Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Alicja Jasiók

Rozmowy na wakacje: Ewa Skibińska

Data publikacji:
2010-07-19

Alicja Jasiók: Jana, kelnerka w "Pułapce" Różewicza w reżyserii Jerzego Jarockiego, Matka Joanna od Aniołów w spektaklu pod tym samym tytułem w reżyserii Feliksa Falka, Sonia w "Płatonowie" Czechowa w reżyserii Jerzego Jarockiego, Mariedl w "Prezydentkach" Szwaba w reżyserii Krystiana Lupy, Irena w "Przypadku Klary Loher" w reżyserii Pawła Miśkiewicza, Weronika w "Kuszeniu cichej Weroniki" Musila w reżyserii Krystiana Lupy - to tylko niektóre z wielu ról, w które się Pani wcieliła. Które z ról - nie tylko z tych wymienionych powyżej - wspomina Pani najmilej?

Ewa Skibińska: Ról teatralnych nie powinno się wspominać miło. Powiedziałabym nawet, że im trudniej dla nas, tym lepiej dla widzów. Ważne dla mnie role to "Płatonow" i "Pułapka" Jerzego Jarockiego, później spotkanie z Krystianem Lupą i pierwsza nasza praca przy "Kuszeniu cichej Weroniki". To było poznanie teatru od nowa. Spotkania z młodymi reżyserami - Agnieszką Olsten i Moniką Pęcikiewicz oraz role w "Linczu", "Hamlecie", "Śnie nocy letniej", które coś we mnie przełamały. Przełamania też nie są miłe, lecz są konieczne.

I gdyby właśnie mogła Pani wybrać jedną z tych ról i opowiedzieć, jak przebiegało przygotowanie do niej i jak ona Panią ukształtowała?

Ciekawa jest historia "Kuszenia cichej Weroniki". Spektakl został wskrzeszony po wielu latach, a to duża rola - przez półtorej godziny nie schodzę ze sceny, a na scenie wszystko kręci się wokół życia tej jednej kobiety. Kobiety - jak to zwykle u Krystiana - w wieku bez znaczenia. Mogłam ją grać jako dużo młodsza dziewczyna i mogłabym jeszcze przez wiele lat. Weronika jest panną i może się zbliżać nawet do wieku ciotki. Krystian wybiera aktorów, kierując się ich predyspozycjami psychicznymi. Analizując złożoność tej postaci, rozważaliśmy archetyp kobiety i jej predestynowanie do czekania. Jest taki średniowieczny gobelin "Dama z jednorożcem" sugerujący niesamowitą istotę kobiecości: kobietę przeznaczoną do kochania z jednej strony, a jednocześnie nierozszyfrowalną, niezdobytą i nieosiągalną.

Jak się Pani grało ten spektakl po trzynastu latach? Czy zachował on swój dawny kształt?

Teraz są dwie Weroniki - tamta dawna umarła, a urodziła się nowa. Mam wrażenie, że z tą nową dopiero się poznaję. Premiera była przecież niedawno. Myślę, że przed nami długa droga z nieznanymi zakrętami. Również dlatego, że pojawił się na tej drodze nowy partner - Adam Szczyszczaj. Tak duża przerwa sprawiła, że rola nie ewaluowała, nie żyła we mnie. Nie mogłam zmagać się z nią i nie starzałyśmy się razem. Po długim rozstaniu można czuć obcość wobec niegdyś bliskiej osoby albo ponowną jej ciekawość.

A scenografia?

Nie uległa dużym zmianom. Nie ma pomostu, na którym bawiłam się piłeczką, i łóżka, na którym spała Sława Dubielówna. Pojawił się ekran z moją twarzą sprzed dwunastu lat - tamtą poprzednią Weroniką. Ponieważ nagranie celowo jest niewyraźne, niektórzy pytają: To Ty teraz czy kiedyś? I tak te dwie Weroniki łączą się w jedną.

