Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Michał Hernes

Szczery wywiad z aktorem Teatru Polskiego

Źródło:
www.tuwroclaw.com
Data publikacji:
2017-10-17

– Działalność Teatru Polskiego w Podziemiu daje mi jeszcze większą siłę. Szanuję, że walczą o swoje sprawy, ale nie szanuję metod, jakimi się posługują – mówi nam aktor Teatru Polskiego Dariusz Bereski.

 

Michał Hernes: Zainteresowały mnie pańskie wpisy na fanpage’u Teatru Polskiego. Czy zgodzi się pan ze mną porozmawiać?

Dariusz Bereski: Oczywiście, zgadzam się na rozmowę, ale szczerą i koniecznie autoryzowaną. W przeszłości spotkałem się ze zbyt wieloma wyjętymi z kontekstu słowami, a moje wcześniejsze doświadczenia z niektórymi mediami i wszechobecnymi hejterami prowokują we mnie czujność. Zapraszam do mojej garderoby, będziemy mogli porozmawiać w spokoju, w samym sercu Melpomeny.

Uaktywnił sie pan na fanpage’u Teatru Polskiego, pisząc bez ogródek, co sądzi o komentarzach osób nieakceptujących dyrektora Cezarego Morawskiego.

– To prawda, chociaż szczerze mówiąc, aktywność moja w tym względzie to raptem dwa wieczory spędzone przy laptopie. Ale przez cały poprzedni sezon miałem okazję doświadczać wielu przekłamań, pomówień, a właściwie inwigilacji wobec wszystkich tych osób, które zdecydowały się pracować w Teatrze Polskim we Wrocławiu. A dotyczy to nie tylko środowiska aktorskiego, ale również przedstawicieli pozostałych działów, bez których teatr istnieć nie może. Mam na myśli przynajmniej 80 procent wszystkich pracowników zatrudnionych na etacie w Teatrze Polskim. To był i wciąż jest wyjątkowo trudny okres w naszym zawodowym życiu. Ale niczego nie żałuję. Jestem w domu, w moim rodzinnym Wrocławiu. Mówiąc prawdę, nie miałem ani czasu, ani ochoty wdawać się w jakikowiek dyskurs. Zakładam, że powszechnie znane są głębokie powiązania sztuki z moralnością (wciąż odczuwam optymizm). Dziś zagadnienie to zyskuje nowy wymiar, gdyż różnorodne konflikty stawiają nas w obliczu decydujących wyborów (sic!). Ilekroć sztuka staje w służbie jakichś idei, tylekroć okazuje się, że z jednej strony nie każdy jej rodzaj może unieść to zadanie. Wartości najwyższe przeto pozostają względem siebie w stanie ustawicznego spierania się. Ale są sytuacje, kiedy to artysta miknie. Jakie? Pozostawiam do przemyślenia. I w tym sensie milknę tylko na chwilę. Przynajmniej na fanpage’u T.P. To był mój ostatni wpis-reakcja na mowę nienawiści. Do wszystkich zainteresowanych teatrem (i nie tylko) trafiały informacje o intelektualnej grabieży, o zaoraniu kultury i T.P. we Wrocławiu, o niekompetencjach, o ludziach z łapanki, o "przywiezionych w teczce" itp. Wszystko w myśl popularnej ostatnio zasady "Nie podoba mi się dyrektor – więc trzeba za wszelką cenę się go pozbyć".

Osobiście słyszałem od starych mistrzów, że "kiedy nie podoba ci się dyrektor – zmień teatr", ale jak się dzisiaj okazuje, brzmi to co najmniej anachronicznie. Cóż, idzie nowe – ale dokąd zajdzie?

