Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Robert Migdał

Cezary Morawski: "M jak miłość"? Nie oglądałem tego serialu...

Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" 2016 nr 216
Data publikacji:
2016-09-20

Rozmowa z Cezarym Morawskim, aktorem, reżyserem, nowym dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu

 

Robert Migdał: Schudł Pan ostatnio?

Cezary Morawski: Na pewno.

Ile?

– Nie wiem, nie ważyłem się. Ale po pasku w spodniach czuję, że zrzuciłem trochę. Pewnie to wszystko przez stres.

Nie można powiedzieć, że został Pan gorąco przyjęty we Wrocławiu.

– To było gorące przyjęcie, ale mam na myśli także wspierające komentarze mieszkańców Wrocławia: na portalach społecznościowych i pod artykułami.

Emocje powoli opadają?

– Mam taką nadzieję, chociaż część zespołu Teatru Polskiego jest na urlopie, a część, ta która brała udział w happeningach przeciwko mnie przed teatrem i w teatrze, wyjechała w tej chwili do Pilzna, na festiwal. Grają Wycinkę.

Happeningi... Delikatnie Pan to nazwał.

– Mam nadzieję, że sytuacja powoli się uspokaja. Miło mi jednak nie było: w wielu momentach próg zachowań akceptowalnych został przez protestujących przekroczony. Staram się jednak cały czas nie poddawać tym negatywnym emocjom.

Łatwo Pan wybacza czy też jest człowiekiem pamiętliwym?

– Są momenty, rzeczy, które będę pamiętał i one nigdy nie znikną. Nie jestem jednak człowiekiem mściwym, który będzie szukał odwetu, zemsty za krzywdy, za złe słowa. Jeśli nadal działania części zespołu będą szkodziły teatrowi, za który odpowiadam, to pewnie będę musiał zareagować i podjąć odpowiednie kroki. Także personalne. Mam wielką cierpliwość, ale ona się powoli wyczerpuje. Na szczęście potrafię się szybko uspokajać i regenerować.

Jak się Pan regeneruje?

– Spacerami, ale przede wszystkim wielkim wsparciem dla mnie jest moja rodzina: żona, dzieci, moi rodzice. Dostaję także mnóstwo telefonów, SMS-ów, listów ze słowami wsparcia: od przyjaciół, aktorów i reżyserów – nawet tych, którzy nie kontaktowali się ze mną od wielu, wielu lat.

Rodzina bardzo przeżywała to, co się działo wokół Pana?

– Najbardziej moi rodzice. Bo te ataki nie trafiały tylko we mnie. Odbijały się też na moich najbliższych. Zawsze się tak dzieje, że najbliżsi atakowanej osoby dostają rykoszetem – ci, którzy prowokują takie pełne jadu i agresji sytuacje, często o tym zapominają. Ale mama i tato trzymają za mnie kciuki, wierzą we mnie. To mi daje ogromną siłę.

W całym tym zamieszaniu myślał Pan sobie niekiedy: "Czarek, po co ci to wszystko?"

– Kilkakrotnie. Ale wiedziałem, że kiedy już wygrałem konkurs na dyrektora i pod naciskiem protestujących wycofałbym się, to cała ta procedura konkursowa nie miałaby w przyszłości żadnego znaczenia. I każdy nowy dyrektor, w każdym teatrze w Polsce byłby wymuszany siłą. Pan Michał Zadara w jednym z wywiadów powiedział, że "założył swój własny teatr, bo nie chce hegemonii aktorów". I coś w tym stwierdzeniu jest. Ja przez lata pracowałem w Akademii Teatralnej w Warszawie i kiedy po 38 latach pracy przestał mi się podobać styl zarządzania, odszedłem z tej uczelni. Tak samo mogą postąpić protestujący aktorzy... Tym, którzy zechcą odejść, życzę wszystkiego najlepszego. Tym, którzy zechcą ze mną zostać i dalej robić teatr, życzę tym bardziej wszystkiego najlepszego.

