Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Anna R. Burzyńska

Seria natychmiastowych orgazmów

Źródło:
Tygodnik Powszechny online
Data publikacji:
2009-09-17

Jacek Cieślak

Rozmowa z Janem Klatą

Jacek Cieślak: Henryk Sienkiewicz w liście do Władysława Reymonta pisał o tym, że marzy, by jego Trylogię wystawiono na scenie. Wyraził też życzenie obejrzenia w teatrze Ziemi obiecanej. Najpierw zobaczyliśmy cykl Sienkiewicza w pana inscenizacji w Starym Teatrze w Krakowie, a teraz odbędzie się premiera powieści Reymonta na Festiwalu Dialogu Czterech Kultur w Łodzi. Spełnia pan marzenia naszych klasyków?

Jan Klata: Ależ oczywiście. Staram się ofiarnie realizować najskrytsze, najdziksze fantazje klasyków. Klasycy śnią o mnie po nocach - żebym ich wystawił.

J.C.: Czy to nie dziwne, że rozmowa o naszej współczesności toczy się w teatrze za pośrednictwem dziewiętnastowiecznej prozy?

J.K.: Kiedy wystawiam współczesną sztukę, to ją pan krytykuje i uznaje za kabaret. Dlatego konformistycznie idę na łatwiznę i zajmuję się dziełem, po wystawieniu którego nikt mi nie powie, że traciłem czas.

J.C.: Dlaczego nie sięga pan po współczesną prozę?

J.K.: Czasem sięgam, nawet po science fiction (Trzy stygmaty Palmera Eldritcha). A Ziemią obiecaną zajęliśmy się z Sebastianem Majewskim, bo przyniosła jedne z najbardziej żywotnych postaci w naszej literaturze. Opowiada też o narodzinach kapitalizmu, który ostatecznie przypieczętował dziejową zmianę w historii Polski. Zająłem się powieścią Reymonta w momencie, gdy minęło dwadzieścia lat od powtórnej inwazji kapitalizmu na Polskę, tym razem w formie określanej jako turbokapitalizm. To siłą rzeczy skłania do porównań i pytania "co dalej?".

J.C.: Kiedy w Łodzi rodził się kapitalizm, trwały zabory i Polacy nie mieli decydującego wpływu na gospodarkę. Dziś też polski kapitał rzadko bywa samodzielnym podmiotem gry ekonomicznej.

J.K.: W naszej adaptacji nie będzie miało znaczenia, kto jest jakiej narodowości.

J.C.: Ale to, że obcy kapitał jest silniejszy od polskiego, ma znaczenie. Choćby dlatego, że bywamy słabszym partnerem ekonomicznym.

J.K.: Sposób, w jaki to pokazał Reymont, jest mało interesujący. Podobnie oceniam motyw uczciwego polskiego przedsiębiorcy, który chce budować fabrykę solidnie, w przeciwieństwie do Żydów promujących tandetę.

J.C.: Przedsiębiorcą wierzącym w ideały był Trawiński. Borowiecki nie jest czysty jak łza. Zdradzał swoją narzeczoną, miał romans z żoną Zuckera. Był uczciwy, kiedy było mu wygodnie. Kiedy trzeba - oszukiwał tak jak inni.

J.K.: Jednak Polak Borowiecki na tle Żyda Moryca i Niemca Maksa wypada niemal idealnie. To stereotyp. We współczesnym kapitalizmie "nie masz Żyda, ni Greczyna". Mnie interesuje korozja konkretnych charakterów.

J.C.: Wszyscy są w tym systemie oszustami?

J.K.: Wszyscy biorą udział w grze. Wchodzą do kasyna i wiadomo, że na dłuższą metę z tym kasynem przegrają, chociaż oczywiście mają wielkie ambicje i wydaje im się, że będzie inaczej. Odpowiedź na wiele pytań wywołanych przez Ziemię obiecaną znajduję we wspomnieniach i wywiadach z maklerami giełdowymi. Wszyscy oni mają mentalność graczy. Zachwycają się nieskończenie sprawiedliwym, tajemniczym, nieokreślonym i niewidzialnym bytem rynkowym, który dąży do równowagi.

J.C.: To jakiś ekonomiczny mistycyzm!

J.K.: Od kilkunastu miesięcy nawet Alan Greenspan ma do tego nieco bardziej zniuansowany stosunek. Nie zmienia to faktu, że wyznanie jednego z graczy giełdowych idealnie pasuje do Borowieckiego. Mogłoby stanowić motto Ziemi obiecanej: "Jeśli nie przestaniesz bezustannie grać o najwyższą stawkę - rynek cię zabije".

J.C.: Czy tą grą ktoś kieruje albo przynajmniej próbuje kierować?

J.K.: To jest poker. Siada się naprzeciwko innych graczy i trzeba ich ograć. Uczestnicy gry wyznają tylko jedną zasadę: cała pula musi być moja. To jedyny cel tej gry. Gry o sumie zerowej. Jeszcze niedawno mówiło się o niewidzialnej ręce rynku. Teraz częściej myślimy o niewidzialnym Lewiatanie. Nieziemskiej, niezmaterializowanej sile: można powiedzieć, że demonicznej sile, która zaczyna infekować cały świat - życie prywatne, rodzinę. Niszczy wszystko, co dookoła. Nie uznaje żadnych zasad. Na początku kapitalizm był przecież powiązany z protestancką przedsiębiorczością - pracowitością, oszczędnością, racjonalnością. Później od zasad protestantyzmu się uniezależnił, a dziś reprezentuje świat antywartości.

J.C.: Gracz idealny pozostaje niewidzialny. Poznajemy jego triki dopiero, gdy wygrał wszystkie pieniądze i jest za późno na reakcję obronną. Zdążył opróżnić nasze kieszenie, portfele i konta. Kim są ci ludzie?

J.K.: Można powiedzieć, że to jest dzisiejszy odpowiednik Zuckera z Ziemi obiecanej. Ale zjawiska, o którym mówię, nie da się opisać w kategoriach osobowych, materialnych. Chodzi o coś więcej niż portfele, pieniądze i konta. Mam wrażenie, że Reymonta też nie interesowało banalne oskarżenie Zuckera, który polecił Bum Bumowi spalić fabrykę Borowieckiego, karząc go za uwiedzenie żony. Jest wyższa siła i to ona karze Borowieckiego za zdradę, za wyparcie się ideałów. Borowiecki sprzeniewierzył się zasadom. Popadł w pychę. Myślał, że może zyskać kobietę Zuckera i jego pieniądze. Zagrał o wszystko, ale był nieostrożny. Zlekceważył konkurenta. Dlatego przegrał. Doświadczył na własnej skórze, że kapitalizm to nie jest system, który ma być jedynie sprawiedliwym dystrybutorem dóbr na świecie.

