Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Krzysztof Kucharski i Anna Fluder

Prawda jest naga

Źródło:
"Słowo Polskie Gazeta Wrocławska" 2007 nr 104
Data publikacji:
2007-05-05

Rozmowa z Haliną Rasiakówną


Dużo barier musiała Pani w sobie przełamać, żeby zostać aktorką?

- Od dziecka lubiłam, gdy mnie ktoś słuchał, oglądał i najlepiej jeszcze chwalił. Pchałam się na scenę, mówiłam wierszyki na wszystkich akademiach i nie tylko. Nigdy się nie zastanawiałam, kim będę. To było jasne, że będę aktorką.

Nie bała się Pani egzaminów?

- Kiedy ktoś bardzo czegoś pragnie, to nie zastanawia się nad trudnościami i nie wymyśla sobie przeszkód. Pojechałam na egzaminy bez tremy.

Tak Panią teatr fascynował?

- Nie wiem, czy to zabrzmi wiarygodnie, ale mogę dać słowo honoru, choć nie ma się czym chwalić: przed zdaniem egzaminu do szkoły aktorskiej, nigdy nie byłam w teatrze.

Szkołę skończyła Pani bezstresowo. Co było dla Pani pierwszą zawodową barierą. To, że zaproponowano rozbierane role?

- Nie, chyba nie... Kiedy dowiedziałam się, że w Białym małżeństwie Różewicza będę musiała pokazać biust, nie zrobiło to na mnie szczególnego wrażenia. Miałam dwadzieścia parę lat i wydawało mi się, że mam nie najgorsze ciało, uważana byłam za ładną i zgrabną dziewczynę. Ta scena wydawała mi się naturalna. Byłam perwersyjną Paulinką i uwodziłam nieśmiałego Beniamina, którego grał Zbyszek Górski. To raczej on z reżyserem Kazimierzem Braunem byli trochę onieśmieleni, oglądając pierwszy raz mój nagi biust na próbie.

Potem w Operetce Gombrowicza pokazała Pani całą "nagą prawdę".

- Ściśle ze wskazówkami autora otwierało się wieko trumny i stała w niej absolutnie naga Albertynka, czyli ja. Autor kilka razy powtarzał, że prawda jest naga. Tak jak Albertynka cud-dziewczynka. Potem ową nagą Albertynkę grałam jeszcze gościnnie na scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego, gdy Joanna Pacuła poleciała do Stanów. Nigdy o nagości w teatrze czy w filmie nie myślałam w kategoriach bariery. To jest częścią sztuki. Oba spektakle to były ciekawe artystycznie przedsięwzięcia. W Białym małżeństwie zagrałam ponad pięćset razy.

Większą barierą był pocałunek, uściski teatralnych kochanków?

- Chyba tak. Granie bliskości z partnerem scenicznym jest znacznie trudniejsze. Ja jestem zapachowcem, wyczuwającym niuanse wszelkich wonności. Więc zawsze musiałam najpierw zaakceptować zapach partnera, czasem jakoś dopasować do swoich upodobań. Wiadomo, że każdy człowiek inaczej pachnie, ale można nanieść subtelne korekty. Nie wypada powiedzieć komuś: "Nie podoba mi się twój zapach". Ten zawód uczy też wzajemnej tolerancji i delikatności.

Ucieka Pani od szczegółów, a nas najbardziej interesuje, jak to wygląda od strony wzajemnych relacji.

- Ale co chcecie wiedzieć?

Dokładnie jak to jest. Ostatnio miała Pani kilka miłosnych scen w Onych w Teatrze Polskim z Wiesławem Cichym, z którym nigdy wcześniej Pani nie grała i chyba go nie znała Pani nawet.

- Znałam go tylko ze słyszenia, wiedziałam, że jest dobrym aktorem, ale rzeczywiście nigdy z nim nie grałam. Monika Pęcikiewicz, reżyserka tego przedstawienia, chodziła za mną i utyskiwała: "Halina, ja nie mam miłości na scenie! Tu musi być miłość! Zrób coś".

Wtrąćmy tylko, że gra Pani w tym przedstawieniu Maszę, a jest to adaptacja Trzech sióstr Czechowa. Wiesław Cichy grał Wierszynina.

- Po tych "awanturach" z Moniką podeszłam do wspomnianego Wierszynina i mówię: "Wiesiu, niestety, ale w tej scenie musisz mnie pocałować". Była to scena przeprosin, bo wcześniej Wierszynin zachował się wobec Maszy fatalnie. On popatrzył na mnie trochę zdziwiony i powiedział: "No czemu nie, w porządku, chętnie nawet".

A jak na to całowanie zareagował Pani mąż Tomek Lulek?

- Spytajcie Tomka. Widział dwie próby generalne i jedną premierę i nic mi nie mówił na ten temat. Ja go też nie pytałam.

To znaczy, że nie był zazdrosny. A Pani jest zazdrosna, gdy Tomek całuje się z innymi aktorkami na scenie?

