Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Magda Piekarska

Boję się rozjuszonych troglodytów

Źródło:
"Gazeta Wyborcza - Wrocław" 2015 nr 224 - "Tygodnik Wrocław"
Data publikacji:
2015-09-25

Rozmowa z dyrektorem Krzysztofem Mieszkowskim

 

Magda Piekarska: Uciekasz z teatru w politykę?

Krzysztof Mieszkowski: Wręcz przeciwnie – jeśli uda mi się zdobyć mandat poselski, zostanę w teatrze. I jednocześnie będę próbował chronić go przed zakusami polityków i starać się o lepsze warunki dla ludzi kultury. Chcę przywrócić rangę ich pracy. Mój krok jest rezultatem walki, która toczy się od dawna.

O co właściwie walczysz?

– Chciałbym, żeby kultura stała się równorzędnym z innymi tematem dyskursu politycznego. Decydenci, politycy, urzędnicy, zajęci realizowaniem partykularnych interesów i rozwiązywaniem doraźnych problemów, zapominają o tym, że to kultura i edukacja warunkują rozwój państwa, jednocześnie kształtując jego tożsamość.

Trudno mi pogodzić się z tym, że zwłaszcza na poziomie lokalnym rola i znaczenie instytucji kultury jest stale marginalizowana. Niedofinansowanie, pobłażliwe traktowanie artystów przez urzędników, nierzadkie próby cenzurowania ich pracy, ignorancja to problemy, z którymi m.in. Teatr Polski boryka się w swojej codziennej pracy. Wierzę, że można to zmienić i zagwarantować ludziom kultury finansowe bezpieczeństwo i mentalną higienę pracy.

Czyli twój transfer z kultury do polityki może stać się faktem – z końcem przyszłego sezonu wygasa umowa na prowadzenie Polskiego.

– 31 sierpnia przyszłego roku. Rozmawiałem o tym z radą programową i zespołem teatru – wspólnie ustaliliśmy, że powinniśmy pracować dalej, że moje odejście może zachwiać pozycją teatru. Poziom artystyczny, który udało nam się wspólnie osiągnąć przez ostatnie lata, uczynił z Teatru Polskiego jedną z najważniejszych scen w kraju. Teatr jest taki jak jego dyrektor – mawiał Erwin Axer. Moja dziewięcioletnia praktyka tego dowodzi. Chciałbym podkreślić wyraźnie, że nie zostawię Teatru Polskiego we Wrocławiu. To nie tylko kwestia lojalności, planów artystycznych i świata, jaki zbudowaliśmy z zespołem. To praktyka, życiowy poligon. Wielu polityków powinno zejść na ziemię i wrócić do realnych problemów prawnych i finansowych w zakładach pracy.

Ale to do marszałka należy decyzja, czy przedłużyć umowę. A spór, jaki prowadzisz od lat z urzędnikami, nie stwarza najlepszego gruntu dla takiego porozumienia.

– Teatr Polski osiąga największe sukcesy w swojej historii. Gramy we Wrocławiu przy nadkompletach. Jesteśmy najczęściej nagradzanym teatrem w kraju, zdobywamy laury i prestiż za granicą, podbijamy publiczność w Awinionie i Pekinie. To każdemu rozsądnemu obserwatorowi powinno wydać się wystarczającym argumentem. Żal byłoby to stracić.

Obawiam się, że dla marszałka ważniejsze mogą być liczby.

– Chętnie się nimi posługujemy. Przy strukturalnym, utrzymującym się od lat niedofinansowaniu na poziomie ponad 3 mln zł produkujemy kilka spektakli rocznie, mamy niemal stuprocentową frekwencję, na koncie kilkadziesiąt nagród i wyjazdów na najważniejsze festiwale teatralne w Europie i na świecie. Moglibyśmy przestać produkować przedstawienia, podważając sens istnienia teatru, lub podwyższyć ceny biletu, ograniczając tym samym dostęp do niego i kultury w ogóle. Nie możemy zapominać o tym, że instytucje kultury mają swoją misję, że ludzie przychodzą m.in. do teatru szukać odpowiedzi, pytać, poczuć się niewygodnie, poruszyć. Kontakt z kulturą zawsze prowokuje, wprawia w ruch to, co w nas zastane. W przypadku teatru szczególnie ważny jest jeszcze jeden aspekt – to społeczne spoiwo, bo spektakle tworzy się i ogląda we wspólnocie. Zawsze bardzo licznej, jeśli rozmawiamy już o liczbach.

Stąd próba unarodowienia Polskiego? Minister kultury mówi wprost: na to nie ma pieniędzy.