J.C.: Część z nas po roku 1989 uwierzyła w niewidzialną rękę rynku.

J.K.: Tymczasem się okazało, że ona trzyma zapałki i kiedy trzeba, podpala konkurencję!

J.C.: Kolejnym mitem był kapitalizm jako system ponadnarodowy. Kiedy rok temu, rzekomo, globalne koncerny zaczęły ponosić straty, przypomniały sobie o narodowych korzeniach i oszczędności robiły przede wszystkim za granicą swoich ojczyzn.

J.K.: Najbardziej kapitalistyczny kraj, czyli Stany Zjednoczone, nakazuje państwom Trzeciego bądź Drugiego Świata postępowanie zgodne z zasadami wolnego rynku, jednocześnie łamiąc je tylko po to, żeby zniszczyć konkurencję.

J.C.: Francja i Niemcy też stosują państwowy interwencjonizm, żeby ratować swoje koncerny. Co innego polskie stocznie...

J.K.: Zdarza się sztuczny doping w kapitalistycznych zawodach. Sztuczny doping, czyli państwowe dotacje.

J.C.: To dlaczego zrezygnował pan z mówienia o narodowości bohaterów?

J.K.: Nie padnie również w spektaklu nazwa Łódź. Nie interesują mnie resentymenty zawarte w powieści, a są zarysowane mocną kreską. Musiałbym je skomentować w spektaklu, tak jak niektóre postawy w Trylogii. Zastanowić się, co znaczą po latach relacje polsko-żydowskie w dziewiętnastym wieku.

J.C.: Chodzi o zarzut antysemityzmu formułowany pod adresem Reymonta. Padał on również podobno po nominacji filmu Andrzeja Wajdy do Oscara i miał mieć znaczenie, bo kinowa Ziemia obiecana Oscara nie dostała.

J.K.: Nie chcę wchodzić w tego rodzaju spór ze stereotypami.

J.C.: Nawiasem mówiąc, zbliżony do endecji Władysław Reymont był krytykowany przez Romana Dmowskiego za postać Stacha Wilczka, bo pokazał nieuczciwego polskiego przedsiębiorcę.

J.K.: Gdybym chciał się zajmować narodowymi stereotypami, nie wystawiałbym Reymonta, tylko wziąłbym się za powieść Dziedzictwo Romana Dmowskiego, która lepiej unaocznia manowce rasizmu.

J.C.: Powieść Reymonta jest dla pana antysemicka?

J.K.: Gwiżdżę na to, czy jest antysemicka, asemicka czy parasemicka. Jest ciekawa gdzie indziej.

J.C.: Film Andrzeja Wajdy złagodził stereotypy narodowościowe. Był próbą pokazania przyjaźni Polaka, Niemca i Żyda. W książce przyjaźń jest fałszywa. Moryc od początku prowadzi podwójną grę.

J.K.: Dziś w każdym banku można spotkać takiego typa. Na różnych stanowiskach, poczynając od pracujących przy okienkach, a kończąc na zarządach.

J.C.: W tym wypadku generalizacja, że Polacy nadają się tylko do sentymentalnych romansów i powstań, też nie ma sensu.

J.K.: Romanse pokażę, ale powstań już nie. Mówiąc serio, wybór, przed jakim staje Karol, nie ogranicza się do polskiego dworku i narzeczonej Anki z blond warkoczem oraz łódzkich fabryk z okropną, po żydowsku wyuzdaną Lucy Zucker. To byłby kolejny stereotyp.

J.C.: Ale wnioski z naszych dziewiętnastowiecznych dzieł są ponure: Wokulski miał sukcesy w interesach do czasu, gdy był w spółce z rosyjskim kupcem Suzinem. Borowiecki przegrał wszystko, bo źle ubezpieczył fabrykę. Spektaklowi towarzyszy pytanie, czy Polacy są dobrymi przedsiębiorcami?

J.K.: Różnica między kapitalizmem dziewiętnastowiecznym a współczesnym polega na tym, że dawna gospodarka oparta była na konkrecie, produkcji, fabrykach. Ten segment ludzkiej przedsiębiorczości zostaje coraz bardziej ograniczony do sprawy taniej siły roboczej w Trzecim Świecie. Najogólniej mówiąc, współcześni kapitaliści zajmują się opakowywaniem tego, co tania siła wytworzyła - w różnego rodzaju idee, hasła, wizerunki, promocje. Mówimy o butach, które były śmiesznie tanie, ale jak się im zrobi dobrą reklamę, tchnie w nie ducha i uczyni z nich przedmiot pożądania, to można je sprzedać dziesięć razy drożej. Kapitalizm staje się coraz bardziej wirtualny. Marka warta jest nieskończenie więcej niż kupa cegieł w formie fabryki. Ulotny, niewidzialny. I gdybym miał powiedzieć, do jakiego filmu jest najbliżej mojemu spektaklowi, wskazałbym nie Ziemię obiecaną Andrzeja Wajdy, tylko Wall Street Oliviera Stone'a. To widać gołym okiem, że w Ameryce i Europie coraz mniej ludzi pracuje w przemyśle, fizycznie. Dominują usługi, reklama, które napędzają ludzką chciwość. Czy napędza Zuckera, czy Wilczka - nie ma to większego znaczenia. Nieważne, jakiej są narodowości. Ważne, jak ona nimi powoduje. Graczami. To mnie interesuje.

J.C.: Państwa są w tej grze anachroniczną formą organizacji życia społecznego?

J.K.: W Ziemi obiecanej czegoś takiego jak państwo nie ma.

J.C.: A dzisiaj?

J.K.: Wydaje mi się, a i mądrzy ludzie piszą podobnie, że mamy do czynienia z powrotem kapitalizmu państwowego.

J.C.: Czy to jest również reakcja na wirtualny kapitalizm?

J.K.: To jest reakcja na to, że powoduje konkretne straty w ludziach. Zaczyna się od tego, że obywatele konkretnego kraju masowo tracą pracę. Wyborcy.

J.C.: Co pan myślał, kiedy wiosną trwała gra wokół polskiej waluty?