Żyjemy w czasie rewolucji kulturowej, z czego zdamy sobie sprawę za kilka lat. I to inni będą nas oceniać. O sytuacji w Teatrze Polskim powiedziano wiele prawd i wiele kłamstw. Ale w mediach lokalnych i ogólnopolskich podkreślane są "prawdy" głównie tzw. Teatru Polskiego w Podziemiu. Wystarczy zajrzeć i poczytać, aby przekonać się, że dawno już przekroczono zasadę elementarnej przyzwoitości. Doceniam przekonania innych. Rozumiem, co znaczy poświęcić się sprawie, być zgodnym ze swoim sumieniem, cenię ludzi odważnych, otwarcie mówiących i walczących o swoje przekonania. Ale brzydzę się tchórzostwem, kłamstwem, fałszem, oszczerstwem i brakiem kompetencji. A z tym spotykam się najczęściej. Tzw. "Podziemie" z pełną determinacją próbowało utrzymać widownię Teatru Polskiego w stanie permanentnej niechęci do nowego dyrektora i wreszcie do częściowo nowego, obecnego zepołu aktorskiego. Nawiasem mówiąc – w jednej z ostatnich wypowiedzi poprzedni dyrektor Krzysztof Mieszkowski zestawił swoje dokonania w Teatrze Polskim z ich brakiem u nowego dyrektora. Ale zapomniał, że miał możliwość pracować przez dziesięć sezonów i nikt nie rozliczał poprzedniej dyrekcji z każdej minuty sprawowania funkcji dyrektora. Społeczny, publiczny mobbing – to zbyt skromne słowa. No i nie kto inny jak poprzedni dyrektor pokusił się na publicze stwierdzenie, że "Teatr to ja". A ja wciąż uważam, że teatr jest tam, gdzie ty, gdzie ja i gdzie oni, i miejsce w teatrze powinno znaleźć się dla różnie myślących. Jeśli wspomniałem o zastrzeżeniach dotyczących obecnego repertuaru, bo i takie bez przerwy funkcjonują nie tylko w opinii publicznej, ale i w mediach, to zadaję panu fundamentalne pytanie – czy Molier, Broniewski, Szekspir i Dostojewski to nędzna, farsowa historia, niegodna sceny T.P.? O osobach, które podszywają się, tworząc fejkowe konta, nie muszę wspominać, bo to wszechobecne na stronie Teatru w Podziemiu.

Poważne zarzuty – fake konta i inwigilowanie. O co chodzi?