– To nie załatwia problemu. Trzeba rozmawiać o tym, gdzie ich szukać. Jednym z moich postulatów jest zmiana przepisów dotyczących systemu utrzymywania takich potężnych instytucji publicznych, jak m.in. Teatr Polski. Najlepszym przykładem jest wspaniałe, właśnie otwarte Narodowe Forum Muzyki, które jest finansowane z trzech źródeł: z miasta, regionu i państwa. To powinna być reguła, nie wyjątek. Wrocław jest przecież największym beneficjentem naszych sukcesów, a – pomijając okazjonalne wsparcie dla produkcji niektórych naszych spektakli, które zresztą bardzo sobie cenimy – nie ponosi kosztów utrzymania teatru. Trzeba pamiętać, że Teatr Polski jest najbardziej rozpoznawalną marką kulturalną Dolnego Śląska.

Będzie wystarczająco silna, żeby zapewnić ci wejście do Sejmu?

– Propozycję startu w wyborach wiążę silnie z tym, co przez 9 lat przy udziale ludzi pracujących w teatrze udało mi się osiągnąć. Przyszła we właściwym momencie – w 250. rocznicę istnienia teatru publicznego system jego finansowania przeżywa głęboki kryzys. A my staliśmy się ekspertem od trudnych spraw – do Polskiego zwracają się inne instytucje w kłopotach. Tak było z Teatrem im. Wilama Horzycy w Toruniu, wrocławskim Ośrodkiem Kultury i Sztuki, Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi czy Teatrem im. Jana Kochanowskiego w Opolu i wieloma innymi. To wszystko sprawia, że ani propozycja Władysława Frasyniuka i Ryszarda Petru, ani moja decyzja nie jest przypadkowa.

My, nasza, czyli kto, czyja? Sam nie podjąłeś tej decyzji?

– Ważnym argumentem było dla mnie to, że za Nowoczesną stoi dawna Unia Wolności. To także jedyna formacja polityczna, która w programie poważnie potraktowała kulturę. Na pewno nie wystartowałbym w wyborach, gdyby to było wbrew ludziom, z którymi pracuję. Dlatego długo rozmawialiśmy w teatrze na ten temat – z osobami z mojego najbliższego otoczenia, z działu literackiego, marketingu, z aktorami. Wspierali mnie w tej decyzji. Marzena Sadocha, dramaturżka naszej sceny, zauważyła, że ta decyzja może wzmocnić naszą, ludzi kultury, pozycję w relacjach z politykami. Obecnie artyści są barometrem niepokojów, bolesnych, trudnych spraw. To oni alarmują, mają poczucie odpowiedzialności za to, co się dzieje na świecie, zwracają uwagę na problemy, z którymi politycy sobie nie radzą. Zresztą nie od dziś tak jest. Historia pokazuje, że pierwszym krokiem najeźdźcy, okupanta, osłabiającym atakowane państwo, była eliminacja elit intelektualnych i ludzi kultury. Ten przykład pokazuje, że tym, co konstytuuje państwa, narody, wspólnoty, nie są ciężki przemysł, infrastruktura czy armia, lecz tradycja, kultura i zaplecze intelektualne. Nie możemy tego ignorować.

A nie boisz się, że polityka cię zmieni?

– W jakimś sensie jestem politykiem od dawna, upominając się o prawo do pracy artystów i publiczności do uczestnictwa w kulturze. Współczesna klasa polityczna już dawno utraciła zaufanie społeczne, instrumentalnie traktując wyborców, reprezentując samą siebie. W takim rozumieniu nie jestem politykiem. Mój gest jest wyrazem bezradności – obowiązujący system odrzucił, zakwestionował uprawianie przez ludzi kultury ich zawodu. Wszyscy jesteśmy rozgoryczeni. W naszym teatrze aktorzy zarabiają po 2,5 tys. brutto miesięcznie. Witold Liszkowski, wybitny malarz, przedstawiciel wrocławskiej awangardy, którego prace można było oglądać na wystawie Doroty Monkiewicz Dzikie pola w warszawskiej Zachęcie, jest zatrudniony w Polskim na etacie pracownika technicznego.

Co robi?

– Jest malarzem, co w naszej nomenklaturze oznacza, że maluje dekoracje na scenie. Świetnie sobie radzi, tylko czy tym właśnie powinien się zajmować? Do tego właśnie doprowadził brak systemu finansowania kultury w Polsce. Jeśli my o niego nie zawalczymy, nikt niczego z tym nie zrobi. Nie rozumiem, dlaczego nie bierzemy przykładu z krajów z długoletnią tradycją demokratyczną – z Francji czy Niemiec. Tam też obowiązuje wolny rynek, na który decydujący wpływ ma kultura.

Idziesz do polityki, żeby rozwiązać problem Teatru Polskiego?

