Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Olga Strzyżewska

Świat według Bartosza Porczyka

Źródło:
wroclove2012.com
Data publikacji:
2011-03-31

Z Bartoszem Porczykiem spotykamy się w Teatrze Polskim. Za dwa tygodnie premiera debiutanckiej płyty aktora. Po kilku sekundach w budynku na Zapolskiej zaczepia nas łowca autografów, który prosi Bartka o wspólne zdjęcie. "Wielki moment, płyta lada dzień. Z pana głosem to będzie coś. Pan jest piekielnie zdolny"...

 

Rozumiem, że jesteś rozpoznawalny i ludzie zaczepiają cię na ulicy...

Zdarza się, że ktoś mnie zaczepia, mówi, że mnie widział.

Lubisz to?

Czy lubię? Chyba najchętniej bym się wtedy schował. Zdarzają się sytuacje, że jem obiad na stołówce, a z końca sali jakaś pani krzyczy: "Panie Adamie, panie Adamie!" Serial...

Nim był serial, był Przegląd Piosenki Aktorskiej, od którego wszystko się zaczęło. Ale zanim zgarnąłeś Złotego Tukana, Tukana Publiczności i Tukana Dziennikarzy, był falstart...

Byłem na drugim roku i bardzo sobie zamarzyłem to PPA. Ono było wtedy w Imparcie, przygotowałem dwie piosenki Jacques'a Brela i Turnaua. Odpadłem od razu. Chodziłem wtedy po moście Grunwaldzkim, patrzyłem na ten Impart, byłem cholernie rozczarowany. I wtedy postanowiłem sobie, że wrócę do tego Wrocławia, żeby wygrać przegląd.

Ale repertuar wybrałeś sobie ryzykowny, image zresztą też.

Ja zapomniałem, że obiecałem sobie ten powrót na PPA i przyjazd do Wrocławia. Przyjechałem do Capitolu, nauczyłem się tu śpiewać i dopiero wtedy zdecydowałem się na udział w przeglądzie. Wybrałem repertuar i wiedziałem, że albo spłonę i przegram, albo wygram. No i udało się.

Masz opinię perfekcjonisty i pracoholika.

Nie wiem, skąd to się wzięło (śmiech). Nazwałbym siebie raczej pasjoholikiem. Lubię to, co robię, oddaję temu czas i całe serce, ale pracoholikiem nie jestem. Leczę się i idzie mi całkiem nieźle.

Dziecko pomaga wyleczyć się z tego praco- czy pasjoholizmu?

Pewnie. Dziecko pomaga ci zejść na ziemię. Codziennie rano o szóstej wstajesz, patrzysz mu głęboko w oczy i nabierasz zupełnie innej perspektywy w stosunku do siebie, do swojej pracy, do tego, co masz zrobić, co chcesz zrobić. Problemy zawodowe nie są już tak duże, jak były wcześniej. Dziecko daje naprawdę dużego kopa.

A serial? Po co ci on? Dla pieniędzy?

No tak. W teatrze nie dostajemy tyle, ile byśmy chcieli, by móc utrzymać rodzinę czy spełniać marzenia. Z drugiej strony, gdy wchodzisz w jakiś projekt, nigdy nie wiesz, jaki on będzie, bez względu na to, czy mówimy o filmie, serialu czy przedstawieniu. Ja tego nie oceniam, ponoć ludzie oglądają, ponoć ich to nawet bawi. Przyznaję, nie jest to szczyt moich filmowych marzeń, ale ani się tego nie wypieram, ani nie mam do siebie pretensji, bo staram się to robić jak najlepiej. Poza tym ja nie siedzę w domu i nie przebieram w scenariuszach. Nie mam o to żalu, ale tak po prostu jest. A gdyby nie ten serial, nie powstałaby płyta Sprawca, której producentem jestem sam.

Powiedziałeś kiedyś: "Niech płyty nagrywają ci, którzy wiedzą, o czym chcą śpiewać". O czym więc chcesz śpiewać?

Z tą płytą jest tak, że ja wiedziałem, że chcę ją nagrać. Ale chciałem mieć pewność, że moment jest idealny, że wiem, jak chcę, by płyta wyglądała. Zdaję sobie sprawę, szczególnie oglądając programy w stylu X Factor, że w naszym kraju jest dużo więcej ludzi bardziej zasługujących na to, by nagrać płytę, niż ja. Na początku więc zastanawiałem się, czy powinienem, co mi daje do tego prawo. Więcej energii wkładam więc w warstwę tekstową niż wokalną. Chcę wciągnąć słuchacza w jakieś miniopowieści, w swój świat, w świat, który obserwuję.

