Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Katarzyna Kamińska

Dziwny znak

Data publikacji:
2010-12-11

Rozmowa z Łukaszem Twarkowskim, współtwórcą projektu Lila negr

Performance multimedialny grupy Identity Problem to druga część multimedialnego projektu nawiązującego do twórczości i życia rosyjskiego artysty estradowego Aleksandra Wertyńskiego. Pierwsza część - Vertinsky Project - wygrała Nurt Off PPA w 2009 roku. Lila negr zobaczymy w sobotę i niedzielę na Scenie na Świebodzkim.



Katarzyna Kamińska: Lila negr to drugi projekt, w którym inspirujesz się postacią mało znanego w Polsce poety i piosenkarza Aleksandra Wertyńskiego. Gdzie go poznałeś?

Łukasz Twarkowski: To dość zagmatwana historia. Znajomość z Wertyńskim w dużym stopniu wiąże się z moimi studiami w Rosji, bo gdybym tam nie pojechał, nie mówiłbym po rosyjsku i nie poznał jego twórczości. Polskie tłumaczenia jego tekstów są straszne. Pierwszy raz spotkałem się z nim w Petersburgu, miałem tam pracować z Krystianem Lupą. Pokazywaliśmy sobie to, co było dla nas ważne w kulturze rosyjskiej, i był on wśród typów Lupy. Później u znajomego pisarza w Moskwie znalazłem wielką księgę z tekstami Wertyńskiego. Dał mi ją i napisał w imieniu artysty dedykację datowaną na 1934 rok: „Dla Pana Łukasza za docenienie mojej twórczości”. Ta notka, zupełnie fikcyjna, często do mnie wracała, bo korzystałem z tego zbioru piosenek, wierszy i wspomnień. W ten sposób na Nurt Off Przeglądu Piosenki Aktorskiej powstał Vertinsky Project. Stworzyłem go z grupą ludzi zajmujących się różnymi dziedzinami sztuki. Już wtedy wiedzieliśmy, że to będzie projekt długofalowy, składający się z performance'u, instalacji, koncertu.

Co Cię pociąga w Wertyńskim?

Jest dla mnie w tej postaci coś dzikiego i nieokiełznanego, choć literaturoznawcom on wydaje się prosty. Przyklejają mu etykietki: romans, nawiązania do poezji srebrnego wieku. Myślę, że to nieprawdziwe. Wertyński kryje w sobie tajemnicę, wiele możliwości, pogmatwanie.

Jest ikoną homoseksualistów. Z jednej strony kobieciarz, łamacz serc, a z drugiej strony istnieje legenda o jego homoseksualizmie. Jego początki były niesamowite. Musiał się przebrać, występował w stroju pierrota . To dość dziwny znak, mówi o ogólnej kondycji człowieka. Wertyński przebiera się za kogoś, by móc powiedzieć coś prawdziwego. Wpada w swój naiwny skrajnie dziecięcy ton, jest wyzywany od kokainistów, dekadentów. Jego koncerty są zrywane. Od początku uwielbiają go kobiety, a mężczyźni nienawidzą. Później zrzuca ten strój, staje się dziwnym dandysem, ucieka w świat egzotyki, naiwnej poezji, fantazji, prymitywizmu. Bije od niego naciągany idealizm. Z drugiej strony w swoich zapiskach opisuje swoje szczęśliwe życie, ale kończy je rozmyślaniami, które są druzgocące. To jedno wielkie rozczarowanie: ludźmi, życiem, zimnymi pokojami, w których musi spać i marzną mu stopy. To bardzo skomplikowana konstrukcja, ciągła gra, przyciąganie i odpychanie. Miał niesamowitą odwagę, by w tym wytrwać.

Na jego los mocno wpłynęła rewolucja bolszewicka.

Tak, po niej uciekł z Rosji. Przez Konstantynopol dostał się na Zachód, w Stanach przyjaźnił się z Chaplinem i Dietrich, ale cały czas chciał wrócić do kraju. Z Szanghaju, po paroletnich staraniach, udało mu się w 1943 roku dostać do Rosji. Śpiewał dla żołnierzy na froncie, którzy następnego dnia pójdą na pewną śmierć. Po wojnie nie można było wydawać jego płyt, mógł wyłącznie koncertować. Tak właśnie został wykończony. Będąc po sześćdziesiątce dawał ponad sto koncertów rocznie. W straszne upały miał jechać do Tbilisi, kiedy było zimno – na Syberię.

Grywał w kopalniach, fabrykach, arystokratycznym tonem opowiadał rzewne historie o San Francisco i liliowych negrach.

A teraz wy – grupa Identity Problem - na ich bazie zrobiliście Lila negr.

Tym razem, kiedy zaczęliśmy pracę, przestały nas interesować tematy, które nas interesowały przy Vertinsky Project. Pracujemy od zera, z nowymi ludźmi. Powstała grupa Identity Problem, czyli ja, Kuba Lech i Bogumił Misala. Zaprosiliśmy do współpracy paru innych twórców.

