Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Piotr Czerkawski

Nieświęta Matka Teresa

Data publikacji:
2010-09-24

Ewa Skibińska nie przypomina granych przez siebie postaci. W przeciwieństwie do bohaterki filmu Pawła Sali, znajduje odwagę, by mówić własnym głosem. W rozmowie z naszym dziennikarzem brzmi ostro i wyraziście. Filmowa matka Teresa opowiada Piotrowi Czerkawskiemu o stymulującym niespełnieniu, skłonności do rozrabiania i braku miłosierdzia dla myślowej hipokryzji.

Piotr Czerkawski: Matka Teresa, cicha Weronika, Elżbieta Walicka… Łatwo spełniać się aktorsko grając postacie niespełnione życiowo?

Ewa Skibińska: Przekazuję swoim bohaterom pewne osobiste cechy, do których nikomu się nie przyznaję. O, właśnie się wygadałam! /śmiech/

Punkt dla mnie. Gramy dalej. Co to za tajemnicze cechy?

Moje postacie nigdy nie dochodzą do ściany. Stają raczej przed drzwiami. Wiedzą, że za chwilę się otworzą, ale nie mają pojęcia czego się za nimi spodziewać. Ze mną jest dokładnie tak samo. W żadnym wywiadzie nie przeczyta Pan, że jestem ukształtowaną kobietą, która wie czego chce i jest ze sobą pogodzona. Ciągle na coś czekam, eksperymentuję i odczuwam pewnego rodzaju niespełnienie.

I całe szczęście. Dzięki temu ciągle jest Pani ciekawą rozmówczynią. Domyślam się, że ten brak ostatecznego spełnienia nie boli, lecz stymuluje.

On nie ma nic wspólnego z kompleksami czy zaniżonym poczuciem własnej wartości. Prowokuje raczej ciągłą otwartość na nowe doznania i skłonność do przekory. To moje osobiste cechy, o których możemy powiedzieć życzliwie, że są dziecięce, a nieżyczliwie – infantylne. Tak już jestem skonstruowana. Czuję się rozrabiarą.

Rozrabiarą pełną siły, która w "Matce Teresie od kotów" pozwoliła wcielić się w bardzo słabą kobietę?

W przypadku tej bohaterki nie chodziło o to, żeby odsłonić bogatą paletę aktorskich umiejętności. Trzeba było odwagi, by zdecydować się na zagranie kobiety nieokreślonej, szarej. Takiej, z którą nie do końca bym się identyfikowała. Nie podejrzewam jednak, żeby chciał mi Pan zadawać banalne pytanie o to ile jest we mnie z Teresy.

Gdzieżbym śmiał… A czy lubi Pani swoją bohaterkę?

Na pewno byłabym w stanie jej bronić. W trakcie prób dużo rozmawialiśmy o tym, żeby nie określać konkretnego powodu, dla którego Teresa została zabita. Choć bohaterka jest w gruncie rzeczy zwykłą agentką ubezpieczeniową, zależało mi na tym, żeby zrobić coś co lubię, czyli nadać Teresie pewną aurę kobiecości. Sprawić, by mimo wszystko ktoś chciał obejrzeć się za nią na ulicy.

Ja sam bym się obejrzał. Mało tego- chętnie kupiłbym od Teresy polisę na życie. Dlaczego ta zadbana, wzbudzająca zaufanie kobieta nie potrafi zabezpieczyć szczęścia własnej rodziny?

Tym, co lubię w kinie jest możliwość analizowania postaci przez pryzmat jej najdrobniejszych gestów i zachowań. W przypadku Teresy taka analiza pozwala znaleźć jedyną winę bohaterki w tym, że nie próbuje zwalczyć własnego lęku przed synami.

Pawła Sali nie imają się żadne etykietki. Jego film i teatralne sztuki wskazują, że w ciele uprzejmego wrażliwca drzemie cokolwiek mroczna dusza. Który z elementów jego osobowości triumfuje podczas pracy na planie?