– Nie, sytuacja w teatrze to jeden z elementów szerszego problemu – najłatwiej mi mówić właśnie o niej. Prawda jest też taka, że gdybyśmy pracowali w godnych warunkach, nie przyszłoby mi do głowy, żeby startować w wyborach. Ale doszliśmy do ściany – o kulturę trzeba walczyć. To nie jest jakaś abstrakcyjna przestrzeń. Lekceważenie, brak zrozumienia dla pracy, którą wykonują malarze, aktorzy, muzycy etc., czy szerzej: ludzie związani zawodowo z kulturą traktowani są jak darmozjady, jest już nie do zaakceptowania Spotykam się z artystami z różnych dziedzin, którzy m.in. nie mają zagwarantowanej opieki zdrowotnej. Mimo że pracownicy kultury i sztuki mają wysokie kwalifikacje, muszą akceptować dochody znacznie poniżej średniej krajowej. W dodatku nie tak dawno część z nich straciła przywilej, który to rekompensował – niższy podatek, pięćdziesiąt procent uzyskania przychodu.

To rzeczywiście skandaliczna decyzja. W dodatku przyjęta bez specjalnych protestów. Artyści nie potrafią bronić swoich interesów?

– Protesty były słabe, rozproszone, żaden parlamentarzysta nie stanął w naszej obronie. We Francji, kiedy Nicolas Sarkozy próbował obniżyć zarobki pracownikom kultury, poparły ich miliony ludzi. W Polsce jest to niemożliwe. Ale artyści mają kłopot – kiedy pielęgniarka odchodzi od łóżka pacjenta, a rolnicy blokują drogi, mamy problem. Społeczna rola kultury została skutecznie zmarginalizowana. Boję się rozjuszonych troglodytów, dla których konsumpcja jest jedyną wartością. Efektywność, użyteczność, jakość pracy artystów to kłopotliwe kategorie – nie da się ich zmierzyć i jednoznacznie ocenić, to długofalowy proces. Jak wytłumaczyć politykom, czym grozi lekceważenie kultury? Na zachodzie Europy kolejne rządy od dawna wiedzą, że kultura napędza rozwój gospodarczy.

A w Polsce ta świadomość jest nikła. Nie myślimy o tym, że to nie kultura jest częścią gospodarki, ale gospodarka częścią kultury, co w czasie Kongresu Kultury Polskiej w 2009 r. tak bardzo akcentował Paweł Potoroczyn. W UE przemysły kulturalne i kreatywne wypracowały w ciągu ubiegłego roku 539 mld euro – to jest 4,2 procent unijnego PKB. Jeśli ktoś tego nie rozumie, podważa filozofię europejskiego myślenia, uprawia dywersję kulturalno-gospodarczą. Winston Churchill zapytał ministra obrony Wielkiej Brytanii, który apelował o zwiększenie środków na zbrojenia, skąd je wziąć. A kiedy usłyszał w odpowiedzi "z kultury", zapytał trzeźwo: "to o co mamy walczyć?".

W jaki sposób ty chcesz jej bronić?

– Wiem, czego chcę – będę walczył o zmianę, o szereg zmian. Chciałbym doprowadzić do stworzenia jasnych zasad finansowania kultury w Polsce, także wprowadzić zmiany organizacyjne. Czy powołanie wicepremiera z teką ministra kultury, któremu podlegałyby Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Ministerstwo Edukacji Narodowej, groziłoby załamaniem koniunktury gospodarczej? Niezbędne są ustawy o książce, teatrze czy sponsoringu, która umożliwi wspieranie instytucji kultury przez podmioty prywatne na transparentnych zasadach. Bo przecież problemy, z jakimi zmaga się opera, są rezultatem notorycznego niedofinansowania tej instytucji. Konieczne jest wprowadzenie edukacji kulturalnej, bo konsekwencją zaniku kompetencji kulturowych jest przekonanie, że wszystko, co związane z duchowością człowieka, wiąże się z życiem religijnym, a przecież przestrzeń symboliczną poza religią wypełniają także kultura i sztuka. Będę walczył z monopolem władzy, z którym mamy do czynienia od lat. Chcę polityki, która jest dla ludzi – nie odwrotnie. W ostatnich latach klasa polityczna zamknęła się we własnym medialnym getcie, zapominając o źródle swojego mandatu i uzależniając swoje poglądy od osobistych karier. Oddzielona od reszty społeczeństwa nie rozumie roli, którą pełni, straciła ogląd rzeczywistości. Uzurpując sobie prawo do decydowania o najbardziej intymnych kwestiach, sprawiła, że obecnie większym od lęku przed śmiercią jest lęk przed życiem. Polityczne przepychanki, szafowanie wartościami, autorytarne definiowanie relatywnych z natury pojęć równają się z podważaniem tożsamości myślących inaczej. Interesuje mnie otwarta, dynamiczna demokracja, która nie zamyka drzwi uchodźcom, ludziom, którzy stracili swoje domy, którzy uciekają przed wojną po to, by normalnie żyć. Nie możemy zapominać o tym, że Mickiewicz, Słowacki, Norwid czy Chopin też byli uchodźcami. O taką odważną i radykalną demokrację, wolną od mowy nienawiści, ksenofobii i uprzedzeń w Teatrze Polskim walczymy od dawna. Martwi mnie, że w zagranicznych mediach Polska wciąż jest postrzegana jako kraj, który chętnie bierze pieniądze, ale nie chce być solidarny. Stoimy w obliczu rewolty, która może doprowadzić do zasadniczego przewartościowania.

