Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Barbara Lekarczyk-Cisek

"Xięgi Schulza" w Teatrze Polskim: Urok Autentyku

Przedstawienie:
XIĘGI SCHULZA
Źródło:
kulturalneingrediencje.blogspot.com
Data publikacji:
2018-06-14

Najnowsza premiera Teatru Polskiego we Wrocławiu: Xięgi Schulza, uzmysławia, że świat zaklęty w opowiadaniach skromnego nauczyciela rysunków z Drohobycza ożywa za każdym razem, kiedy sięgają po nie artyści, dla których Bruno Schulz jest wciąż żywym źródłem inspiracji. Xięgi te ciągle mają urok Autentyku.

Wyznam na wstępie, że Bruno Schulz pasjonuje mnie od dawna – od czasu studiów polonistycznych, kiedy to zachwyciłam się jego prozą po raz pierwszy i urok ten pozostał niezmienny po dziś dzień. Piękny poetycki język, a także niezwykła wyobraźnia sytuują tę twórczość w kręgu prozy onirycznej, niezwykle obrazowej, która fascynuje, a zarazem nie poddaje się zbyt łatwo interpretacjom. Choćby taki obraz rozpoczynający opowiadanie Sierpień: służąca Adela wraca z zakupów i wyjmuje z koszyka kolejne produkty. Pozornie niewart opisu banał, tymczasem Schulz opisuje to tak:

Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca – lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy – surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nieuformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym.

Jakąż trzeba mieć wyobraźnię, żeby w czynności tak pospolitej zobaczyć poezję obrazów, które stanowią swoisty ciąg (to jedno rozbudowane zdanie!) zmysłowych i zarazem filozoficznych skojarzeń.

Sądzę, że ten cytat pokazuje jednocześnie, jakie możliwości interpretacyjne posiada ta literatura i jakim jest wyzwaniem dla każdego, kto próbuje transponować ją na język innej sztuki. Z pewnością udało się to Wojciechowi Jerzemu Hasowi w jego słynnej ekranizacji Sanatorium pod Klepsydrą (1973), do której nawiązania zobaczymy zresztą w spektaklu Jana Szurmieja. Bardzo interesującą, spójną koncepcyjnie i niezwykle twórczą adaptację sceniczną Sklepów cynamonowych widziałam przed kilku laty w wykonaniu Teatru Wierszalin Piotra Tomaszuka (Traktat o manekinach). Nowszą, choć nieco niezauważoną propozycją odczytania prozy Schulza, jest film dokumentalny z elementami animacji: Bruno Schulz Adama Sikory (2014), który prowadzi widza duktem rękopisów i rysunków artysty. O tym, że Schulz ciągle inspiruje różnych artystów, świadczy także cykl trzynastu ogromnych płócien, namalowanych przez Mirę Żelechower-Aleksiun, zatytułowany Kalendarz pamięci (2007).

Intencją całej tej pracy była pamięć o Schulzu, z którym bardzo się w trakcie pracy zbliżyłam – opowiadała w wywiadzie artystka. Poczucie, że mogę przy nim trwać, to było... Wprost nie mogłam się od niego oderwać!

Z tym większą ciekawością czekałam na premierę Teatru Polskiego we Wrocławiu, w którym spektakl na motywach prozy Schulza wyreżyserował Jan Szurmiej. Artysta niegdyś związany był z Wrocławiem, gdzie pracował jako aktor Teatru Pantomimy Gest, w latach 90. był dyrektorem Teatru Muzycznego Operetki Wrocławskiej, a także głównym reżyserem Opery Wrocławskiej. Ponadto zaś był twórcą i dyrektorem artystycznym Festiwalu im. Anny German w Zielonej Górze. Można więc było spodziewać się, że otrzymamy widowisko muzyczne. I tak się istotnie stało.

Muzyka skomponowana przez Marcina Partykę odgrywa w tym spektaklu rolę co najmniej równorzędną ze słowem i obrazem scenicznym. Kompozytor o dużym doświadczeniu scenicznym, nagrodzony na PPA za "wybitny wkład w kreowanie piosenki aktorskiej", który współpracował z Szurmiejem przy realizacji spektaklu George & Ira Gershwin, stworzył muzykę znakomicie współbrzmiącą z całością przedstawienia. Właściwie nie sposób rozdzielić muzyki od słowa, ponieważ śpiewane są teksty samego Schulza. Wykonuje je przede wszystkim Lunarna Bogini (w tej roli słyszałam Monikę Rutkowską), której piękne wokalizy tworzą zarówno "senną" narrację spektaklu, jak też jego nastrój:

Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzy gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia...

Kiedy na koniec zaśpiewa pieśń w języku jidysz, słyszymy go, ale nie rozumiemy – to język umarłych, po których pozostały obrazy kresowego miasteczka z onirycznych opowiadań Brunona Schulza...

