Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Julia Spychalska

Mój dialog z nowoczesnością

Data publikacji:
2010-03-09

- Nie chcę i nigdy nie będę robić teatru dla wygarniturowanej publiczności, która z góry wie, jakie przedstawienie zobaczy i co z niego wyniesie. Robimy teatr dla publiczności, ale także przeciwko niej - mówi Krzysztof Mieszkowski, dyrektor naczelny Teatru Polskiego.

Redakcja: Na scenach Teatru Polskiego pojawiają się przedstawienia, które mają sprowokować widza do odrzucenia myślenia o teatrze jako świątyni. Jak scharakteryzowałby Pan repertuar swojego teatru?

Krzysztof Mieszkowski: Chociaż wolimy zamiast o świątyni sztuki w Teatrze Polskim, mówić o sferze wolności. Najważniejsze jest to, że wszystko, co tu powstaje próbuje wchodzić w dialog z nowoczesnością. Teatr nie może się uchylać od uczestnictwa w świecie. Spektakle, które powstały za mojej dyrekcji, są próbą stworzenia przestrzeni dla współczesnego człowieka. Żyjemy w świecie dosyć ostro skodyfikowanym przez nowe media i być może została już wykreowania idea, w której dla człowieka nie będzie miejsca. Chcemy tej przestrzeni bronić. Ale dialog pomiędzy tym, co daje nam szeroko pojęta kultura i człowiekiem, który próbuje się w niej odnaleźć, jest bardzo trudny. Nasz teatr próbuje ten postulat zweryfikować, sprawdzić, czy tak jest. Może to nie brak miejsca, ale nowa jakość? Czy istnieje w ogóle kategoria prawdy w tej przestrzeni, którą fundują nam nowe media i nowocześnie myślący reżyserzy teatralni?

- Ostatnio nagłośniony w mediach konflikt w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pomiędzy Krystianem Lupą a Joanną Szczepkowską, stał się przyczynkiem do dyskusji o kondycji teatru, zarówno Dramatycznego, ale także teatru w ogóle. Jaka jest Pana wizja teatru?

- Taki jaki robię od czterech lat. Bliski współczesności, ale nie tylko tej fizycznej, również duchowej. Dzisiaj sztuka, nie tylko teatr, wpisana jest również w narrację chaosu, fragmentaryczności, braku centrum duchowego. Współczesność tworzy przecież nie tylko sfera działań politycznych, ekonomicznych, kulturowych, również pokiereszowana, rozbita duchowość współczesnego człowieka, który próbuje się ratować przed agresywnymi zmianami świata z dnia na dzień. Myślę, że nie należy za bardzo wnikać w naturę konfliktu między Krystianem Lupą, a Joanną Szczepkowską, ponieważ tak naprawdę kryje się w nim tylko zwyczajna ludzka porażka. Jeżeli nowoczesna sztuka w swojej istocie ma jakąś wyobraźnię etyczną, to uważam, że tej wyobraźni Szczepkowskiej zabrakło. W momencie kiedy aktor, reżyser, widz wchodzi w przestrzeń sztuki, nie za drzwi teatru opartego wyłącznie na rzemiośle, musi się liczyć z nieprzewidywalnymi konsekwencjami. Czasami wydaje nam się, że zakryjemy się wielkimi hasłami i szerokimi gestami. Można próbować zakryć się ściągając spojrzenia na swoje nagie ciało, ono na pewno przyciągnie uwagę. Paradoksalnie: zakryć się odkrywając. Ale ta najbardziej radykalna droga w sztuce wymaga zawsze dojścia do pewnego momentu, w którym konieczna jest transgresja. Interesuje mnie artysta, który chce wejść na nią i uczciwie, na ile go stać, spróbować pójść kawałek dalej, niż do tej pory. Może nawet duży kawałek.

- Teatr Polski wydaje się on mieć już określony, stały skład artystów (reżyserów i aktorów) współtworzących. Czy planuje Pan zaprosić do współpracy jakiś nowych twórców? Jakich?

- Ponowne zapraszanie reżyserów do współpracy umożliwia proces kreowania zespołu artystycznego. Reżyserzy powinni mieć szansę współpracy z aktorami przez dwa, trzy sezony, dopiero wówczas wiadomo, czy została wypracowana jakaś nowa jakość artystyczna. Ale temu zespołowi potrzebne są też nowe impulsy do dalszego rozwoju. Dlatego zatrudniam nowych aktorów i rozmawiam z kolejnymi reżyserami. Planuję pracę z w moim przekonaniu wybitnymi artystami Alvisem Hermanisem, Kornelem Mundruczó, Michałem Borczuchem czy Barbarą Wysocką. Nie oznacza to jednak zerwania relacji z obecnymi współpracownikami.

- Na podstawie jakich kryteriów komponuje Pan plan artystyczny teatru?

