Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Małgorzata Matuszewska

Kiedy sens istnienia świata skończył się razem z melodiami

Przedstawienie:
XIĘGI SCHULZA
Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" 2018 nr 138
Data publikacji:
2018-06-16

Xięgi Schulza duetu Jan Szurmiej i Wojciech Jankowiak to bardzo piękna wizja świata. Fakt, że ta premiera wrocławskiego Teatru Polskiego jest udana, nie zaskoczył, przecież spektakl realizowali wizjonerzy teatru.

Widzowie znający twórczość Jana Szurmieja, prezentowaną przez lata także w Teatrze Polskim, nie czekali zapewne na supernowoczesne rozwiązania formalne. I takich w Xięgach nie ma. To spektakl z założenia staroświecki, co nie znaczy, że pozbawiony wizji, ale ożywczy.

Oglądając go, czułam się trochę jakbym założyła wygodny strój i trafiła do domu, który dobrze znam. Można to traktować jako zarzut nieumiejętności zaskoczenia widza, ale tak nie było. Widz mógł czuć się bezpiecznie, a bezpieczeństwo wzięło się z poczucia, że twórcy nie zawiodą moich nadziei, że zrobili wszystko, co można było, by zyskać najlepszy efekt.

Nie żałowano tu niczego, z rozmachem malując świat Brunona Schulza, dla Jana Szurmieja – autora inscenizacji, choreografii i ruchu scenicznego, wreszcie reżysera – inspirujący. A ponieważ na pewno nie żałowano pieniędzy na realizację, więc efekty są wspaniałe. Zachwyca scenografia. Pierwszy raz od nie pamiętam już, kiedy, zobaczyłam na scenie Polskiego przedmioty idealnie pasujące do obrazów. Okazuje się, że scenę można zakomponować, a nie zapełnić czymkolwiek bez ładu i składu.

Dzięki Wojciechowi Jankowiakowi mój wzrok nie zawisł na niepotrzebnie, znienacka odsłoniętej pustce. A Jan Szurmiej, twórca scenicznego ruchu, zadbał o miejsca aktorów na scenie i o to, by wzrok widza nie odbijał się od niepotrzebnych widoków.

Strona wizualna spektaklu jest zwyczajnie i po prostu porządna. Widać w niej ręce fachowców, ludzi teatru, którzy przyszli do niego realizować swoją wizję i marzenie o wystawieniu Schulza.

Zachwycają kostiumy Marty Hubki. Te zwiewne tiule, te suknie barwne, starannie krojone... Buty nie przynoszą wstydu szewcom.

Muzyka Marcina Partyki zdaje się ilustrować wspomnienie Drohobycza, miasteczka idealnego, miejsca, gdzie korzenie ma szczęśliwy człowiek. I podkreśla wyobraźnię Schulza.

Reżyser spersonifikował autora w osobie Józefa. A nawet w dwóch osobach: małego Józefa i dorosłego. W spektaklu, który oglądałam tuż po premierze, Józefów zagrali: spokojny, opanowany i nie szafujący niepotrzebną ekspresją Krzysztof Kuliński i towarzyszący mu, zdolny i najwyraźniej pracowity chłopiec – Marcel Filipek. Równie spokojnie Ojca – Jakuba zagrał Krzysztof Franieczek. Warta zauważenia jest kreacje Mariusza Kiljana (Szloma). Aktor nie nadużywa ani słów, ani gestów, budując postać troszeczkę z innego świata.

Piękne są sceny, w których szarość miasteczka i beznadzieję życia przesłaniają barwni ludzie. Cyrkowcy, akrobatki i akrobaci, różowy błazen (bardzo dobra Katarzyna Baran), klauni, połykacz ognia i Baba dziwo (Beata Małecka). To świat marzeń o współżyjącej wspólnocie różnorodnych mieszkańców. Szurmiej pokazał, co kiedyś znaczyło dziś nieco zdewaluowane słowo "wielokulturowość".

Nie brakuje erotyki, dyskretnej, ale widocznej i przypominającej widzom, że to część ludzkiej egzystencji, bez której nie istniejemy. Bardzo dobre są piosenki, śpiewane przez Lunarną Boginię (Monika Rutkowska).

Tym, którzy cenią Schulza i Szurmieja, przedstawienie się spodoba. A obudzona za tamtym światem tęsknota zostanie w sercu.