J.K.: Wcześniej stracił funt, a jest związany ze znacznie silniejszą gospodarką. I to jest właśnie kasyno: gra się pieniędzmi, których się nie ma. To jest kwestia opcji walutowych, dźwigni finansowych: jednego wielkiego hokus-pokus. Mówimy o inżynierii finansowej, której - jak się poniewczasie okazało - nie rozumie nawet Mr. Greenspan, jeszcze niedawno alfa i omega światowej ekonomii. To oznacza, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Teraz światowe gospodarki odbijają się od dna, ale za kilka tygodni, miesięcy czy lat znowu się zawalą, bo pojęcie rynkowej wartości oddzieliło się od czegokolwiek, jakiegokolwiek realnego bytu.

J.C.: Jakby pan nazwał tę formę kapitalizmu?

J.K.: Pustką. Dobrze opakowaną pustką. To nicość. Zasysająca wszystko nicość. Ostatecznie i tak przyjdzie Bum Bum i wyrówna... Co zrobił szef największego światowego mocarstwa, gdy padło ono ofiarą ataku? Powiedział: idźcie do sklepów! Kupujcie! Cokolwiek.

J.C.: Kogo pan ma na myśli?

J.K.: Prezydenta Busha.

J.C.: Premier Tusk też tak powiedział.

J.K.: Wiadomo: przykład idzie z góry, od cezara, z Kapitolu. Jeżeli moją jedyną reakcją na kryzys ma być pójście do sklepu i kupowanie towarów, które są mi niepotrzebne, mam problem. Jestem uzależniony. A jeśli nie chcę żyć na rauszu napędzanym ciągłą konsumpcją, niczym nieusprawiedliwioną? Co by było, gdyby ludzie uświadomili sobie, że nie potrzebują większości towarów, jakie kupują? Apokalipsa. System by się przewrócił. Wszyscy straciliby pracę. Dlatego wymyśla się nowe, lepsze, całkowicie absurdalne potrzeby i jakoś to leci. Telefony komórkowe już są inteligentniejsze od właścicieli, kremy mają więcej kompleksów niż ich posiadacze, programy komputerowe roją się od funkcji, z których nigdy nie korzystamy itp. Wracając do bohaterów Ziemi obiecanej, w ewolucji systemu trzeba mówić o infantylizacji i kierowaniu się wyłącznie popędem. U Reymonta kapitalizm jest bardzo mocno podszyty seksualnością. Nie wystarczy wygrać czyjeś pieniądze. Trzeba jeszcze zdobyć kobietę konkurenta.

J.C.: To jest stan nieustającej ekscytacji. Orgazm.

J.K.: Dążenie do serii natychmiastowych orgazmów. Niełatwe, nieprawdaż? Nawet Borowieckiemu się nie udało.

J.C.: Na koniec zniechęca się do kapitalizmu, odczuwa pustkę.

J.K.: I spotyka narzeczoną sprzed lat. Walczy z ociepleniem klimatu. Wspiera fair trade. Przestaje nosić futra... Pożar jest dla mnie znacznie ciekawszym finałem. Całopalenie.

J.C.: Wychodzi na to, że nie może być dużego, uczciwego biznesu?

J.K.: To, co widzimy od czasów Reymonta, wskazuje, że jest to prawie niemożliwe. Są inne interesujące pytania: czy można być uczciwym politykiem?

J.C.: To jest naiwne pytanie.

J.K.: No właśnie.

J.C.: To i milionerem nie można zostać uczciwie.

J.K.: Odpowiem następująco: pytania, czy możliwy jest duży, uczciwy biznes, na pewno nie można zadawać milionerom. Odpowiedzą, że można.

J.C.: O politykach ma pan bardziej wyrobione zdanie.

J.K.: O ludziach. Niech będzie: wszystkim jest trudno żyć uczciwie. A jak trudno być uczciwym reżyserem! To jest dopiero bezprzykładnie heroiczne!

J.C.: Niech pan powie.

J.K.: No to przecież mówię!

J.C.: Na czym polega ta trudność?

J.K.: Na tzw. "czynniku ludzkim". Tylko tyle i aż tyle...

J.C.: O co grają reżyserzy tacy jak pan, pracujący za granicą, jeżdżący na zagraniczne festiwale z polskimi spektaklami?

J.K.: Żeby zagraniczni widzowie je zrozumieli i przejęli się tym, co pokazujemy. Czasami jest już dobrze, jeśli w ogóle ukończy się zawody. Pamiętam zwłaszcza te ważne przedstawienia bez stojących owacji. Taki był Transfer! w Moskwie. Stalina nie gra się w Moskwie łatwo. Jego ofiary miały jeszcze trudniej, mówiąc ze sceny o swoim dramacie.

J.C.: Rosjanie nie przyjęli tego dobrze.

J.K.: Powiedzmy, że nie najlepiej... Wychodzili demonstracyjnie, trzaskali drzwiami. Ale po spektaklu zostali widzowie, z którymi rozmawiało się wspaniale. Chcieli, żeby w końcu Rosjanin zrobił spektakl o Stalinie, o wojnie.

J.C.: A jakie były reakcje Niemców?

J.K.: Przyjmowali spektakl z większym zrozumieniem. Niektórzy po raz pierwszy mieli okazję usłyszeć, że Polacy zamieszkali na Dolnym Śląsku, Pomorzu, Warmii i Mazurach tylko dlatego, że stracili swoje domy i majątki na Kresach. Młodzi ludzie nie wiedzieli, że zmiany polskich granic dokonano w Teheranie i Jałcie za pomocą trzech zapałek, co opisał w pamiętnikach Churchill. Niestety, od czasu, kiedy powstał Transfer! (2006), zauważam w Niemczech regres, jeśli chodzi o poczucie wojennych win. I nie można tego tłumaczyć jesiennymi wyborami, chęcią zdobycia przez CDU głosów kilku milionów członków rodzin dawnych wypędzonych.

J.C.: Czy dobrze wykorzystaliśmy dwudziestolecie wyborów z 1989 roku do nagłośnienia polskiej historii?

J.K.: Wydaje mi się, że częściej na świecie słyszymy o rocznicy upadku muru berlińskiego. Ale czego oczekiwać, jak się zaprasza Scorpionsów, którzy przyjeżdżają, żeby sobie pogwizdać o spacerku po Moskwie? Kompletny bezsens. Zdarzyła się jeszcze partyzancka akcja na koncercie U2 w Chorzowie. To ona bardziej przypomniała, że było coś takiego jak "Solidarność", że być może mur berliński nie zawalił się sam z siebie.

J.C.: Przegraliśmy bitwę o pamięć?

J.K.: Historyczne rocznice mają sens, jeżeli dobrze się je wykorzystuje. Zobaczymy, jak będzie jesienią w Berlinie. Jak jest w Gdańsku, już widać. Wystarczy wejść za bramę stoczni albo zobaczyć plan jej zagospodarowania przestrzennego, co już rozwalono. Pomysł na kolebkę "Solidarności" jest taki, żeby zbudować tam supermarket. W ten sposób upamiętnia się u nas historyczne wydarzenia, tak żeby wstrząsnęły światem.

