Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Peter Crawley

Migracja wkracza na wyższy poziom

Źródło:
"Irish Times"
Data publikacji:
2007-09-17

W ramach polsko-irlandzkiej wymiany teatralnej Dublin gości ambitną i prowokującą sztukę z Wrocławia. Jej autor, Bartosz Porczyk, rozmawia z Peterem Crawleyem o dokonującej się zmianie postaw.

Poranne sceny na lotnisku we Wrocławiu pomimo swojej regularności nie przestają budzić emocji. Kilku krzepkich, młodych ludzi w wieku około 20 lat pada sobie w ramiona, po czym część z nich oddziela się od reszty grupy i wsiada do samolotu, który wkrótce zabierze ich do Londynu. Młoda kobieta, która trzyma w ręce bilet do Dublina, przesuwa się powoli w kolejce do bramki bezpieczeństwa, unikając wzroku matki i próbując powstrzymać łzy.

Ludzie ci to młodzi emigranci z jednego z największych miast Polski, dynamicznie rozwijającej się aglomeracji, która przyciąga zagranicznych inwestorów - swoje siedziby mają tu firmy Hewlett Packard i Google - ale nie potrafi zatrzymać exodusu młodych ludzi.

We Wrocławiu jest też siedziba Teatru Polskiego - starej, szacownej instytucji, na deskach której odbędzie się wieczorem przedstawienie o jednym z miast będących celem podróży emigrantów.

Wrocławskie przedstawiania sztuki Dermota Bolgera The Townlands of Brazil w wykonaniu zespołu Axis Arts Centre, której zagraniczne występy wspiera organizacja Culture Ireland, i w reżyserii przez Ray'a Yeatsa, są kamieniem węgielnym współpracy pomiędzy teatrami z Wrocławia i Dublina.

The Townlands of Brazil, spektakl opowiadający historię Ballymun i jego wielokulturowego odrodzenia, nie tylko opisuje pewien okres przejściowy w historii Irlandii, ale jest też reprezentatywny dla teatru Axis Arts Centre.

Trudno ocenić, jaki spektakl jest reprezentatywny dla Teatru Polskiego. Teatr ten posiada zespół 60 aktorów i ma w repertuarze kilkanaście spektakli opartych na tekstach od klasyki do dzieł eksperymentalnych, a ostatnio przygotował tak dużą inscenizację sztuki Don Juan wraca z wojny, że trzeba było przywieźć 1,5 tony sztucznego śniegu z Niemiec.

Gdy rano oglądam teatr, pracownicy techniczni wciąż uprzątają śnieg pozostały z przedstawienia, które odbyło się poprzedniego dnia wieczorem.

Spektakl, który gości w Axis Arts Centre, to Smycz, o wiele skromniejsze przedsięwzięcie, którego autorem i wykonawcą jest Bartosz Porczyk. Jest to muzyczny monodram, który wiele zawdzięcza swojej kabaretowej fragmentarycznej formie i wywrotowej wymowie. Za pomocą monologu, muzyki i piosenki mówi o globalizacji, pułapkach konsumpcjonizmu i walce o wolność jednostki żyjącej w nietolerancyjnym świecie. Jest też, jak się wydaje, dyskretną aluzją do obecnego rozdrobnienia polskiej sceny politycznej.

W zeszłym miesiącu prezydent Lech Kaczyński odwołał czterech ministrów, doprowadzając do rozpadu konserwatywnej, ultrakatolickiej koalicji. W efekcie rząd, na którego czele stoi brat bliźniak prezydenta, Jarosław Kaczyński, stracił poparcie większości parlamentarnej. W przyszłym miesiącu mają się odbyć przedterminowe wybory i polityczna szala może przechylić się w druga stronę.

Na ogromnej scenie Teatru Polskiego, gdzie odbywały się próby Smyczy, Bartek objaśnia znaczenie tytułu.

- Smycz to tytuł piosenki zespołu Maanam, który jest tu bardzo znany - mówi Bartek, a jego słowa tłumaczy Małgorzata Lubelska, koordynator międzynarodowych projektów teatru. - To najważniejsza piosenka spektaklu. "Smycz" w ludzkich umysłach to uzależnienie: uzależnienie od pieniędzy, władzy, miłości, samotności.

Bartek, aktor o delikatnym głosie, który świetnie czuje się w swoim ciele, często podnosi się z krzesła, żeby zilustrować to, o czy mówi. Staje wtedy na krawędzi sceny lub wkłada na siebie część kostiumu, by odegrać krótką scenkę. W spektaklu wciela się w kilka postaci - od księdza, który jest quasi-faszystą, do starej, zużytej prostytutki noszącej niebotyczne szpilki.

Ci, których wiedza na temat polskiego teatru nie wykracza poza suche teorie Grotowskiego i Kantora, mogą być zaskoczeni jego nowoczesnością, medialną scenografią, potoczystym językiem i pikantnym humorem. W jednym z monologów Bartek opowiada historię chłopca, który na pytanie o to, kim chce zostać, gdy dorośnie, odpowiada: - Laptopem.

- Jeśli tak się stanie - mówi ojciec chłopca - może wtedy będę mógł, pracując, poświęcać mu więcej uwagi.

Bartek siada na krześle i kontynuuje po polsku: - Docelową grupa odbiorców są ludzie, którzy chcą słuchać, którzy chcą cokolwiek zmienić w swoim życiu. Jeśli otworzą swoje umysły i serca, może im się to udać.

Przechodzi na angielski i mówi uwodzicielsko łagodnym tonem - Jeśli chcesz przez sekundę, przez minutę, zastanowić się nad swoim życiem, tylko tyle, możesz obejrzeć ten spektakl. To wszystko. Nic więcej.

