Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Magda Piekarska

Na początku była przyjaźń, potem teatr

Aktor:
Anna Ilczuk
Wydarzenie:
Anna Ilczuk jako...
Wydarzenie:
Anna Ilczuk z...
Źródło:
"Gazeta Wyborcza - Wrocław" 2013 nr 50 - dodatek "wARTo"
Data publikacji:
2013-02-28

Rozmowa z Agatą Kucińską Anną Ilczuk i Martą Ojrzyńską, laureatkami wARTo w kategorii Teatr

 

Magda Piekarska: Wiecie już, jak podzielicie się tą nagrodą?

Marta Ojrzyńska: Nie mam pojęcia. Dziesięć na trzy? Trudno podzielić, ale jakoś się dogadamy.

Anna Ilczuk: No co ty, a podatek? Jak się go odejmie, zostanie dziewięć. I po kłopocie - dzieli się idealnie.

Pójdzie na sztukę czy na fatałaszki?

Anna Ilczuk: Raczej na to pierwsze. Ale nie na nowy projekt, tylko na Molly B. I tak naprawdę niewiele nam z tego zostanie. Bo choć finansował nas Teatr Ad Spectatores, to pieniędzy nie wystarczyło na wszystko i wiele rzeczy musiałyśmy sobie same zasponsorować. To przedstawienie powstawało przy minimalnym budżecie - pomógł nam Maciej Masztalski, ale też masa innych osób. Scenograf Michał Borczuch, kostiumolog Mateusz Stępniak, kompozytor Maciej Zakrzewski, który przygotował muzykę na żywo - wszyscy pracowali przy Molly za darmo, wyłącznie z sympatii dla nas, za to z pełnym zaangażowaniem i profesjonalizmem. No i Włodek Chomiak, aktor Spectatoresów, który palił w piecu, żebyśmy nie marzły i pomagał stawiać scenografię. Więc niby kobiecy spektakl, ale bez facetów nie dałoby się go zrobić.

Dla mnie Molly B. jest spektaklem o Waszej przyjaźni. Ba, wydaje mi się wręcz, że gdyby jej nie było, nie byłoby też tego przedstawienia - na pewno w takim kształcie.

A.I.: Na początku była przyjaźń, potem pomysł spotkania na scenie, a dopiero na końcu Marta przyniosła nam tekst Joyce'a. Bo pomyślałyśmy, że spektakl oparty wyłącznie na naszej przyjaźni i jej historii nie będzie interesujący dla widzów. Co kogo obchodzi, że się przyjaźnimy od liceum? Chciałyśmy się oprzeć na jakimś materiale, który będzie nas inspirował. To by się nigdy nie udało, gdyby był tylko monolog Molly Bloom, albo tylko zapis naszej relacji.

M.O.: Na pewno przyjaźń była tym pierwszym impulsem. Nie zrobiłabym tego spektaklu nigdzie indziej poza Wrocławiem, miastem, z którym czuję się związana, chociaż mieszkam i pracuję w Warszawie i Krakowie. Nie zrobiłabym go bez dziewczyn, ale też bez Maćka Masztalskiego, który szefuje Spectatoresom. To była baza, potem dopiero zaczęło się poszukiwanie materiału, który by nas zainspirował i poruszył. Uznałam, że monolog Molly Bloom z Ulissesa będzie najlepszym wyborem. Bo dotyka tematu kobiecości, intymności, manifestowanej w pełni towarzyszących jej doświadczeń.

Agata Kucińska: To fakt, że ten punkt wyjścia układa się w taką chwytliwą medialną historię - trzy laski, przyjaciółki z liceum, spotkały się po latach, żeby zrobić razem spektakl. Ale to, że my się tak dobrze znamy i rozumiemy, że czujemy się tak dobrze, właściwie bez słów, pozwoliło nam przejść drogę na skróty w pracy nad tym spektaklem i skonfrontować nasze doświadczenia. Każda z nas funkcjonuje w zupełnie innym środowisku artystycznym. Dla mnie, związanej od lat z teatrem lalkowym, największym zaskoczeniem było to, że te drogi się nie wykluczały, ale uzupełniały.

Nie było zgrzytów? Jako przyjaciółki jesteście na równych prawach, tymczasem tutaj jedna z was pełni funkcję reżysera. I nie ma zmiłuj, trzeba jej słuchać.

