Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Robert Migdał

Śmierć pogadała ze mną przez chwilę

Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" 2010 nr 78
Data publikacji:
2010-04-02

Rozmowa z Mariuszem Kiljanem

 

Robert Migdał: Jak się Pan czuje?

Mariusz Kiljan: (śmiech)

Chyba rozumiem Pana reakcję. Pewnie nie ja jeden zaczynam spotkanie z Panem od takiego pytania...

– Gdy ktoś wychodzi ze szpitala – zawsze słyszy: "Jak się czujesz?". I ja też to słyszę co chwila, od każdego.

No to jak się Pan czuje?

– Psychicznie dobrze, fizycznie słabo.

Wigilia ubiegłego roku. Co chwila docierają do nas informacje: "Kiljan trafił do szpitala", "Kiljan w śpiączce", "Wysiadły mu nerki, wątroba", "Kiljan umierający"... Co się wtedy z Panem działo?

– Najpierw gorączka, z minuty na minutę coraz wyższa. W końcu 42 stopnie temperatury. Byłem bardzo słaby, choć mój mózg pracował dobrze: rozumiałem wszystko to, co się dookoła mnie działo. Nie podejrzewałem, że to coś strasznie poważnego. Nagle zacząłem mdleć, telefon, karetka, szpital. Było ze mną coraz gorzej, trafiłem na intensywną terapię. Ostatnie, co pamiętam, to jak przenoszono mnie z łóżka, na którym jechałem przez cały szpital – scena jak z filmu: sufit, błyskające kolejne lampy nad moją głową – Ostry dyżur i Doktor House jednocześnie. Ktoś biegnie, ruch, lekarz mówi: "Teraz pana uśpimy". Czułem, że ktoś się mną opiekuje, zajmuje i nagle pustka...

Dlaczego było z Panem tak źle? Za duże tempo życia? Przepracowanie? Przecież ma Pan dopiero czterdziestkę na karku. Co się stało?

– Życiem rządzi przypadek. Kiedyś wydawało mi się, że dotyka on tylko tych ludzi, którzy giną w wypadkach, a teraz wiem, że przypadek może dotknąć każdego z nas. Bez wyjątku. Możemy sobie wszystko poukładać, zakleić, zoperować. Jedna dziwna sytuacja, jedno pstryknięcie palcami – i cały nasz misternie ułożony plan może runąć...

A nie pomógł Pan temu przypadkowi? Przez tryb życia? Przepracowanie?

– Wiele osób mi mówi: "Może za bardzo goniłeś do przodu". Może, nie wiem tego na pewno. W naszym życiu dzieje się tak wiele, wskakujemy do rzeki i płyniemy z prądem, tak łatwo przegapić tę jedną przyczynę, bakterię, która z dnia na dzień wywraca nasze życie do góry nogami.

Mówiono, że miał Pan sepsę.

– Nie wiem, czy to była sepsa. Podano mi całe mnóstwo antybiotyków, miały działać na sepsę, zapalenie wątroby i nerek, zapalenie płuc. Jedna z teorii mówi, że mój organizm zbuntował się przeciwko przyjmowaniu leków. Dlatego organy wewnętrzne przestały działać. Lekarze określili to tak: "Pana organizm nagle postanowił przestać żyć".

Na oddziale intensywnej terapii stracił Pan przytomność...

– Byłem nieprzytomny przez dziewięć dni.

I kiedy Pan się "obudził", to pierwsze, co Pan poczuł...

– Byłem przerażony, podłączony do aparatury, która oddychała za mnie, która za mnie żyła. Nie byłem panem własnego organizmu: mózg wysyłał do ciała informacje: "Chcę się teraz podnieść", a ciało kompletnie na to nie reagowało. Byłem słaby – przez dziewięć dni mój organizm sam się zjadał.

O czym Pan wtedy myśłał?

– Kiedy ciało odmawia posłuszeństwa, jesteś skazany na gapienie się w sufit, konary drzew za oknem, na przechodzące obok pielęgniarki, albo wyczekiwanie, kiedy przyjdzie ordynator i powie, co się dzieje: że jest lepiej lub gorzej. Przerażające było to, że jedynym wyznacznikiem czasu były kapiące krople w kroplówce.

Zawziął się Pan wtedy w sobie, powiedział: "Mam dziecko, ukochaną osobę, muszę żyć".

