Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Małgorzata Matuszewska

Od miłości do ...

Aktor:
Anna Ilczuk
Źródło:
Polska Gazeta Wrocławska online
Data publikacji:
2010-02-16

Małgorzata Matuszewska: Właśnie skończyły się zdjęcia do filmu "Z miłości" Anny Jadowskiej o młodym małżeństwie decydującym się na zagranie w filmie porno. Kogo w nim zagrałaś?

Anna Ilczuk: Joannę, kobietę pracującą w pornobiznesie, grającą w filmach pornograficznych.

To chyba wyjątkowo trudna rola?

- Bardzo. Rola była bardzo ciężka.

Anna Jadowska nie kręci popularnych, lekkich komedii. Ty nie występujesz w takich fabularnych, kinowych produkcjach. Czujesz się bardziej aktorką teatralną czy czekasz na swój wielki film fabularny?

- Nie myślę o zawodowym życiu w takich kategoriach, nie przeprowadzam podobnych analiz, bo po prostu korzystam z szans, które dostaję.

Anna Jadowska jest specyficznym twórcą, niekomercyjnym, ale zawsze ma coś ważnego do powiedzenia. Jak Ci się z nią współpracowało?

Wzbudza ogromne zaufanie. We mnie wzbudziła je od razu. Wiedziałam, że może być mi trudno zagrać aktorkę filmów pornograficznych, nie miałam wielkich problemów z decyzją o przyjęciu tej roli, bo Ania jest reżyserką, przy której aktor czuje się zupełnie bezpiecznie. Ona nie pozwoli zrobić aktorowi krzywdy.

Jest wymagająca?

- Wymaga bardzo dużo, ale stwarza na planie komfortowe warunki.

Co słychać w "Pierwszej miłości"?

- U mojej Emilki wszystko dobrze, dziękuję.

Zajęcia w serialu i filmie, w których zagrałaś, nie kolidują z teatrlanymi planami zawodowymi? Teatr jest zawsze na pierwszym planie?

- Dziękuję mojemu dyrektorowi w Teatrze Polskim, bo ułatwiając pogodzenie różnych obowiązków, dał mi możliwość zagrania w tym filmie. Prawda jest taka, że mam szczęście, bo osoby, z którymi współpracuję, są zawsze wyrozumiałe. Tak było od początku, w Teatrze Ad Spectatores, potem w Teatrze Polskim - dziś mojej macierzystej scenie i w serialu. Wszystko udaje się pogodzić dzięki dobrej woli osób, które ze mną współpracują.

W Teatrze Polskim trwają próby do "Snu nocy letniej" Szekspira w reżyserii Moniki Pęcikiewicz. Kogo zagrasz?

- Hermię, czyli narzeczoną Lizandra. Jeszcze nie wiem, jaka będzie moja Hermia, bo do premiery zostały dwa miesiące.

Ta rola jest dla Ciebie wyzwaniem?

- Myślę, że każda praca z Moniką Pęcikiewicz jest wyzwaniem dla aktora. Pracuję z nią już trzeci raz. Wcześniej grałam Nataszę w "Trzech siostrach" i Ofelię "Hamlecie" w jej reżyserii.

Jaka jest Monika Pęcikiewicz, reżyserka?

- Podobnie jak Ania Jadowska - bardzo wymagająca.

Daleko masz z domu do swoich licznych prac?

Bardzo daleko. Czasami nawet prawie 400 kilometrów na zdjęcia do Warszawy. Choć z Psiego Pola, gdzie mieszkam, do Warszawy jest bliżej, niż z centrum Wrocławia (śmiech).

Przygotowujesz coś z Ad Spectatores?

- Nie. Spectatorsi są przed premierą "Nangar Khel", do którego Maciek Masztalski przygotowuje się od dłuższego czasu. W ciągu najbliższych dwóch miesięcy powinniśmy się spodziewać premiery. W Teatrze Ad Spectatores chcę wyreżyserować "Łysą śpiewaczkę", ale nie ustaliliśmy jeszcze daty premiery.

O sprawy prywatne nie pytam, bo wiem, bo strzeżesz prywatności.

- Chciałabym ją zachować w tajemnicy. W zawodowych sprawach dzieje się bardzo wiele. Kiedy w Teatrze Polskim trwały już próby do "Snu nocy letniej", zaczęłam zdjęcia do filmu Ani, a w międzyczasie bardzo dużo jeździliśmy ze spektaklem Teatru Polskiego "Sprawa Dantona", w którym gram Louise Danton. Zwiedziliśmy pół świata, to był szalony czas podróży. Styczeń zaczął się większym skupieniem, skończyłam zdjęcia, intensywnie próbuję i uczę w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej.

Czyli przed Tobą sesja, ale widziana z drugiej strony. Czego uczysz studentów?

- Studenci mają egzamin już za kilka dni. Dla mnie to jest bardzo wyczerpująca praca, jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak skoncentrowana. Na drugim roku, o dziwo, uczę scen klasycznych.