Jakie to uczucie po dwunastu latach poruszać się w tej samej przestrzeni scenicznej? Radość, sentyment, niechęć, poczucie straty, a może odzyskanie czegoś utraconego?

Najpierw jest spotkanie z kostiumem: zmieszczę się czy się nie zmieszczę? Ale poważnie - to była wielka radość i wielka troska, duża praca i duże poczucie straty. Straty, bo tekst już był kiedyś w głowie, a teraz go nie ma. Interesujące jest, że kiedy nauczyłam się go na nowo, zaczęłam popełniać stare błędy. Najmilsze uczucie to jednak poruszanie się w tej samej przestrzeni ludzkiej - rozmowy z Krystianem i Piotrem Skibą były wielką wartością w tej pracy.

Wspomniała Pani wcześniej o analizie roli. A jak przebiega przygotowanie fizyczne?

Warto być dobrze przygotowanym kondycyjne. W "Weronice" jest sekwencja wbiegania na górkę, po której nie mogę dojść do siebie. Nie wiem, dlaczego. To naprawdę nie jest takie skomplikowane - cztery razy wbiec na górkę, mówiąc tekst. Ale zaraz potem mam kolejne sceny i muszę im dać radę.

Zapewne już wielokrotnie pytano Panią o to, co jest najtrudniejsze w budowaniu roli. Proszę zatem powiedzieć, co sprawia Pani największą przyjemność w pracy nad rolą?

Czas fantastycznych spotkań towarzyskich obfitujących w cenne rozmowy. Janek Klata przy "Ziemi obiecanej" poprosił nas o przyniesienie propozycji dziesięciu najciekawszych książek, filmów, muzyki. Zostałam okrzyknięta kujonem, bo poszerzyłam wybór o pięć spektakli, choć to była męka wybrać tylko pięć. Cała ośmiogodzinna próba została poświęcona naszym wyborom, a lista tych pozycji weszła do spektaklu. Próby z Moniką Pęcikiewicz zaczynają się od chodzenia do kina, oglądania filmów, dyskusji. Podczas pracy nad "Snem nocy letniej" rozmawialiśmy o małżeństwie Tytanii i Oberona, w zasadzie o wariactwie Oberona. Ponieważ wówczas było głośno o sprawie Piesiewicza, zastanawialiśmy się, jak skrzywdził go ten szantaż. Oczywiście przy okazji zastanawiając się nad sobą, myśląc o tym, co jest u nas takim rozpasaniem, jakie są nasze tajemnice, których na szczęście nikt nie może sfilmować. I tak właśnie tematy, które pojawiają się w teatrze, pobudzają pytania o współczesność. Próba złączenia świata literatury dawnej ze światem współczesnym to nasze wyjście do widza.

Czyli można powiedzieć, że najprzyjemniejsze są te rozmowy "okołotematyczne"?

Tak, ale właśnie z tego materiału powstaje spektakl.

Proszę wymienić trzy ulubione spektakle, w których Pani nie grała, a które widziała i nie potrafi zapomnieć - budzi się Pani w nocy i...

W nocy budzę się raczej z innych powodów. Ale na pewno na pierwszym miejscu wymienić mogę "Personę. Marylin" Lupy. To znakomity spektakl z niezwykłą rolą Sandry Korzeniak. Moim zdaniem to ideał tego, co można w teatrze osiągnąć z aktorem i tego, co można zrobić z tekstem. Scenariusz Lupy jest znakomity, ktoś powinien nakręcić na jego podstawie film. Mam też spektakl, o których myślę przynajmniej dwa razy w roku - to "Śmierć w starych dekoracjach" Jerzego Grzegorzewskiego. Dobrze wspominam "Tramwaj zwany pożądaniem" Franka Castorfa. Niesamowity ze względu choćby na scenografię. Pamiętam moment, kiedy scena zostaje podniesiona do pionu i wszystko leci w dół - garnki, dywany, prysznic... Ale musi mi Pani pozwolić wymienić jeszcze jeden spektakl - "Oczyszczeni" Krzysztofa Warlikowskiego. Z wiadomych powodów.