– Pierwsze pytanie, jakie zadałem, napisałem, było: "Jaki jest dziś dzień?". Usłyszałem: "dziewięć dni byłeś nieprzytomny". To był dla mnie wielki wstrząs – ta świadomość, że byłem 9 dni poza jakąkolwiek własną kontrolą. Normalnie sen człowieka trwa od 5 do 12 godzin – i przez ten czas jesteśmy poza naszą rzeczywistością. Jeśli ten czas wydłuża się do 24 godzin pomnożonych przez 9 dni... To coś niewyobrażalnego. W ogóle zmienia się pojęcie czasu, kiedy leżysz nieruchomo. Wtedy liczy się każdą sekundę, bo w takim tempie spada jedna kropla w kroplówce. Kiedy czas tak wolno płynie, wiele pytań staje się banalnymi: "Czy chcę żyć, czy nie chcę żyć...?". Nie myślałem o tym, raczej "dlaczego ja?".

Dostał Pan wtedy łekcję cierpliwości?

– I cierpliwości, i pokory. Przez życie prowadzi nas przekonanie, że dopóki jesteśmy w stanie poruszać własną ręką, podnieść przedmiot, to jesteśmy panami swojego życia. Jeśli potrafimy z marszu ruszyć w bieg – to wydaje się nam, że możemy wszystko. Jednak w sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie kontrolować własnego ciała, natychmiast zmieniamy punkt widzenia. To straszne, kiedy jesteś zamknięty we własnej głowie, zależny od innych.

Jest Pan wierzący?

– Tak.

Leżąc w szpitalu, modlił się Pan?

– Tak.

A jak już okazało się, że z dnia na dzień jest z Panem coraz lepiej, że powoli, ale jednak wraca Pan do sił, do zdrowia...

– ...wtedy usłyszałem od lekarzy słowo "cud". Po dwóch, trzech dniach usłyszałem pierwszy raz, po badaniach lekarskich, że tak jak szybko mój organizm odmówił posłuszeństwa, tak samo szybko próbuje się regenerować. To był duży szok. Zacząłem się zastanawiać, co to była za lekcja...

No właśnie. Co to była za lekcja? Takie pogrożenie palcem? Ostrzeżenie: "Mariusz, zwolnij"?

– Każdy z nas powinien w sobie pielęgnować te momenty, w których żyjemy w realnym czasie. Lekcja polegała chyba na tym, że rzeczywiście dostałem komunikat: "zastanów się".

I szansę na drugie życie.

– Tak, bo według opinii lekarzy byłem bliski przekroczenia granicy życia i śmierci. Do końca nie wiadomo, czy to leki spowodowały, że zawróciłem w stronę życia, czy to cud, Bóg.

Co zrobił Pan pierwszego dnia, kiedy wyszedł ze szpitala?

– Pojechałem na sushi. Chciałem zrobić coś, co mi miało uświadomić, że żyję, że jestem, że mogę zjeść coś, co zawsze bardzo lubiłem. A śmierć, która pogadała ze mną przez chwilę? No cóż, jest i tyle, nie mam i nigdy nie będę miał na nią żadnego wpływu.

Chodził Pan w maseczce na twarzy?

– Tak, jak Michael Jackson. Teraz szerzej rozumiem słowo odmieniec. Kiedy wychodziłem ze szpitala, powiedziano, że gdy będę szedł do skupisk ludzi, mam nakładać maskę – każdy mógł mnie zarazić.

Miał Pan blokadę przed wyjściem na ulicę, do ludzi?

– Strach. Pierwsze jednak, co zrobiłem, żeby ten strach pokonać, to poszedłem na koncert mojego ukochanego zespołu, Archive, który akurat przyjechał do Wrocławia. Więc tydzień po wyjściu ze szpitala wylądowałem na koncercie, w tłumie ludzi, z maską na twarzy. Ludzie dzielą się nadal na zdrowych i na tych, którzy są przez los potraktowani trochę gorzej. Zanim zaczniemy pokazywać ich palcami, zastanówmy się, bo każdy z nas, nagle, może znaleźć się na ich miejscu.

Jak Pan wykorzysta drugą szansę, którą dostał Pan od życia? Cieszy się Pan z małych rzeczy, zauważa coś, czego wcześniej nie zauważał?

– Oczywiście, że tak. Choć w głowie cały czas pali mi się kontrolka, która, mam nadzieję, będzie się zapalać w odpowiednich momentach i będzie mi przypominać, żebym się za bardzo nie zagalopował.

A teraz? Galopuje Pan? Czy też może zmienił swoje życie po tym, co się stało?

– Rzuciłem papierosy, ograniczyłem kawę, biegam, więcej czasu spędzam w lesie, wśród drzew. Jestem podopiecznym jednego z twórców chińskiej odmiany tai-chi – czyli qigong – styl lecącego żurawia...

Co to takiego?

– Ćwiczenia, które mają pomóc uzdrawiać organizm poprzez wyrównanie energii.

Co jest teraz dla Pana najważniejsze w życiu?

– Pewnie większość osób powie "rodzina", a mnie się wydaje, że ludzie, którzy otarli się o śmierć, stają się trochę bardziej egoistami. Mocniej zaczynają myśleć o swoich potrzebach, o sobie samych, martwić się sobą, bo wcześniej zaniedbali siebie, robiąc coś dla innych...