Czemu "o dziwo"?

- Nigdy nie wiązałam siebie z klasyką. Nigdy nie patrzyłam na siebie jako na osobę, która mogłaby mieć cokolwiek ważnego do powiedzenia na ten temat. Ale okazało się, że to są bardzo ciekawe przestrzenie, choć wcześniej nie przyglądałam im się aż tak uważnie. Teksty klasyczne potrafią być zabawne. Moje doświadczenia z klasyką to głównie Szekspir, Czechow i Webster. Nigdy wcześniej nie miałam okazji pogłębić wiedzy na temat złotego wieku dramatu hiszpańskiego, Caldrona de la Barki, Lope de Vegi - okazało się, że ich teksty są bardzo ciekawe, mówiące wiele o współczesności i stanowiące bardzo dobry materiał do pracy ze studentami. Też uczę się przez całe życie (śmiech).

- Znalazłaś wśród swoich studentów osoby rokujące nadzieję na dobrych aktorów? Może kogoś zaangażujesz do premiery w Ad Spectatores?

Oczywiście, że tak. Na razie nie mam wobec nich planów. Angażowanie do spektaklu to zupełnie skomplikowana historia. Bywają świetni aktorzy, których się nie prosi, żeby zagrali w jakimś przedstawieniu, bo reżyser nie czuje, że powinni tam się znaleźć. Po prostu pasują gdzieś indziej. Sama wybieram osoby raczej pod wpływem natchnienia, niż z racjonalnych przyczyn.

Ciągle spotykam Cię w teatrze w roli widza. Masz czas na oglądanie?

- Uwielbiam oglądać spektakle. Lubię chodzić do teatru. Rzadko mam czas, ale jak już mam, staram się nadrabiać zaległości. Podobnie oglądam bardzo dużo filmów. Lubię dosłownie każdy rodzaj filmowej opowieści, nie przyglądam się, jak są zrobione. Wciąga mnie opowiadana historia. Podobnie jest w teatrze, z tym, że w teatrze przyłapuję się na myśleniu analitycznym o spektaklu. W kinie nigdy mi się to nie zdarza, wciągają mnie wszystkie historie, nawet te najgłupsze. Ale bardzo dobre spektakle wciągają mnie też opowiadaną historią.

Masz wymarzoną rolę?

Nie. Każda jest mniejszym lub większym wyzwaniem.

Długą drogę przeszłaś od zimnej Wieży Ciśnień na Grobli, w której kiedyś pracowali Spectatorsi. Dużo się tam nauczyłaś?

- Dla mnie to doświadczenie, które zbudowało mnie samą, mój sposób patrzenia na teatr i na to, co jest w teatrze najważniejsze.

Co jest najważniejsze w teatrze?

- Widzowie, zgodnie z nazwą, bo Ad Spectatores znaczy "do widza".

Pamiętasz, jak ciężko było na początku?

- W grubych, nieogrzewanych murach było zimno, próby zaczynały się późnym wieczorem i trwały do późnej nocy. Dzięki tamtym doświadczeniom na planie filmu Ani Jadowskiej Marta Nieradkiewicz, koleżanka grająca żonę bohatera, powiedziała, że jestem cyborgiem, bo tak dobrze znoszę zimno na planie. Duże doświadczenie wyniosłam z Wieży Ciśnień.

W filmie spotkałaś Ewę Szykulską. Jak wyglądała współpraca?

- Pani Ewa Szykulska zagrała żonę producenta pornobiznesu, w którego wcielił się Daniel Olbrychski. W filmie jestem bardziej w układach z szefem, niż z jego żoną. Pani Szykulska jest fantastyczną aktorką, osobą - legendą.

Grasz Madę Mueller w "Ziemi obiecanej" Jana Klaty. Gdzie jest Twoją ziemia obiecana?

- Chyba nie mam takiego punktu, do którego chciałabym dotrzeć. Nawet nie chodzi o cenę, którą trzeba zapłacić za dotarcie, bo uważam, że czasami trzeba gdzieś docierać przynajmniej za cenę pokonywania swoich własnych barier. Ale nie mam celu życiowego, o którym mogę powiedzieć, że jeśli tam dotrę, będę szczęśliwa. Wydaje mi się, że jestem osobą, którą bardziej fascynuje sama droga, niż cel do niej. Jeśli coś uznam za cel i udaje mi się go osiągnąć (a prawdę mówiąc, nigdy nie stawiam sobie celów), ale jeśli uda się zrealizować coś, dzięki czemu dochodzi np. do premiery, to nie czuję się szczęśliwa. Nie mam poczucia, że coś osiągnęłam.

To znaczy, że jesteś perfekcjonistką?

- Nie. To znaczy, że żyję w wiecznym nienasyceniu.

Co jest przed Tobą?

- Dużo rzeczy. Myślę, że wszystko.