– Zarzuty? Fakty! Z przykrością stwierdzam, że to zazwyczaj młodzi ludzie, którzy niewiele mają do powiedzenia, osoby, które nie są otwarte na dialog. Znają tylko jeden kod, wspólny dla nich od kilku ostatnich sezonów. Jestem głęboko przekonany, że większość z tych osób nigdy nie widziała żadnej sztuki Kantora, Grotowskiego. Ale wypowiadając się np. o Chorym z urojenia, z góry odrzucają przyjętą konwencję (bo takowej nie znają). Ale to niestety nie ich wina. Winni są ci, którzy w partykularny sposób próbując zawalczyć o swoje interesy, przy okazji manipulują i deprawują ludzi młodych. Oni przejmują odpowiedzialność za podzielenie, skłócenie środowiska kultury. Najbardziej ucierpiała publiczność, zniechęcona wiecznymi waśniami, medialną nagonką, radiowymi komunikatami, niezwykłymi historiami rzecznika – bo już przecież nie dziennikarza – pani Magdy Piekarskiej, która bez zmrużenia oka uzewnętrznia swoją niechęć do wszystkiego, co związane z nową dyrekcją, poprzez swój stronniczy lament, telewizją wrocławską, która bez przerwy stawia publiczne pytanie – I co teraz z tą zaoraną przestrzenią po Teatrze Polskim zrobić? A zdezorientowana publiczność na wszelki wypadek przestała odwiedzać Zapolską, Świebodzki czy Scenę Kameralną. Straszono nas różnymi paragrafami. A ja znowu zadaję pytanie – jak to się ma do następujących? (Art. 216. § 2. Kto znieważa inną osobę za pomocą środków masowego komunikowania podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. I kolejny – Art. 212. § 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności. Art. 212. § 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku). Ktoś rozsądnie myślący i uważnie czytający wpisy na stronie tzw. "Teatru w Podziemiu" znajdzie jednoznaczną odpowiedź. Wiem, kto prowadzi stronę "Teatr Polski w Podziemiu", ale nie ma to żadnego znaczenia. Niech prowadzi. Ale burzę się, kiedy to zatwardziali zwolennicy "utraconego" wchodzą bez przerwy na oficjalny fanpage T.P. i piszą sobie, co im ślina na język przyniesie. Robią celowy śmietnik z oficjalnej strony T.P. Z góry zakładają, że będzie jeszcze gorzej, choć najczęściej nie oglądają nowych spektakli. Po prostu mają swoje zadanie do wykonania. Z jednej strony bronią Puszczy Białowieskiej, domagają się wolności w sztuce i demokracji, ale nie zauważają, że są niekonsekwentni, ponieważ nie dopuszczają do głosu niczego, co mogłoby być pozytywnie związane z nową dyrekcją. Mówią o czystkach w teatrze, o atmosferze terroru i strachu, a ja codziennie słyszę, jak dyrektor Morawski zaprasza zbuntowanych aktorów do nowych realizacji. Ale odmawiają – konsekwentnie. A jak się już nie da, to biorą zwolnienia lekarskie, tacierzyńskie urlopy. A atmosfera w pracy jest teraz wyjątkowa – wystarczy porozmawiać z pracownikami innych działów, którzy to niegodni byli stać w jednym szeregu ze środowiskiem aktorskim. Przypomniałem sobie sprawę aktora Wiesława Cichego – nie szanuję go nie dlatego, że zrezygnował z brania udziału w sztuce (do tego ma prawo każdy aktor, a powodów może być wiele), ale dlatego, że uczynił to na dwa tygodnie przed premierą. A to już nieetyczne, niemoralne i asolutnie burzące fundamenty. Takich rzeczy się nie robi, jeśli wykonuje się zawód aktora. To jak złamanie przez lekarza przysięgi Hipokratesa. Czytałem też o zwolnieniu aktora Wiesława Cichego po 12 latach pracy w T.P. Ale prawda jest taka, że sam nie chciał pracować z nową dyrekcją i nowymi kolegami. Jak powiedział w wywiadzie – pragnie pracować z prawdziwymi aktorami. A powodem zwolnienia, z tego, co mi wiadomo, było odejście do Teatru Współczesnego. Ale życzę panu Cichemu naprawdę szczerze jeszcze wielu sukcesów. Są i miłe akcenty, ot choćby ostatnia premiera farsy (nie jestem wielkim zwolennikiem tego gatunku) Mayday – w praktycznie nowej obsadzie ról głównych. Farsy, która całkiem niedawno obchodzila swój 25-letni jubileusz. Przewodniczący Inicjatywy Pracowniczej, aktor, grajacy od początku w pierwszej osadzie – Tomasz Lulek w bardzo profesjonalny sposób współpracował z "nowymi", czego efektem była znakomita frekwencja i zadowolenie publiczności. Można? Można. I to chyba jest ta iskierka nadziei, malutkie światełko w tunelu. Tych spraw jest tak wiele, że nasza rozmowa mogłaby sie toczyć do białego rana, a ja przecież jestem w tej chwili między kolejnymi próbami i zwyczajnie zabrakłoby nam czasu, więc przejdźmy do kolejnych wątków.

Dlaczego pojawił się pan w Teatrze Polskim we Wrocławiu? I dlaczego zdecydował się pan pracować w takich warunkach?

– Jestem wrocławianinem. Cała moja rodzina mieszka we Wrocławiu. Tutaj się urodziłem, chodziłem do przedszkola, szkoły podstawowej i średniej. Tu wreszcie ukończyłem wrocławską PWST Wydział Aktorski w 1988 roku. Tu narodziła się moja pasja związana z teatrem. Wychowałem się na Teatrze Polskim, ogladając systematycznie niemal wszystkie premiery od końca lat siedemdziesiatych do końca lat osiemdziesiątych. Tu pracowałem z Igorem Przegrodzkim, Teresą Sawicką, Jurkiem Kozłowskim, Jurkiem Schejbalem, Jankiem Bleckim, Zygmuntem Bielawskim, Henrykiem Tomaszewskim, Jadwigą Skupnik, z prof. Januszem Deglerem i wieloma, wieloma wspaniałymi, wybitnymi ludźmi. Tu pracowałem w jeszcze wówczas istniejacym Teatrze Kalambur. We Wrocławiu fascynowałem się Teatrem Współczesnym, Operą i Filharmonią. Tu poznałem teatr Jerzego Grotowskiego, Kantora. Tu wszystko się zaczęło. Wrocławia nie da się opuścić. On jest we mnie. Nie dyskutuje się z losem, ten bywa przewrotny i rządzi sie swoimi prawami. Zatoczyłem ogromne koło. 30 lat pracy minęło 1 września 2017 roku. Pracowałem w różnych teatrach, w różnych miastach (Jelenia Góra, Toruń, Warszawa), ale wiedziałem, że nastąpi moment mojego powrotu. Jest pan właśnie świadkiem. Dlaczego zdecydowałem się pracować w takich warunkach? Widziałem w TVP moment przyjazdu Cezarego Morawskiego do Wrocławia. Jeszcze dobrze nie wyszedł z pociągu, jeszcze próbował się rozglądać, a już otoczony, osaczony niechęcią, wrzaskiem, hejtem. Pracowałem wówczas w jednym z toruńskich teatrów – gościnnie, z kilkoma aktorami z T.P. Potem była propozycja i zaproszenie do Makbeta – a Szekspirowi się nie odmawia. I długa, rzeczowa rozmowa z panem Morawskim – wtedy dopiero widziałem go pierwszy raz. Zdecydowałem się pracować i jestem w tym konsekwentny.

