Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Jacek Antczak

Policjanci z drogówki wycenili moje aktorstwo

Aktor:
Kinga Preis
Źródło:
Polska nr 63/14.03.08
Data publikacji:
2008-03-14

W poniedziałek w Teatrze Telewizji zobaczymy panią jako "Stygmatyczkę", czyli siostrę Wandę Boniszewską, z kolei w "Czterech nocach z Anną" Skolimowskiego zagra pani Annę, którą tajemniczy Leon postanawia uśpić, by być blisko niej. Wciela się pani w tak emocjonalne postacie, że ludzie boją się do pani podejść.

- Wiem, wiem, myślą, że spotkają się z jedną wielką traumą. Bez obaw, jestem normalną dziewczyną.

Ale tak świetna aktorka...

- ...wstaje o 6.40, biegnie z synem do szkoły, potem wychodzi na spacer z psem, pędzi na próbę do teatru, wraca, jedzie po dziecko, odrabia lekcje, odwozi Antosia na tenis, wychodzi z psem, leci na próbę, wraca, czyta synowi "Mikołajka". I dopiero wtedy rozładowują się jej duracelki. Rozbawił mnie program o Cybulskim, w którym ludzie mówili: "No, aktorzy. Wstaje taki o szesnastej...". Pomyślałam, że chyba coś ze mną nie tak.

Denerwuje panią ta proza życia?

- Bardzo ją lubię. Daje oddech, pomaga złapać pion w tym wszystkim, uspokoić się. A między tymi normalnymi, życiowymi sprawami staram się znaleźć coś, co sprawi, że widz zobaczy magię teatru.

"Jestem mała, piegowata, korpulentna, długo byłam ruda. Piękno nie jest tak ważne w filmie" - powiedziała pani odważnie.

- E tam, odważnie. Powiedziałam, jak się sprawy mają. Odważnie to by było, gdybym powiedziała, że jestem piękną, wysoką i szczupłą blondyną. Uroda w filmie nie jest ani przeszkodą, ani zachętą, ale już w serialach potrzebni są ludzie mili dla oka, żeby fajnie było spotykać się z nimi codziennie. Czasem więcej można zrobić, gdy odrzuci się myślenie o sobie jako o atrakcyjnej osobie. Wtedy musimy poszukać czegoś poza urodą. W filmie dodaje nam to wartości, innej niż coś, co się ma dane od Boga. Ja nie mogę na tym bazować, więc staram się poszukiwać poza swoją zewnętrznością. Ale i mnie czasem się przydaje to, jak wyglądam.

Poza tym uważa pani, że "każda aktora ma swojego operatora".

- Tak mówię o Piotrze, moim mężu. Dla niego jestem tą fajną, wysoką blondyną. Każdy z nas ma ulubione typy; ja uwielbiam ludzi obdarzonych jakąś skazą, na przykład piegowatych. Znam też i lubię ludzi o idealnej urodzie. Są ładnie ubrani, świetnie uczesani, miło jest na nich popatrzeć. Mogą reklamować pasaże handlowe. Tylko że wielu z nich ma przylepioną jedną minę i często nic do powiedzenia. Oczywiście, to samo można powiedzieć o niektórych szalenie brzydkich osobach. Nie przeszkadzają mi również ludzie bez płaskiego brzuszka, którzy nie mieszczą się między rozmiarem 36 a 38. Gdyby wszyscy byli jednowymiarowi, świat byłby strasznie szary.

A propos brzuszka. Grała pani nawet w 8. miesiącu ciąży.

- Jakoś nie mogłam się rozstać ze sceną, potem też synka wcześnie odstawiłam od piersi i wróciłam do teatru. W ósmym miesiącu grałam postać, która ma kilkanaście lat i teatralne pracownie krawieckie musiały się napracować, żebym nie była ciężarną nastolatką i dobrze wyglądała. Z brzuszkiem grałam też w "Pani Bovary" i tu było gorzej. Każdemu, z kim miałam scenę erotyczną, mówiłam, że możemy ją zagrać, tylko... bez dotykania. Biedny był Mariusz Kiljan, słysząc: "No to dotknij mnie w rękę, nie, nie dotykaj, zostaw mnie".

Było lato, rok 1997. Również w ciąży udała się pani na wały, by ratować miasto?

- Słyszałam te legendy o "ciężarnej Preis z wielkim workiem piachu na plecach". A ja worka nie miałam na plecach, tylko brzuszek z przodu... Mieszkam na małej uliczce 300 metrów od wałów, więc tak jak wszyscy donosiłam kanapki i wodę bohaterom narodowego zrywu.

Mieszka tam pani od urodzenia?

- Tak, a Sępolno z Biskupinem to najpiękniejsze dzielnice w mieście. We Wrocławiu jestem od zawsze. Ale tak naprawdę korzenie mam we Lwowie. Moja babcia, Maryśka, tam się urodziła. Mama urodziła się w dolnośląskim Wojcieszowie, kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Ale gdy była malutka, cała rodzina przeprowadziła się na Sępolno. Tu wszystko jest magiczne. Wiosną czy latem wszędzie rosną bzy, po domach pną się róże. Mam też gdzie się rozpędzić, spacerując z Timkiem - 30-kilowym labradorem. Świetne są do tego wały nadodrzańskie, choć teraz mniej, bo puszczam go bez smyczy i goni nas straż miejska.