Wsiewołod Meyerhold napisał kiedyś: Aktor musi być zawsze odszczepieńcem. Nigdy tak, jak wszyscy. Tworzyć w samotności, wybuchać ekstazą twórczą na oczach innych. A potem znowu do swojej celi! Cela nie w sensie wyobcowania ze społeczeństwa, ale w sensie umiejętności poświęcenia siebie samego pracy twórczej. Czy jest Pani podobnego zdania, co Meyerhold, czy może w dzisiejszych czasach jego słowa są już nieaktualne, a zawód aktora stał się podobny każdemu innemu i jest jedynie "zadaniem do wykonania"?

Obie tezy są nieprawdziwe. Aktor nie musi pracować w celi. Nawet nie powinien. Współczesny teatr to proces zbiorowy. Celą nadal zostaje własna dusza, organizm i emocje. Ta "cela" we mnie to miejsce, do którego nikt nie ma dostępu. Nawet mnie samej wydaje się, że nie mam. Czasami wyobrażę sobie coś, ale kiedy na próbie chcę to wykonać, okazuje się, że nie potrafię albo pomysł jest całkowicie nietrafiony. Mimo, że w mojej najintymniejszej celi sprawdzał się. To chyba jedna z tajemnicy wyobrażeń. Niektórych nie da się urzeczywistnić, ale wszystkie warto sprawdzać. Ważny jest sam proces pracy, który można nazwać medytacją na temat roli. Należy przejść wiele różnych działań w głowie, żeby później jedno z nich osiągnąć na scenie. Gdyby można podłączyć aktora do jakiejś maszyny i prześledzić to, co się w nim podczas pracy dzieje... To jak mieszanie wody z krwią - własnego życia, przemyśleń i marzeń z inną, wymyśloną kiedyś osobą. Stanisławski powiedział: Zawsze pracuj nad rolą tak, jakby to miała być ostatnia rola w twoim życiu. Wolę tę myśl. Wyobrażam sobie, że wszyscy stosujemy się do tej zasady i zaczynamy żyć w szaleństwie tworzenia.

Jest ta praca umieszczona również w pewnym odcinku czasowym, trzeba zdążyć...

Trzeba zdążyć, ale praca nad rolą nie kończy się na premierze. Dla każdego nowego widza premierą jest spektakl, na który właśnie przyszedł. Trzeba pracować dalej. Jeśli zamkniemy się w efekcie premierowym, stoimy w miejscu, bo rola bez dopływu świeżego powietrza umiera. W końcu na scenie stał będzie tyko szkielet, trup postaci, która kiedyś tam żyła. Kto chciałby w teatrze oglądać trupy?

Czyli można powiedzieć, że współcześnie ten aktor-odszczepieniec, który musi udać się do swojej celi, aby dokładnie przemyśleć rolę jeszcze "gdzieś tam" istnieje, tyle, że to myślenie rozkłada się w czasie - to nie jest całkowite poświęcenie się aktora, tylko praca jako proces - nawet po premierze, podczas kolejnych spektakli. Wydaje się, że żyjemy w czasach, w których nie do końca można sobie pozwolić na to, aby na przykład nocować w teatrze, cały czas być tam, poświęcić się temu...

Ciągle są teatry, w których można całkowicie poświęcić się pracy, bo ciągle są opętani pracą reżyserzy. Ale tak naprawdę nie trzeba spać w teatrze na karimacie, aby zbliżyć się do roli. Wystarczy z tą rolą nie rozstawać się między próbami. Tak, jak nie rozstają się zakochani ludzie w pierwszym etapie znajomości. Nawet jeśli ma się rodzinę, przewija dziecko, idzie do knajpy, można zabrać tę drugą, jeszcze tak tajemniczą dla nas postać, ze sobą. Dopóki nie przestanie być zazdrosna o czas spędzany osobno.