A.K.: Nie zawsze było lekko, ale dla każdej z nas, z różnych, bardzo intymnych powodów ten czas - październik 2012 roku - był bardzo intensywny i ważny. Każda z nas była w innym miejscu w swoim życiu. No i nastąpiło takie zderzenie, z którego powstał spektakl.

A.I.: Na początku naszej współpracy Marta powiedziała coś bardzo mądrego, w co ja - przyznaję - wtedy nie uwierzyłam. Powiedziała, że to, że tak dobrze znamy się z Agatą, daje nam taką siłę kontaktu aktorskiego, jaką trudno byłoby poczuć w innej sytuacji. Jednocześnie bardzo naturalnie osiągnęłyśmy taki etap pracy, kiedy nie tylko ufałyśmy sobie nawzajem, ale też Marcie, jako reżyserce. Chodziło więc o to, żeby nie zatrzymywać się na poziomie naszej relacji, tylko pójść gdzieś dalej - za Joyce'em i jego Molly, uwierzyć w postać, wykreować inny świat na scenie. I to było właśnie najciekawsze - że potrafiłyśmy z naszej relacji wyciągnąć to, co najlepsze, a jednocześnie uniknąć ryzyka tej sytuacji. To nie było w żadnej mierze kółko wzajemnej adoracji. Było jak zawsze w pracy nad spektaklem - pot, krew, łzy i zgrzytanie zębów. Ale też obrażanie się i frustracje. No, ale na szczęście po spięciach godziłyśmy się błyskawicznie - w pięć minut wywalałyśmy kawę na ławę i było po wszystkim. Dzięki temu udaje nam się w tym spektaklu coraz lepiej to, co od początku było naszym zamierzeniem - przechodzić ze świata w świat, z jakości w jakość, od Joyce'a, poprzez wymyśloną sytuację, aż do sceny, w której oglądamy nasze zdjęcia sprzed lat i robi się coraz bardziej intymnie.

M.O.: To była absolutnie szczera i intymna praca. Taki off z doskoku, na wariackich papierach, z potrzeby serca. I chyba dlatego ten spektakl jest tak ważny dla nas. Kobiecość, odsłonięta przez Joyce'a, była kluczem. Bo co kogo obchodzi, czy w liceum byłyśmy na wakacjach w Dębkach czy w Sopocie? Ale już bliskość, która istnieje między nami, mogła urodzić nową jakość.

A ile jest was w Molly?

A.I.: To taki kobiecy everyman. Każda z nas nią jest. A jej monolog to szalenie trudny tekst. Nigdy dotąd nie stałam przed podobnym wyzwaniem. Nigdzie indziej nie pocę się tak bardzo przed wyjściem na scenę, jak grając w Molly B.

A.K.: A ja wlazłam w ten tekst trochę po omacku i intuicyjnie. I nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy jestem gotowa, żeby go mówić. Bo może nigdy nie będę.

A.I.: Forma tego monologu brzmi tak aktualnie, że do dziś, kiedy go sobie powtarzam i ktoś się temu przysłuchuje, zdarza mi się odpowiadać na pytanie: "Ale to same napisałyście?". "Nie, to Joyce" - mówię wtedy. I reakcja jest najczęściej ta sama: "Ale jak to? Na początku wieku? Facet? O kobiecie? Niemożliwe!".

A.K.: Bo to nieprawdopodobne, że facet może wejść tak głęboko w istotę kobiecości. I opisać rzeczy, z których ja, kobieta, nie zdaję sobie sprawy. A on to wie, i w dodatku bezczelnie nazywa to słowami! Dlatego nie ryzykowałabym, podając procentową zawartość Molly we mnie. Bo jednego dnia myślę sobie: "Co ta laska gada?", a innego: "No tak, masz rację, stara".

M.O.: To był pierwszy monolog wewnętrzny, z jakim się zetknęłam. Jeszcze w szkole aktorskiej, na zajęciach u Krystiana Lupy. I to było tak mocne uderzenie, tak zapadło mi w pamięć, tak mnie zainspirowało, że czułam, że muszę coś z tym zrobić.

A.K: Fascynujące w monologu Molly jest to, że tam nie ma cienia wulgaryzmu, a jednocześnie jest tak bezwstydny, że ja, jako aktorka, mówiąc go, niejednokrotnie walczę z uczuciem zażenowania. Mówię te słowa i myślę jednocześnie: "Jezus Maria, ktoś to usłyszy, moja mama siedzi na widowni, co ona sobie pomyśli?".

Czy drugą część spektaklu można odczytywać jako próbę stworzenia równie intymnej sytuacji, tyle że już nie w monologu, ale w dialogu dwóch postaci?

