Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Małgorzata Piwowar

Jak trudno pokazać świętość

Aktor:
Kinga Preis
Źródło:
Rzeczpospolita nr 63
Data publikacji:
2008-03-14

W poniedziałek o 20.20 na Scenie Faktu Teatru TV premiera spektaklu "Stygmatyczka" o Wandzie Boniszewskiej.

Czy przed realizacją spektaklu wiedziała pani, kim była Wanda Boniszewska?

Kinga Preis: Nie. I pewnie większość ludzi, a nawet osób duchownych nie słyszało o niej, bo dopiero gdy zmarła w 2003 roku, jej istnienie zostało upublicznione. Chciała, by za życia nikt nie wiedział o jej stygmatach, mistycyzmie. Nawet dla wielu sióstr, z którymi mieszkała na co dzień, nie było to oczywiste.

Co jest niezwykłego w tej postaci?

- Jej nieprzeciętna duchowość, wiara. Dar stygmatów, który otrzymała i przyjęła, wydaje nam się wyjątkowym wyróżnieniem. Tyle że z tego powodu niewyobrażalnie cierpiała fizycznie. A ja miałam wątpliwości, czy to możliwe, by człowiek dobrowolnie przyjmował na siebie cierpienie i znosił je pokornie, cyklicznie co pół roku, co miesiąc, a nieraz jeszcze częściej. Koleżanka, z którą grałam w tym spektaklu, powiedziała: "Przestań się nad tym zastanawiać, bo w ogóle tego nie zagrasz. Trzeba po prostu uwierzyć".

Czyli była osobą niemal świętą...

- Wcale tak o sobie nie myślała. Uważała się za grzesznicę - zawistną, nielubiącą wielu ludzi. Osądzała się niewspółmiernie do swoich win. Skazywała np. na dotkliwe posty i to posty suche, w których nie pije się nawet wody. A zaczęła się umartwiać już jako mała dziewczynka.

Co dziecko może przeskrobać, żeby odczuwać potrzebę takiej pokuty?

- Ale racjonalnym myśleniem nie da się wszystkiego wytłumaczyć. Dziś cierpienie chcemy zepchnąć na dalszy plan, uważamy, że niczym sobie na nie nie zasłużyliśmy. Nie godzimy się z nim, chcemy się go pozbyć. Trudno nam pojąć, że można dobrowolnie przyjmować ból, wierząc, iż w ten sposób pomaga się innym grzesznikom. Kto dziś potrafiłby się w ten sposób poświęcić?

Trudno zagrać taką osobę?

- Jak każdego anioła. Ale chcieliśmy w spektaklu wyeksponować także jej ludzkie cechy, np. opryskliwe odezwanie się do księdza. W końcu wiadomo, że była bardzo prostą kobietą. Widać to, kiedy czyta się jej pamiętniki.

Z długiego, ponad 90-letniego życia Wandy Boniszewskiej w spektaklu pokazano kilka lat jej największych cierpień. Przebywała wtedy w więzieniu i sowieckichłagrach. Czy scenarzysta słusznie wybrał ten okres?

- By najpełniej pokazać jej świętość - tak. Poza tym wówczas przeżyła też załamanie. Powiedziała Panu Bogu, że ma dosyć. Prosiła, by dał jej spokój, bo już dłużej nie udźwignie cierpienia. I ten moment zwątpienia bardzo ją bolał do końca życia. Pokazujemy moment jej wielkiej walki i ostateczną zgodę na przyjęcie wszystkich upokorzeń, przejścia dotkliwych prób.

Myśli pani, że wielokrotne brutalne przesłuchania zmieniły ją?

- Życie w ciągłym lęku powoduje, że i cierpienie powszednieje. Człowiek staje się otępiały i nie rozważa każdego policzka i upokorzenia. Traktuje je jak przysłowiową czarę goryczy. I choć ta czara w pewnej chwili przelała się, Wanda Boniszewska nie przestała zachwycać się światem. Do końca reagowała na rzeczywistość jak niewinne dziecko. Nie można rozmawiać o niej jako o osobie zwyczajnie stąpającej po ziemi, bo była aniołem balansującym między ziemskim i nieziemskim światem.

Co było najtrudniejsze do zagrania?

- Scena ukrzyżowania, którego doznawała, kiedy na jej ciele pojawiały się stygmaty. Pierwszy raz zdarzyło mi się pracować z ekipą, której tak mocno udzieliła się atmosfera napięcia i skupienia. A przecież to zawodowcy, dla nich filmowanie trudnych scen jest chlebem powszednim. Ale najtrudniej zagrać codzienność. Tymczasem życie Wandy Boniszewskiej było do bólu zwyczajne. Należała do zgromadzenia sióstr bezhabitowych, których zadaniem było prowadzenie gospodarstw. Były to na ogół proste, ale bardzo mocno wierzące kobiety. Taką wiarę jest najtrudniej pokazać. Łatwiej zagrać jej przeżycia, kiedy była bita, upokarzana albo głodna. Musiałam więc znaleźć w sobie jej duchowość. A dodatkowo miałam duży dyskomfort z powodu różnicy wyglądu między bohaterką a mną. Była przecież wychudzona do szczętu, a ja tak nie wyglądam.

Co ta historia znaczy dzisiaj dla nas?

- Dla mnie to opowieść o ideałach człowieka, których nic nie jest w stanie unicestwić. O harcie ducha, sile wiary, których nie można zniszczyć, jeśli człowiek naprawdę wierzy. Nie znam takich ludzi.

Wanda Boniszewska (1907-2003)

Urodziła się 20 maja 1907 roku w folwarku Nowa Kamionka k. Nowogródka. Mając 17 lat, zgłosiła się do Zgromadzenia ss. od Aniołów w Wilnie. Zadaniem tych bezhabitowych sióstr było wspomaganie posługi duchowej kapłanów, prowadzenie im gospodarstw. Po wielu perypetiach związanych ze zdrowiem, przerwą na ukończenie kursu ogrodniczego i szkoły powszechnej, została przyjęta w 1930 roku i zamieszkała w domu sióstr w Pryciunach na Wileńszczyźnie. Stygmaty pojawiały się na jej ciele od 1934 roku, przede wszystkim w Wielkim Poście. W kwietniu 1950 roku wraz z innymi siostrami została aresztowana za ukrywanie poszukiwanego jezuity, kontakty z życiem pozagrobowym i nielegalne nauczanie religii. Radziecki sąd skazał ją na dziesięć lat więzienia. W 1956 roku odzyskała wolność i wróciła do Polski. Mieszkała w domach zakonnych. Często chorowała. Jej rany przestały się odnawiać na początku lat 70. ubiegłego wieku. Zmarła 2 marca 2003 roku w Chylicach w domu zgromadzenia. Książkę o Wandzie Boniszewskiej zatytułowaną "Ukryta stygmatyczka" napisał jej wieloletni przyjaciel, spowiednik i opiekun duchowy - ks. Jan Pryszmont. Znalazł się w niej rozdział "Czyściec" zawierający jej dziennik. Spektakl "Stygmatyczka" według scenariusza Grzegorza Łoszewskiego opowiada o latach 1950 - 1956, kiedy bohaterka przebywała w sowieckich więzieniach w Wilnie i na Uralu, a także w szpitalach psychiatrycznych. W spektaklu znajdują się też wspomnienia kardynała Henryka Gulbinowicza, który zetknął się z Wandą Boniszewska jako mały chłopiec, przygotowywała go do Pierwszej Komunii Świętej.