Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Justyna Kościelna

Ani Edgar, ani Erwin

Źródło:
Polska Gazeta Wrocławska nr 62
Data publikacji:
2008-03-13

Podobno ma Pan przyjaciela, który obiecał, że jak tylko zaszumi Panu w głowie, to od razu Pana uderzy. Zaszumiało po filmie "Lejdis", który widziało ponad dwa miliony Polaków?

- Rzeczywiście, i on, i reszta moich przyjaciół powiedzieli, że jak zacznie mi odbijać, to sprowadzą mnie na ziemię. Ale jak na razie wszystko jest OK i sam się pilnuję, żeby tak zostało. Za dużo można stracić jak odbije palma.

Na planie "Lejdis" musiało być bardzo wesoło?

- Tak, zresztą nie ma się co dziwić - była świetna ekipa, z którą dobrze się znam. Do tego cztery różne kobiety z ogromnym poczuciem humoru. Baliśmy się, że jak tak śmiesznie jest na planie, to widz, oglądając film, nie będzie się bawił. Ale trójca: Konecki, Saramonowicz i Madejski trzymali nas w ryzach i wyszedł naprawdę dobry film.

Lepszy od "Testosteronu"?

- Zupełnie inny. Moim zdaniem skierowany do szerszej publiczności, chociaż pozornie napisany z punktu widzenia kobiet.

Ale z przerysowanymi postaciami.

- Trochę, chociaż scenariusz powstał na podstawie autentycznego blogu.

Po studiach dostał Pan angaż w Teatrze Polskim, ale trudno tam Pana dzisiaj zastać.

- Na początku sezonu musiałem wziąć urlop, żeby móc pogodzić grę na planie "Trzeciego Oficera", "39 i pół" i filmu fabularnego, do którego teraz się przygotowuję.

Co to będzie?

- Tytuł roboczy to "W imię Ojca i Syna, i świętej krowy". Jest to koprodukcja niemiecko-polsko-francuska w reżyserii Radka Węgrzyna. Szykuje się ciężka praca - moja postać to lekko opóźniony w rozwoju Paweł, który mieszka na wsi. Do roli muszę przytyć ok. 10 kilo, a dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć, zamieszkać na wsi, gdzie będziemy kręcić film. Cieszę się, że mam dużo czasu na przygotowanie się do roli. I że będę pracował ze Zbyszkiem Zamachowskim i Agatą Buzek.

To pierwsza tak duża praca nad rolą?

- Nie. Podobnie było w "Alei Gówniarzy". Mój bohater Radek był schizofrenikiem, narkomanem, który traci kontakt z rzeczywistością i przygotowuje Łódź do inwazji kosmitów. Kilka miesięcy przed rozpoczęciem zdjęć spotykałem się z ludźmi pokroju Radka. Zapuściłem brodę, włosy, musiałem zrzucić kilka kilogramów. Ale było warto. Po skończeniu pracy potrzebowałem czasu, żeby całkowicie wrócić do siebie. Miałem problemy ze snem, byłem rozkojarzony i robiłem wiele czynności naraz, podobnie jak mój bohater.

Jak sobie Pan radzi w takich sytuacjach?

- Wszystko miałem pod kontrolą, bo są pewne granice, których nie można przekraczać. Ciągle się jednak uczę oddzielać życie prywatne od zawodowego. Na szczęście nigdy nie zapomniałem, jak to jest być Wojtkiem. Bardzo ważne jest to, jakimi ludźmi się otaczasz. Ale fakt - trudno jest nie myśleć o pracy, tak jak czasami ciężko jest wyłączyć telefon komórkowy, żeby od niego odpocząć.

To jak już jesteśmy przy telefonie - jaka rozmowa albo SMS był dla Pana najbardziej zaskakujący?

- Wiadomość: "Od dziś jesteś stuprocentowym Radkiem" od Piotrka Szczepańskiego, kiedy zdecydował, że zagram w "Alei Gówniarzy". I SMS, w którym Andrzej Saramono-wicz wysłał mi rolę Yrka Depczaka z "Testosteronu".

Przyszła kiedyś myśl: "Kończę z tym zawodem"?

- Nigdy.

A jakie były początki?

- Od dziecka wiedziałem, że chcę to robić. Jak miałem pięć lat, mama zapytała: "Wojtusiu, a kim ty będziesz, jak dorośniesz?". Odpowiedzia-łem, że aktorem komediowym. Teraz zmieniłbym tę odpowiedź na: aktorem wszechstronnym, bo nie chcę być przypisany tylko do ról komediowych. Skończyłem liceum konserwacji i renowacji zabytków architektury w Kłodzku. W okolicach matury zdecydowałem, że chcę zdawać na PWST. Zostałem wyśmiany, a jeden z profesorów wystrzelił jak z armaty, że nigdy nie będę aktorem i prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie. Jak już się udało i zostałem aktorem zapomniał o tych drwinach na mój temat i pewnie za sprawą zaników pamięci przypisuje sobie mój sukces. Żenujące.

Tylko on próbował Pana odwieść od tych planów?

- Na egzaminach w łódzkiej filmówce usłyszałem to samo. A cztery lata później, kiedy przyjechałem z wrocławskim dyplomem "Uroczystość", dostałem tam nagrodę za rolę Christiana. Są jeszcze ludzie, którzy we mnie wierzą i jestem im za to bardzo wdzięczny. Tym, którzy mi kładą kłody pod nogi, też, bo takie sytuacje tylko mobilizują do pracy.

Co teraz będzie Pan robił?

- Do końca marca kręcę "39 i pół". A pod koniec maja wylatuję z zespołem Rastasize na Jamajkę do studia Tuff Gong, gdzie tworzył Bob Marley. Chłopaki będą nagrywać swoją pierwszą płytę. A ja razem z Piotrkiem Szczepańskim robimy dokument o powstawaniu tej płyty. Tym sposobem zadebiutuję w roli producenta. A na wakacje wyjeżdżam na wieś i zaczynam pracę nad Pawłem.