J.C.: Nazwa Łódź nie padnie w spektaklu, ale miasto robi dziś przerażające wrażenie, tak jak gdańska stocznia.

J.K.: Być w Łodzi to naprawdę smutne doświadczenie. Miały tu powstać fabryki komputerów. Ale nie wiem, gdzie są ci wszyscy programiści, gdzie jest ta światowa sieć komputerowa. Zamiast niej widać bezrobotnych ludzi, którzy wystają na rogach ulic, w bramach i marnują swoje życie. Pijane kobiety, zaniedbane dzieci. Strach chodzić po ulicach. Wszystko robi wrażenie klątwy rzuconej na tę ziemię, rzekomo, obiecaną. Zaczynałem w Wałbrzychu, gdzie było podobnie. Tyle że to koniec Polski. Tymczasem Łódź jest w samym centrum.

J.C.: Co dziś jest albo może być naszą ziemią obiecaną?

J.K.: Tytuł Reymonta był ironiczny. Chodziło o przemysłowe piekło na ziemi, a sprawstwo kierownicze Żydów miało sugerować, kto narzuca wyniszczające zasady gry. Kto odbiera duszę. Dziś Ziemia obiecana też może brzmieć ironicznie, jeśli pomyśleć o spełnieniu konsumenckich życzeń. Tylko dziecko może powiedzieć: chcę wszystko natychmiast. Instant karma!

J.C.: A jak pan walczy z tym infantylizmem, wychowując dzieci, które stykają się ciągle z reklamą i nie mają takiej świadomości jak my?

J.K.: Nie mamy w domu telewizora. To załatwia część sprawy.

J.C.: Ale koleżanki córek przynoszą pewnie do szkoły różne gadżety.

J.K.: Na razie wciąż jesteśmy ważniejsi od kolegów i koleżanek. Później trzeba będzie rozmawiać i tłumaczyć. Zaczęliśmy już rozbrajać tę konsumencką minę, chcąc nie chcąc, oglądając kiepskie seriale i reklamy podczas wizyt u znajomych, u rodziców. Śmiejemy się. Mówimy o tym, co jest tandetą, a co kłamstwem.

J.C.: Dzieci nie domagają się telewizora?

J.K.: Nie. Mamy komputery. Możemy oglądać stare filmy animowane wydane przez Polskie Wydawnictwo Audiowizualne, zawsze można znaleźć coś ciekawego w Internecie. To jest plus globalizującej się gospodarki: zawsze można znaleźć dla siebie niszę. Dopóki system toleruje niszowe zachowania, nie jest źle.

J.C.: Niszowa produkcja jest dziś bardzo chodliwa.

J.K.: Byłem na poznańskim koncercie Radiohead, który zgromadził 35 tysięcy słuchaczy. Grupa nie ma kontraktu z żadną dużą firmą, działa bez sponsorów, sprzedaje miliony płyt. Jakoś się udaje. Coraz więcej ludzi żyje poza głównymi kanałami dystrybucji globalnego kapitalizmu. Nie ma telewizorów, bo nie chce oglądać reklam. Albo tak zwanych programów informacyjnych, które stają się parodią samych siebie. Niedługo będą emitowane z zachodzącymi na siebie kilkunastoma paskami na dole ekranu. Tyle się ciekawych rzeczy dzieje!

J.C.: Elity rządzące pana satysfakcjonują?

J.K.: Ci, którzy rządzą obecnie, są silni na tle tromtadrackiego zgorszenia, jakie wywołał PiS. Jasne, że mnie satysfakcjonują! Satysfakcjonują mnie permanentnie. Zapowiedzieli autostrady i ciepłą wodę. Jest tylko ciepła woda, bo była od dawna. A tyle Polakom na razie wystarczy, bo ludzie chcą spokoju. Puszczają sobie tę wodę, a szum wody relaksuje.

J.C.: Jest szansa na kogoś nowego w polityce?

J.K.: Podobno prezydent Wrocławia miał ochotę. Ale Wrocławiowi odebrano inwestycje i dotacje, więc niedoszły prezydent musiał wrócić do szeregu. Do Wrocławia. A zresztą cały system finansowania partii politycznych w zarodku kasuje konkurencję.

J.C.: Donald Tusk będzie prezydentem?

J.K.: A cholera wie!

J.C.: Będzie czarny koń wyborów?

J.K.: Czarnym koniem był Emmanuel Olisadebe. Ale wyjechał. Jakby wrócił - od razu na niego zagłosuję.

Rozmawiał Jacek Cieślak

Pełna wersja rozmowy, która pod tytułem Graj, bo przegrasz ukazała się w "Rzeczpospolitej" nr 208 z 5-6 IX 2009.

Zainfekowani kapitalizmem

Iga Nyc: Decyzja o teatralnej realizacji "Ziemi obiecanej" Reymonta po filmie Andrzeja Wajdy nie była szaleństwem? Jan Klata: Nie. Mam wrażenie, że ta powieść stała się znowu czymś żrącym i jątrzącym, ciekawie opowiadającym o przemianach w mentalności i o naszej rzeczywistości. Wydawało mi się perwersyjne zrobienie w Łodzi spektaklu na podstawie tekstu absolutnie tu kultowego, w którym słowo "Łódź" nie pada ani razu. Nasz spektakl też nie rozgrywa się w Łodzi. - Proza Reymonta nie jest dziś ramotą? - Może powieść opowiadająca o narodzinach fazy przemysłowej kapitalizmu w Polsce nie jest dosłownie aktualna w roku 2009, ale jest świetnym narzędziem do opowiedzenia o tym, jaką drogę kapitalizm przebył i wjaki sposób ta ewolucja czy permanentna rewolucja systemu odbija się na naszej mentalności. To ciekawsze niż nostalgiczna podróż do końca XIX wieku za pomocą tekstu, który został fantastycznie zekranizowany przez Andrzeja Wajdę. Dlatego nasz spektakl będzie się koncentrował na mentalności gracza, człowieka, który funkcjonuje w ramach gry rynkowej i ma ogromną nadzieję, że okaże się graczem wybitnym, choć tak naprawdę funkcjonuje w kasynie, które zawsze wygrywa. Jest pewien rodzaj podobieństwa między współczesnym kapitalizmem a ustawioną grą - niezależnie od tego, czy w kasynie, czy na giełdzie. A wpływ tego wszystkiego na ludzką psychikę jest bardzo ciekawie opisany w dziele Reymonta.