Co dla Pana jest ważne w Pana dekalogu wartości? W podejściu do ludzi?

– Najważniejsza jest prawda. Nie wolno się bać mówić prawdę, choć bywa czasami trudna do wypowiedzenia – bo prawdą można zrobić krzywdę, można zranić. Jednak gdy się żyje w prawdzie, to człowiek jest sobą. Trzeba być autentycznym, mówić to, co się myśli. Nie wolno oszukiwać, kłamać, nie wolno kombinować i być dwulicowcem. Trzeba być prawdziwym – i w życiu prywatnym, i w zawodowym.

Dobrze Pan na tym wychodzi?

– Nie zawsze. Niekiedy lepiej by dla mnie było, gdybym się ugryzł w język. Z takim podejściem trudniej jest z otoczeniem, ale łatwiej z samym sobą. Żyjąc w zgodzie z prawdą, każdego dnia mogę stanąć przed lustrem i spokojnie spojrzeć sobie w twarz. A to jest dla mnie ważne.

Od ponad tygodnia jest Pan nowym dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu. Będzie Pan miał dyrektora artystycznego?

– Tak, jak deklarowałem w aplikacji konkursowej, nie powołam zastępcy do spraw artystycznych – będę pełnił obie funkcje. Na razie nie podjąłem jeszcze żadnych decyzji personalnych. Jest na to za wcześnie, zespół jest na urlopie, a ja nie chcę robić takich ruchów po kryjomu, za plecami zespołu. Chcę, żebyśmy wszyscy się spotkali, spojrzeli sobie w oczy i żebyśmy odbyli męską, otwartą rozmowę z całym zespołem – ze wszystkimi aktorami, a nie tylko z tą małą grupą, która ostatnio była faworyzowana i grała w przedstawieniach, ale też z pracownikami technicznymi, z całą obsługą teatru.

Poprzedniemu dyrektorowi, Krzysztofowi Mieszkowskiemu, skończył się kontrakt...

– ...No właśnie, dobrze, że Pan to powiedział. Skończył mu się kontrakt na piastowanie funkcji dyrektora. Nikt go nie zwalniał, nie odwoływał, nie wyrzucał – a takie padały oskarżenia. Mówiło się, że może zostać na stanowisku dyrektora artystycznego. Dwa lata temu władze województwa sugerowały panu Mieszkowskiemu, żeby został dyrektorem artystycznym, a funkcję dyrektora generalnego, który by m.in. pilnował finansów, sprawował ktoś inny. Były ustalenia spisane w formie protokołu trójstronnego – dyrektor teatru, władze województwa, minister kultury. To był czas, kiedy można było tę całą sytuację w spokoju załatwić. Były na to dwa lata. Jak widać, nie udało się.

Za co się Pan bierze w pierwszej kolejności?

– Muszę przygotować program naprawczy teatru, bo dług po rządach poprzedniego dyrektora – 1 300 000 złotych – to nie jest mało. To przecież ogromna suma pieniędzy – za taką kwotę można zorganizować międzynarodowy festiwal, wielkie przedstawienie, ba – można zrobić kilka spektakli.

Jaki ma Pan pomysł, co z tym długiem zrobić?

– Powolutku wczytuję się we wszystkie dokumenty. Muszę na początku zrobić bilans otwarcia, będzie zrobiony audyt, który mi pomoże zorientować się, gdzie mogę szukać rezerw. Nie robię tego, jak mi się zarzuca, żeby szukać winnego, tylko po to, by znaleźć rozwiązanie. Chcę mieć porządek w teatrze i startować w jasnej sytuacji finansowej i organizacyjnej. Teraz najważniejsze jest dla mnie, aby dług teatru nie rósł, choć wiem jednocześnie, że długu, który zastałem, z pewnością nie da się zlikwidować w przeciągu jednego sezonu. Prowadzę negocjacje z wierzycielami teatru – jestem po rozmowach z nimi i próbujemy się dogadać. Są bardzo otwarci na współpracę. To mnie napawa optymizmem, że uda się zrzucić ten finansowy balast i drobnymi krokami wyprostować sytuację.