Eksperymentalna przestrzeń Teatru Polskiego, w której grana jest Smycz, wypełnia się na każdym spektaklu po brzegi. Spektakl przyciąga zróżnicowaną widownię składającą się, jak mi powiedziano, z reprezentantów wrocławskiego środowiska gejowskiego (miasto jest enklawą liberalizmu w konserwatywnym, religijnym państwie) i wierne starsze panie - nie wspominając - dodaje dyrektor artystyczny teatru, Krzysztof Mieszkowski, i to tylko półżartem - zafascynowane Bartkiem młode dziewczyny.

Mogę tylko zgadywać, jak poszczególne grupy widzów zinterpretowałyby fakt, że Bartek, zapytany o formę spektaklu - ponownie podnosząc się z krzesła - bezceremonialnie zdejmuje dżinsy i czule ubiera czarne szpilki.

- W czasach Big Brothera - mówi, rozpinając pasek - ludzie lubią podglądać innych ludzi. My im to dajemy - mogą zobaczyć wszystko.

Dumnie paraduje po scenie.

- Jest teraz Margaret - szepcze Lubelska w przerwie pomiędzy tłumaczonymi zdaniami, tak jakby ta postać była jej starą znajomą.

- Nie schodzę ze sceny nawet na sekundę - kontynuuje Bartek. - Przebieram się na scenie. Widzowie chcą zobaczyć wszystko. Bo mogą to zobaczyć w telewizji. Nie możemy zmienić obrazu [na scenie]. Ale możemy zmienić Bartka.

Lubelska przerywa na chwilę tłumaczenie i patrzy z aprobatą na Bartka.

- Niezłe nogi - mówi.

Sztuka Bartka, łącząca słowo mówione i śpiewane, w której tekst autorski przeplata się z licznymi cytatami z Becketta, Sarah Kane, Arystotelesa i Bernarda Marie-Koltesa, ma wyraźnie nowoczesny sznyt - jest tak we Wrocławiu, ale z pewnością nie byłoby inaczej w Dublinie, Londynie czy też Nowym Jorku.

Później, w gabinecie Mieszkowskiego, zastanawiam się, czy Smycz jest reprezentatywna dla nowego kierunku poszukiwań młodych polskich twórców teatralnych.

- Powinniśmy pamiętać, że przez wiele lat Polska była krajem komunistycznym - mówi Mieszkowski - i ta przeszłość warunkuje nasze myślenie zarówno o teraźniejszości, jak i o przyszłości. Ale jedna rzecz pozostaje niezmienna i to napawa nadzieją na przyszłość.

- Chodzi o miejsce sztuki i teatru w Polsce. W czasach komunistycznego zniewolenia teatr pozostawał ostoją wolności. Był miejscem, gdzie można było wypić kieliszek wódki, nie narażając się na żadne konsekwencje. Smycz, w reżyserii bardzo młodej twórczyni [Natalii Korczakowskiej], jest historią o wolności i własnej tożsamości: tożsamości erotycznej, ludzkiej, filozoficznej. Wszystko, co składa się na kondycję ludzką, można znaleźć w Smyczy.

Czy Mieszkowski, który, jak wielu dyrektorów artystycznych w Polsce, był kiedyś krytykiem, dostrzega zmianę w zainteresowaniach polskich artystów teatralnych nowej generacji?

- Zmiana jest zasadnicza - odpowiada. - Jestem pewien, że ludzki system wartości nie uległ zmianie. Zawsze pozostaje taki sam. Po prostu twórcy młodej generacji sięgają po inne środki, żeby opisać swój świat. Ciekawe, czy znasz teksty, które Bartek śpiewa na scenie? W moim odczuciu odzwierciedlają one całą niestabilność, która panuje obecnie w Polsce. Myślę, że demokracja, i to nie tylko w Polsce, jest w jakiejś mierze zagrożona. I sądzę, że artyści teatru poszerzają przestrzeń demokracji. Jedną z najważniejszych rzeczy we współczesnym polskim teatrze jest prowokacja.

Podobnego zdania jest Piotr Borys, członek Zarządu Województwa Dolnośląskiego, w którym dominują członkowie liberalno-konserwatywnej Platformy Obywatelskiej, organu politycznego niezależnego od rządu w Warszawie.

- Z cała pewnością - mówi - warto jest zaprezentować właśnie Smycz, bo chcemy pokazać, jak pieniądze zmieniają nasze życie; globalizacja, terroryzm - w jaki sposób jest to ze sobą powiązane; bo tu i w Irlandii jest tak samo, i Smycz to pokazuje.

Lokalne władze są ważnym mecenasem Teatru Polskiego. Piotr Borys porównuje ich rolę do "dobrych rodziców".

- Wspomagamy teatr finansowo - mówi - ale nie mówimy im, jak mają te pieniądze wydać. Niemniej jednak, przyznaje, konsekwentne zaangażowanie we wspieranie kultury i promowanie międzynarodowej wymiany, takiej jak ta, przynosi polityczne korzyści.

- Wiemy, że bardzo wielu Polaków jest w Irlandii. Ale wiemy też, że gdy wrócą, będą zupełnie innymi ludźmi, i że przywiozą ze sobą irlandzki styl życia.

250.000 Polaków mieszkających w Irlandii jest też uprawnionych do wzięcia udziału w wyborach, które odbędą się w przyszłym miesiącu.

- Jest dla nas bardzo ważne, żeby głosowali - przyznaje Borys - bo mogą zmienić przyszłość tego kraju.

Ten optymistyczny pogląd na demokrację uczestniczącą, obecny w środowisku teatralnym, podzielają zarówno artyści Teatru Polski, jak i Axis Arts Centre. Wiedzą, że ruch lotniczy na lotnisku we Wrocławiu odbywa się w dwie strony.