Jaki jest więc świat według Bartosza Porczyka?

Trochę przypomina on świat ze Smyczy, ale nie jest to ten sam materiał, to raczej próba rozwinięcia go, próba stworzenia bohatera sprawcy. Sprawcy w nas, sprawcy w człowieku, w społeczeństwie, sprawcy rodzica, Boga, tego też, że czasami człowiek czuje się bogiem – niszcząc, psując czy dając życie. Próbuję stworzyć taki obraz, namalować go, narysować, wydrapać.

Zadowolony jesteś z tego, co namalowałeś?

Nie (śmiech). Ja nigdy nie jestem do końca zadowolony z tego, co zrobiłem. W ogóle praca nad płytą okazała się strasznie trudna. Podziwiam ludzi, którzy robią to na co dzień. O tyle było mi trudno, że ja zawsze pracuję ciałem, twarzą, a tu mi to wszystko odebrano i postawiono mnie przed mikrofonem. Coś, co nagrałem dwa tygodnie temu, tydzień później bym zmienił, w innym momencie zmieniłbym zwrotkę, ale już się nie da, bo głos jest inny o danej godzinie. I już nie da się tego dobrze posklejać. A też nie chodzi o to, by wszystko zrobił komputer. Uczucie nienasycenia będzie pewnie więc zawsze, ale w efekcie jest to płyta taka, o jakiej myślałem.

Pop, rock, piosenka aktorska. Co to będzie?

Nie umiem powiedzieć, co to za gatunek. Nie jest to do końca piosenka aktorska, może dwa utwory są interpretacyjnie zbliżone do piosenki aktorskiej, ale to raczej gatunkowy miks. Celowo nie decydowałem się na jeden rodzaj, na jeden gatunek. To taki miszmasz.

Boisz się odbioru, reakcji? Mówią o Tobie "cholernie zdolny, nieprzeciętnie utalentowany, kreatywny". Czujesz presję?

Boję się. I płyty, i kolejnych projektów. Pewnie teraz będzie: co takiego zrobisz? Już śpiewałeś, już tańczyłeś, już się rozbierałeś, już grałeś. Są więc jakieś oczekiwania, ale myślę, że czasami lepiej je po prostu porzucić i robić swoje.

Wcześniej wspominałeś, że pracujesz głównie ciałem, twarzą. Wiem też, że dużo ćwiczysz. Zastanawiam się, czy dla ciebie aktor to ciało czy dusza. Inaczej mówiąc, czy aktor to rzemieślnik czy artysta?

Dotychczas w swojej pracy skupiałem się nad rzemiosłem. Zaczynając pracę nad rolą, wychodziłem od ciała: próby znalezienia sposobu mówienia tej postaci, poruszania się, stania. Ta fizyczność była więc dla mnie punktem wyjścia. Obecnie odczuwam pewien brak, pewne wyczerpanie materiału, zacząłem więc szukać w innych rejonach, bardziej psychicznych, emocjonalnych, będących w nas ludziach. Farinelli (premiera w czerwcu – przyp. red.) będzie właśnie takim krokiem ku mojej nowej drodze odkrywania aktorstwa.

No właśnie, przygotowujesz – poza płytą – także monodram Farinelli o włoskim śpiewaku, ostatnim w historii kastracie.

Chyba jest trochę za wcześniej, by o tym mówić... Punktem wyjścia jest Farinelli, jeden z największych śpiewaków, o których tak naprawdę za wiele nie wiemy. Pozostawił po sobie 5–6 listów, żadnych pamiętników, żadnej biografii. Są więc tylko listy i nasze wyobrażenia o nim w postaci filmu z lat 90. Trzeba więc od początku kreować ten świat, szukać tej postaci, szukać innych postaci, chirurga, który sprawił, że Farinelli stał się tym, kim się stał. Głos, muzyka, wszystko. Chyba jeszcze nie umiem o tym mówić konkretniej.

Lada dzień płyta, potem Farinelli. A jest jakaś rola, o której marzysz?

Role filmowe czy serialowe, w których jestem obsadzany, to role amantowo-chłopcowe. A mnie bardziej interesują zjawiska, które mają w sobie coś pod spodem, coś nieokreślonego, nieznanego, obcego, dzikiego. Chciałbym zagrać kogoś, kogo świat nie mieści się w ramach naszego świata. Mógłby to być jakiś świr.