Ten projekt to w znacznym stopniu work in progress, bardzo multimedialny. Ja jestem project leaderem, nie ma tu reżyserii, bo to nie teatr, nie koncert, ale też nie wideoinstalacja. Zależało mi na tym, żeby zarazić młodych twórców różnych dziedzin bakcylem Wertyńskiego i zobaczyć jaki to będzie miało odzew. Interesowało mnie to, co oni mi powiedzą, nie to, co ja mam im do powiedzenia. Ciekawe, że pracują ze sobą ludzie z zupełnie innych światów, nie mamy wspólnych upodobań i gustów. Jesteśmy dla siebie zwierciadłem, zastanawiamy się, co w nas jest z Wertyńskiego. To nie zawsze łączy się to z zachwytem, niektórzy nadal sądzą, że to jakieś romantyczne pitu pitu.

A Ciebie co tym razem inspiruje?

Zastanawiam się czym jest romantyczność, czy np. techno może być romantyczne.

I co? Techno może być romantyczne?

Według mnie może być, jest wyrazem potrzeby zapomnienia. Oglądałem kiedyś dokument o brytyjskich DJ-ach, którzy w dniu zakończenia wojny w Sarajewie pojechali tam ze swoimi sound systemami i zagrali rave party dla żołnierzy. Potrzeba zapomnienia się, ucieczka zadziałały niesamowicie. Do tej pory nie zrobili lepszego rave'u. Wertyński opowiadał, że prości ubrudzeni ludzie pracujący w kopalni mówili:dziękujemy, że pan przyjechał pokazał nam pan nowy świat. Dla mnie to analogiczne sytuacje.

Skąd w Tobie potrzeba interdyscyplinarności? Łączysz performance z muzyką elektroniczną, projekcjami wideo, teatrem.

Chcę móc pozwolić sobie na to, na co nie można sobie pozwolić w teatrze. Powoli zaczynam w nim pracować, wiem jak strasznie wymaga, gnębi. Tu mam większą wolność. Lila negr nie jest przedsięwzięcie teatralne, ale muzyczne i wizualne. Nikt nam nie powie, że nie ma dramaturgii, bo nie ma jej być. To może dać ciekawsze efekty niż gdybyśmy chcieli opowiadać jakąś historię Wertyńskiego. Jeśli ktoś przyjdzie jak do teatru, zajmie swoje miejsce, zobaczy tylko połowę tego, co się wydarzy.

Performance multimedialny grupy Identity Problem to druga część multimedialnego projektu nawiązującego do twórczości i życia rosyjskiego artysty estradowego Aleksandra Wertyńskiego. Pierwsza część - „Vertinsky Project” - wygrała Nurt Off PPA w 2009 roku. „Lila negr” zobaczymy w sobotę i niedzielę na Scenie na Świebodzkim.

 

Katarzyna Kamińska: „Lila negr” to drugi projekt, w którym inspirujesz się postacią mało znanego w Polsce poety i piosenkarza Aleksandra Wertyńskiego. Gdzie go poznałeś?

 

Łukasz Twarkowski: To dość zagmatwana historia. Znajomość z Wertyńskim w dużym stopniu wiąże się z moimi studiami w Rosji, bo gdybym tam nie pojechał, nie mówiłbym po rosyjsku i nie poznał jego twórczości. Polskie tłumaczenia jego tekstów są straszne. Pierwszy raz spotkałem się z nim w Petersburgu, miałem tam pracować z Krystianem Lupą. Pokazywaliśmy sobie to, co było dla nas ważne w kulturze rosyjskiej i był on wśród typów Lupy. Później u znajomego pisarza w Moskwie znalazłem wielką księgę z tekstami Wertyńskiego. Dał mi ją i napisał w imieniu artysty dedykację datowaną na 1934 rok: „Dla Pana Łukasza za docenienie mojej twórczości”. Ta notka, zupełnie fikcyjna, często do mnie wracała, bo korzystałem z tego zbioru piosenek, wierszy i wspomnień. W ten sposób na Nurt Off Przeglądu Piosenki Aktorskiej powstał „Vertinsky Project”. Stworzyłem go z grupą ludzi zajmujących się różnymi dziedzinami sztuki. Już wtedy wiedzieliśmy, że to będzie projekt długofalowy, składający się z performance, instalacji, koncertu.

 

Co Cię pociąga w Wertyńskim?

Jest dla mnie w tej postaci coś dzikiego i nieokiełznanego, choć literaturoznawcom on wydaje się prosty. Przyklejają mu etykietki: romans, nawiązania do poezji srebrnego wieku. Myślę, że to nieprawdziwe. Wertyński kryje w sobie tajemnicę, wiele możliwości, pogmatwanie.

