrok widza nie odbijał się od niepotrzebnych widoków.

Strona wizualna spektaklu jest zwyczajnie i po prostu porządna. Widać w niej ręce fachowców, ludzi teatru, którzy przyszli do niego realizować swoją wizję i marzenie o wystawieniu Schulza.

Zachwycają kostiumy Marty Hubki. Te zwiewne tiule, te suknie barwne, starannie krojone... Buty nie przynoszą wstydu szewcom.

Muzyka Marcina Partyki zdaje się ilustrować wspomnienie Drohobycza, miasteczka idealnego, miejsca, gdzie korzenie ma szczęśliwy człowiek. I podkreśla wyobraźnię Schulza.

Reżyser spersonifikował autora w osobie Józefa. A nawet w dwóch osobach: małego Józefa i dorosłego. W spektaklu, który oglądałam tuż po premierze, Józefów zagrali: spokojny, opanowany i nie szafujący niepotrzebną ekspresją Krzysztof Kuliński i towarzyszący mu, zdolny i najwyraźniej pracowity chłopiec – Marcel Filipek. Równie spokojnie Ojca – Jakuba zagrał Krzysztof Franieczek. Warta zauważenia jest kreacje Mariusza Kiljana (Szloma). Aktor nie nadużywa ani słów, ani gestów, budując postać troszeczkę z innego świata.

Piękne są sceny, w których szarość miasteczka i beznadzieję życia przesłaniają barwni ludzie. Cyrkowcy, akrobatki i akrobaci, różowy błazen (bardzo dobra Katarzyna Baran), klauni, połykacz ognia i Baba dziwo (Beata Małecka). To świat marzeń o współżyjącej wspólnocie różnorodnych mieszkańców. Szurmiej pokazał, co kiedyś znaczyło dziś nieco zdewaluowane słowo "wielokulturowość".

Nie brakuje erotyki, dyskretnej, ale widocznej i przypominającej widzom, że to część ludzkiej egzystencji, bez której nie istniejemy. Bardzo dobre są piosenki, śpiewane przez Lunarną Boginię (Monika Rutkowska).

Tym, którzy cenią Schulza i Szurmieja, przedstawienie się spodoba. A obudzona za tamtym światem tęsknota zostanie w sercu.

Przedstawienie: ACID SNOW [BĘDZIE JESZCZE ZIMNIEJ]

Źródło: kulturalneingrediencje.blogspot.com

Link do źródła: kulturalneingrediencje.blogspot.com

Data publikacji: 2018-06-16

Skandalista Rolf Alme

Jak dziś prezentować Ibsena na scenie? Czy nadal jest nośny (obyczajowo, językowo)? Okazuje się, że tak, skoro reżyserzy teatralni ciągle po niego sięgają. Przedstawienie wrocławskie Rolfa Almego sytuuje się na tle innych jako najbardziej twórcze, a jednocześnie najbardziej niepokojące.

Rolf Alme, norweski reżyser i scenograf, przymierzał się już wcześniej do autorskiego wystawienia Nory Henryka Ibsena. Zrezygnował jednak z doborowej obsady aktorskiej Teatru Starego, ponieważ w jego zamierzeniu miała to być wypowiedź pokolenia młodych, myślących inaczej zarówno o teatrze, jak i o otaczającej go rzeczywistości. Norwegowi potrzebny był aktor w tym znaczeniu, jak to rozumiał Craig – tworzywa teatralnego: plastyczny i podatny. I takich aktorów znalazł we Wrocławiu.

Spektakl ma formę opowieści o dramacie Ibsena Dom lalki (Nora), który powstał latem 1879 roku, a jego prapremiera odbyła się w 21 grudnia w Królewskim Teatrze w Kopenhadze. Do daty premiery oraz do zimy (której notabene w tekście nie ma – to typowy dramat mieszczański, rozgrywający się we wnętrzach) odwoływać się będą wielokrotnie występujące w spektaklu Rolfa Almego postacie. Nawiązanie do zimy znajduje się również w tytule sztuki: Acid Snow [Będzie jeszcze zimniej] i stanie się ostatecznie także jej przesłaniem.

Dramat Ibsena bierze w obronę kobietę tkwiącą w zakłamanym, mieszczańskim i patriarchalnym systemie. W tamtych czasach kobiety nie miały żadnych praw – były absolutnie zależne od mężczyzn. Nora tylko raz samodzielnie podjęła decyzję, pragnąc ratować męża, nie narażając go jednocześnie na psychiczny dyskomfort. Aby zdobyć pieniądze, musiała sfałszować weksel (podpisywali je tylko mężczyźni), a potem przez lata w tajemnicy przed mężem spłacała zobowiązanie. Kiedy na skutek zbiegu okoliczności Torvald dowiedział się o tym, nie tylko nie był jej wdzięczny, ale potępił jako osobę niemoralną, a więc niemającą kwalifikacji do pełnienia roli żony i matki. Na skutek tego doświadczenia Nora dojrzewa i postanawia odejść. Pragnie zrozumieć, kim naprawdę jest, odzyskać podmiotowość: Jestem przede wszystkim człowiekiem – takim samym jak ty... – mówi do męża.