Jak wyglądała pańska teatralna wędrówka?

– Po trzecim roku studiów cały mój rocznik otrzymał propozycję pracy w Teatrze C.K Norwida w Jeleniej Górze. Zacytuję mistrza Igora Przegrodzkiego: "Dzieci, w dupę mnie całujcie, macie pracę u Aliny Obidniak". Tak się stało. Tam chwilkę wcześniej Krystian Lupa wystawiał Pragmatystów – a ja widziałem to przedstawienie. Zrobiło na mnie wrażenie. Ale jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z wieloma aktorami, z którymi przyszło mi się potem zaprzyjaźnić i grać. Rozmowa o tym, jak ciężko było im się odnaleźć w innych teatranych przestrzeniach, kiedy to mistrz ich opuścił. Wielu z nich nie zajmuje się już dzisiaj aktorstwem. Tam, w Teatrze C.K. Norwida, pracowałem 10 sezonów, zagrałem 50 premier i pracowałem z pięcioma dyrektorami. Potem zaproponowano mi pracę w Teatrze W. Horzycy w Toruniu (15 sezonów – ponad 30 premier). W latach 2012–2014 współpracowałem z Teatrem Polskim w Warszawie i Teatrem Kamienica. I jeszcze trzy lata w toruńskim Teatrze Muzycznym (kilka premier). Od roku pracuję w Teatrze Polskim we Wrocławiu.
Jestem poetą, członkiem Związku Literatów Polskich, redaktorem działu Teatr w Kwartalniku "LiryDram", członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej – Oddział Wielkopolski. Współpracuję z kwartalnikami "Metafory", "Poezja Dzisiaj" oraz "LiryDram". Wydałem cztery tomiki wierszy. Moją poezję przetłumaczono na język angielski, rosyjski, niemiecki, bułgarski i ormiański. Współpracowałem z Festiwalem Muzyki i Sztuki Krajów Bałtyckich "Probaltica", z Filharmonią Pomorską w Bydgoszczy. Uczestniczę i prowadzę największe polskie i międzynarodowe festiwale poetyckie, m.in. Światowy Dzień Poezji UNESCO – inauguracja w Warszawie (Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza), w Londynie, Bonn i Kolonii oraz Wilnie. Prowadzę inauguracje oraz uczestniczę jako gość w Międzynarodowch Listopadach Poetyckich w Poznaniu. W Wielkiej Brytanii (Birmingham i Londyn) prowadziłem Międzynarodowe Spotkania Poetyckie "Piękni ludzie" oraz "Niosący słowa". W Birmingham – autorskie wieczory w Domu Polskim. Występowałem wielokrotnie w Londynie na spotkaniach poetyckich (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny), a także w Newcastle upon Tyne. W Belgii – w Antwerpii, Gandawie i Brukseli – w latach 2013–2015 odbyłem kilkanaście spotkań autorskich oraz prowadziłem wieczory poetyckie, koncerty słowno-muzyczne i warsztaty teatralne. W Niemczech byłem honorowym gościem na Światowym Dniu Poezji UNESCO w Bonn i Kolonii. Tam, oprócz współprowadzenia inauguracji festiwalu (uroczystość niemiecko-polska), również promowałem swoją poezję. W Oberhausen, Bottrop oraz Düsseldorfie jestem regularnym gościem na polonijnych spotkaniach poetyckich. I wreszcie Wileńszczyzna, którą odwiedzam systematycznie zapraszany przez Centrum Kultury Polskiej w Wilnie na poetyckie, autorskie spotkania, do Solecznik, Jaszun oraz Trok na Litwie. Jak pan widzi, trudno usiedzieć mi na przysłowiowym tyłku i moją największą bolączką jest tak szybko uciekający czas. A planów wiele...

