Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Dorota Wodecka

Cały świat pracuje na książkę

Wydarzenie:
41 utonięć
Źródło:
"Gazeta Wyborcza" 2016 nr 26
Data publikacji:
2016-02-02

Rozmowa z Agnieszką Wolny-Hamkało, autorką powieści 41 utonięć

 

Dorota Wodecka: Mam wrażenie, że twoja nowa powieść zaczęła się od notatek na Fejsie.

Agnieszka Wolny-Hamkało: Zaczęła się w różnych miejscach: na ulicy, w telefonie, w wiadomościach TVN, w teatrze, na Fejsie. Ja po prostu piszę. Cały czas i odkąd pamiętam: wiersze, opowiadania, eseje, powieści, felietony, książki dla dzieci, wstępy, posłowia, esemesy i wpisy na Facebooku. I kiedy zaczęło się ostatnie gorące lato, opisywałam je. Mieliśmy prawdziwe włoskie noce i ludzie wieczorami wychodzili z bloków. A gdy zorientowałam się, że już złapałam odpowiedni ton i zaczyna się krystalizować opowieść – zawiesiłam konto na Facebooku na kilka miesięcy i napisałam książkę.

Facebook jest dobrym miejscem do testowania tekstów literackich?

– Znacznie lepiej sprawdzać własne historie, anegdotki, podpatrując, jak reagują na nie ludzie. Przecież żal byłoby nie opisać dwóch kobiet w cukierni: widzę przez szybę, jak jedna drugiej ogląda bliznę na dziąśle. W ulubionej knajpce znalazłam mnóstwo papierowych zwierzątek, zapytałam kelnerkę, skąd to mają, a ona na to: "Pasją naszego dentysty jest origami"...

Okazuje się, że cały świat pracuje na książkę. Facebook jednak nie lubi dużych form, a powieść to teatr: odsłaniamy kurtynę, przedstawiamy postacie, zaczynamy show. Ma swoją atmosferę, jak przedstawienie.

41 utonięć osadziłaś we wrocławskim Teatrze Polskim, co niechybnie zmusi czytelników do analizowania, kto za kim się tu kryje.

– Kiedyś znajomy pisarz powiedział mi, że za jedną postać literacką obraziły się na niego aż trzy osoby. Wszystkie sądziły, że to o nich... Więc takie śledzenie w powieściach z kluczem jest raczej zabawą. Anglosasi mają potężną tradycję powieści kampusowej. To np. Jim Szczęściarz Kingsleya Amisa, Zamiana Davida Lodge’a czy bardziej współczesne O pięknie Zadie Smith. Powieści o zamkniętych środowiskach pokazują kawałek ukrytego świata, pozwalają zajrzeć za kulisy. A teatr to nawet lepsza scenografia dla powieści.

Dla dramatu raczej. Szczególnie ostatnio. Choć może krucjaty różańcowe modlące się pod teatrami to jednak groteska?

– Rzeczywiście, temat jest aktualny i przebił się do tzw. debaty publicznej. Ale nie napisałam książki o protestach pod teatrem, to raczej obrazy, które budują jej atmosferę.

Dyrektor przechadza się po teatrze w koszulce "Fuck the marszałek" i szantażuje go filmikami, na których w towarzystwie prostytutek spożywa kokainę. No i nareszcie ma pieniądze na sztukę.

– W obliczu groźby klęski finansowej rzeczywiście się do tego posuwa. W powieści ta sytuacja jest wzięta w cudzysłów i potraktowana jak zwykły mechanizm negocjacyjny, ale w rzeczywistości przez ten mechanizm marnuje się w Polsce i tak wątłe zaufanie społeczne. Szkoda. Ludzie zaczynają wyciągać karty z telefonów, kiedy chcą pogadać... Szczęśliwie powieść pozwala na jeszcze więcej groteski i absurdu, niż jest we współczesnej Polsce.

Teatr ma kosę z władzą.

– Mądra władza pozwala na to, wiedząc, że emocje trzeba gdzieś wyprać. Niemądra działa lękowo: zakazami i opresją. W teatrze zrozumiałam, że bycie osobą apolityczną jest niemożliwe. Albo ty dopadniesz politykę, albo ona dopadnie ciebie – w gabinecie ginekologicznym, w urzędzie, w telewizji, w teatrze. To sytuacja z założenia wpisująca nas w konflikt, no a wejście w konflikt wymaga odwagi. Również w konflikt z samym sobą. Oglądając porno w Internecie, czujemy się bezpieczni, ale kiedy ktoś odgrywa stosunek seksualny na scenie – jesteśmy oburzeni. Teatr pokazuje nam hipokryzję, ale też pozwala przeżywać lęki w zorganizowany sposób. I radzić sobie z nimi.

"To świat jest skandalem, a nie sztuka", powiada dyrektor sceny.

– Osoby na stanowiskach z potencjałem medialnym muszą czasem wypowiadać bon moty, które łatwo zapamiętać. Dyrektor dobrze rozpoznaje mechanizm mediów.

