Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Jacek Cieślak

Każdy siebie wymyśla

Źródło:
"Rzeczpospolita" nr 139
Data publikacji:
2010-06-17

Jacek Cieślak: Co pana zainteresowało w powieści Dostojewskiego: terroryzm, polityczna manipulacja czy może coś innego?

Krzysztof Garbaczewski: Dwa wątki, dwie postaci: Wierchowieński i Stawrogin. Reprezentują dwa aspekty zła, bo o nim jest powieść. U Wierchowieńskiego zło objawia się w działaniu przeciw ludziom, przeciw grupie: sprawdza, jak daleko człowiek może się posunąć w poczuciu bezkarności, w manipulacji i przekraczaniu granic moralnych. Uważa, że jeśli Boga nie ma - wszystko można. Stawrogin żyje w innej przestrzeni - intymnej, wewnętrznej.

W tej roli wystąpi Katarzyna Warnke.

- Ale zagra mężczyznę, jeżeli coś takiego w ogóle istnieje.

Co to panu da?

- Podkreśli niejednoznaczność postaci, której tożsamość jest pęknięta. Dostojewski pisze, że Stawrogin ma cechy androgyna. Ma być wspaniałym przywódcą albo kochankiem. A nie potrafi do końca spełnić żadnej z tych ról.

Myślał pan o tym, że terroryzm i polityczne manipulacje jako temat się zbanalizowały?

- Staram się unikać tematów społecznych i politycznych. Oczywiście słuchając tekstu na próbie, zdaję sobie sprawę, że może on mieć dodatkowe znaczenia, choćby w związku z wyborami prezydenckimi. Ale te odniesienia mnie nie interesują. Moim tematem jest rewolucja jako próba przekroczenia poczucia stagnacji. Dostojewski pokazuje ludzi połączonych więziami, które nazwałbym rodzinnymi - coś na kształt zdeformowanego domu. Chcą czegoś, ale nie wiedzą czego. Dlatego Wierchowieński może nimi manipulować.

Uważa pan, że po latach, kiedy odpowiedzialność za wszystkie problemy zrzucaliśmy na system, czas przyjrzeć się rodzinie?

- Trudno o kimkolwiek powiedzieć, że jest z gruntu zły. Zło istnieje, bo znajduje w świecie przestrzeń. W rzeczywistości naszego spektaklu ma źródło w postawie co najmniej kilku pokoleń. Stawrogin i Wierchowieński nie wzięli się znikąd. Trzeba zapytać o rodzinę, o rodziców.

Ale w pana spektaklach, przede wszystkim w "Opętanych", rodowód głównego bohatera jest niejasny.

- Kiedy myślę o Polakach, mam wrażenie, że większość z nas rodziła się na placach budowy albo przebudowy, nigdy niedokończonych. Pochodzę z Białegostoku, miasta na styku Wschodu i Zachodu, katolicyzmu i prawosławia. Przemiany społeczne i polityczne widziałem na ulicy, w zależności od sytuacji na granicy z Białorusią. Robiąc wycieczki do Suwałk, mogłem obserwować odłam wyznawców prawosławia, którzy żyli jak XIX-wieczna sekta, pod strzechą. To niesamowite doświadczenie dla kogoś młodego, przedstawiciela pokolenia elektronicznych technologii, Internetu.

Jakby pan określił swój rodowód?

- Jako bardzo poplątany. Nigdy do końca nie udało mi się go rozpoznać. Może dlatego interesuje mnie sytuacja bohatera bez korzeni. Uważam, że rodowód i stan tożsamości jest płynny: to punkt zależny od sieci relacji. Każdy siebie, w większym lub mniejszym wymiarze, wymyśla. Warto umieć rozpoznawać fikcyjność takich wyborów. Osobiście bardziej zależy mi na zauważaniu różnorodności niż konkretnej identyfikacji - narodowej czy innej.

Jak odbiera pan współczesną Polskę?

- Jestem z 1983 roku i z racji mojego wieku wiele konfliktów społeczno -politycznych nie dotyczy mnie bezpośrednio. Wytwarzamy wiele fikcyjnych wyobrażeń na swój temat. Pewnie dlatego, że Polska, będąc dla świata przez wiele dekad fikcją, istniała tylko w języku i kulturze, w umysłach Polaków. Przetrwała i dopiero teraz możemy tworzyć materialną bazę naszego bytu. Jednak po latach walki trudno porzucić oręż i znaleźć odpowiedź na pytanie, kim naprawdę jesteśmy. Dlatego pilniejszym zadaniem, niż odgrzewanie romantycznych mitów jest próba stworzenia nowoczesnego języka społecznego, o jakim mówił Gombrowicz. Ja tego potrzebuję. Szukam takiego języka w teatrze. Chodzi o niedomykanie pewnych pojęć, zachowanie otwartości. Tymczasem polskie społeczeństwo jest bardzo zamknięte.

W dwóch pana spektaklach pojawił się motyw odchodzącego ojca - w "Nirvanie" i "Odysei". Co to znaczy dla syna?

Ojciec reprezentuje świat, który trzeba porzucić, żeby stworzyć siebie, dojrzeć dla siebie. To trudne, ale trzeba próbować. Realizując "Odyseję" w Opolu, czułem podobieństwo tego miasta do Białegostoku i uświadomiłem sobie, że ci z moich znajomych, którzy przystali na status quo, rezygnując z perspektywy szukania własnej tożsamości - popełnili błąd.

Ma pan teatralnego ojca, mistrza? Był nim może Krystian Lupa, któremu asystował pan przy "Factory 2"?

Fascynuję się jego twórczością, jest wielkim artystą, ale nigdy nie miałem potrzeby posiadania autorytetu. Tak się składa, że pracując nad "Factory 2", Krystian Lupa też szukał nowego języka.