Kapitalizm pana intryguje?

- Tak, jako system, którym zostaliśmy zainfekowani z zewnątrz i której to infekcji poddaliśmy się po roku 1989 z nieco naiwną radością graniczącą z rozkoszą. Kapitalizm to rodzaj gry. Przygotowując się do tego spektaklu, czytałem wspomnienia graczy giełdowych, przeważnie amerykańskich. I tam znalazłem zdanie, które może być mottem naszego spektaklu: "Jeśli nie przestaniesz cały czas grać o najwyższą stawkę, rynek cię zabije". To może inny ważny cytat: "Ziemia obiecana to cel, do którego się zmierza. Osiągnąć go można dzięki pieniądzom, bo pieniądze wszystko otwierają".

Gdy byłem w pierwszej klasie liceum, na początku kapitalizmu, pani polonistka powiedziała: "Już niedługo będziecie podawali swój adres i będzie wiadomo, ile zarabiacie, czym się interesujecie, jakiej muzyki słuchacie i jakie sporty uprawiacie. Będzie tak, jak jest na Zachodzie - to, w jakiej dzielnicy mieszkacie i jaką szkołę skończycie, przesądzi o waszej przyszłości". My wtedy odpowiedzieliśmy, że nic takiego się nie zdarzy. Ale upłynęło raptem kilkanaście lat i dokładnie z taką sytuacją mamy do czynienia. Teraz, gdy moje trzy córki chodzą już do szkoły, zastanawiam się nie tyle, wjaki sposób uniknąć gonienia za mamoną dla siebie, ile jak wychować dzieci, żeby one potrafiły nie oceniać ludzi przez pryzmat tego, co kto posiada. Paranoja tego systemu polega na tym, że nas infantylizuje. Podsyca najgorsze dziecięce cechy, takie jak niecierpliwość i potrzeba natychmiastowego spełniania swoich zachcianek. Z dorosłych ludzi robi rozwydrzonych szczeniaków w sklepie z zabawkami. To ma mniejszy związek z pieniędzmi, a większy z zepsuciem charakteru.

Dlaczego "Ziemia obiecana" nie jest wystawiana w teatrze? To zbyt trudny tekst?

- Najtrudniejsza jest legenda, zarówno fantastycznej powieści, jak i arcydzieła Wajdy. Filmem nie zajmujemy się w żaden sposób, bo to byłoby niebezpieczne. Nie próbujemy go poprawiać ani nie składamy hołdu. Bliżej nam do "Wall Street" Olivera Stone'a niż do Wajdy. Z powieści bierzemy świat, o którym opowiadamy trochę inaczej. Nie ma u nas tłumów ciągnących ze wsi do miasta, bo dzisiaj tych tłumów przemieszczających się, aby pracować w fabrykach, już nie ma. Te tłumy są teraz w krajach Trzeciego Świata. U Reymonta trudność polega na tym, że trzeba się oddzielić od opisów uliczek, pięknych pałaców w obrzydliwych zaułkach chciwości i samo-zatracenia i znaleźć je w głowach bohaterów. Fascynujące jest to, że u Reymonta zdobywanie pieniędzy jest połączone ze zdobywaniem kobiet. To wręcz seksistowska powieść. Berlińska premiera "Ziemi obiecanej" ma szansę na taki sukces jak pański "Transfer"?

- Tamten spektakl opowiadał o wysiedleniach, co wciąż jest dla Niemców palącą kwestią. Niemcy powiedzieli, że zdecydowali się na koprodukcję, ponieważ fascynuje ich nasz sposób widzenia kapitalizmu. Mają wrażenie, że są wobec niego z jednej strony znacznie bardziej krytyczni - w sposób często stereotypowy - a z drugiej, już do niego przez ten szmat czasu przywykli i nie mają świeżego spojrzenia. Interesuje ich, jak to jest być zalanym przez kapitalizm w ciągu zaledwie dwóch dekad. My przez te 20 lat mamy w pigułce coś, co u nich budowało się począwszy od etyki protestantyzmu. Powiedział pan, że chodząc po równych chodnikach w Berlinie, czuje pan wstyd za dziury w naszych drogach oraz że uwiera pana świadomość, że ostatnim politykiem, który kładł tory na Dolnym Śląsku, był Hitler. Kompleks powinniśmy mieć w stosunku do własnych możliwości, do tego, co powinniśmy byli zrobić, a nie zrobiliśmy. To jest kompleks ciężkiej roboty. Trzeba zadać sobie pytanie, dlaczego coś jest dla nas niewykonalne, podczas gdy tak naprawdę powinno stanowić standard. I wtym sensie to się odnosi do Niemców. Niektórzy moi znajomi twierdzą, że to jest część zachodniego projektu cywilizacyjnego i my nie musimy iść tą drogą, bo mamy swoją tożsamość, a nasz urok leży w tych dziurach. Aleja się z tym nie zgadzam. Myślę, że równy chodnik by nam nie zaszkodził i mamy lepsze sposoby na zaznaczenie swojej odmienności cywilizacyjnej i kulturowej niż żenująca infrastruktura. Dwa lata temu zrobił pan spektakl o powstaniu warszawskim. Historia jest dla nas jeszcze ważna? Kiedy rozmawiam z moimi rówieśnikami z Europy Zachodniej, to mówią, że mamy obsesję historii. Myślę, że nasza świadomość historyczna się poprawiła w ciągu ostatnich lat. Wystarczy spojrzeć na stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego, które świetnie funkcjonuje i jest stałym punktem wycieczek do stolicy. Tam walą tłumy. To znaczy, że stajemy się prawdziwymi patriotami? Nie odważyłbym się tego powiedzieć. Ale należy sobie zadać pytanie o nowoczesny patriotyzm: czy polega na tym, że nie lubię innych, bo nas zaatakowali, czy może chodzi o to, że kupuję polskie, żeby wspierać miejsca pracy, lub na minutę zatrzymam samochód w Godzinie W? Nie wszyscy kierowcy w Warszawie chcieli 1 sierpnia "stracić" 60 sekund. Być może patriotyzm polega na tym, żeby solidnie wykonywać swoją pracę i, kładąc autostradę, nie oszczędzać na składnikach, bo przecież można sobie przy okazji wylać alejkę w domu.

Bywa pan w teatrze jako widz?