Natomiast każdy widz, który przyjdzie do teatru, jest wielką nagrodą. Bez widza nie ma teatru. Tak samo jest z pisaniem czy dziennikarstwem. Musi być adwersarz. 30 lat pracy – to szmat czasu. Ale zdarzyło sie, że od czasu do czasu nagrodzono moją pracę. Nagrody motywują, ale nie są sensem samym w sobie. Sensem są spotkania z ludźmi, czynienie dobra, pomoc innym, wzajemne relacje.

Powróćmy jeszcze do Teatru Polskiego i dyrektora Cezarego Morawskiego. Krzysztof Mieszkowski bronił sie wynikami. Pan Cezary Morawski ciągle na to pracuje i jak sam pan powiedział, uczy się. Ale uczyć sie na tak odpowiedzialnym stanowisku?

– A zna pan jakiegoś człowieka, który urodził sie dyrektorem? Każdy się uczy, bo zawsze pełnimy jakieś funkcje w nowej, zmieniającej sie rzeczywistości. Gorzej, kiedy nie chcemy tego robić. A ja odnoszę wrażenie, że dyrektor jednak wciąż chce. Wyniki, którymi broni się poprzedni dyrektor, wynikają z tego, że dane mu było pracować w miarę spokojnie przez 10 sezonów. A Cezary Morawski dopiero rok pełni funkcję dyrektora, w szczególnie trudnych warunkach i przy założeniach wielu osób, że nie powinien tego robić. To bardzo utrudnia podejmowanie decyzji. I należy również wspomnieć o organach współfinansujących Teatr Polski. Mam na myśli polityków, a zwłaszcza Urząd Marszałkowski. Kuriozalne i niekonsekwentne decyzje oraz zapewnianie sobie politycznej przyszłości doprowadziło do absurdalnych poczynań, których efektem były sprawy sądowe, blokowanie finansowej ciągłości, nękanie dyrektora kontrolami i nieustannymi wzywaniami na dywanik. Podczas jednego ze spotkań w Urzędzie Marszałkowskim zapytałem pana marszałka, prosząc o szczerą odpowiedź. Spytałem, czy dyrektor Cezary Morawski wygrał konkurs w sposób prawidłowy i uczciwy. Marszałek po namyśle i chwilowej konsternacji odpowiedział: "Tak". Nie miałem więcej pytań. Wystarczyło jedno słowo. Cała reszta to polityka, a sprawa teatru wydaje sie być tylko tłem. Nie kwestionuję talentu pana Mieszkowskiego, ale jego czas w T.P. dobiegł końca. Więc co jeszcze robi przed Teatrem Polskim, spotykając sie z mediami? Przecież zajął się polityką!

Przysłuchiwałem się rozmowie pracowników Teatru Polskiego, którzy mówili, że dyrektor jest w pracy, ale nie ma go dla ludzi.

– Nie, proszę pana. Dyrektor jest i w gabinecie, i na próbach, bo uczestniczy w spektaklach, na próbach wznowieniowych, na spotkanach z radą artystyczną, w bufecie, na Świebodzkim, na Zapolskiej i na Scenie Kameralnej. Na bankietach teatralnych. Przychodzi pierwszy i wychodzi ostatni. Wie pan, od czego zaczyna się praca w teatrze? Od dobrego kontaktu z woźną, panią sprzątającą i od kontaktu z panią bufetową. I warto porozmawiać z każdym. Jesteśmy jedną rodziną. Wszyscy.

Mimo wszystko dyrektor Morawski robił problemy, żeby wystawić np. Wycinkę Krystiana Lupy za granicą.