Postać Lunarnej Bogini wskazuje na nawiązania do kultów pogańskich, a ściślej: kultu Wielkiej Bogini, jednak jest to nie tyle fascynacja pogaństwem, co kobiecością przedstawianą przez Schulza wielokrotnie (także na rysunkach) jako niezmiennie dominującą nad mężczyznami.

Osoba głównego bohatera i narratora zarazem została przez Szurmieja rozpisana na dwie role: Małego Józefka (Marcel Filipek) i dorosłego Józefa (Krzysztof Kuliński), co wydaje się niezbyt fortunnym pomysłem. Dziecko nie mówi takim językiem! To dorosły opowiada o sobie, snując fantazje o świecie swego dzieciństwa, a czyni to w sposób wysoce wyrafinowany. Toteż słowa Schulza brzmią w ustach dziecka fałszywie, bo ono nie jest w stanie rozumieć tego, co mówi.

Trzecim ważnym narratorem we wrocławskim spektaklu jest Szlomo (bardzo dobry Mariusz Kiljan), który zadaje ważne pytania i jest postacią z pogranicza dwóch rzeczywistości. Tak często obecny w opowiadaniach Schulza Ojciec – Jakub (Krzysztof Franieczek) – w spektaklu czuły i łagodny, a niekiedy zabawny, pojawia się rzadko i na krótko, poza ważną sceną z manekinem i zabawną – ze strażakami. Oczywiście, jak to u Schulza, zdominowany jest przez kobiety. Te zaś otoczone są zazwyczaj mężczyznami, sprowadzonymi w spektaklu do roli "psów" na erotycznej uprzęży. Perwersyjne i wyuzdane – stają się obiektem pożądania i boginiami zarazem.

Początek spektaklu jest w zasadzie sztampowy, ale od momentu zaprezentowania ogromnej mapy Drohobycza oraz następującej po niej sceny zbiorowej na ulicy Krokodyli – nabiera tempa i już do końca je utrzymuje. Muzyka, choreografia i śpiew w kolejnych scenach zasługują na najwyższe uznanie. Oto nagle na naszych oczach pojawia się kolorowy świat przedwojennego Drohobycza, który wzbogacił się na ropie z pobliskiego Borysławia i zapanowało powszechne dolce vita, mające w sobie jednak coś wstydliwego, prowincjonalnego, czegoś gorszej rangi. Czy to nie przypomina trochę współczesności, zachowując przy tym urok stylu retro – pięknego i oryginalnego z dzisiejszej perspektywy? Senne miasteczko i kolorową ulicę Krokodyli "wyczarował" wybitny scenograf, Wojciech Jankowiak, związany z Teatrem Polskim w latach 90., ale znany także ze swoich prac z lat 70., m.in. jako autor scenografii do spektaklu telewizyjnego Stara kobieta wysiaduje innego wybitnego twórcy teatru – Kazimierza Brauna.

Nie sposób było nie podziwiać pięknych kostiumów zaprojektowanych przez Martę Hubkę, które wykonawczynie nosiły z dużym wdziękiem. Być może były wśród nich także autentyki, skoro Teatr Polski ogłosił, że będzie skupował do tego spektaklu oryginalne stroje. Sceny te kojarzyły mi się z Kabaretem Boba Fosse’a, w którym zaprezentowano autentyczne dekadenckie kostiumy z lat 30. Myślę, że takie skojarzenie jest największym komplementem.

Ogromnie ważną rolę odgrywa w tym przedstawieniu także choreografia, której autorem jest sam reżyser. Układy choreograficzne, plastyka obrazu i jego dynamika – wszystko to sprawia, że spektakl tworzy skomponowaną harmonijnie całość i dobrze się go ogląda. No, może te dymy trochę przesadzone, zwłaszcza z pozycji pierwszego rzędu, ale efekt odrealnienia rzeczywiście dają.

Dodajmy, że na scenie występuje około czterdziestu aktorów, w tym wielu gościnnie, a jednak gra zespołowa jest momentami znakomita. Tę bajecznie kolorową rzeczywistość sceniczną Xiąg Schulza współtworzy także obecność kultury żydowskiej – z jej muzyką, strojami, obyczajami, mentalnością i religijnością. Wszystko to udało się reżyserowi pokazać jako świat wielokulturowy, barwny, którego niestety już nie ma. Ostatnia scena – śmierć bohatera, przypomina trochę Proces Kafki. Następujący po niej żałobny śpiew w języku jidysz – oznacza jego definitywny koniec. Na koniec widzimy jedynie szkielety domów i zgromadzonych w głębi sceny ludzi należących już do innej rzeczywistości.

Jednakże ten świat cieni pozostał zaklęty w opowiadaniach skromnego nauczyciela rysunków z Drohobycza i ożywa za każdym razem, kiedy sięgają po nie artyści, dla których Bruno Schulz jest ciągle żywym źródłem inspiracji. Xięgi autora Sklepów cynamonowych ciągle mają urok Autentyku.