Zaczyna Pan dyrektorowanie teatrem w dość późnym wieku.

– Niektórzy zostają dyrektorami w wieku lat 30, inni, jak ja, mając sześćdziesiątkę na karku. Każdy wiek ma swoje plusy, atuty, zalety. Ja w wieku 60 lat czuje się młodo, na siłach, żeby podjąć takie wyzwanie. Młodzi mają energię i entuzjazm, starsi – wiedzę i doświadczenie.

Ma Pan pewnie plan, co by chciał widzieć, co by chciał robić w swoim teatrze.

– To, co ja bym chciał, to jest jedna strona medalu. Druga – przy takim zadłużeniu – co będę mógł zrobić.

Co się Panu marzy w teatrze?

– Przed spotkaniem z zespołem nie chciałbym mówić o konkretnych tytułach i konkretnych artystach, których bym widział na scenie.

No to bez nazwisk. Ogólnie. Zachowa Pan trzy sceny: główną na ul. Zapolskiej, na Dworcu Świebodzkim i kameralną na ul. Świdnickiej?

– Taki mam zamiar. Uważam, że pozbywanie się choćby jednej ze scen byłoby dla teatru niekorzystne. Bo na przykład dzięki trzem scenom jest szansa na bardzo zróżnicowany repertuar, na jego rozszerzenie. Zaznaczam, że nie chcę dzielić tych trzech scen na trzy różne stylistyki teatralne. Nie będzie tak, że na Świebodzkim będą się działy tylko eksperymenty teatralne, a na scenie kameralnej będzie grany tylko lżejszy repertuar. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby teatr był aktywny, rozwijał się, a rozwija również się przez eksperyment. Kiedy dzieje się coś nowego, twórczego. Poza tym nie chcę rezygnować z żadnej ze scen, ponieważ czekają nas remonty: przede wszystkim dużej sceny, widowni, dachu w teatrze – spektakle na czas remontu gdzieś muszą być grane, gdzieś muszą znaleźć schronienie. Oddanie więc choćby jednej sceny byłoby niekorzystne z wielu powodów, a co też ważne, bardzo by zubożyło repertuar i ofertę dla widzów – tego nie chcę.

Startując w konkursie na dyrektora, proponował Pan różne przedstawienia, które można by zrobić.

– To, co napisałem w aplikacji, startując na stanowisko dyrektora, to był pewien zarys. Każda aplikacja konkursowa jest takim zarysem. A mnie spotkał zarzut, że chcę robić przedstawienia rocznicowe...

...apele patriotyczne, akademie ku czci...

– Trudno nie zauważyć, że zbliżamy się do setnej rocznicy urodzin Świętego Jana Pawła II, ale to nie znaczy, że będziemy na deskach Teatru Polskiego wystawiać sztukę Karola Wojtyły czy sztukę biograficzną o papieżu. To mogą być czytania, konferencja teatralna poświęcona twórczość Karola Wojtyły. W taki sposób chciałbym uczcić urodziny papieża. Można też zaproponować na rocznicę jego setnych urodzin sztukę, w której będziemy mogli się spierać o to, czym jest dzisiejsze chrześcijaństwo, jacy my jesteśmy dzisiaj – interesują mnie bardzo głębokie tematy, a nie spektakl dokumentalno-biograficzny.

A repertuar lekki?

– Nie zapomnimy o nim. Taki rodzaj sztuki też jest potrzebny – widać to po sprzedaży biletów. Spektakle komediowe świetnie sobie radzą, ale też chciałbym zaproponować widzom coś lekkiego, innego, a nie tylko fenomenalny Mayday. Chciałbym, żeby to były komedie, które przyciągną publiczność – żeby były zabawne, ale przy okazji mądre. Zależy mi na dobrych sztukach, na wysokim poziomie. Poza tym na scenie Teatru Polskiego jest granych wiele spektakli obcych teatrów z pogranicza musicalu, farsy, komedii, które nie są z naszego repertuaru, ale gościnnie przyjeżdżają do nas i bawią naszą publiczność. Będę stawiał na różnorodność. Ale to musi potrwać, to nie będzie od razu. Budowanie repertuaru trwa około dwóch sezonów.