- Nie znajduję wystarczająco dużo czasu, aby chodzić do teatru, ale w moich ustach brzmi to nieco bardziej wiarygodnie niż w wypadku kolegów, którzy robią jeden projekt rocznie. Jeżdżę przede wszystkim na spektakle aktorów, z którymi pracuję lub mam zamiar pracować. Najwięcej oglądam podczas festiwali, w Polsce głównie podczas wrocławskiego Dialogu Krystyny Meissner.

I mam w zwyczaju oglądać każdy swój spektakl, który jest grany. Dlatego tych wieczorów na wyskoczenie do teatru "na cudze" jest mało. Ale biję się w klatę, że nie oglądam tyle, ile powinienem. Niestety, trzymam smutną średnią branżową.

Jakiś cudzy spektakl zrobił ostatnio na panu wrażenie?

- "Kaspar" Barbary Wysockiej we Wrocławskim Teatrze Współczesnym był super. To bardzo zdolna reżyserka. Ale widziałem ten spektakl "po znajomości". Basia gra u mnie w "Trylogii" w Starym. Postaram się zobaczyć "(A)pollonię" Krzysztofa Warlikowskiego, "Opętanych" Krzysztofa Garbaczewskiego w Wałbrzychu oraz zaległe "Dziady" duetu Strzępka- Demirski.

Iga Nyc
Wprost nr 37/13.09
07-09-2009

Jan Klata: Łódź nie ma znaczenia

Monika Wasilewska: To wszystko jest scenografia - perkusja, stoły bilardowe, barowe stołki?

Jan Klata: Chce Pani zapytać, jak to się ma do "Ziemi obiecanej"? Trzeba nazwać miejsce, w którym gramy. Jesteśmy w przestrzeni postindustrialnej, którą ożywiły nowe cele. Fabryczne hale w oryginale miały pomieścić pył, kurz, hałas, brud i wytwarzać coś namacalnego. Zostały zmienione w luksusowe lofty i restauracje. Nie mamy już do czynienia z rzeczywistością prawdziwie "przemysłową", z produkcją rozumianą jako tworzenie czegoś materialnego. To, co dziś dominuje w gospodarce, to usługi. Żyjemy w zupełnie innym kapitalizmie niż bohaterowie Reymonta. I trzeba to pokazać. Dlatego zamiast fabryki mamy restaurację - ekskluzywne miejsce do załatwiania interesów.

Deklaruje Pan także, że bez znaczenia jest narodowość bohaterów.

- Tak, bo w "Ziemi obiecanej" jest wiele rzeczy nieskończenie ciekawszych od stereotypów narodowych. U nas Lucy Zuker nie jest lubieżna, bo jest Żydówką, a Trawiński jest szlachetny, ponieważ jest Polakiem. Choć nie rozrywamy brutalnie tkanki powieści.

Czy ziemię obiecaną, którą Pan wyczytał, można zobaczyć jeszcze we współczesnej Łodzi?

- Nawet jej nie szukałem. Nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, że to się dzieje w Łodzi.

Dla łódzkich widzów to może mieć akurat fundamentalne znaczenie.

- Tylko że my nie przyjechaliśmy opowiadać łodzianom o ich mieście. To by było fałszywe. Łódź ma już historyczną pocztówkę w postaci arcydzieła, które zrobił Andrzej Wajda. Jego film precyzyjnie opisuje narodziny przemysłowego miasta. Nigdy nie zamierzaliśmy stawać z nim do konkurencji, bo to by nas skazało na porażkę. Zresztą spektakl nie może być wybitnie "łódzki", skoro współpracują przy nim wrocławski Teatr Polski i berliński Teatr Hebbel am Ufer. A ja pochodzę z Warszawy.

Skoro więc Łódź nie jest ważna, to co ma znaczenie?

- Od początku było jasne, co nas nie interesuje. Nie interesuje nas opowieść o narodzinach Łodzi i jakiekolwiek innego przemysłowego miasta. Nie interesuje nas interpretacja klasowa: wtargnięcie chłopstwa do miasta, przeobrażenie go w siłę roboczą i tak dalej. Interesuje nas to, co z ludźmi robi kapitalizm. Chcemy zbadać mentalność człowieka, który funkcjonuje w ramach rynkowej gry. Czyli, jednym słowem - interesują nas gracze. Ich psychika.

Gracze?

- To właśnie są postaci tego spektaklu. Pokazujemy ich sposób myślenia, priorytety, cechy - te, które w sobie pielęgnują i te, które im przeszkadzają. Czytałem wspomnienia i wywiady z wybitnymi graczami giełdowymi. Wszyscy podkreślają, że giełda to pokerowa rozgrywka, której sprawiedliwość polega na tym, że jedni wygrywają, a inni przegrywają. Jest to gra o sumie zerowej. Żeby wyjść na plus, trzeba pokonać tego, który siedzi naprzeciwko. Takie dostosowanie się do reguł gry rynkowej jest w fascynujący sposób zapisane w powieści.

Czy to kryzys sprowokował taką interpretację Reymonta?

- Przez kryzys zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, co do tej pory wydawało się oczywiste, czyli nad kapitalizmem. Wcześniej ktoś miał kredyt, kupował sobie dom i samochód, potem drugi samochód i nie musiał wiedzieć, jak to wszystko funkcjonuje. Wydawało się, że wolny rynek będzie najbardziej sprawiedliwym systemem społecznym. Teraz wiemy, że niekoniecznie. Kapitalizm, który wyrastał z etyki protestanckiej, oszczędności, ciężkiej pracy przeobraził się w coś zupełnie odwrotnego. W miejsce oszczędności przyszło masowe zapożyczanie się, zamiast racjonalizacji pragnień mamy rozbudzanie nowych potrzeb, które skutkuje kupowaniem coraz bardziej niepotrzebnych przedmiotów.

Hasłem tej edycji festiwalu jest "Terytorium" - dialog z przestrzenią miasta. Czy mam rozumieć, że z niego rezygnujecie?

- Nie, ale prowadzimy go w sposób nieoczywisty. Opowiadamy o przestrzeni mentalnej, która staje się coraz mniej namacalna. Podobnie jak dobra, które wytwarzamy. Pani, jako dziennikarka, doskonale o tym wie. Biorę do ręki gazetę, ale jej wartość nie leży w papierze. Ona jest niematerialna, abstrakcyjna. Wielu ludzi tak pracuje, tak jest opłacana i inwestuje obracając coraz bardziej "niewidzialnymi" masami pieniędzy. To jest właśnie związek z tematem festiwalu. Medytacja nad przestrzenią może nas doprowadzić do myśli, że z żadną przestrzenią nie jesteśmy już związani. Granice mojego świata wyznacza miejsce, w którym mogę rozłożyć laptop. To samo dotyczy ludzi w Singapurze, Nowym Jorku i Warszawie. Wszyscy siedzą przed ekranami i mają pod palcami tylko dwa klawisze: kupuj, sprzedaj. W tym systemie wszystko staje się oparem. I my stawiamy pytanie: co będzie, jeśli nagle to wszystko wyparuje?

