Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Małgorzata Ćwikła

Gorzkie w smaku czyli "Dziady" w strzępkach

Przedstawienie:
DZIADY. EKSHUMACJA

Już nie ku pokrzepieniu serc, ale ku obdarciu ze złudzeń. I chociaż wszyscy wiemy jakie są nasze narodowe wady, usłyszymy o tym ponownie. Szokujących wydarzeń w kraju nie brakuje i "Dziady.Ekshumacja" każdego dnia mogą wzbogacić się o kolejną scenę.

W najnowszym przedstawieniu Teatru Polskiego aktorzy wiodą nas za rączkę, wkraczając na terytorium widza, próbując wyciągnąć go z roli jedynie biernego obserwatora. Można poczuć się jak klakier w "Szymon Majewski Show", czy uczestnik anonimowych spotkań w kościele albo duszpasterstwie, by ostatecznie dostać pstryczka w nos i zostać wysłanym na przerwę, a potem do domu, z takim samym stanem świadomości z jakim się przyszło.

Atakując tekst wystawimy się na kontratak ze strony twórców, którzy zarzucą nam małość i niezdolność do samokrytyki. Brak obiektywizmu w ocenie własnych niedoskonałości to według niektórych nasza narodowa cecha, którą autorzy spektaklu dokładnie obnażają. Ciekawi mnie jaka będzie kondycja utworu Pawła Demirskiego na papierze, ogołoconego z inscenizacyjnych pomysłów Moniki Strzępki. Wizja reżyserki do najciekawszych nie należy, jednak uważnie oglądając można wyłapać kilka interesujących rozwiązań. Warto zwrócić uwagę na choreografię, szczególnie w momencie gdy Konrad (Marcin Czarnik) porusza się tak, jakby całym ciałem robił znak krzyża. Udanym elementem są animacje. Wijąca się na bocznych ścianach postać, uwięziona w czymś podobnym do płachty, dobija się, chce wkroczyć na scenę. To jakby duch, który z jednej strony nie może się sam z siebie wydostać, z drugiej nie ma pozwolenia by gdzieś wejść. Mimo programowego odejścia od literackiego oryginału pojawiają się, trochę nachalnie, informacja o Wielkiej Improwizacji i Widzeniu Księdza Piotra. Zerwanie z fabularnym porządkiem obecnym u Mickiewicza przejawia się w zmianie ról Konrada i Cara. Konrad u Demirskiego jest zwycięzcą, dostaje rząd dusz. Sukces wielki, że bal można urządzić. Niestety, połowa z tych dusz to świnie.

Aktorsko spektakl jest zróżnicowany. Marcin Czarnik spełnia się jako orator, Adam Cywka (Weteran I) z powodzeniem wchodzi w rolę kombatanta, a Wojciech Mecwaldowski (Weteran II) gra jak króliczek, któremu co jakiś czas słabną baterie i wpadając w śmiertelny grymas przeżywa on kolejną śmierć kliniczną. Wrażeń z wędrówki tunelem w stronę światła, nikt już słuchać nie chce. Tak naprawdę to nikt tam nikogo nie słucha. Poszczególni bohaterowie rozmawiają ze sobą, jakby bojąc się usłyszeć odpowiedzi na zadawane pytania. Trzech byłych żołnierzy przepływając z narodowości w narodowość i z języka w język wygrzebuje stare brudy. I pamiętaj jeśli Twój praszczur w 1348 roku, w czasie pogromów, Żyda do studni wrzucił, to Ty teraz też jesteś antysemitą. A jeżeli babcia Twoja mundury szyła, w których żołnierze Czechosłowację zaatakowali, to Ty też jesteś temu winien! Za weteranami prężą się dziwki, anielskie i te piekielne, raczej przyziemne, bo trywializując, zapach kapusty pchnął je w nierząd. Momentem, w którym można oniemieć z przerażenia jest wkroczenie Rollisona (Michał Kusztal). Ożywiony wraca, bo mama mu choruje. A zamiast grobowego smrodu czuć od niego raczej spalone frytki, bo wrócił z kraju o kierunkowym 44. Postać jest słabo zagrana, mało wyrazista i zapomina tekstu, być może, ponieważ jest w teatrze i w oczy mu świecą reflektory.

Twórcy "Dziadów.Ekshumacji" chcą wpisać się w nurt teatru politycznego. Nowe wersje utworów klasycznych, jak uczą nas przykłady niemieckie, swoje miejsce w teatrze mieć powinny. Także traktowanie tekstu wyłącznie jako "literackiej okazji" znane jest sztuce scenicznej od dziesięcioleci i niech za przykład posłuży choćby działalność Tadeusza Kantora. Zupełnie zmieniona struktura "Dziadów" nie szokuje, wręcz przeciwnie, może być dla widza interesująca, bo jest aż nad wyraz aktualna. Jednak obdarta z symboliki i niedopowiedzeń, zabiera teatrowi całą magię. Ach, panno święta, co w Ostrej świecisz Bramie, my tyle mamy tych utworów romantycznych i narodowych, o martyrologii i mesjanizmie, że na długie sezony dla teatru wystarczy. Zaraz, zaraz, przecież to Wilno już u nas nie jest! I co teraz? Hajże na Litwina!