Paweł jest wtedy zupełnie delikatny, bezgranicznie wsłuchany w aktora. Zwraca uwagę na dobór współpracowników i dba, aby każdy był napiętą struną, która wygrywa tę samą melodię. Bardzo przeżywa jednak, gdy jakaś z tych strun się rwie. Nie lubi tego naprawiać, zmieniać ludzi, namawiać. Zamiast tego wolałby od razu uciąć takiej osobie głowę /śmiech/. Sala przywiązuje wielką uwagę do prób, jest bardzo otwarty na dyskusje. Po rozmowach z ekipą zdecydował się dopisać pewne fragmenty scenariusza, w tym obie sceny erotyczne. Na planie jednak chciałby już mieć coś na kształt warunków idealnych. Myślę, że w przypadku "Matki Teresy…" w dużym stopniu to się udało. Wszystkim członkom ekipy naprawdę zależało na tym filmie. Czuliśmy, że mamy szansę na stworzenie czegoś ważnego. Myślę, że Paweł może wyrosnąć na kontynuatora tradycji Kieślowskiego. "Matka Teresa..." bardzo przypomina mi "Krótki film o zabijaniu". W trakcie kręcenia Sala potrafił zadbać o atmosferę pewnego celebrowania pracy, która kojarzy się raczej z teatrem niż pełnym napięć filmowym planem. Paweł był naszym szamanem /śmiech/

"Matka Teresa" to rodzinna psychodrama, w której każdy – także Pani bohaterka – występuje w podwójnej roli. Jest jednocześnie katem i ofiarą.

Ten brak podziału ról sugeruje, że film ma jeszcze jednego bohatera. Ponieważ nie wierzę w Boga, wolę powiedzieć, że mamy do czynienia z antycznym fatum. Być może w ogóle nie jesteśmy panami własnego losu i nic od nas nie zależy. Przecież Teresa próbowała kochać, dbała o sferę finansową, ale co z tego? Wszystkie postacie, nawet jej syn- Artur, chcą przecież dobrze, ale nikomu nie wychodzi.

Po prostu fatum.

Jest jakaś wielka tajemnica w tym, że pewnych wydarzeń z naszego życia nie możemy przewidzieć, nie damy rady im zapobiec. Zbrodnia czy śmierć przychodzi do nas i wydarza się w sekundę. A potem możemy tylko powtarzać: "jak to możliwe?".

Bóg śpi, a film Sali przypomina koszmarny sen prawicowego polityka?

W chwili gdy polska sztuka jest w dużym stopniu prześwietlana ideologicznie, Sala zdecydował się na bardzo odważny film. Pamiętam, że podczas jednej z konferencji prasowych stwierdził, że właściwie chciałby robić fajne, wesołe kino, ale to bardzo trudne. Od razu powiedziałam do zgromadzonych: "Proszę państwa, reżyser kłamie. Nie wierzę, że pragnąłby nakręcić komedię, ale nie potrafi" /śmiech/. W "Matce Teresie…" Paweł dokonał czegoś, co doskonale wychodzi austriackim dramaturgom w typie Brocha czy Musila tworzących sztukę autoironiczną, oskarżycielską, pełną gorzkiej prawdy. Pokazał bardzo smutny obraz Polski i Polaków, przedstawił nas jako ludzi biernych i bezradnych wobec zła. Dzięki tej wizji może zatriumfować moja wrodzona przekora. Gdy oglądam film, aż chciałabym powiedzieć wielu ludziom: "Popatrzcie! Macie dwójkę heteryków, tę pozornie normalną, katolicką rodzinę z dziećmi, a i tak wydarza się w niej zbrodnia". Pamiętajmy, że "Matka Teresa..." jest inspirowana faktami. W dniu, kiedy udzieliłam wywiadu TVN 24, włączyłam tę stację i akurat natrafiłam na informację o mężczyźnie spod Łodzi, który zamordował żonę i dzieci. Takie wydarzenia również należą do polskiej rzeczywistości. Film tego dotyka i przez to wywołuje czasem bardzo silne emocje. Tadeusz Sobolewski w telewizyjnej relacji z festiwalu w Koszalinie mówił, że podczas seansu niektórzy widzowie wręcz szlochali.

