Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Grzegorz Chojnowski

DZIADÓW CZĘŚĆ TRZECIA (Teatr Polski we Wrocławiu)

Przedstawienie:
DZIADÓW CZĘŚĆ III
Źródło:
Radio Wrocław
Data publikacji:
2015-04-11

Nie ma już dzisiaj szans na to, by Dziady zainspirowały Polaków do zrywu, żyjemy w innych czasach, mieszkamy w innym kraju, więc Michał Zadara trzyma się odmiennej drogi niż poprzednie inscenizacje Mickiewiczowego dzieła. Wybiera komedię, nie dramat, i celuje we współczesną, młodą publiczność, choć starsi (byle tylko otwarci na nowy ton tej niegdysiejszej sztuki narodowej) poczują się w trakcie oglądania wrocławskiego przedstawienia przyjemnie. Bo rzadka to okazja do zobaczenia na scenie licznej obsady, z której co rusz wyłania się rola lub epizod do zapamiętania, bo twórcy zadbali o atrakcyjną oprawę scen, bo słowo wieszcza brzmi głosem dotąd w polskim teatrze niespotykanym, bo cała teatralna robota – wizualna, dźwiękowa i interpretacyjna – budzi podziw. Natomiast to, co z tego spektaklu zostaje w pamięci po kolejnym pięciogodzinnym maratonie, to, jak Dziady Zadary działają na emocje, jest sprawą indywidualną.

Dydaktyzmu nie ma, nie ma też diagnozy i odezwy, komentarz znaleźć można głęboko, jak kto się uprze, w słowach Mickiewicza. Reżyser wrocławskiego przedstawienia postawił na prezentację lekturowego tekstu do zakucia w sposób zabawny i zrozumiały, bez babrania się w klimaty polityczno-pomnikowe. I wygrał, z ogromną pomocą przecudownych aktorów. Tu naprawdę każdy kreuje swoją postać, wykorzystując wszystkie możliwości, jakie daje tekst. Od – powiedzmy – Adama Szczyszczaja w rolach mniejszych, przez – na przykład – Monikę Bolly w zaskakujących śpiewanych, po Skibińską-Rollison i Cichego, Kiljana, Porczyka w wiodących – jak to się kiedyś mówiło: ręce same składają się do owacji. A przy okazji okazuje się, że Mickiewicz oprócz genialnego władania językiem był bardzo zdolnym dramaturgiem – i zdaje się, Zadara wydobywa tę umiejętność poety jako pierwszy tak wyraziście.

Ale kontrowersji nie brakuje i pewnie zdarzy się list od nauczyciela lub romantyzmologa zarzucający inscenizacyjne lekceważenie narodowej świętości. Konrad zaczyna Wielką Improwizację od pójścia w kąt celi na siku, dając sygnał jasny do bólu, że będzie inaczej niż u Treli i Holoubka. Ten spektakl rozwija najciekawszy i najświeższy element poprzedniego odcinka Dziadowego cyklu Teatru Polskiego, czyli motyw odspiżowienia klasycznego dla nas tekstu, i to w sposób komiczny, ironiczny, imprezowy. Ci, którzy przed rokiem mówili o sprofanowaniu obrzędu z II części, będą teraz cierpieć jeszcze mocniej, ci, których montypythonowski urok tamtych Dziadów przekonał, ubawił i/lub olśnił, będą znów usatysfakcjonowani (do potęgi).

Myślę, że finalnie kluczem do sukcesu tego przedstawienia u poszczególnego odbiorcy będzie odpowiedź na pytanie, ile pod zgrywą udało się pozostawić powagi, ile ważnej dyskusji o rzeczach ziemskich i niebieskich, o naszej historii i charakterze, przedostaje się przez farsową nawet chwilami konwencję. W scenie VII (Salon Warszawski) tylko Adolf (Cezary Łukaszewicz) z Anielicą-Damą (Sylwia Boroń) emanują żarem, wszyscy pozostali hołdują konformistycznej inercji, a słynne słowa o narodzie jako lawie, zamierzone przez Mickiewicza na budzący z letargu apel, wypowiadane są tu tonem prześmiewczym. Tak właśnie: między zaraz gaszoną żarliwością a (nie)bezpieczną olewką rozgrywa się spektakl Zadary. I rezonans tej gry, odczucie proporcji składników, jej celowość, zdecyduje o tym, jak wam się podobało.

Nie zapominajmy jednak, że Dziady to nie tylko ta część III, że projekt Teatru Polskiego zakłada wystawienie w styczniu 2016 całości w następstwie zaplanowanym przez Autora. Można już sobie teraz to sklejać, wyobrażać, jakie tropy wyznaczą choćby pojawianie się tych samych aktorów w różnych scenicznych wcieleniach lub powtarzające się sygnały scenograficzne (Robert Rumas!), ale ja bym z takimi deliberacjami poczekał. Bo teatr to także fizyczność, ich sztuka i pot, nasza fascynacja i zmęczenie. Przebiegnięcie dwóch maratonów nie jest równoważne z ukończeniem maratonu ultra.