Nie zdarza się pani wtedy wykorzystywać talentu aktorskiego?

- Raz spróbowałam z drogówką i... dostałam 10 punktów karnych i 500 złotych mandatu, a policjant powiedział: ,A jak pani chce sobie obejrzeć film z sobą w roli głównej, to zapraszamy do radiowozu".

W domu też się nie udaje?

- Piotr i Antoś nie dają się nabrać. Wiedzą, że jak płaczę, to płaczę, a jak się śmieję, to się śmieję. Raz, po koncercie "Kombinat", w którym występowaliśmy w soczewkach z krzyżami, chciałam ich przestraszyć i wyskoczyłam z łazienki, spoglądając takimi oczami. Przez miesiąc prosili, żebym się nie zachowywała jak głupia. Są w ogóle zniesmaczeni tym moim aktorstwem. A czasem umęczeni, bo przecież to nie jest tak, że nagle sobie zinterpretuję piosenkę na scenie. Muszę wykuwać teksty "na pamkę". I kiedy zapętlam zwrotkę, to wiem, że tego nie lubią. W domu specjalnie mnie nie cenią...

Ma pani Złote Lwy z Gdyni, Złote Kaczki i aż trzy Orły. Ten zwierzyniec stoi na honorowym miejscu?

- Orły szybko się łamią. Są z mało wytrzymałego materiału i mój syn, który usiłuje nimi fruwać, sprawił, że parę połamanych skrzydeł leży gdzieś na półkach. Niektóre Piotr skleił, ale jakoś nie pasowały, więc dziwnie wyglądają. Złota Kaczka stoi na lodówce w kuchni, w której lubię przesiadywać. Nie epatuję nimi, za to w domu mamy wiele zdjęć - lubimy fotografować. Wszystkie pieniądze idą na sprzęt.

Co fotografujecie?

- Przyrodę i zwierzęta, które możemy we Wrocławiu zobaczyć "za płotem". Przedwczoraj o 21.30, kiedy Antoni się kąpał, dzwoni Piotr i mówi: "Słuchaj, jestem na jazie Opatowickim, przeszedłem koło tego drzewa i przede mną stoi czterdzieści dzików". Moje dziecko pobiło rekord mycia wszystkich części ciała w pięć sekund i po minucie stanęło w kalesonach, rękawicach i butach traperskich. Z plecakiem, lornetką i latarką sunęliśmy na ten jaz. Musiało to wyglądać potwornie: ja w dresie, ciągnę za sobą dziesięciolatka w czarną otchłań, przy wtórze tętniącej wody. Szliśmy przez godzinę i oczywiście nawet pół dzika nie napotkaliśmy. Ale skradanie się po Wyspie Opatowickiej świtem lub ciemną nocą to nasza pasja.

Skradanie się i czatowanie?

- Tak, pod tym jazem zbudowaliśmy z kłód, traw i wszystkiego, co było pod ręką, czatownię. To takie miejsce, w którym siedzi się, obserwując i fotografując sarenki czy kozły. Podsypujemy im smakołyki, z czego zadowolone są myszy, które się tam zalęgły. Nic innego na razie tu nie spotkaliśmy, ale nasza czatownia stoi obok babrzyska, gdzie dziki odpoczywają sobie w błocie.

Jest pani nagradzaną za każdą rolę aktorką. Myśli pani czasem, że telefon nie zadzwoni?

- Propozycje najczęściej nakładają się na siebie. Jest Przegląd Piosenki Aktorskiej, jednocześnie spektakl w Warszawie, a do tego trzy dni na planie filmu i akurat wtedy przychodzi propozycja z serialu. Wtedy myślę sobie: "O, nie, chcę wyjechać na koniec świata, żadnych telefonów". Po czym przez miesiąc, dwa, nie dzwoni nikt i moje myśli biegną już w innym kierunku: "Za co, Kinga, zapłacisz czynsz, no, za co?". To jest proza życia aktorskiego w Polsce. Nie tak jak na świecie, że jedna rola pozwala na trzy lata dostatniego życia.

Ale podczas festiwalu w Gdyni na 20 filmów, które zrobiono w Polsce, zagrała pani w pięciu...

- To było dwa lata temu. W grudniu zagrałam u Jerzego Skolimowskiego w filmie "Cztery noce z Anną". Poza tym w "Komorniku", za który dostałam nagrodę, miałam cztery dni zdjęciowe, a u Michała Rosy w "Co słonko widziało" byłam na planie dwa dni. Nawet dobrze opłacany aktor w polskich realiach za te sześć dni nie przeżyje trzech miesięcy.

Ma pani marzenia zawodowe?

- Zagrać w zajefajnym filmie akcji i biegać po dachach z sześćdziesięcioma sześcioma pistoletami i wiązką granatów. Ale nie będzie mi to dane. Tak na poważnie, chciałabym się spotykać ze świetnymi reżyserami. Największą przygodą dla aktora są spotkania z ludźmi, od których można inspiracje czerpać garściami i tyle samo dawać im z siebie.