Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Mariola Szczyrba

Hamlet intymnie

Data publikacji:
2008-05-20

To będzie "Hamlet" nowoczesny, multimedialny, skierowany do współczesnego widza. Aktorzy wystąpią się w ekstrawaganckich strojach, jakby żywcem wyjętych z paryskiego pokazu pret-a-porter. W tle, na potężnym ekranie pojawią się metaforyczne wizualizacje z motywami zwierząt, gór czy wreszcie współczesnego miasta.

Mariola Szczyrba: "Hamlet" to jeden z najważniejszych tekstów dramatycznych w światowym teatrze, setki razy inscenizowany. To dla Pani obciążenie? Czy raczej wyzwanie?

Monika Pęcikiewicz: I jedno, i drugie. Chyba każdy reżyser marzy o tym, żeby wystawić "Hamleta". Ten tekst jest bardzo współczesny, ale z drugiej strony piekielnie trudny. Prawdziwe wyzwanie dla reżysera i aktorów. Oczywiście sporo czytałam na temat tego dramatu, widziałam też kilka spektakli, m.in. z niezwykłą rolą Mariusza Bonaszewskiego. Uważam jednak, że pomysłów na "Hamleta" jest tyle, ilu reżyserów. Ta sztuka ma w sobie tak ogromny potencjał.

Kto jednak tęskni za klasycznym wydaniem Szekspira, powinien pojechać do Anglii i pójść do teatru elżbietańskiego. Mój "Hamlet" będzie na wskroś współczesny.

Jaki jest Pani klucz do "Hamleta"?

- Ja jestem tym kluczem. To będzie bardzo osobisty, intymny spektakl. Gdzieś powiedziałam, że chcę zrobić przedstawienie o pokoleniu współczesnych 30-latków, którzy muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje życie, za swoje czyny i decyzje. Ale to dotyczy chyba człowieka w ogóle, bez względu na wiek. To będzie "Hamlet dzisiaj", ale w sensie uniwersalnym. Bez tych wszystkich książęcych insygniów, polityki, strojów... Nie mam tu na myśli Wrocławia 2008.

Przerobiła Pani Szekspira na swoją modłę?

- Uważam, że jako reżyserka nigdy nie sprzeniewierzam się tekstowi. Nawet jeśli interpretuję go odważnie, na swój własny sposób albo wycinam spore fragmenty sztuki. Nie kastruję jej, ale nadaję nowe życie. Na tym polega sens teatru. Jestem przekonana, że my-twórcy naprawdę kochamy inscenizowane przez siebie teksty.

Czy wrocławski "Hamlet" będzie w jakimś sensie podobny do "Tytusa Andronikusa", którego wystawiła Pani w Gdańsku? Tamten spektakl wzbudził sporo kontrowersji, scena spłynęła krwią.

- Dramaty Szekspira są dotkliwe i wymagają mocnych środków inscenizacyjnych. W jakiś sposób te spektakle - "Tytus Andronikus" i "Hamlet" - będą na pewno podobne, bo są po prostu moje. Odciskam na nich swoje piętno. Połączy je też temat śmierci, który od dawna mnie intryguje.

Czy Hamlet - jako bohater - jest Pani bliski?

- Na pewno. Nie da się zrobić "Hamleta" bez Hamleta. Znam go bardzo dobrze, ale wciąż mnie zaskakuje. Ja sama też zadaję sobie takie pytania, jak on.

W 2001 roku debiutowała Pani w Teatrze Polskim we Wrocławiu sztuką Petera Handkego "Kobieta leworęczna" z Ewą Skibińską w roli głównej. Czy ta scena przyniosła Pani szczęście?

- Trudno powiedzieć. Kiedy teraz o tym myślę, nie wspominam tamtego czasu najlepiej. Debiut był dla mnie bolesnym doświadczeniem. Spektakl miał różne recenzje. Sporo dobrych, ale znaleźli się też i tacy krytycy, którzy nazwali mnie kompletnym beztalenciem. Nie miałam taryfy ulgowej jako debiutantka.

Źle Pani znosi krytykę?

- Nie mogę powiedzieć, że mnie to nie obchodzi. Ale od czasu debiutu sporo się nauczyłam. Prawda jest taka, że konstruktywna krytyka w teatrze zdarza się niezwykle rzadko. Zbyt często są to jakieś personalno-ideologiczne rozgrywki, w których reżyserzy są tylko pionkami do przestawiania. Źle się czuję, kiedy ktoś tak mnie traktuje. Chociaż jestem otwarta na krytykę, na prawdziwą rozmowę o sztuce.

Od Pani ostatniego przedstawienia minął ponad rok. Niedawno w "Gazecie Wyborczej" ukazał się tekst, w którym znalazło się stwierdzenie, że Pani, podobnie zresztą jak pani koleżanka po fachu - Agnieszka Olsten, dałyście się wyprzedzić mężczyznom-reżyserom. Pani się z tym zgadza?

- Byłam zaskoczona tym artykułem. Skąd u mnie tak duże przerwy? Wypalenie? Nie. Brak propozycji teatralnych? Też nie. Raczej doszłam do wniosku, że my-kobiety jesteśmy w tym zawodzie marzycielkami. Mężczyźni są bardziej pragmatyczni i po prostu szybko przechodzą od jednego projektu do drugiego. Ja tak nie potrafię. Być może za bardzo żyję danym spektaklem, jestem nim całkowicie pochłonięta, za dużo mnie to wszystko kosztuje. Dlatego potem pojawia się jakaś pustka. Potrzebuję czasu, żeby zająć się nowym tematem. Być może jakoś podświadomie boję się tej nowej konfrontacji. I pewnie to jest mój błąd, bo "jestem za rzadko". A dzisiaj cały czas trzeba być na topie. Żeby ta machina nas przemieliła, zaszufladkowała, a potem wypluła z jakąś etykietą.

Nigdy nie czuła się Pani rozczarowana tym zawodem? W końcu skończyła Pani również aktorstwo...

- W momentach tej mojej teatralnej flauty nie smażę konfitur, tylko realizuję się twórczo w innych dziedzinach. A jeżeli chodzi o aktorstwo, to ja tak bardzo zżywam się ze swoimi aktorami, z ich rolami, problemami, że właściwie czuję, jakbym to ja sama grała na scenie. To jest dla mnie źródło nieustannej inspiracji. Dlatego nie żałuję, że postawiłam na reżyserię. To fascynujący zawód i nigdy nie miałam co do tego wątpliwości.