A.I.: I tu wkracza nasza relacja - ta intensywność kontaktu nie była wykreowana, ona po prostu była. Pierwsza z naszych improwizacji, które posłużyły jako budulec scenariusza, odbyła się na scenie w teatrze, gdzie było potwornie zimno. Drugą nagrywałyśmy u mnie w domu, w łóżku. I szczerze mówiąc, jakość była identyczna. Sceneria nie miała znaczenia. Oczywiście był plan, starannie przygotowany przez Martę, ale było też nasze porozumienie. Dialogi między nami rodziły się zupełnie naturalnie, bo my ze sobą po prostu rozmawiamy - od kilkunastu lat i bardzo często. Nie musimy się badać, wstydzić się, kreować się przed sobą, udawać kogoś, kim nie jesteśmy.

A.K.: To było moje pierwsze doświadczenie z improwizacją, do którego podeszłam czysto intuicyjnie. Kompletnie nie wiedziałam, na czym to polega. I nie zastanawiałam się za bardzo nad obecnością kamery, nad tym, że jest to nagrywane, że to wszystko jest jakąś kreacją. Bazą była nasza relacja z Anią i założenia Marty, które ukierunkowały nasze dialogi.

M.O.: Ale to nie było tak, że dziewczyny były puszczane na żywioł. Każda dostawała list z moimi intencjami, były też tematy, bynajmniej nieprzypadkowe, bo wszystkie miały źródło w tekście Joyce'a.

Pamiętacie, kiedy się pierwszy raz spotkałyście?

A.I.: Ja pamiętam! Absolutnie pamiętam!

M.O.: Jasne!

A.K.: Ja najpierw powiem, bo ja się pierwsza spotkałam - z Martą, w ósmej klasie podstawówki u mnie w domu. Bo Marta poprosiła moją mamę o dodatkowe lekcje z polskiego, bo chciała zdawać do XIII LO.

M.O.: Tak!

A.K.: I mama się zgodziła, a ponieważ ja też chciałam zdawać do "trzynastki", podłączyłam się pod te Marty lekcje. I tak się poznałyśmy. A potem na egzaminach wstępnych.

A.I.: Na egzaminach wstępnych do liceum; spytałam Agatę, z czego pisała egzamin, a ona odpowiedziała, że z Bursy, a ponieważ ja mam dosyć słaby słuch, nie do końca usłyszałam, co ona powiedziała. I zapytałam: "Kto? Nie znam?". I potem było mi bardzo wstyd, że ona myśli, że ja nie wiem, kto to był Bursa. A Martę poznałam oczywiście na papierosie.

M.O.: Oczywiście? Przecież ja od ośmiu lat nie palę.

A.I.: To był drugi, może trzeci dzień szkoły. Wyszła dziewczyna w długiej, kraciastej spódniczce i w granatowej bluzie z kapturem, pożyczonej od brata i zapytała: "E, masz ognia?".

A.K.: Ania wydawała mi się trochę dziwna na początku, ale przez cztery lata siedziałyśmy razem w ławce i jakoś się zgrałyśmy.

A.I.: Razem miałyśmy grupę teatralną Porażka w liceum - z Izą Kałą i Anetą Wróbel. Z Wdowami Mrożka wygrałyśmy festiwal Przekręt w XVII LO. A potem w klasie maturalnej wystawiłyśmy w Kalamburze Zapiski o kwitnieniu do tekstu Anety Wróbel. I Bogusław Litwiniec powiedział, że jesteśmy ostatnim pokoleniem tej sceny. Tak się stało. Tam poznałyśmy Sambora Dudzińskiego, który mówił: "Dziewczyny, nie zdawajcie do szkoły teatralnej, bo to artystyczna śmierć". Aneta Wróbel jako licealistka wygrała konkurs dramaturgiczny i jej tekst był drukowany w "Dialogu", zrobił się szum wokół niej i trafiła na okładkę "Wysokich Obcasów". Minęły dwa lata i porozchodziłyśmy się do różnych szkół teatralnych. A ja po raz pierwszy spotkałam się z Maćkiem Masztalskim z Ad Spectatores. I u niego w toalecie znalazłam ten dwuletni numer "WO". Zapytałam, dlaczego trzyma tę gazetę. A on na to: "Bo jakieś dupeczki nam robią konkurencję we Wrocławiu". A potem wszystkie zaczęłyśmy pracować w Ad Spectatores, więc można przyjąć, że tę konkurencję wykończył.