Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Michał Hernes

Małgorzata Gorol: W "Burzy" trzeba zaszaleć

Przedstawienie:
BURZA
Źródło:
SHE MAG
Data publikacji:
2015-03-13

Aktorka Małgorzata Gorol opowiada specjalnie dla SHE MAG o Burzy wystawianej we wrocławskim Teatrze Polskim

 

Michał Hernes: W spektaklu Burza Krzysztofa Garbaczewskiego, niebanalnym spojrzeniu na słynny dramat Szekspira, pada zdanie, że performer to młoda dziewczyna i wojownik z dzidą w jednym.

Małgorzata Gorol: (śmiech) Coś jest na rzeczy.

Co dokładnie?

– Energia.

Ma pani ją w sobie?

– Tak, mam w sobie energię performerki. W te wakacje, w czasie festiwalu teatru dokumentalnego Sopot Non-Fiction, zrobiłam swój pierwszy performance. Pracowałam z Krzysztofem Szekalskim nad projektem Poznań, miasto otwarte. Podczas rezydencji artystycznej mieliśmy stworzyć zalążek spektaklu, zrobić czytanie lub po prostu pokazać etap pracy warsztatowej. W czasie grupowych zajęć wymienialiśmy się materiałami, inspiracjami, ale również zadaniami między wylosowanymi grupami. Ekipa Paula Bargetto, która pokazała nam album oficera SS Karla Höckera, zadała nam temat "Miłość bezwarunkowa". Pracowałam z samymi mężczyznami, którzy mi zaufali i pozwolili zrealizować zadanie po swojemu. Zdecydowałam się na performance w stylu techno, z wykorzystaniem filmu Choosing to Die Terry’ego Pratchetta. Przyznaję, że spodobała mi się ta forma wypowiedzi.

Naziści, techno, Pratchett – to dość zaskakująca kombinacja.

– Otworzyłam burna, zjadłam gumę orbit white, puściłam techno i zaczęłam tańczyć do utworu Pain in the Ass Niny Kraviz, a na ekranie można było zobaczyć rejestracje śmierci w wyniku eutanazji. Jestem młodą dziewczyną, która wykonała performance, więc moja odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: tak.

Jeśli jest pani dziewczyną z dzidą, kryje się w tym coś wojowniczego.

– Jestem typem wojownika.

Parafrazując fragment Miasteczka Middlemarch George Eliot, "być aktorem znaczy mieć duszę postrzegającą tak szybko, że nie umknie jej żaden znaczący cień, i odczuwającą tak szybko, że owo postrzeganie to tylko ręka potrącająca struny uczuć w sposób pięknie zróżnicowany, duszę, w której wiedza przekształca się zaraz w uczucie, stające się nowym instrumentem poznania".

– Parafrazując słynne powiedzenie – dobry aktor nigdy się nie nudzi! Wydaje mi się, że aktor powinien być po prostu czujny na absolutnie wszystko, co się wydarza. Każde doświadczenie, obserwacja rzeczywistości, stanu emocjonalnego, mechanizmów psychologicznych, może być materiałem naszej pracy. Ważna jest oczywiście świadomość siebie, intuicja, wrażliwość, otwarty, lotny umysł. Aha! Jeszcze sprawne, najlepiej wysportowane ciało, świetna kondycja... i tak dalej.

Ważniejsze jest dla pani intuicyjne podejście do roli czy dłuższa praca i refleksja nad nią?

– A muszę wybierać? Nie zawsze jest czas na dłuższą refleksję. Są różne techniki i różni aktorzy. Zróżnicowane oczekiwania mają też reżyserzy. Czasem wymaga się od nas większej otwartości, gotowości i odwagi w zawierzeniu intuicji, a innym razem rzetelnego wypracowania pewnej formy i powtarzalności.

Co dała pani współpraca z Krzysztofem Garbaczewskim, jednym z najoryginalniejszych reżyserów teatralnych w Polsce?

– Była dla mnie ważna. Przydarzyła mi się we właściwym momencie. Jestem w dobrym rytmie pracy, wchodząc z produkcji do produkcji. Zaczęłam próby do Burzy po dwóch dniach od premiery Podróży zimowej; z kolei po premierze Burzy od razu miałam pierwszą próbę do trzeciej części Dziadów. To dla mnie nowa sytuacja. Uczę się pracować w takiej ciągłości. O współpracy z Garbaczewskim słyszałam dużo różnych opinii, jednak podeszłam do niej z gotowością i spokojem.

Pozytywnych czy negatywnych?

