Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Małgorzata Matuszewska

Jesteś inny? Nie chcę cię znać!

Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" 2013 nr 234
Data publikacji:
2013-10-07

Najnowszy spektakl wrocławskiego Teatru Polskiego prowadzi w nieznane. Michał Borczuch (także reżyser całości) i Tomek Śpiewak (dramaturg) – autorzy opracowania tekstu dramatów Powrót na pustynię i Zachodnie wybrzeże francuskiego, nieżyjącego już outsidera Bernarda-Marie Koltèsa – portretują świat w momencie wielkiej przemiany, w którym ludzie, choćby nawet chcieli, nie mogą znaleźć wspólnego języka.

Pierwsza część spektaklu jest króciutka, bardzo plastyczna, barwna i wymowna. Widzowie stoją na scenie, wokół małej społeczności bohaterów. Obraz (bo trudno tu mówić o akcji, przecież nie pada ani jedno słowo) to portret francuskiej prowincji lat 60. ubiegłego wieku. Mathilde (w tej roli Halina Rasiakówna) wraca z Algierii i próbuje odzyskać rodzinny dom, będący w rękach brata. Rodzinne swary zostały ujęte w wiele mówiące milczenie. Ci ludzie nie próbują się ze sobą porozumieć, po prostu są obok siebie i przesiąkają coraz bardziej obcą dla siebie kulturą.

W drugiej części realizatorzy prowadzą widzów na Zachodnie wybrzeże. Scena zamienia się w portowy dok, którego obrzeża wypełniają toaletki – przed ich lustrami aktorzy zmieniają swoje oblicza i próbują dostosować się do mało sprzyjających okoliczności. Maurycy Koch (Wojciech Ziemiański, na początku monologujący z balkonu widowni, niestety, prawie niesłyszalnie) jest białym biznesmenem, który chce popełnić samobójstwo, szuka zegarka i zachowuje się irracjonalnie. Do końca nie dowiemy się, jakie są powody jego wyboru. Być może one w ogóle nie istnieją?

W samym centrum wydarzeń stoi samochód – przedmiot pożądania bohaterów. Być może uda się nim uciec z rzeczywistości, w której przyszło im żyć? – Ja chcę stąd uciec, chcę, żeby ten samochód ruszył, i nie chcę wracać do miasta z tym kołtunem na głowie – rozpacza Monika Pons, biała kobieta (najwyraźniej pochodząca z wyższych sfer), rzucona w sam środek kolorowej społeczności. – Mam tak dosyć tych szaleńców, że wolałabym żyć ze szczurami i psami! – woła.

Zza sceny słychać szczekanie psów, nad bohaterami unoszą się dymy. To bardzo poetycka wizja ludzi, którzy znaleźli się poza swoją kulturą i nie potrafią przyjąć innej. Nie akceptują inności, obcości. I nie obchodzi ich drugi człowiek. – A co się ze mną stanie? – pyta biała kobieta tuż po stosunku seksualnym. – Nic, nie wiem, sama musisz wiedzieć – odpowiada mężczyzna. Jest tu rozpaczliwie wołanie o miłość w świecie, w którym wszyscy walczą o przetrwanie. – Tracisz połowę czasu na szukanie pieniędzy, połowę na szukanie kogoś, kto cię będzie kochał. Będę pod ręką, będziesz mieć czas na zajmowanie się tylko sobą – błaga kobieta.

Kompletnie obcy jest Abad, wielki, czarnoskóry mężczyzna w egzotycznym stroju (Małgorzata Gorol). O dziwo, wszyscy ci ludzie w jakiś niesamowity sposób potrzebują się wzajemnie. Oglądając tę opowieść o wielkim współczesnym wykluczeniu i wykorzenieniu z kultury, przypomniałam sobie Azyl Krystiana Lupy według Maksima Gorkiego, wystawiony na tej scenie dekadę temu. Tam także bohaterami byli wykluczeni ze społeczeństwa, a Halina Rasiakówna grała jedną z głównych ról. Piątkowy wieczór należał do aktorki, wygłaszającej w finale kompletnie niezrozumiały monolog w nieznanym języku. Nie chcemy poznać obcego ani go zrozumieć. Niech obcy zostaną na swoim brzegu, w swoim kącie i nie zakłócają naszego uporządkowanego życia. Tym bardziej jestem ciekawa zapowiadanego (jako zdarzenie obok premiery) performansu Marzeny Sadochy Roma movie. Romowie to nasi obcy.