Wystarczy jednak zmienić kanał, by zobaczyć jak przeterminowani celebryci w najnowocześniejszych studiach piorą brudy w towarzyskich maglach.

Skupiamy się na zupełnie nieistotnych rzeczach i zapominamy, że istnieje coś takiego jak miłość, otwartość czy wysoka sztuka. Jestem przekonana, że gdyby serwować ją społeczeństwu jak dobry syrop, poprawiłaby jego kondycję. Wierzę właśnie w nią, a nie w jakieś absurdalne dogmaty, zgodnie z którymi np. mężczyzna może kochać tylko kobietę, a kobieta mężczyznę.

W jednym z tygodników z rozbawieniem przeczytałem ostatnio artykuł zszokowanej dziennikarki bijącej na alarm, że nastolatki piją alkohol, palą fajki, zaciągają się trawą i uprawiają seks. Przecież robiły to zawsze! Mnie dużo bardziej przeraża, że czytają coraz mniej książek, które niedługo i tak staną się jeszcze droższe i trudniej dostępne.

Do tego właśnie zmierzam. Pieniądze zarabiam w serialach i szanuję to miejsce pracy, ale moje prawdziwe życie kręci się wokół teatru i kina. Właśnie z tym chciałabym wyjść do ludzi najmocniej. Niestety, polityka kulturalna jest taka, że nie ma na to pieniędzy, a niewygodna, skłaniająca do refleksji sztuka nie może spełniać swojej funkcji edukacyjnej.

Kluczowe pytanie brzmi czy Jan Kowalski faktycznie woli serial od spektaklu czy może tylko mu się to wmawia np. przez kształt telewizyjnej ramówki?

Oczywiście, że się nim steruje. Weźmy reklamy, które przynoszą stacjom ogromne pieniądze, a nie bez powodu są najchętniej puszczane w zestawie z fałszywą namiastką życia oferowaną przez seriale. Wychowani na nich ludzie nie chcą być wytrącani z równowagi. Pamiętam, że w czasie spektaklu "Snu nocy letniej" zdarzyło nam się, że po jednej ze scen pewien widz wstał, zakrzyknął głośno: "To skandal" i opuścił salę. /śmiech/

Znakomita reklama. Na pewno go nie podstawiliście?

Gdyby się nad tym dłużej zastanowić, to jego zachowanie nawet nam się podobało. Ten człowiek nie wahał się, by zabrać głos i wyrazić własne zdanie. Najgorszy jest dziś konformizm.

Pani z pewnością potrafi go w sobie zwalczyć. Już od teatralnego debiutu w "Historii" wg Gombrowicza zdradza Pani skłonność do poświęceń, potrafi obnażyć się zarówno fizycznie, jak i duchowo, emocjonalnie.

To materiał na wiele anegdot. Pamiętam nawet, że na próbie generalnej przed wznowieniem "Kuszenia cichej Weroniki" jeden z partnerów stanął mi na nogę i straciłam całego paznokcia. Zalana krwią musiałam dograć spektakl do końca. Na drugi dzień, w trakcie premiery miałam na bolącym palcu ogromny opatrunek i nie mogłam wykonywać prawie żadnych gwałtownych ruchów.

Czego się nie robi dla sztuki. Proszę mi wierzyć lub nie, ale tuż po wyjściu z "Kuszenia..." wylądowałem na pogotowiu z krwotokiem. Bolesny spektakl, nie ma co. To zresztą niejedyne nasze wspólne wspomnienie, bo – z tego co wiem – jesteśmy absolwentami tej samej podstawówki. Co za magnes przyciąga Panią do Wrocławia od urodzenia i wciąż powstrzymuje przed wyprowadzką do stolicy?