Jak jest w Pana przypadku?

(długa cisza) Wiem, co by było najlepiej odpowiedzieć: "Teraz na pierwszym miejscu myślę o rodzinie". Bo rodzina była najbliżej mnie, dbała o mnie, kocham ją. Moi najbliżsi o tym wiedzą. W szpitalu doszło do mnie jednak, co to znaczy być osobą publiczną. Ludzie przejęli się moim zdrowiem. Moją głowę zajmuje to, jak wrócić do rzeczywistości publicznej, do zawodu.

Teraz jest Pan bliższy sercu publiczności, bo Kiljan to nie będzie tylko facet, którego nazwisko wisi na afiszu i który występuje na scenie. Teraz jest też kimś, kim się przejmowali, martwili, bo był chory...

– Kiedy już wrócę do grania na scenie, w filmie, to chciałbym wszystkim dobrym ludziom oddać tę energię, którą bezinteresownie otrzymałem od nich.

To kiedy Pan wraca na teatralne deski?

– Już teraz, w kwietniu: najpierw do Teatru Polskiego, później do przedstawienia Leningrad. Na pewno nie będę robił spotkań autorskich pod tytułem Mariusz Kiljan opowie o chorobie ani recitalu Śpiączka.

W podziękowaniu za esemesy, słowa wsparcia napisał Pan list zakończony słowami: "Dziękuje cieszący się życiem – Mariusz Kiljan". To jak się Pan cieszy tym życiem?

– Nigdy tak bardzo nie czekałem na nadejście wiosny, jak w tym roku. Pewnie przez to, że zima kojarzy mi się z białą aurą, którą oglądałem z okien szpitala. Teraz więc o niczym tak bardzo nie marzę, jak o tym, by wyjść na dwór, poczuć wiosenne powietrze, usłyszeć ptaki. To takie małe, mikroskopijne fragmenciki, które chcę w sobie pielęgnować.

Cieszy się Pan każdym dniem?

– Każdą jego sekundą, minutą.

Przewróciło się Panu do góry nogami to patrzenie na życie, na świat...

– Jest pełniejsze.

Mówił Pan, że rodzina, przyjaciele byli przy Panu w chorobie. Takie esemesy były dla Pana podbudowujące, pozwoliły szybciej stanąć na nogi?

– To, co dostałem od wszystkich znajomych i nieznajomych, to był niesamowity zastrzyk antybiotyku, najważniejszy z tych wszystkich lekarstw, które dostawałem. To mnie podnosiło z łóżka, powodowało, że chciało mi się zrobić parę kroków, podnieść łyżkę z jedzeniem do ust, choć miałem sparaliżowaną lewą część twarzy. usłyszałem od lekarzy słowo "cud". Po dwóch, trzech dniach usłyszałem pierwszy raz, po badaniach lekarskich, że tak jak szybko mój organizm odmówił posłuszeństwa, tak samo szybko próbuje się regenerować. To był duży szok. Zacząłem się zastanawiać, co to była za lekcja...

Niektórzy ludzie po takich przejściach, jakie były Pana udziałem, traktują życie i siebie bardzo ostrożnie – przejmują się każdym katarem, kichnięciem. Inni wręcz przeciwnie – rzucają się w wir życia, robią rzeczy szalone, coś, czego nigdy wcześniej by nie zrobili, tak jakby chcieli nadrobić stracony czas, łapią życie pełnymi garściami. Jak jest z Panem?

– Stoję pośrodku – nie uważam na każdy pyłek, kichnięcie, ale też nie zapisuję się na kurs pilotażu czy skoki na spadochronie... To drugie zresztą odpada kompletnie, bo mam lęk wysokości. Jedno wiem: ekstremalnie podejdę do zawodu aktora, w którym chyba byłem za bardzo ostrożny.

Czyli idzie Pan w aktorstwie na żywioł?

– Wiem, że wszystko może się wydarzyć. I to już za chwilę, bo przecież nigdy nie spodziewałem się, że to ja będę walczył o życie.

A odkłada Pan pewne sprawy do zrobienia na jutro, za tydzień, za rok?

– Żyję każdym dniem. Gonitwa nie ma w życiu sensu. A ja może rzeczywiście dałem się ponieść gonitwie i dlatego zapaliło mi się światełko "Stop".

Myśli Pan o śmierci?

(długa cisza) Śmierci nikt z nas nie uniknie – to jest jedyny pewnik, z jakim musimy żyć. Tak, myślę teraz częściej o śmierci, o starości, o straconym czasie.

Spisał Pan testament?

– Nie, to bez sensu, przecież dostałem od życia drugą szansę.