Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Cezary Polak

Rewolucja u bram Polski

Źródło:
Dziennik nr 53
Data publikacji:
2008-03-03

Cezary Polak: Inscenizuje pan tekst wybitny, ale zapomniany. Skąd pomysł na wystawienie dramatu Przybyszewskiej o rewolucji francuskiej?

Jan Klata: To świetny, niesłusznie niedoceniany tekst. "Sprawa Dantona" jest rodzajem podróży w czasie, wierną relacją wydarzeń historycznych, przy pomocy których autorka w obsesyjnie osobistym tonie opowiada o uniwersalnym modelu przejmowania władzy. To bardzo ciekawa próba analizy mechanizmu rewolucji, ciągłego społecznego zrywu. Podejście Przybyszewskiej polega z jednej strony na totalnej fascynacji rewolucją francuską, jej żywiołem, energią społeczną którą wyzwoliła. Z drugiej strony mamy zbrodniczy cień rewolucji, zużywanie ideałów, kiedy ich głosiciele dochodzą do władzy, i pytanie: czy terror może być usprawiedliwiony szlachetnymi konstruktami społecznymi? Rewolucja francuska była pierwszym doprowadzonym do końca projektem totalnej przebudowy cywilizacji. Zanegowano wielosetletnie podstawy funkcjonowania porządku społecznego w postaci religii, władzy królewskiej, zmieniono nawet kalendarz. Każdy, kto chce zrozumieć istotę rewolucji czy wszelkiego rodzaju przemian politycznych, znajdzie wiedzę na ten temat w historii rewolucji francuskiej.

"Sprawa Dantona" jest doskonałym materiałem scenicznym. Z czysto rzemieślniczego punktu widzenia to wielka gratka dla aktorów i reżysera. Zaplanowałem "Sprawę" jako drugie podejście do tematu rewolucji, radykalnych przemian społecznych, ale od zupełnie innej strony niż "Szewcy u bram". Zarówno treściowo, jak i estetycznie.

Po premierze "Szewców" zarzucano panu publicystykę i doraźność. W przypadku "Sprawy Dantona" będzie chyba podobnie...

- Opinie były bardzo różne. Nawet "Dziennik" co innego pisał w środę, a co innego w piątek. Zarzut publicystyki pojawił się w pierwszej fali recenzji, co samo w sobie nie jest dziwne, trudno przecież oczekiwać pogłębionej refleksji od kogoś, kto na co dzień zajmuje się czymś tak doraźnym jak podgryzanie kolegów z innych gazet. Zdarzały się również głosy histerycznie nierzetelne, co zresztą spowodowało jeszcze większy szturm na kasy TR. Myślę, że "Szewcy" są zasadną próbą przeanalizowania życia politycznego w Polsce na początku XXI wieku, zdecydowanie wykraczającą poza najbardziej naskórkowe skojarzenia. Jestem bardzo zadowolony z tego, że udało mi się pracować z intelektualną osobowością formatu Sławomira Sierakowskiego. Myślę, że dla nas obu było to egzotycznie odświeżające doznanie.

"Szewcy u bram" z założenia byli wpisani w kontekst polski, natomiast ze "Sprawą Dantona" jest inaczej. Nie będę powtarzał zabiegów interpretacyjnych, które według mnie sprawdziły się przy "Szewcach", bo to zupełnie inna materia literacka Tę autonomiczność trzeba uszanować. To nie będą "Szewcy 2" i nie będzie aluzji do współczesności, ponieważ w przeciwieństwie do Witkacego Przybyszewska tego nie czyniła. Natomiast zamierzam zrobić spektakl o nas - zawsze tak próbuję.

Danton to skomplikowana postać. Agent obcego mocarstwa, sybaryta, który pozwalał towarzyszom bogacić się na rewolucji.

- A jednocześnie człowiek wielkich zasług. Jest u Przybyszewskiej świetna scena konfrontacji, w której obydwie strony mają rację. Danton mówi, że Robespierre jest szalony w swoim pędzie do doskonałości, bo nie daje ludziom żadnego miejsca na słabości. Danton jest przekonany, że trzeba zrównać poziom rewolucji i poziom natury ludzkiej, bo inaczej społeczeństwo wybuchnie, nawet trzymane coraz radykalniejszym terrorem. Jest coś niezwykłego w postaci opętanego sobą pełnego sprzeczności ludowego trybuna, brytyjskiego agenta, osoby wewnętrznie poplątanej - przy całej pozytywnej roli, którą odegrał, mającego dużo do ukrycia. Robespierre odpowiada, że złagodzić wymagania to zdradzić rewolucję. Rewolucja ma być remedium na ogrom niesprawiedliwości - remedium aplikowanym za pomocą coraz radykalniejszych środków. Zresztą w "Sprawie Dantona" pełno kapitalnych, wieloznacznych osobowości oraz z maestrią zarysowanych konfliktów, które jawią się niepokojąco znajomo.

Myśli pan o naszej politycznej rzeczywistości. Właśnie - a propos niej - w wywiadzie udzielonym po ostatnich wyborach powiedział pan, że chce bronić Jarosława Kaczyńskiego. Podtrzymuje pan deklarację?