- Nie wiem, nigdy nie widziałam, jak całuje się z innymi. Może coś by mnie "zagniotło" tutaj w środku. Tego nie umiem powiedzieć. Musiałabym zobaczyć.

Chodzi nam o to, czy żona aktorka może odróżnić, jak mąż aktor całuje na scenie swoją partnerkę, czy tylko jako postać, czy też przekracza granice teatralności?

- W teatrze pocałunki się symuluje, więc wszystko widać. To jest zupełnie inaczej niż w filmie, który operuje zbliżeniami i za dużo oszukać nie można. Chociaż w polskich filmach aktorzy nie umieją się całować. Te pocałunki są sztuczne. Genialnie to robią aktorzy amerykańscy. Mówię to z pozycji widza i mam na myśli prawdę tego pocałunku, czyli takie zagranie sceny, żebym ja w ten pocałunek uwierzyła.

Parę barier już pokonaliśmy wspólnie, wydaje nam się, że najtrudniejszą barierą dla aktorki jest zagrać starą, brzydką i na dodatek wulgarną kobietę. Myślimy tu o Pani roli Grety w przedstawieniu Krystiana Lupy Prezydentki.

- Ta sztuka została napisana dla aktorek po sześćdziesiątce i w tym wieku aktorki grały ją na prapremierze w Wiedniu. Biorąc pod uwagę prowokacyjnie napisane dialogi, Krystian obawiał się, że nie porozumie się ze starszymi aktorkami, by doprowadzić je do bezwstydu, złamania wszelkich barier. Zaproponował te role Bożenie Baranowskiej, Ewie Skibińskiej i mnie.

Trafił w dziesiątkę, bo te trzy role obrzydliwych kobiet, przepraszam, że tak mówię...

- Ale dobrze mówisz, one takie właśnie miały być...

Proszę mi dać, bo sama nie pochwali się Pani, że wszystkie dostałyście główne nagrody aktorskie w Kaliszu na prestiżowym i jedynym takim w Polsce Festiwalu Sztuki Aktorskiej.

- To się pochwalę, że grałyśmy ten spektakl przez miesiąc we Francji, w sumie 18 przedstawień, i parę razy ktoś do mnie podchodził, by przyjrzeć mi się z bliska, czy jestem tak stara, jak wyglądam na scenie. To był dla mnie największy komplement, gdy ktoś pytał z niedowierzaniem: "To naprawdę pani grała?". W tym spektaklu nie używamy żadnej charakteryzacji, wspomaga nas tylko kostium. To było też dla mnie piękne odkrycie, że nie używając żadnych sztucznych środków, potrafiłam sugestywnie zagrać starość.

Czy w życiu prywatnym wykorzystuje Pani tę umiejętność sugestywnego przepoczwarzania się w kogoś innego?

- Nie, nawet podświadomie chyba tego nie robię.

Nie kokietuje Pani nigdy nikogo?

- Kokieteria to jest co innego niż granie. Jako kobieta czasem coś udaję. Jak mnie zatrzymają panowie policjanci, gdy jadę swoim starym samochodem, to czasem przed nimi udaje taką bidulę, szarą myszkę, żeby mi krzywdy nie zrobili i mandatu nie wlepili. Nie zawsze to skutkuje.

Nikt Pani nie rozpoznaje w mieście?

- Czasami ktoś mnie rozpoznaje, ale jak wychodzę z teatru razem z mężem, to raczej on jest częściej rozpoznawany niż ja. Chyba, że mam zakręcone włosy jak Róża Paprocka, którą gram w serialu Na Wspólnej, wtedy się zdarza, że mnie ktoś zaczepi, kiedy kupuję buraki w warzywniaku: "O, ja panią skądś znam".

Przed laty pochwaliła mi Pani się, że nauczyła się Pani gotować, a to było jakiś czas temu. Czy zrobiła Pani w tym kierunku jakieś postępy?

- Nauczyłam się gotować, kiedy dzieci były małe. Natomiast oświadczam dobrowolnie, że nie lubię gotować i nie umiem gotować.

Mąż dobrze gotuje?

- Mój szanowny małżonek rzeczywiście dobrze gotuje, ale też się do tego wyrywa na wyścigi. Ja lubię, jak coś ugotuje, bo rzeczywiście ma wyczucie smaku. To nie znaczy, że jak ja coś upichcę, to się nie nadaje do jedzenia.

Od gotowania woli Pani podlewać kwiatki?

- Tak, zdecydowanie wolę spędzać czas w ogrodzie umorusana ziemią niż siedzieć w kuchni. Teraz w moim ogrodzie odbywa się mała rewolucja, ale dzięki temu będzie piękniejszy. Sama wszystko wymyśliłam, teraz przesadzam kwiaty, robię rabaty, kopię w ziemi i cieszę się, bo widać efekt. Dobrze się czuję w tej roli. Naciągacie mnie na bardzo prywatne wynurzenie.

Ale już więcej nie będziemy...