Nie jestem jedyna. Spośród znanych aktorek mieszkają tu jeszcze choćby Kinga Preis czy Anna Ilczuk. Jestem bardzo silnie związana nie tylko z Wrocławiem, ale także z Teatrem Polskim i "Notatnikiem Teatralnym". Śmiejemy się czasem z Krzysiem Mieszkowskim, że mamy w sumie troje dzieci- Mieszka, Helenę i Notatnik. No, a dzieci się nie porzuca.

Wrocław jest domem nie tylko dla znakomitych aktorek, ale także uznanych reżyserów – Saniewskiego, Krzystka, Wojcieszka. Czy w salonie tego domu funkcjonuje coś takiego jak wrocławskie środowisko filmowe?

Myślę, że w jego stworzeniu mogłyby pomóc działania Romana Gutka. Jestem pod dużym wrażeniem tego, co robi w związku z Erą Nowe Horyzonty. Podoba mi się jego zdolność do współpracy i otwartość na inne, działające już inicjatywy. Na pewno nie jest tak, że przyjeżdża do nas Warszawa i organizuje swój festiwal. Działa przy nim przecież także sporo ludzi związanych z kulturą we Wrocławiu.

Wszystko dobrze, dopóki nie zmienia się władza i pozostają w mocy dawne ustalenia. Maleńczuk śpiewał: "burza na górze, będą zmiany w kulturze". Tego się boję. Często nie szanujemy w Polsce autonomii sztuki i nie rozumiemy, że gabinet urzędnika czy kościelna ambona nie jest dobrym miejscem do kontrolowania jej wartości.

Pod tym względem daleko nam do ogólnie przyjętych standardów. Myślę, że w Europie Zachodniej byłoby niedopuszczalne gdyby urzędnicy ingerowali w działalność kulturalną. Najlepszym dowodem na bezczelność władz jest głośna sprawa Teatru Ósmego Dnia w Poznaniu albo nasza własna batalia o wrocławski Teatr Polski. Mogę jednak zapewnić, że nie poddajemy się i wciąż walczymy! /śmiech/

W wywiadach cytuje Pani Stanisławskiego mówiącego, że "każdą rolę trzeba grać tak jakby była ostatnia w życiu". Nie boi się Pani, że kiedyś skapituluje albo się wykrwawi?

Czuję, że mam w sobie wewnętrzny kontroler niepozwalający mi się zatracić. Każdy ma swój sposób na odreagowywanie ciężkiej pracy i bólu. Ja idę wtedy w długą /śmiech/. Po tym gdy wykonuję w spektaklu duży emocjonalny wysiłek i narzucam sobie żelazną dyscyplinę, staram się rozluźnić. Lubię tańczyć, lubię pić, rozmawiać z ludźmi i niczym się nie przejmować. Jestem zupełnie jak dziecko, które wybiega ze szkoły.

Wild child, jak w piosence Doorsów?

Dostrzegłam je w sobie głównie dzięki Krystianowi Lupie. On ma w sobie zdecydowanie najwięcej dziecka spośród twórców, z którymi pracowałam. Udowadnia wszystkim, że odkrycie tego wewnętrznego dziecka stanowi warunek bycia otwartym na świat artystą. Całe nasze życie polega zazwyczaj na kreowaniu własnego, fałszywego wizerunku dostosowanego do oczekiwań otoczenia lub samego siebie. Dzieciaki w ogóle nie mają w sobie tej brzydkiej skłonności. Artyści powinni brać z nich przykład.

Dokąd mknie w Pani to dziecko, które właśnie wybiegło ze szkoły?

Wypuszcza się w nieznane bez kontrolowania konsekwencji. Fascynujące jest to, że do końca życia może się zmieniać i zaskakiwać samego siebie.