Znacie już odpowiedź?

- Przyjdzie Bum-Bum i wyrówna.

Monika Wasilewska
Gazeta Wyborcza - Łódź nr 212 online
10-09-2009

Kapitalistyczne imperium namiętności

Anna R. Burzyńska: Twoja "Ziemia obiecana" nie będzie opowieścią o mieście-molochu i konfliktach między zamieszkującymi go przedstawicielami narodów i religii...

Jan Klata: Nie będzie różnych narodowości ani antykwarycznego traktowania tematu. Nie będzie nostalgicznie. Sepia zawsze uszlachetnia, a rzeczywistości opisanej w powieści nie należy uszlachetniać.

Trudno będzie uciec od porównań z filmem Andrzeja Wajdy.

- Film Wajdy w ogóle nas nie interesował. Nie dlatego, że jest zły - jest świetny. Natomiast wszystko to, co tak fantastycznie pokazuje - Łódź, wiele kultur, XIX wiek, narodziny słowiańskiego Nowego Jorku - jest poza orbitą naszych zainteresowań. My mamy więcej wspólnego z filmem "Wall Street".

Jak rozumiesz tytuł?

- W kontekście powieści w bardzo prosty sposób: to miejsce, gdzie spełnia się jakiś rodzaj utopii. Z naszej perspektywy można ją nazwać antyutopią, ale dla bohaterów to coś, do czego dążą, i co ich później niszczy.

Jednak we współczesnym odczytaniu koniecznie trzeba zdać sobie sprawę z tego, co się zdarzyło z dżinem, który został wypuszczony z butelki w XIX w. Jak się coraz bardziej dematerializuje, coraz bardziej oddziela od opisywanej przez Reymonta fabryki i staje się obietnicą, czystym mirażem. Przecież te wszystkie zakłady są dziś pozamykane i pozamieniane na coś innego - mamy do czynienia z ucieczką od produkcji do usług i od produkcji do konsumpcji. W tym kontekście tytuł "Ziemia obiecana" staje się jeszcze bardziej niepokojący. Ta obietnica nowych lądów, nowych atrakcji, nowej rzeczywistości staje się czymś coraz bardziej iluzorycznym: wekslem bez pokrycia, rodzajem śmieciowej obligacji. Postaci wielokrotnie rozmawiają o tym, jak tworzy się fałszywą rzeczywistość, jak przy pomocy różnych instrumentów omija się konieczność liczenia się z grawitacją i tworzy alternatywne układy.

"Ziemia obiecana" to rodzaj utopijnej rzeczywistości, której mieszkańcy coraz bardziej tracą kontakt z realnością, coraz mocniej zapętlają się w chciwości i targających nimi pragnieniach. Ponoszą tego konsekwencje.

Ale w powieści ta metafora nie jest potraktowana tylko ironicznie.

- Zgadza się, bo z drugiej strony tytuł odsyła do tematu przysięgi, obietnicy. Ten problem wielokrotnie powraca w kontekście postaci Karola Borowieckiego, który konsekwentnie łamie obietnice, a skutkiem złamania jednej przysięgi jest złamanie następnej. To się wiąże oczywiście z naszym (moim, aktorów, dramaturga Sebastiana Majewskiego) myśleniem o przestrzeni, w której funkcjonują gracze. Interesowała nas mentalność gracza: kogoś, kto za każdym razem gra o maksymalną stawkę. Żyje w aurze ryzyka, ale też wielkiej desperacji, nieustającego napięcia, rauszu związanego z tym, że można wygrać dziesięć razy więcej, niż się postawiło - albo dziesięć razy więcej stracić. Gracze siedzą, mają dwa klawisze: "kup" i "sprzedaj", wykresy, analizę techniczną i analizę fundamentalną... Mam przyjaciół, którzy grają na Foreksie i faktycznie potrafią w ciągu jednej nocy zarobić dużo pieniędzy - albo je stracić. Ale tak naprawdę na dłuższą metę kasyno zawsze wygrywa. Bogaci coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi... Chociaż gdyby ten system był zawsze sprawiedliwy, być może cała rzecz byłaby nawet bardziej okrutna?

Nie chcemy ustanawiać dosłownych analogii między oszustwami w ubezpieczeniach w XIX-wiecznej Łodzi a obecnym kryzysem kredytowym w USA. Bardziej ciekawi nas natura samej gry. To gra, której zasady wydają się niezwykle skomplikowane, natomiast wektory wewnętrzne są prostackie: "ból-przyjemność". Ta ziemia obiecana jest zaprzeczeniem prawdziwej Ziemi Obiecanej. Jest megaoszustwem, sztucznym rajem.

To się rymuje z myśleniem o kapitalizmie jako źródle inflacji realności, gdzie fikcje stają się bardziej realne niż rzeczywistość.

- Wiąże się to również z rozbudzaniem pożądania - w bardzo dosłownym sensie. W powieści z sukcesem kapitalistycznym mocno powiązany jest sukces męskości, męskiej seksualności. Taki biznesowo-erotyczny charakter ma relacja między Borowieckim a Lucy Zucker.

Przecież kamyczkiem, który uruchamia lawinę i powoduje, że Borowiecki podejmuje ryzykowne działanie na własną rękę, jest informacja, którą uzyskuje dzięki romansowi. Idziemy w tę stronę: staramy się pokazać eskalację pożądania, straceńczej namiętności. Ta namiętność ma inny charakter u Borowieckiego, który ją instrumentalizuje (co nie znaczy, że mu się to nie podoba), a inny charakter u Lucy, która zaczyna w nią wierzyć, co jest niebezpieczne i destruktywne.

W ogóle ten czworokąt - Borowiecki i trzy kobiety (narzeczona Anka Kurowska, Lucy Zucker i Mada Müller) - jest czymś absolutnie zasadniczym. Każda z tych relacji ma całkiem inny charakter. Te kobiety konkurują o niego, a on każdej z nich coś zabiera, każdą czymś łudzi i każdej robi krzywdę. I za to spotyka go kara.

Poker - taka jest natura współczesnego kapitalizmu. To są gracze giełdowi - nie inwestorzy. Nie ma to nic wspólnego z tym, że coś się inwestuje, zasiewa, podlewa, a potem to rośnie i przynosi profity. Chodzi tylko o to, że ja mogę wygrać, jeżeli ten naprzeciwko przegra. Strzyżenie owiec. Podrzucamy podpuchę i zbieramy wszystko.