- Kiedyś, wybitny reżyser teatralny, Erwin Axer powiedział, że teatr jest taki jak jego dyrektor. Tak jest także w moim przypadku. Można użyć tylko jednego rodzaju kryteriów: własnej wiedzy, wrażliwości, doświadczenia.

- W ostatnich latach Teatr silnie rozwinął edukacyjną sferę działalności. Jakie jest zainteresowanie tego typu zajęciami ze strony młodych?

- Duże. Publiczność chce chodzić do teatru i chce o nim rozmawiać, uczyć się go, pytać twórców, pisać o nim. To powiązane relacje. W zeszłym roku odwiedziło nas ponad 70 tysięcy widzów. To bardzo dużo, o sześć, siedem tysięcy więcej niż w 2008 roku. Statystyka jest zwykle takim argumentem, kiedy chce się pochwalić, że teatr świetnie pracuje, bo liczb nikt nie jest w stanie podważyć. Z mojego punktu widzenia, ważne jest jednak to, że publiczność, która w tej chwili przychodzi do Teatru Polskiego nie jest tą samą, która bywała tu przed moim przyjściem. Być może została tylko jakaś część tamtej. Jest pewne, że polska publiczność teatralna to młoda inteligencja, jakkolwiek można rozumieć ten termin. Jestem absolutnie przekonany, że młodzi i wrażliwi ludzie mają potrzebę wejścia w przestrzeń naszego teatru. Robimy go dla publiczności, ale także przeciwko niej. Pamiętam, gdy pojechaliśmy z naszym "Hamletem" na festiwal szekspirowski do Gdańska graliśmy dla ciekawej publiczności, której jedna jej część nagrodziła spektakl brawami na stojąco, a druga część gwizdała. Takie rzeczy na co dzień dzieją się na przykład we Francji i marzę o takich reakcjach w Teatrze Polskim. O widzach odważnych w myśleniu i dużych oczekiwaniach. Nie chcę i nigdy nie będę robić teatru dla wygarniturowanej publiczności, która z góry wie, jakie przedstawienie zobaczy i co z niego wyniesie. Bo prawdopodobnie w takiej sytuacji nie wyniesie nic. W każdym razie nic ważnego. Chciałbym, żeby spektakl był za każdym razem niewiadomą i estetycznym zagrożeniem.

- Teatr Polski jest współorganizatorem projektu "Strefa Norwegia". Jesteśmy już na finiszu jego pierwszej części. Jak ocenia Pan jego powodzenie? Czego wrocławscy widzowie mogą się jeszcze spodziewać?

- "Strefa Norwegia" jest ciekawym projektem, bo przyjeżdżają tutaj dramaturdzy, których nikt nie zna. Norwegia jest pod względem teatralnym krajem bardzo świeżym. Mają jednego, wybitnego i uważanego za klasyka autora Henryka Ibsena z jeden strony, a z drugiej Jona Fosse, który jest gwiazdą teatru nowoczesnego. Do Wrocławia zawita przedstawienie, które w sezonie 2007/2008 w Norwegii było wielkim wydarzeniem. Odkryto nowy tekst Ibsena i na jego kanwie reżyser średniego pokolenia zrobił spektakl, który cieszył się popularnością i zdobył wiele nagród. Przygotowujemy również wspólnie z norweskimi kolegami, w oparciu o tekst Ibsena "Kobieta z morza", coś w rodzaju performance - warsztatu z udziałem naszych aktorów. Pokażemy go pod koniec czerwca na festiwalu, na którym również można będzie zobaczyć filmy norweskich reżyserów.

- Czy planowane są podobne projekty? A jeśli tak to z artystami z jakiego Państwa najchętniej chciałby Pan podjąć tego typu współpracę?

- Na projekt "Strefa: Norwegia" otrzymaliśmy pieniądze ze specjalnego funduszu norweskiego. Ponieważ teatr jest biedny, ciągle szukamy możliwości finansowania naszej pracy. Marta Kuźmiak i Katarzyna Majewska, które zajmują się tym projektem szukają kolejnych parterów. Jeśli tacy się znajdą, to mam nadzieje, że nasze propozycje i formuła tego zdarzenia również znajdą akceptacje w Ministerstwie Kultury. Nie zamykamy się na żadne propozycje.

- Najbliższa, marcowa premiera to "Sen nocy letniej" w reżyserii Moniki Pęcikiewicz. Czy może Pan zdradzić naszym czytelnikom szczegóły tej inscenizacji?

- To będzie bardzo ostry "Sen nocy letniej". Jan Kott napisał fantastyczny esej na temat tego dramatu, w którym zobaczył otchłań żądzy, namiętności, seksu i erotyki. Tym tropem idzie reżyserka i nasi aktorzy.

Dziękuję za rozmowę.