Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Joanna Derkaczew

Ekshumacja spod dywanu

Przedstawienie:
DZIADY. EKSHUMACJA
Źródło:
Gazeta Wyborcza nr 15
Data publikacji:
2007-01-18

Polskę odartą ze statusu pokrzywdzonej pokazał Paweł Demirski w luźno nawiązującym do Mickiewicza spektaklu "Dziady. Ekshumacja".

Dramaturg Paweł Demirski w poprzednich sztukach odbrązowił postać Lecha Wałęsy ("Wałęsa. Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna"), pokazał dramat emigracji zarobkowej i handlu Holocaustem ("From Poland with love"), oskarżał kapitalizm budowany kosztem wyzysku i zastraszenia ("Kiedy przyjdą podpalić Twój dom, to się nie zdziw" o wypadku w fabryce Indesit), odsłaniał patologie wśród żołnierzy polskich w Iraku ("Padnij").

Tym razem przepisał na nowo dokument polskiego męczeństwa - Mickiewiczowskie "Dziady". I można się spodziewać, że już niedługo zamiast uczennic w ciąży szkoły będę musiały śledzić uczniów, którzy widzieli inscenizację "Dziadów. Ekshumacji" w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Tak jak hiphopowe piosenki, wlepki, graffiti i poezja toaletowa wrocławski spektakl mówi o nastrojach dzisiejszych Polaków językiem szyderczym, antypaństwowym, antybohaterskim. Tematy lustracji, zbrodni wojennych, banalnych świństw popełnianych w PRL-u zostały przepuszczone przez teksty, na jakich wychowało się pokolenie dzisiejszych 30-latków: piosenki Republiki, Kaczmarskiego, Budki Suflera, slogany reklamowe, skrawki papieskich przemówień.

Spektakl w reżyserii Moniki Strzępki jest korowodem obrazów: widm z "Ostrego dyżuru" i "Archiwum X", barów tureckich i dożynek, wieców wyborczych i musicali a la "Kolenda Nocka". W dziwnej przestrzeni krypty czy szpitalnej kostnicy kręcą się ministranci, płoną kadzidła, migoce czerwona lampka, w tabernakulum piecze się kebab. Wokół rozłożonego na ziemi krzyża plącze się Ksiądz showman (Rafał Kronenberger) w szpitalnym fartuchu, kombatanci, spece od PR, dziewczyny w strojach aniołka i diablicy, chłopcy wracający z wieczorku kawalerskiego. A "Dziady"?

Z Mickiewiczowskiego dzieła pozostało zaledwie kilka postaci i motywów. Jest bal, ale nie u senatora, tylko u Konrada (Marcin Czarnik), który nigdy nie był lirycznym Gustawem. Był za to szują i donosicielem, a dziś znajduje się u szczytu politycznej kariery. Jego monolog w niczym nie przypomina "Wielkiej Improwizacji". Na co mu rząd dusz, jeśli te dusze brudne, fałszywe i skundlone? Zabrano mu indywidualną przeszłość i podstawiono jakieś fantomy z opaską biało-czerwoną. Zostawiono mu stek kłamstw, kompleksów, wstyd i obrzydzenie do kraju. Gdyby chciał rzeczywiście ocalić siebie i naród, mógłby to zrobić najwyżej słowami Bertolta Brechta "Człowiek hołduje chętniej dobru niźli złu, tylko warunki nie sprzyjają mu".

Bo Polakom w drodze do świętości ciągle coś przecież przeszkadzało: kiepskie zaopatrzenie sklepów, brak witaminy C, żydowscy intelektualiści. Anioł (Agata Skowrońska) i Diabeł (Alicja Kwiatkowska) zostały dziwkami, bo chciały "się wyrwać", Ubecy zostali ubekami, bo też chcieli, żeby było smacznie i "po zachodniemu". O tym, że historia potoczyła się nie tak, jak chcielibyśmy ją pamiętać, ma świadczyć scena z trójką weteranów (Adam Cywka, Wojciech Mecwaldowski, Marian Czerski). Zgłosili się na Zaduszki, by wspominać swoje wojenne zasługi. Tymczasem opętują ich duchy ofiar żydowskich pogromów ofiar Praskiej Wiosny, dzieci porozwieszanych na drzewach Wołynia, ludzi zamordowanych przez komunistyczne władze, zatłuczonych w bramach, zaszczutych, zniszczonych.

Te wyznania nie układają się w świadectwo polskiego męczeństwa, ale polskich win. Współczesna ekshumacja "Dziadów" nie jest spod ziemi, ale spod dywanu, gdzie przez dziesięciolecia zamiatano niewygodne sprawy. Ale swąd jest nie mniejszy. Spektakl odbiera status pokrzywdzonej całej Polsce. Młodym i starym, prawym i lewym, czarnym i czerwonym. Zostawia widzów w cuchnącym bagienku wzajemnych pretensji i nienawiści. Jeśli "Dziady" Dejmka były początkiem pewnego mitu, to "Dziady" Demirskiego " Strzępki są jego końcem.