- Jarosław Kaczyński ma pistolet, może bronić się sam. Po tym co po wyborach zdarzyło się w łonie PiS, trudniej mi się utożsamiać z rolą obrońcy Jarosława Kaczyńskiego.

A ocaliłby pan coś z IV RP?

- Pewnie: dreszczyk emocji! A poważnie mówiąc, z pewnością uwrażliwienie na korupcję, choć hasło walki z patologią zostało przez rządzących wykorzystane instrumentalnie. Wszystko, co można by ocalić z IV RP, powinno być obwarowane zastrzeżeniem, żeby nie robić tego wedle obowiązującej wówczas praktyki politycznej.

Po wyborczej porażce PiS część krytyki ogłosiła śmierć teatru politycznego. Zgaduję, że nie zgadza się pan z tą diagnozą. Jak pan widzi przyszłość tego nurtu?

- Dobrze pan zgaduje, nie zgadzam się z uczynnymi grabarzami teatru politycznego. Nie ma nic bardziej ambarasującego niż przedwczesny nekrolog. Czytelnikom żądnym obszerniejszych wyjaśnień na temat zjawiska zwanego teatrem politycznym czy też teatrem angażującym polecam najnowszy numer "Notatnika Teatralnego". Przyszłość teatru w Polsce - zarówno politycznego, eskapistycznego, i jakiegokolwiek innego - widzę w barwach może nie tyle różowych, co tęczowych. Mamy istne zatrzęsienie znakomitych aktorów, grupę ciekawych scenografów, choreografów i dramaturgów, pojawiają się wciąż nowe osobowości reżyserskie. Największy problem to brak wybitnych dyrektorów teatrów, ale to pewnie znak czasu egoizmu i budowania przede wszystkim własnej kariery reżyserskiej. Tacy szefowie, jak na przykład Mikołaj Grabowski czy Krystyna Meissner, to absolutne wyjątki.

Może należałoby raczej śmielej poszukiwać dobrych dyrektorów spoza grona ludzi parających się reżyserowaniem?

- Problemem polskiego teatru jest również brak sensownej reformy funkcjonowania teatrów instytucjonalnych. Żaden z ministrów po roku 89 tego nie ruszył. Ale to część kłopotu natury ogólnej - władza, włodarze, władcy wszystkich szczebli, od ministra po radnego. Czasem bywa żenująco, czego doświadczają ludzie teatru z Jeleniej Góry czy Wrocławia, że przytoczę tylko najświeższe, najbardziej ewidentne przykłady.

Pańskie spektakle gromadzą tłumy widzów, ma pan autentycznych fanów, którzy jeżdżą pańskim śladem po całej Polsce.Czym pan tłumaczy to zjawisko?

- Wypaczeniem - jakże niegdyś wysublimowanego - gustu teatralnego, dobrego smaku oraz totalnym zdziczeniem obyczajów. Zapomnieniem o pięknie niegdysiejszych śniegów z butafory oraz ogólnie nieubłaganym zbliżaniem się estetycznego Armagedonu. Są ludzie, którzy posługują się dialogami z wyreżyserowanych przeze mnie spektakli - recytują puentę, zanim wypowie ją aktor. Są widzowie, którzy chodzą na ten sam spektakl po dwadzieścia razy. No, po prostu absolutny skandal. Na szczęście wciąż jeszcze w Polsce jest więcej ludzi, którzy nie chodzą na moje spektakle niż takich, którzy na nie chodzą. Jakąś iskierką nadziei jest także elektorat negatywny.

Zaczynał pan zpozycji outsidera, żeby w ciągu pięciu lat stać się jednym z najważniejszych twórców teatralnych w Polsce.
Jak by pan podsumował ten etap swojej kariery?

- Ja na to patrzę trochę tak, jak na moją najmłodszą córkę. Janeczka urodziła się dwa dni po premierze debiutanckiego spektaklu "Uśmiech grejpruta". Ciągle jest to małe dziecko. Cieszę się, że pracuję w Polsce właśnie teraz, kiedy teatr przeżywa burzliwy okres i odzyskuje widownię. W porównaniu z Zachodem jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji. Nawet nie chodzi o poziom spektakli, ale o pewien rodzaj napięcia wśród publiczności. Tam teatr pełni rolę kulturalnego joggingu, który uprawia się, żeby zachować mózg i inne członki w dobrej kondycji. U nas widzowie idą do teatru z autentycznej wewnętrznej potrzeby, wychodzą poruszeni, dyskutują, żyją tym, co zobaczyli, o czym przekonuje choćby temperatura wspomnianych polemik wokół nowego w teatrze. Jako reżyser czuję, że to, nad czym pracujemy z aktorami, jest dla widza ważne, nawet jeśli się czasem z nami nie zgadza.

A dlaczego Polacy tak kochają i przeżywają teatr? 40 lat temu zdjęcie z afisza Mickiewiczowskich "Dziadów" doprowadziło do zamieszek i jednego z największych kryzysów politycznych w dziejach powojennej Polski. To dziedzictwo romantyzmu?

- To nie dziedzictwo romantyzmu - to pogoda. Jak powiedział Wujek Dobra Rada: "Klimat był zawsze przeciwko nam". Przeciwko nim - a za teatrem. Bo w teatrze jest ciepło, nie leje się na głowę, a oprócz tego można jeszcze zobaczyć spektakl. Ludzie lubią spektakle.