Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Katarzyna Kamińska

Rewolucja według Jana K.

Źródło:
Gazeta Wyborcza - Wrocław nr 75
Data publikacji:
2008-03-29

Jan Klata reżyseruje "Sprawę Dantona" Stanisławy Przybyszewskiej. To rzecz o rewolucji francuskiej. - Po 1989 roku przeżywamy turbodoładowanie ustrojowe. Za dziesięć lat będzie już jak w niebie. Będziemy prawdziwym kapitalistycznym społeczeństwem - mówi reżyser.

Rozmowa z Janem Klatą:

Katarzyna Kamińska: Z jakimi emocjami wraca Pan do Teatru Polskiego, w którym pięć lat temu zrealizował Pan jeden ze swoich pierwszych spektakli?

Jan Klata: Nie miałem jakiegoś sentymentalnego poczucia powrotu, nie uroniłem łzy. Dla mnie ważny jest zapach - pamiętam zapach korytarzy, wykładzin, windy w Teatrze Polskim. Mnie się ten zapach kojarzy z partyzanckimi warunkami, w jakich robiłem tutaj "Uśmiech grejpruta". Są ze mną te same osoby co pięć lat temu, a ja jestem w miejscu, w którym chcę pracować. Mogę tu pracować z kapitalnymi aktorami wielu pokoleń: utalentowanymi i otwartymi, chętnymi do nowych wyzwań.

Często podkreśla Pan, że Pańskie spektakle mają związek z miejscem, w którym powstają. Tak było w przypadku wałbrzyskiego "Rewizora" czy "Szewców u bram" w warszawskim Teatrze Rozmaitości. Co łączy rewolucyjny Paryż ze współczesnym Wrocławiem?

- Czasem ta relacja jest silna, a czasem słabsza. "Oresteja", którą zrealizowałem w Starym Teatrze w Krakowie, powstała tam dlatego, że są tam aktorzy, którzy są w stanie "uciągnąć" role. Ze "Sprawą Dantona" jest podobnie. Nie sam Wrocław jest podglebiem dla "Sprawy Dantona". Bardziej przestrzeń Sceny na Świebodzkim. To, co tu jest, to "stary", przedrewolucyjny porządek, nasza scenografia tworzy "nowy" porządek.

"Sprawa Dantona" to tekst o Polsce po 1989 roku?

- To tekst, który otwiera każdą rzeczywistość. Gdybyśmy byli w np. Chille, to pewnie znaleźlibyśmy tamtejsze odniesienia. Ten tekst zawiera w sobie dwa sposoby patrzenia na życie społeczne. Jeden jest sposobem być może mądrym i racjonalnym, ale niezwykle cynicznym. Drugi - idealistycznym i pięknym, ale kończącym się terrorem. Takie drogi obierają Danton i Robespierre. To model, który możemy przyłożyć do jakiegokolwiek społeczeństwa, w którym odbywają się intensywne przemiany.

"Sprawa Dantona" opowiada o tym, co zostało z rewolucji w momencie, gdy od tej rewolucji upłynęło kilka lat i widzi się, że nie ma ona końca. Chciałoby się już na czymś poprzestać, ale jej mechanika jest taka, że ciągle trzeba coś zmieniać, zamiast zadowolić się tym, co już się ma. Danton chce się zadowolić, a Robespierre nie - z tego wynika konflikt.

My po 1989 roku przeżywamy turbodoładowanie ustrojowe. Byłem w pierwszej klasie liceum, gdy w czerwcu 1989 roku w Polsce odbywały się pierwsze wolne wybory. Nasza polonistka powiedziała nam wtedy: "Niedługo będzie wystarczyło podać czyjś adres, żeby dowiedzieć się, ile ten ktoś zarabia, jakie ma wykształcenie, dokąd wyjeżdża na wakacje, jakie czyta książki". Powiedzieliśmy wtedy: "Nie, nigdy! Najważniejsze jest to, co w człowieku, nie pieniądze!". W ciągu kilkunastu lat rzeczywistość stała się taka, jak przepowiadała moja nauczycielka. A za dalszych dziesięć lat będzie pewnie już cudownie, jak w niebie. Będziemy prawdziwym kapitalistycznym społeczeństwem.

Interesuje Pana moralność tej rewolucji?

- To jest rzeczywistość czasu przemian. Można ją traktować dosłownie, kojarząc z czerwonymi sztandarami i pancernikiem Potiomkin, ale można też ją rozumieć jako dążenie do zmiany tego, co jest złe. Można się spierać, na ile monarchia przed 1789 rokiem była sprawiedliwa. Myślę, że jednak ostatecznie doszlibyśmy do wniosku, że wtedy nie było dobrze i narodziny nowego społeczeństwa są czymś dobrym, choć okupionym wysoką ceną. Dantonowi przypisuje się przecież hasło: "Rewolucja pożera własne dzieci".

Fascynują mnie przemiany obyczajowe. To mniej dotyczy XVIII-wiecznej Francji, a bardziej tego, co się zdarzyło w XX wieku. To, że nasze życie osobiste i nasza codzienność wygląda inaczej niż życie naszych dziadków, jest gigantyczną wewnętrzną rewolucją, bez użycia karabinów. Ważny jest dla mnie też aspekt estetyczny: tak jak król przestał być bogiem, tak z narodzinami rock and rolla i popkultury elity przestały wyznaczać standardy estetyczne społeczeństwa.

Z drugiej strony bliskie mi jest romantyczne wyobrażenie na temat rewolucji. My jesteśmy narodem, który ciągle gdzieś szuka jakiejś zadymy. Fantastyczne jest dla mnie odkrywanie w tych Francuzach Polaków - takich, którzy się często zrywają do bitki, często bezsensownej.

Stanisława Przybyszewska w swoim dramacie dużą rolę przypisywała gazetom.

- Rewolucja była tworzona za pomocą gazet. Oznaczały one zdobycie mieszkańców Paryża, dotarcie do ludzi, którzy nie pracowali, bo po upadku dworu i arystokracji byli bez zajęcia. Wychodzili rano z domu, stawali w kolejkach po chleb i czytali w dwadzieścia osób jedną gazetę. Kto trzymał pieczę nad gazetam, ten miał władzę, dlatego Danton tak bardzo potrzebuje gazety. To nie tylko opowieść o racjach Dantona i Robespierre'a, ale o narodzinach społeczeństwa masowego. Jeśli masy o niczym nie decydują, nie ma potrzeby, by media istniały. Już w pierwszych scenach widzimy, że Robespierre czyta to, co o nim piszą. To bardzo przystaje do rzeczywistości.