Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Katarzyna Kamińska

Aktor jest tekstem

Data publikacji:
2010-10-01

Reżyserka Barbara Wysocka, wraz z trzema aktorami Teatru Polskiego - Adamem Szczyszczajem, Adamem Cywką i Rafałem Kronenbergerem - na Scenie na Świebodzkim zrealizowała ciąg pięciu dramatów Heinera Müllera.

Szosa Wołokołamska bazuje na powieści Aleksandra Beka, w dramacie pojawiają się także motywy zaczerpnięte z Przemiany Franza Kafki, opowiadania Anny Seghers i noweli Heinricha von Kleista. Wybitny niemiecki dramaturg przetwarza je, część przenosi w rzeczywistość NRD. Rosyjskie otwarcie, Las pod Moskwą, Pojedynek, Centaury i Znajda to pięć różnych opowieści, które łączy motyw totalitaryzmu i człowieczeństwa w kontakcie z represyjnym systemem. Historie ludzkie są tu tłem dla ponadczasowego spojrzenia na człowieka uwikłanego w konkretne realia i ślepo podążającego za zasadami przez nie dyktowanymi.

Rozmowa z Rafałem Kronenbergerem, aktorem Teatru Polskiego.

Katarzyna Kamińska: Heiner Müller, pisząc Szosę Wołokołamską, bazował na powieści Aleksandra Beka, inspirował się też tekstami Franza Kafki, Heinricha von Kleista i Anny Seghers. Co powstaje z połączenia myśli tak różnych autorów i tak odległych od siebie motywów?

Rafał Kronenberger: Pięć opowieści, które dzieją się w różnym czasie, a łączy je motyw pojedynku racji. Raz ma on miejsce w 1941 roku podczas ataku Niemiec na Rosję, później w 1953 roku w czasie strajków w NRD, chwilę później znowu przenosimy się w czasie. To krótkie, esencjonalne i konkretne historie. Ci sami ludzie przenoszą się w nich w różne światy, jest pomiędzy nimi dziwny konflikt osadzony w temacie totalitaryzmu. Müller przetwarzał motywy ze wspomnianych tekstów. Moment inspirowany Przemianą Kafki to mój monolog. Nie jestem w nim człowiekiem-robakiem, ale kapitanem Stasi, który wysyła podwładnego na śmierć, a później zrasta się z biurkiem.

Totalitaryzm odgrywa tu znaczącą rolę?

Szosa... to dla mnie przede wszystkim rzecz o względności czasu. Przyglądamy się w niej człowiekowi żyjącemu w jakiejś konkretnej epoce i konkretnym systemie. Przechodzi on przez różne sytuacje, poddawany jest różnym napięciom. Reaguje, rzuca się, bo system go naciska. Szosa... mówi o tym, że dzisiaj też mniej bądź bardziej świadomie jesteśmy uwiązani jakimś systemem. Angażujemy się, traktujemy go serio, a on widziany z perspektywy Müllera trwa tylko chwilę. Pojawia się więc pytanie: co jest najważniejsze? To, że w czasie wojny na rozkaz strzelamy do innych? Przecież gdy myślimy o tym po czasie, trudno uwierzyć, że byliśmy do tego zdolni. Ten dramat nawołuje nas do trzeźwego spojrzenia na życie i poszukiwania prawdziwych przyczyn naszych działań.

Przeniesienie tekstu niemieckiego postmodernisty na scenę jest wielkim wyzwaniem.

Szosa... to utwór w zasadzie napisany białym wierszem. Wiadomo, że zarówno Heiner Müller, jak i ci, którzy piszą o jego dramatach, skłaniają się do odejścia od grania psychologicznego, aktor tu jest tekstem. Próbujemy znaleźć granicę między suchą prezentacją tekstu a psychologicznym podejściem do postaci. Pięć części sztuki to pięć różnych światów - czasem są spójne i realistyczne, czasem się rozmywają.

Barbara Wysocka nie boi się dramatów, których język jest złożony i trudny - brawurowo zrealizowała Kaspara Petera Handkego.

Tym razem także konsekwentnie i z wielką determinacją szuka "sposobu" na dramat Müllera. Czasem gramy w trzech różnych planach równocześnie, tło stanowią projekcje multimedialne. Basia szuka nowych środków przekazu, załamań. Dużo tu także mowy o świadomości, pojawiają się cytaty z Hegla. Tworzy się obraz, który nie jest do końca nazywalny. My, aktorzy, jesteśmy jednym z elementów tego scenicznego świata. On generuje różne znaczenia i umieszcza nas w różnych kontekstach.

Szosę Wołokołamską kończymy, krzycząc, że wiele spraw należałoby zapomnieć. Ale nie można. To widz musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wyciągamy wnioski z tej historii.