– Różnych. Do każdej pracy podchodzę entuzjastycznie. Dbałam o to, żeby się nie zniechęcać. Otwierałam szeroko oczy i nadstawiałam uszu. Przez pierwszy miesiąc prób w zasadzie milczałam, słuchałam i próbowałam cokolwiek zrozumieć. Miałam nawet problem z zadaniem reżyserowi pytania. Chciałam coś robić, ale nie wiedziałam, co. Na szczęście spotkałam się ze zrozumieniem ze strony realizatorów. Cierpliwie uczestniczyłam w próbach. Ostatecznie okazało się, że coś z tego wyniosłam. Inna sprawa, że później czekały na nas wielokrotne zwroty akcji – nowe pomysły i sytuacje, w których musieliśmy się odnaleźć.

Czy reżyser poddawał panią próbie?

– Raczej to ja testowałam samą siebie. Chciałam sprawdzić, na ile jestem otwarta i gotowa, na ile zawalczę o swoje zadanie. Dość pokornie czekałam na to, co przyniosą kolejne próby. Nie poddałam się, walczyłam do końca.

Sporo było improwizacji?

– Garbaczewski daje aktorom dużo wolności, również improwizacyjnej. Jednak od momentu, gdy na scenie pojawiła się scenografia, konstrukcja spektaklu stawała się coraz mocniejsza i wiążąca. W Burzy mamy przed sobą jeszcze mnóstwo do odkrycia i wiele rzeczy do zrobienia.

Warto wracać do Burzy i chodzić na nią po kilka razy?

– Na pewno. Ostatni spektakl wyglądał inaczej niż poprzednie.

Zagubienie odczuwa grana przez panią bohaterka, która przypomina trochę zbuntowaną nastolatkę.

– Miranda przeszła w tym spektaklu dość długą drogę. Na początku patrzyłam na nią z punktu widzenia Prospery, jako jej lustro. Potem zmieniłam perspektywę. Jednym z ostatnich założeń było: może dopiero co pojawiła się na tej wyspie i nie zna swojej matki? Rola Mirandy kilkakrotnie ulegała dekonstrukcji i była tworzona od nowa, podążając w innym kierunku.

Dekonstrukcja tej postaci wciąż będzie trwała?

– Nie, trzeba ją teraz rozwijać; wzbogacić i realizować uwagę reżysera, czyli – zaszaleć.

Ten spektakl może być jeszcze bardziej szalony?

– Oczywiście! Burza Szekspira zawsze była dla mnie enigmatyczna. Byłam bardzo ciekawa, jak to zrobimy i przede wszystkim jak to zrobi Krzysztof Garbaczewski?! Burza to przecież jeden z najtrudniejszych dramatów Szekspira. Wszystko dzieje się w nim bardzo szybko. Pojawiają się czary, miłość, intryga, przebaczenie i wychodzenie z roli. To zlepek zróżnicowanych scen, które osadzono w jakimś dziwnym czasie. Gdzie są czary? Gdzie jest dystans Prospera? Co się tam tak naprawdę dzieje? Burzę można interpretować na wiele sposobów. To wielkie wyzwanie dla reżysera. Być może właśnie ta ciekawość determinowała moją pracę. Czuję się jak dziecko – oglądam ten świat i cały czas jestem zaskoczona.

Garbaczewski znalazł odpowiedni klucz w muzycznym rytmie i autotematyczności.

– Tak. Kiedy dowiedziałam się, że będziemy z nim robić Burzę, pomyślałem sobie, że to wcale nie będzie Burza... Bardzo zaskoczyło mnie, że w spektaklu jest bardzo dużo Szekspira i że ma szekspirowski smak. Dramaturg Marcin Cecko i Krzysztof Garbaczewski bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Chętnie się z nimi ponownie spotkam.

Dziennikarz muzyczny Tomasz Beksiński wyraził kiedyś obawę, że w tym komercyjnym świecie powstanie kiedyś hollywoodzka komedia Hamlet 2.

– Czemu nie? Niczego nie wykluczam. Aktualnie robimy Dziady i podchodzimy do nich bardzo klasycznie. Teatr może być różny.

Jakie są pani wymarzone role?

– Trochę tego jest... Na pewno Małgorzaty – w Fauście i w Mistrzu i Małgorzacie, Joanna w Nocy listopadowej, Poeta w Weselu, Balladyna... Więcej grzechów nie pamiętam. Do tej pory miałam niewiele okazji do skonstruowania postaci. Miranda jest jedną z pierwszych, do której mogłam się przyłożyć. Mam szczęście do pracy z reżyserami, którzy podchodzą do kwestii obecności aktora na scenie w inny sposób. Mało mam szans na granie klasycznych ról. Może bardziej jest to możliwe w filmie, teatr coraz częściej zmierza w inną stronę.

To źle świadczy o teatrze?

– Nie, ciekawią mnie te poszukiwania.

Chce pani uciec z teatru do kina?

– Nie, dlaczego? Z teatru nie ucieknę. Ale do filmu mogłabym wreszcie wskoczyć!

Oby było w kinie więcej ciekawych ról kobiecych.

– Uhm... Przydałby się dobry współczesny scenariusz.