Gdy się czyta złote myśli graczy giełdowych - a ostatnio czynię to namiętnie - to jest tam taka myśl, że jeśli nie przestaniesz grać o najwyższą stawkę, to w pewnym momencie rynek cię zabije. Tak jest z Borowieckim. Można wprawdzie powiedzieć, że w końcu znajduje swój złoty parasol w postaci Mady Müller. Wiedzie dostatnią egzystencję, ale w kategoriach ludzkich jest martwy. Kompletnie wydrążony. Pożar spustoszył nie magazyny, tylko jego.

Czy dlatego musi przegrać, że - jak pisali Fryderyk Engels i Heiner Müller - człowiek ze swoimi nieprzewidywalnymi emocjami jest najsłabszym ogniwem systemu kapitalistycznego?

- Wydawałoby się, że w systemie kapitalistycznym wszystko powinno doskonale się uzupełniać, ale nawet Alan Greenspan zapytany o to, co poszło źle, powiedział, że tego nie rozumie. Rynek jest oceanem, w którym jesteśmy zanurzeni, zbiorowym tworem ludzkich pragnień; potrafi sam się potęgować, namnażać, w pewnym momencie przesądza o naszym bytowaniu.

Borowiecki przegrywa, ryzykując za każdym razem wszystko, bo tak go nauczono, to paradoksalnie wynika z podglebia, na którym wyrósł. My to podglebie traktujemy bez sentymentalizmu. Stary Borowiecki jako ostoja prawości, kury w Kurowie i szabla na konopnych rapciach - to wszystko jest dość zabawne. Nie ma alternatywy między dobrym i pięknym polskim dworkiem a okropną triadą miasto-masa-maszyna, z krwią robotników na krosnach. Ani ten ideał nie jest taki idealny, ani ten antyideał nie jest z gruntu zły - po prostu rzeczywistość się zmienia. A osoby wychowane w jednej rzeczywistości nie potrafią sobie poradzić w drugiej.

Tylko Moryc Welt świetnie sobie radzi w obydwu. Ale nie dlatego, że jest Żydem. Podobnie jak Lucy Zucker nie dlatego jest lubieżna, że jest Żydówką. Niektóre fragmenty powieści mają wydźwięk niemal rasistowski - to nas nie interesuje.

Można się zastanawiać, dlaczego Karol dzieli się cenną wiadomością o możliwym zysku ze swoimi przyjaciółmi. Może się boi być sam? Cały urok i sens na tym polega, że nie mamy do czynienia z człowiekiem od początku zdegenerowanym. Mentalność gracza jest zerojedynkowa, zdegenerowana - żadnych sentymentów. Borowiecki pierwotnie nie funkcjonuje w taki sposób. Ale gra w coś, czego nie potrafi ogarnąć. Siada do stolika z graczami, którzy w pewnym momencie go kompletnie załatwią. A nóż w plecy wbije najbliższy przyjaciel.

Czy w takim świecie możliwa jest jeszcze moralność?

- Mamy dziwną postać karzącego Zuckera - to systemowy pająk, który zaplata wszystkie nitki. Podstępem skłania Borowieckiego, żeby przysiągł na coś, w co być może do końca nie wierzy, ale w pewnym momencie go to dopadnie. Co funkcjonuje jak posąg Komandora.

Mamy też Bum Buma, który jest u nas ważną, niejednoznaczną postacią. Jurodiwy - naznaczony szaleństwem, obdarzony umiejętnością spostrzegania tego, czego inni nie widzą. Funkcjonuje na wariackich papierach, a równocześnie trochę tworzy rzeczywistość, taki szaman społeczny... Jak Paweł Althamer albo Cezary Bodzianowski, który przykleja sobie wąsik Hitlera, chodzi po Wiedniu i maluje akwarelki. To zabawne, bo sztuka coraz bardziej w tym kierunku idzie - ingerowania w tkankę społeczną. Już na początku pojawia się strasznie znaczące określenie: "Kto się pali, kto się dziś spalił?". Nie chodzi jedynie o fabryki. To ludzie się palą. W proch się obracają. Nie są w stanie wytrzymać tego ognia, dokonują samospalenia.

Obietnica ziemi obiecanej kryje też przesłanie, że dobrobyt to przejaw boskiej łaski, co oczywiście ma źródło w protestanckich źródłach kapitalizmu. Reymont bogactwo i pracę traktuje podejrzliwie...

- Tak, należy siedzieć w dworku i rżnąć w karcioszki, chłopi zrobią swoje, a my możemy odmówić nieszpory... Z drugiej strony: jest coś fascynującego w sposobie, w jaki kapitalizm zjadł religię protestancką, z której się wywodzi. Coś, co było ufundowane na fundamencie samoograniczania, oszczędzaniu i innych przymiotach - stało się odwrotnością tych cech. Kredytowanie to rozdymanie rzeczywistości do rozmiaru naszych oczekiwań, a nie możliwości. To wiąże się też z totalną infantylizacją. Od postawy dorosłej, odpowiedzialnej osoby, która wie, na co może sobie pozwolić, przeszliśmy do zinfantylizowanego sposobu myślenia o życiu jako czymś, co nam się należy i gdzie każde pragnienie musimy spełnić - będziemy tylko odwlekać moment zapłaty. Zapłacimy inną kartą kredytową, za miesiąc, za dekadę, ewentualnie zrobią to nasze wnuki, które będą musiały się wystrzelić w kosmos, bo tu już nie będzie się dało żyć.

Nas zaatakował kapitalizm w takim właśnie stadium, nie w tym pierwotnym, bo żyliśmy w systemie niewolnictwa do 1864 r., gdy car zniósł pańszczyznę. W powieści pokazane jest, jak tłumy ludzi ze wsi wskakują z jednej niewoli w drugą. Dziś już wykonaliśmy outsourcing tych niewolników do Trzeciego Świata. Žižek opisywał to jako świat z oper Wagnerowskich: istoty, których nikt nigdy nie ogląda, wykuwają w kopalniach bogactwa, a tu są fabryki przekształcone w lofty i ekskluzywne restauracje - fajne miejsca, gdzie robi się biznes przy caffe latte, za pomocą inżynierii finansowej tworząc większe niż rzeczywistość światy.

Reymont fantastycznie to opisał. Myślę, że jego powieść nawet trafniej opisuje ludzi dzisiejszych niż XIX-wiecznych. Tylko fabryki zdążyły wyparować. Ale wciąż bardzo korzystnie można je ubezpieczyć.