Dodajmy, że sztuka Ibsena okazała się bardzo nośna i wywołała żywą dyskusję na temat roli kobiet, w rezultacie której Norwegia stała się wkrótce jednym z pierwszych krajów, gdzie dopuszczono kobiety do studiów uniwersyteckich, do urzędów państwowych, a co najważniejsze – uwolniono je spod kurateli i nadano im prawa wyborcze.

Powstaje pytanie: jak dziś prezentować Ibsena na scenie? Czy temat nadal jest nośny (obyczajowo, językowo)? Okazuje się, że tak, skoro reżyserzy teatralni ciągle po niego sięgają. Michał Siegoczyński w Teatrze Nowym w Poznaniu pokazał Norę jako produkt współczesnej popkultury, którą wykorzystuje mąż-menedżer. Feministyczny wydźwięk ma spektakl Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej w Teatrze Polskim w Warszawie. Na tym tle przedstawienie wrocławskie Rolfa Almego sytuuje się jako najbardziej twórcze, a jednocześnie niepokojące.

Reżyser zdecydowanie porzuca formułę dramatu mieszczańskiego – z jego sceną pudełkową, prawdziwymi meblami, salonem i piciem herbaty. I chwała mu za to. Tworzy swój spektakl w oryginalnej przestrzeni Sceny na Dworcu Świebodzkim, wyłącznie za pomocą aktorów i światła oraz obrazów z kamery. Aktorzy, ubrani we współczesne stroje, wyglądają niczym studenci szkoły teatralnej, przygotowujący dyplom. Dyskutują o sztuce, o obsadzie (Torvaldów jest dwóch), o przyjęciu przedstawienia przed z górą 130 laty. Są grupą współczesnych młodych ludzi, a zarazem są komentującym "chórem", "myślami" głównej bohaterki, tworzą plastyczne układy – a to rozmówców, a to "poniewieranych" przez rozzłoszczonego Krogstada świadków, a to brzmiący muzycznie (te ochy i achy!) chór ciekawskich. Aktorzy wydobywają z postaci to, co w nich ukryte pod maską mieszczańskiego pozoru: zwierzęcość, instynkty, wreszcie śmieszność. Doktor Rank nie jest w spektaklu Almego tragiczny – to hipochondryk, których w sposób nieodparcie komiczny słania się po scenie, podnosi z pomocą tych samych mechanicznych gestów – jakby był cyborgiem, a nie człowiekiem. Żadnej psychologii postaci – wszyscy grają z ironicznym dystansem. Jedynie na ekranach widzimy zastygłe w ludzkim smutku postaci – głównej bohaterki, Torvalda, doktora...

Przedstawienie ma także punkt kulminacyjny – scenę balu, kiedy to Nora tańczy tarantellę, ale i tę przedstawił Alme jako opresyjną: bohaterka jest w niej rzeczywiście lalką, a raczej manekinem, z którym wszystko można zrobić.

Na koniec, kiedy postanawia odejść od męża, aby "stać się człowiekiem", wypowiada słowa, których Ibsen nie napisał. Twierdzi, że należy pozbyć się wszystkiego: religii, tradycji, bo tylko wówczas, w absolutnej wolności, można dowiedzieć się prawdy o sobie. Wtóruje jej młody człowiek (jeden z "chóru"), wedle którego powinna zapanować "powszechna wolność": mężczyźni z mężczyznami i kobiety z kobietami powinni móc tworzyć "rodziny". I w tym momencie to, co było w tej sztuce grą z konwencją i domaganiem się prawdy i autentyczności, zamienia się w uliczną agitkę. "Klimat się oziębia" – słyszymy i widzimy padający śnieg – "acid snow" oznacza śnieg brudny, zanieczyszczony. A "będzie jeszcze zimniej" – brzmi ostrzeżenie.

Nie trzeba jakiejś szczególnej przenikliwości, aby dostrzec w przesłaniu sztuki przekaz mówiący o tym, że oto dziś w Polsce ogranicza się swobody, że wokół nich panuje tytułowy chłód. Uważam, że to totalna bzdura, czego najlepszym dowodem jest nie tylko powstanie tego spektaklu (a także innych, jeszcze bardziej skandalizujących), jak również uliczne parady i protesty, których nikt nie zabrania. Mnie się Rolf Alme kojarzy ze Skandalistą Larry Flyntem. W filmie Formana także on domagał się pełnej swobody obyczajowej. Tak, pozbądźmy się Boga, tradycji – tylko co nam wówczas pozostanie? "Jeżeli Boga nie ma, to wszystko wolno" – jak twierdził Stawrogin, bohater Biesów Dostojewskiego. I do czego to doprowadziło?

Sądzę także, że w kwestii podmiotowości i człowieczeństwa coś się od czasów Ibsena zmieniło, ale jego dramat nadal brzmi aktualnie, bo czyż nie jesteśmy dziś traktowani przedmiotowo... Kimże są pracownicy wielkich korporacji, adresaci reklam, konsumenci hipermarketów i innych uciech, jeśli nie przedmiotami, którym można mącić do woli w głowach. Tak jak to robi z młodymi, podatnymi ludźmi reżyser Acid Snow.