Jest ikoną homoseksualistów. Z jednej strony kobieciarz, łamacz serc, a z drugiej strony istnieje legenda o jego homoseksualizmie. Jego początki były niesamowite. Musiał się przebrać, występował w stroju pierrota . To dość dziwny znak, mówi o ogólnej kondycji człowieka. Wertyński przebiera się za kogoś, by móc powiedzieć coś prawdziwego. Wpada w swój naiwny skrajnie dziecięcy ton, jest wyzywany od kokainistów, dekadentów. Jego koncerty są zrywane. Od początku uwielbiają go kobiety, a mężczyźni nienawidzą. Później zrzuca ten strój, staje się dziwnym dandysem, ucieka w świat egzotyki, naiwnej poezji, fantazji, prymitywizmu. Bije od niego naciągany idealizm. Z drugiej strony w swoich zapiskach opisuje swoje szczęśliwe życie, ale kończy je rozmyślaniami, które są druzgocące. To jedno wielkie rozczarowanie: ludźmi, życiem, zimnymi pokojami, w których musi spać i marzną mu stopy. To bardzo skomplikowana konstrukcja, ciągła gra, przyciąganie i odpychanie. Miał niesamowitą odwagę, by w tym wytrwać.

Na jego los mocno wpłynęła rewolucja bolszewicka.

Tak, po niej uciekł z Rosji. Przez Konstantynopol dostał się na Zachód, w Stanach przyjaźnił się z Chaplinem i Dietrich, ale cały czas chciał wrócić do kraju. Z Szanghaju, po paroletnich staraniach, udało mu się w 1943 roku dostać do Rosji. Śpiewał dla żołnierzy na froncie, którzy następnego dnia pójdą na pewną śmierć. Po wojnie nie można było wydawać jego płyt, mógł wyłącznie koncertować. Tak właśnie został wykończony. Będąc po sześćdziesiątce dawał ponad sto koncertów rocznie. W straszne upały miał jechać do Tbilisi, kiedy było zimno – na Syberię.

Grywał w kopalniach, fabrykach, arystokratycznym tonem opowiadał rzewne historie o San Francisco i liliowych negrach.

 

A teraz wy – grupa Identity Problem - na ich bazie zrobiliście „Lila negr”.

Tym razem, kiedy zaczęliśmy pracę przestały nas interesować tematy, które nas interesowały przy „Vertinsky Project”. Pracujemy od zera, z nowymi ludźmi. Powstała grupa Identity Problem, czyli ja, Kuba Lech i Bogumił Misala. Zaprosiliśmy do współpracy paru innych twórców.

Ten projekt to w znacznym stopniu work in progress, bardzo multimedialny. Ja jestem project leaderem, nie ma tu reżyserii, bo to nie teatr, nie koncert, ale też nie wideoinstalacja. Zależało mi na tym, żeby zarazić młodych twórców różnych dziedzin bakcylem Wertyńskiego i zobaczyć jaki to będzie miało odzew. Interesowało mnie to, co oni mi powiedzą, nie to, co ja mam im do powiedzenia. Ciekawe, że pracują ze sobą ludzie z zupełnie innych światów, nie mamy wspólnych upodobań i gustów. Jesteśmy dla siebie zwierciadłem, zastanawiamy się, co w nas jest z Wertyńskiego. To nie zawsze łączy się to z zachwytem, niektórzy nadal sądzą, że to jakieś romantyczne pitu pitu.

A Ciebie co tym razem inspiruje?

Zastanawiam się czym jest romantyczność, czy np. techno może być romantyczne.

 

I co? Techno może być romantyczne?

Według mnie może być, jest wyrazem potrzeby zapomnienia. Oglądałem kiedyś dokument o brytyjskich dj'ach, którzy w dniu zakończenia wojny w Sarajewie pojechali tam ze swoimi sound systemami i zagrali rave party dla żołnierzy. Potrzeba zapomnienia się, ucieczka zadziałały niesamowicie. Do tej pory nie zrobili lepszego rave'u. Wertyński opowiadał, że prości ubrudzeni ludzie pracujący w kopalni mówili:dziękujemy, że pan przyjechał pokazał nam pan nowy świat. Dla mnie to analogiczne sytuacje.

Skąd w Tobie potrzeba interdyscyplinarności? Łączysz performance z muzyką elektroniczną, projekcjami wideo, teatrem.

Chcę móc pozwolić sobie na to, na co nie można sobie pozwolić w teatrze. Powoli zaczynam w nim pracować, wiem jak strasznie wymaga, gnębi. Tu mam większą wolność. „Lila negr” nie jest przedsięwzięcie teatralne, ale muzyczne i wizualne. Nikt nam nie powie, że nie ma dramaturgii, bo nie ma jej być. To może dać ciekawsze efekty niż gdybyśmy chcieli opowiadać jakąś historię Wertyńskiego. Jeśli ktoś przyjdzie jak do teatru, zajmie swoje miejsce, zobaczy tylko połowę tego, co się wydarzy.