Nie bez znaczenia jest na przykład nadal nierozwiązana sprawa premiery Procesu w reżyserii Krystiana Lupy. Zabiegam o to, żeby przynajmniej pokazać to, co do tej pory zostało wypracowane na próbach, taki Proces w procesie, Proces-próba. Żeby widzowie mieli szansę zobaczyć, co się do tej pory wydarzyło, jaka miała być idea. Próby do Procesu rozpoczęły się w marcu tego roku.

Jeżeli chodzi o pozostały repertuar – jest on bardzo bogaty. Mamy kilkadziesiąt spektakli, ale kilka osób z zespołu zapowiadało, że odejdzie z teatru. Nie wiem, czy tak się stanie. Jeśli tak, to będę musiał podjąć decyzję, czy robić zastępstwo czy zdjąć spektakl z repertuaru. To będę wiedział po spotkaniu z całym zespołem. W tym momencie muszę się skupić na stronie menedżerskiej.

Morawski nie będzie rewolucjonistą?

– Nie chcę wywrócić repertuaru Teatru Polskiego do góry nogami, tylko go uzupełnić, poszerzyć. Wzbogacić go. Nie chcę robić rewolucji. Wrocławski Teatr Polski cieszy się wielką sławą w Polsce, w Europie. To trzeba szanować, trzeba umieć to wykorzystać.

Skupi się Pan na dyrektorowaniu czy też będzie Pan chciał reżyserować w Polskim, grać na scenie?

– Jeśli jakiś reżyser mnie poprosi i będzie chciał skorzystać z mojego aktorskiego doświadczenia, będę rozważał taką propozycję. A reżyserowanie? Nie wiem, czy znajdę czas. Może się tak zdarzyć, że wyreżyseruję sztukę trzy-, czteroosobową – oczywiście jeśli to nie będzie mi przeszkadzało w pracy menedżerskiej. Reżyserowanie nie będzie z pewnością moim głównym zajęciem.

A zatrudni Pan w teatrze swoją żonę – też aktorkę?

– Nie rozmawiałem z nią jeszcze o jej ewentualnej pracy we Wrocławiu. Bardzo możliwe, że będę angażował nowych aktorów i możliwe, że w tym gronie znajdzie się też moja żona.

Skąd się wziął w Pana głowie pomysł, żeby zostać dyrektorem teatru?

– To nie jest nowy pomysł. Między innymi w tym w celu skończyłem w Szkole Głównej Handlowej studia menedżerskie. Przez lata pełniłem różne kierownicze funkcje, nie tylko grałem i reżyserowałem – byłem też prodziekanem w szkole teatralnej, szefowałem Międzynarodowemu Festiwalowi Sztuk Teatralnych...

...i był Pan też skarbnikiem w Związku Artystów Scen Polskich. Nie wspomina Pan tego chyba najlepiej – skończyło się to dla Pana sprawą w sądzie.

– Pisano o mnie, że "sprzeniewierzyłem kasę, że malwersacja była, że Morawski zdefraudował". Bardzo łatwo przypinano mi różne łatki. Oskarżano o rzeczy, których nie zrobiłem. Ja i prezes ZASP-u nie wiedzieliśmy, że dyrektor finansowy zainwestował samodzielnie, bez naszej wiedzy i bez naszej zgody, 9,5 miliona złotych w te akcje stoczni Porta Holding w Szczecinie. Nie my jedyni czuliśmy się oszukani, były i inne firmy, które też kupiły akcje stoczni. Nigdy nie zostałem w tej sprawie oskarżony o zdefraudowanie, o malwersację, o wzięcie do kieszeni, o kradzież tych pieniędzy. Postawiono mi zarzut, że jako skarbnik nie dopilnowałem dyrektora finansowego ZASP-u. Wlokło się to latami – po 10 latach z prokuratury wreszcie sprawa trafiła do sądu, odbyła się rozprawa. W międzyczasie wszystkie pieniądze zostały ZASP-owi zwrócone. W 100 procentach, z odsetkami. A teraz, po latach tę sprawę wykorzystuje się – co mnie bardzo boli – do ostracyzmu, do mówienia nieprawdy o mnie, do deprecjonowania mojej osoby. Jeszcze raz podkreślam, że nie byłem za nic karany.

