Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Witold Mrozek

A czy ty pamiętasz "Dziady"

Przedstawienie:
DZIADÓW CZĘŚĆ III
Źródło:
"Gazeta Wyborcza" 2015 nr 87
Data publikacji:
2015-04-15

Michał Zadara w Teatrze Polskim we Wrocławiu przypomina trzecią część arcydramatu niczym w atrakcyjnym multimedialnym muzeum. To nie zarzut. To komplement.

Przedstawienie trwa pięć i pół godziny. Arcydramat serwuje się nam bez skrótów, linijka po linijce, łącznie z Przedmową, którą w imieniu autora wygłasza odziana w dziewiętnastowieczną suknię aktorka Anna Ilczuk. Zanim skończy się pierwsza scena pierwszego aktu w więzieniu u ojców bazylianów, mija dobra godzina.

Michał Zadara do Dziadów wraca po roku, pokazując trzecią, mesjanistyczno-martyrologiczną część dramatu Mickiewicza. Wcześniej wystawił całą resztę. Za rok Teatr Polski połączy oba wieczory w jeden maraton. Jedenaście godzin z romantycznym wierszem wydaje się ekstremalnym wyzwaniem nie tylko dla aktorów, ale też dla publiczności.

Na razie jednak, dzięki reżyserskiej precyzji i rewelacyjnemu zespołowi aktorskiemu, wrocławska Dziadów część III nie nuży. To spektakl zaskakująco atrakcyjny, efektowny i przewrotny.

Dziady Zadary różnią się bardzo od innych głośnych wystawień z ostatnich lat. W 2011 r. Paweł Wodziński zrobił w Bydgoszczy Dziady o Polsce jako odwiecznie zapóźnionych peryferiach Europy, gdzie romantyczna opowieść to jedyny sposób na radzenie sobie z ciężkim losem. Tekst Mickiewicza przeplatał zapiskami przemierzających ziemie polskie w XVIII w. zachodnich podróżników ukazującymi nieporadność obumierającego państwa i trudny los pańszczyźnianych niewolników. Młodych patriotów ze sceny salonu warszawskiego postawił za barierkami i pokazał jako protestujący na Krakowskimi Przedmieściu "lud smoleński". Do wyrażenia gniewu nie ma innego języka niż mesjanistyczny mit.

Z kolei rok temu Radosław Rychcik w poznańskim Teatrze Nowym chciał ten mit uczynić uniwersalnym. Z radykalną naiwnością przepisał zjawy na ikony amerykańskiej popkultury, carski ucisk na walkę z niewolnictwem i dyskryminacją rasową w USA.

Tamte przedstawienia starały się wchodzić w polemikę z tradycją romantyczną, determinującą (bądź nie) polskie myślenie o świecie. Zadara ustawia się poza tym sporem. Nie chce na siłę uaktualniać Dziadów. Mimo że napisana w Dreźnie, część trzecia to najczęściej używana do gazetowych aluzji partia dramatu, by wspomnieć żywy po dziś dzień w prawicowej publicystyce "salon warszawski".

Jednak gest Zadary ma też znaczenie polityczne. Z jednej strony wystawienie potężnie rozbuchanych Dziadów jako jednego z najważniejszych wydarzeń sezonu umacnia znaczenie kanonu romantycznego. Ale zarazem wrocławski spektakl kusi obietnicą, że Mickiewicza możemy czytać poza tradycyjnym kontekstem sporów o Polskę. Zadarę interesuje tu przede wszystkim teatr – niesione przez poetycki tekst reżyserskie wyzwanie, rozmach i bezczelna gigantomania projektu.

Scena salonu warszawskiego rozgrywa się więc na tle tzw. horyzontów – potężnych malowanych plansz przedstawiających wytworne wnętrze. Jak w XIX w. czy w teatrze barokowym. Scenografii Roberta Rumasa towarzyszą równie przeteatralizowane kostiumy Julii Kornackiej i Arka Ślesińskiego. Jest w tej przesadzie i frajda, i ironia: fraki, epolety i balowe suknie, nadekspresyjna gra, perfekcyjnie zgrany rytm pauz, zatrzymań, sztucznych śmiechów. Z kolei Bal u Senatora, opisany w didaskaliach jako "scena śpiewana", faktycznie jest śpiewany. Przypomina dawny telewizyjny kabaret.

Wreszcie – Wielka Improwizacja, spór Konrada z Bogiem o rząd dusz, która zgodnie z tradycją powinna być aktorskim popisem. W Dziadach Wodzińskiego Konrad (Michał Czachor) był kabotynem, podejrzanym ideologiem, bredził wśród tandetnych efektów świetlno-dźwiękowych. Z kolei Rychcik w Poznaniu z powierzania tej sceny swojemu Konradowi (Mariuszowi Zaniewskiemu) w ogóle zrezygnował. W całkowitej ciemności widzowie wysłuchali monologu Gustawa Holoubka z Lawy, kinowej adaptacji Dziadów Tadeusza Konwickiego z 1989 r.

U Zadary Konrad to ani narodowy mesjasz, ani mistyk. Raczej po prostu artysta skupiony na sobie, narcystyczny, ale też sfrustrowany. Pobrzmiewa to zwłaszcza w pytaniu: "Cóż śpiewak dla ludzi?". Bartosz Porczyk sporą część słynnego monologu wygłasza tyłem do publiczności, jakby mimochodem, bardziej do siebie niż do "milijonów" czy Boga. W międzyczasie, jak to więzień, sika do wiadra, nudzi się w celi. Później się rozkręca, śpiewa. Porczyk, aktor formalny, trochę nazbyt efektowny, za dwugodzinny monodram w roli Gustawa z poprzednich Dziadów nominowany do Paszportu "Polityki", jest w tym popisie mocno autoironiczny. Kiedy Konrad wzywa Boga: "daj mi władzę", mówi tak, jakby od niechcenia prosił o papierosy. Gdy Najwyższy faktycznie przychodzi jako milczący starszy pan w białym garniturze, poeta jest tym szczerze zaskoczony.

Dziady Zadary uwodzą spektakularnością i warsztatową perfekcją, ale też przewrotnym humorem. Zdają się grać z tęsknotą za wielkimi przedstawieniami i teatrem "jak kiedyś", kpić z natrętnie aluzyjnych odczytań klasyki – i krytycznych, i bogoojczyźnianych. Nie silą się na żadne wielkie diagnozy. Możemy za to przypomnieć sobie przy ich okazji dramat, niczym w atrakcyjnym multimedialnym muzeum. Bo kto dziś tak naprawdę pamięta Mickiewicza? Więcej niż parę wbitych w szkole fraz?