Po dyrektorze tak, nomen omen, nowoczesnego teatru jak Polski spodziewałabym się raczej akcesu do młodej lewicy. Nie do partii Petru, który jeszcze niedawno mówił frankowiczom, że są dziećmi szczęścia. A dziś chce wprowadzić częściowo płatną służbę zdrowia.

– To poważny problem, tym bardziej że sam mam w rodzinie frankowiczów. Warto jednak pamiętać, że to nie Ryszard Petru wprowadzał te zasady. I teraz zarówno rząd, jak i bankierzy muszą się zastanowić, jak z tego wyjść. W końcu państwo i banki powinny służyć obywatelom.

Wierzysz w empatię bankierów?

– Nie. Ale banki tracą autorytet społeczny, wraz z nim mogą zacząć tracić klientów. I dlatego właśnie powinny podjąć rozmowę o pomocy frankowiczom. To są konsekwencje szybkiej ścieżki, którą narzucił nam wolny rynek. Marcin Król uważa, że na początku transformacji zapomnieliśmy o kapitalizmie opiekuńczym i demokratycznym, stąd takie rozgoryczenie i odrzucenie polskiego sukcesu gospodarczego. Z kolei Elżbieta Mączyńska przestrzega przed formułą kapitalizmu autorytarnego, w którym łamane są prawa człowieka. Mamy do czynienia z ładem globalnym i chaosem lokalnym. Swoista odmiana płynnej nowoczesności. Wyzwania są duże. Platforma miała szansę, żeby coś z tym zrobić. Nie skorzystała z niej, a teraz, im bliżej wyborów, tym więcej politycy mają pomysłów na naprawę. Nie można w to wierzyć.

A ty uwierzyłeś, że z Nowoczesną będzie inaczej?

– Oczywiście, inaczej bym się nie zdecydował. Kompromitacja dotychczasowej władzy to reguła ponad politycznymi podziałami.

Są elementy, które sprawiają, że Nowoczesna jest mi bliska, choćby przez to, że jest laicka i uwrażliwiona na kwestie równościowe. Jestem przekonany, że przyciągnie wielu młodych ludzi, którzy chcą coś zmienić. Istotne jest to, że Petru stawia na kulturę, dostrzega jej znaczenie – żadna lewicowa partia tego nie zrobiła.

Wśród osób, które podjęły decyzję o starcie, jest Joanna Scheuring-Wielgus z Torunia, która startowała w wyborach prezydenckich jako przedstawicielka ruchów miejskich. Nie obawiasz się, że będziecie spełniać rolę takich paprotek – ideowych zapaleńców, którzy dadzą partii udział w parlamencie? A potem rozpocznie się brutalna polityczna gra?

– Nie. Dokonując tego wyboru, kierowałem się nadziejami, a nie obawami. Większość osób, które startują w wyborach do Sejmu z list Nowoczesnej, dotychczas od polityki trzymała się z daleka. To są m.in. przedsiębiorcy, lekarka, prawniczka, dyrektor teatru. Fajni, pracowici ludzie, którzy już coś w życiu osiągnęli. Jedynkami jest 41 procent kobiet. Myślę, że zdecydowaliśmy się na ten krok w reakcji na brak elementarnej etyki w polityce. Dlatego jestem przekonany, że mechanizmy, o których mówisz, nie będą miały tu miejsca, a ideowość nie wyklucza energii, zdecydowania i skuteczności w działaniu.

Wierzysz w przekroczenie progu? Prognozy nie są optymistyczne.

– Jest kilka tygodni, by z wyborcami rozmawiać otwarcie, poważnie i nie stwarzać iluzji. Po prostu mówić prawdę. Tak postępujemy od lat w Teatrze Polskim. Nasza publiczność zrozumiała, że zaufanie, solidarność i odpowiedzialność to nie są puste słowa. Na takim fundamencie zbudowaliśmy przymierze z publicznością i jestem optymistą – od momentu ogłoszenia mojej decyzji zaczepia mnie sporo ludzi na ulicy. Słyszę od nich: "Nareszcie mam na kogo głosować".