Wróćmy do sztuki. Lista ról, jakie Pan zagrał, reżyserów, u których wystąpił, jest imponująca. I role teatralne, i filmowe. No i serialowe, z którymi miliony Polaków Pana kojarzą.

– Grałem w wielu serialach, niektórych tytułów już nawet nie pamiętam. Zdecydowanie ważniejsze są jednak inne moje aktorskie doświadczenia. Wymienię tylko kilka: debiut w Przebudzeniu wiosny w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego (Melchior Gabor), Poeta w Grze snów Strindberga w reżyserii Macieja Prusa, Oswald w Upiorach Ibsena reżyserowanych przez Macieja Prusa i Erwina Axera, Mateusz Lewita w Mistrzu i Małgorzacie Macieja Englerta, Benvolio w Romeo i Julii w reżyserii Andrzeja Wajdy, Klaudiusz w Hamlecie, ale też role w spektaklach Teatru Telewizji: Gracze Gogola, Zmierzch długiego dnia O’Neilla, Lato w Nohant Iwaszkiewicza, Judasz z Kariothu Rostworowskiego, i ostatni spektakl Teatru TV przed stanem wojennym, czyli Konrad w Dziadach cz. III. Ważny repertuar i ważni reżyserzy w moim życiu.

Lubił Pan M jak miłość?

– Bardzo, bo fantastycznie się w nim grało, była fantastyczna atmosfera na planie, cudowna ekipa. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci. To była taka jedna, wielka serialowa rodzina. To się rzadko zdarza. A na dodatek to były złote czasy dla seriali w polskiej telewizji – oglądalność milionowa, wielka popularność. Każdemu aktorowi jest miło, gdy jest rozpoznawalny, a gdy jest rozpoznawalny przez miliony widzów, to mu jest milej jeszcze bardziej.

Dzisiaj ogląda Pan M jak miłość?

– Nie. I przyznam się – ja M jak miłość nie oglądałem nawet wtedy, kiedy w tym serialu występowałem (uśmiech). Nie miałem po prostu na to czasu...

Granie w serialach to dla aktora ujma?

– Nigdy tak nie myślałem. To była normalna, aktorska praca. I wiem, że wykonywałem ją dobrze.

Aktorstwo to tylko zawód, którym zarabia Pan na chleb?

– Gdzie tam. To przede wszystkim pasja. Wielka pasja. Dobrze robić to, co się lubi.

Dobrze wstawać rano do roboty, którą się lubi.

– Choć czasami nie było lekko, bo trzeba było wstawać o trzeciej w nocy, żeby być gotowym o godzinie szóstej na planie zdjęciowym – już z charakteryzacją, w kostiumie (śmiech).

Kiedy pojawił się w Pana głowie pomysł, żeby zostać aktorem? Wychowywał się Pan w artystycznym domu?

– Zupełnie nie. Dorastałem w rodzinie lekarskiej – mama jest lekarzem, i tato, i siostra... I ja też się wybierałem studiować medycynę, ale plany mi się zmieniły przez moją panią profesor z liceum.

Przez nauczycielkę języka polskiego?

– Nie, przez panią od zajęć plastycznych. Uczyła nas kolorować, rysować, ale też kompozycji, historii sztuki. I któregoś razu postanowiła zrobić kabaret. Ja w tym kabarecie zagrałem i pokochałem aktorstwo. Zapomniałem o całym bożym świecie. I tak ta moja przygoda ze sceną się zaczęła...