To jest zdanie wyjęte z ust Krzysztofa Mieszkowskiego, dyrektora TP i posła Nowoczesnej. Często je powtarza.

– Ta postać z powieści jest kreacją artystyczną. Nie sądzę, że dyrektor Mieszkowski trzyma pistolet w szufladzie w swoim gabinecie. Nie o nim jest moja historia.

Twoi bohaterowie nie żyją normalnie.

– Bo budują spektakl. Ale rzeczywiście żyją trochę inaczej niż reszta. Są zawieszeni między dojrzałością a światem marzeń dziecka albo ujmując to lepiej: między tzw. mieszczańskim stylem życia a wolnością osób żyjących bez zobowiązań.

Powtarzalność oddaje wyczerpanie starych formuł, przyzwyczajeń, zachowań. Podkreśla stan zawieszenia. Chciałam sportretować pokolenie 30-, 40-latków, ale przede wszystkim przyjrzeć się miejskiemu życiu artystycznemu, które jest podobne we Wrocławiu, Berlinie czy Nowym Jorku. Ale nie jest to opowieść o gwiazdach. Skupia się raczej na ludziach aspirujących, niekoniecznie spełnionych z punktu widzenia systemu. Ich język jest eklektyczny, łączy język literatury, nowych technologii i ulicy. To ich wspólny kod.

W którym się nie dogadują.

– Ale próbują. Ze wzruszającą determinacją. Co im jeszcze zostało? Z drugiej strony niechętnie wpuszczają kogoś do swojego świata. Są na tyle doświadczeni, że zdążyli przerobić już różne scenariusze. Wiedzą, z czym to się wiąże, i po prostu się boją. Więc przeciągają ten stan zawieszenia w nieskończoność. Skoro każdy może być, kim tylko zechce – to wchodząc w związek, nie wiesz, kim okaże się partner. Nie wiesz nawet, kim ty będziesz. Musisz to na nowo dla siebie wymyślić. Zamiast dogmatów masz hipotezy i w każdej się możesz odnaleźć, a jednocześnie każda może okazać się nieprawdziwa. Ale przynajmniej masz wybór.

Agnieszko, kogo obchodzą dylematy artystów? Artysta, na co się zanosi, ma służyć narodowi i promowaniu kultury chrześcijańskiej, co zasugerował w swoim wystąpieniu na otwarciu ESK we Wrocławiu minister kultury.

– To, co zasugerował minister, brzmi oczywiście bardzo naiwnie. Artysta niczego nie musi. A najlepiej przysłuży się narodowi, będąc zbuntowanym i krytycznym, przede wszystkim wobec władzy. W tej przywoływanej tak chętnie kulturze chrześcijańskiej po prostu jesteśmy, oddychamy nią jak powietrzem. Nie da się jej "promować" i nie da się od niej "odejść".

Ale naturalnie wszystko, co rozszczelnia monopol na władzę, jedynie słuszne idee, jedynie właściwy światopogląd – jest zjawiskiem pozytywnym i regulującym. Świat bez artystów byłby jak miasta bez parków. Artysta może powiedzieć coś za nas, kiedy się wstydzimy albo boimy. Rozregulować stare układy, role społeczne. Społeczeństwo pilnuje tych ról i ma do tego narzędzia, od miękkiej perswazji po opresję: "matka musi być taka i taka". Artysta się za nas pobrudzi, wystawi na pośmiewisko, wlezie tam, gdzie zimno i ciemno, żeby opowiedzieć, jak jest.

Dlaczego ciebie to pociąga?

– Kiedy byłam młodą dziewczyną, przychodziłam często do wrocławskiej galerii Entropia, która gromadziła wokół siebie artystów z – oględnie mówiąc – obszaru awangardy. Chciałam żyć jak ci ludzie. Byli jakby narysowani grubszą kreską: inteligentni, odważni. Wydawało mi się, że robią, co chcą, np. wszystko odwrotnie: piją kawę nocą, a rano wino, nawet Nowy Rok obchodzą kiedy indziej. Śpią w dzień, a odwiedzają się nocą. Siłą rzeczy ci ludzie narażali się na ostracyzm społeczny, dlatego w naturalny sposób do siebie lgnęli. To też ludzie, od których dostawało się zaocznie sto procent akceptacji. Miłe i rzadko spotykane uczucie.

Odnoszę wrażenie, że dla twojej bohaterki seks jest jedynym medium pozwalającym jej na bliskość.

– Pojawiali się w historii literatury bohaterowie, którzy mają wszystko, akurat moi mają niewiele. Ale starają się jakoś sobie radzić: seks jest przecież przyjemny. Mają też przyjaciół, starają się trzymać razem. Niewygodnie im w foremkach, które przygotowano dla nich w podręcznikach. Nadal szukają czegoś, co sprawi, że będzie dobrze. Lubię myśleć, że jeszcze znajdą, może nie teraz, może kiedyś. W innym miejscu. Z kim innym.