Współpracowała Pani z wieloma znanymi i dobrymi reżyserami teatralnymi. Współpraca z którym z nich wydawała się dla Pani najciekawsza, najbliższa Pani postrzeganiu teatru?

Na pewno powinnam wymienić Lupę, Pęcikiewicz i Olsten, ale mam ochotę uciec od tego pytania jak najdalej. Tam, gdzie nie trzeba oceniać i wartościować twórców. Oczywiście wygodnie jest wymienić Lupę, bo spotkanie z nim było dla mnie cezurą. Pokazał mi, na czym tak naprawdę polega zawód aktora, a wygląda on trochę inaczej niż nauczyłam się tego w szkole i trochę inaczej niż wnioskowałam z mojego wtedy już dziesięcioletniego bycia na scenie. Trochę albo zupełnie inaczej. Z Moniką Pęcikiewicz jesteśmy blisko prywatnie, dużo rozmawiamy i na dużo możemy pozwolić sobie w pracy, tworząc pewnego rodzaju laboratorium twórcze. A w laboratorium może zdarzyć się wszystko. Ta nieznana jest trudna i pociągająca. Agnieszka Olsten myśli plastycznie, głęboko analizuje postacie. Praca przy "Linczu" była bardzo intymna i delikatna. Podczas pracy z nią po raz pierwszy zobaczyłam też rzeczywiste zrównanie praw reżysera świateł, scenografa, muzyka, aktora i reżysera.

Wielokrotnie współpracowała Pani z Krystianem Lupą. Proszę powiedzieć, co jest dla Pani najtrudniejsze w pracy z nim?

Najtrudniejsze? Nie widzę trudności w pracy z Lupą. Trudności mogę mieć tylko z samą sobą podczas tej pracy. Lupa jest tak zaskakujący, że właściwie jedyne, co jest prawdziwą trudnością, to mu dorównać.

W kontekście ostatniego wydarzenia na linii Lupa-Szczepkowska, czy Pani zdaniem rzeczywiście mamy w teatrze do czynienia z sytuacją "bezwolny aktor - reżyser despota"?

Od czasu tych wydarzeń nie czytam jej felietonów. Tylko tyle mam w tej kwestii do powiedzenia.

Hasło: nagość w teatrze. Co Pani na to?

Nic. Nagość może nic nie znaczyć i znaczyć wszystko. Tak naprawdę na scenie rozbieramy duszę i to jest prawdziwie trudny temat. A ciało? W "Ziemi obiecanej" Jana Klaty, w ostatniej scenie, którą nazywam "Oddam Ci wszystko", Lucy rozbiera się w absolutnym geście oddania. Rozbiera się cieleśnie i emocjonalnie. To ciało rzucone pod stopy kochanka, który bezczelnie po nim przejdzie. Moje ciało jest więc kostiumem.

Pofantazjujmy. Gdyby na jeden dzień była Pani władna zreformować teatr w Polsce, co by Pani zmieniła w pierwszej kolejności?

Jeden dzień to za mało, ale spróbujmy. Musiałabym też mieć czarodziejski worek bez dna. Teatr jest niedofinansowany i to pierwszy i najpoważniejszy problem artystów. Współczesna wyobraźnia twórców teatru wiąże się z techniką i bez niej kolejne etapy pracy są zablokowane. Dobrze by było również, żeby brak pieniędzy nie był ograniczeniem w tak drobnych sprawach, jak remont toalety. Moją prywatną drugą reformą byłaby jednak możliwość grania spektakli na wakacje, np. dla gości festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Ale w sumie ten drugi pomysł wiąże się z pierwszym. Swój jeden dzień poświęciłabym więc na dodruk środków płatniczych.

A o czym marzy Ewa Skibińska?

Marzy skrycie. Powiem więc tylko, jakie mam pragnienia. Ogólnie - zapanować nad swoimi niedoskonałościami. Praktycznie - więcej pracować w filmie. Chciałabym, aby moja praca z Pawłem Salą nad "Matką Teresą od kotów" była dobrym początkiem kolejnych realizacji.