– To już sprawa dyrektora. Ja jestem tylko aktorem Teatru Polskiego.

Cezary Morawski zwolnił także aktorkę będącą w zagrożonej ciąży.

– Szczerze mówiąc, nie znam tej sprawy i bardzo trudno mi się do niej odnieść.

O panu Morawskim krąży tyle faktów i mitów. Jakim jest człowiekiem?

– No właśnie. Zanurzamy się w mitologii. Piszemy nowe fascynujące historie, jakże dalekie od prawdy. Ale nie sprowokuje mnie pan do mówienia laurek. Niewątpliwie jest dobrym aktorem, serdecznym kolegą, służy swoją pomocą. Znosi wszystko dzielnie, jest bardzo pracowity. I pełni rolę dyrektora w niesprzyjających warunkach. Wystarczy...

Szkoda też, że w repertuarze nie ma już starych spektakli Teatru Polskiego.

– Szkoda. Ale w dużym stopniu nie ma ich, bo nie wszyscy akorzy w nich grający chcą pracować. Kiedy próbowano mówić o zastępstwach, okazało się to niemożliwe. Ze względów artystycznych i jak to określono – autorskich ról.

Czy próbował pan rozmawiać z osobami kontestującymi?

– Jestem codziennie w pracy. Próby, spektakle, obowiązki asystenta reżysera przy realizacji kolejnej sztuki. W pracy spotykam te osoby, które pracują i do pracy przychodzą. Tylko od czasu do czasu zajrzy ktoś, kto nie uczestniczy w próbach i spektaklach, ale jest na etacie. Zawsze mówimy sobie dzień dobry.

Nie najlepiej wygląda frekwencja w Teatrze Polskim.

– Dziś już troszkę lepsza, ale daleka od ideału. Proces zjednania sobie publiczności będzie trwał jeszcze długo. Wciąż wiele osób jest zdezorientowanych, a codzienne newsy o dramacie w T.P. przekazywane przez media nie pomagają. Momentami syzyfowa praca. Najgorszą robotę wykonuje "Gazeta Wyborcza". Odzyskanie publiczności to nasze najważniejsze zadanie. Tylko naszą pracą, kolejnymi spektaklami, spotkaniami z publicznością możemy poprawić frekwencję. I to zaczyna się powoli dziać. Po ostatnim Barze pod Zdechłym Psem zostałem zaproszony na Uniwersytet Wrocławski.

Ma pan żal do Teatru Polskiego w Podziemiu?

– To, co niewątpliwie udało się tzw. Teatrowi Polskiemu w Podziemiu, to odżegnać, zniechęcić widza od T.P. Może zaskoczę pana, ale ta ich działalność daje mi jeszcze wiekszą siłę. Szanuję, że walczą o swoje sprawy, ale nie szanuję metod, jakimi się posługują. Przychodzenie na spektakle do Teatru Polskiego tylko po to, żeby przeszkadzać w odbiorze sztuki, jest co najmniej nielojalne wobec tych wszystkich osób, które zwyczajnie pragną obejrzeć spektakl. Pozostaję wierny swojej zasadzie – "Przede wszystkim – szacunek do ludzi". Zakończę naszą rozmowę słowami Zbigniewa Herberta: "Drodzy nieznajomi! Jesteśmy dość osobliwą, małą skłóconą gromadką, bez której prześwietna ludzkość może się doskonale obejść. Jesteśmy beznadziejną mniejszością, i co gorsze, uzurpujemy sobie prawo do wzniecania niepokoju. Chcemy zmusić naszych bliźnich do refleksji nad ludzkim losem, do trudnej miłości, jaką winni jesteśmy sprawom wielkim, także pogardy dla tych wszystkich, którzy z uporem godnym lepszej sprawy starają się człowieka pomniejszyć i odebrać mu godność. Bądźcie w każdej chwili, w każdym wypowiedzianym słowie po stronie wartości, za pięknym rzemiosłem, przeciw tandecie, za nieustającym wysiłkiem woli i umysłu, przeciw łatwej manierze, za prawdą, przeciw obłudzie, kłamstwu i przemocy. I nie bądźcie na litość Boską nowcześni. Bądźcie rzetelni. Hodujcie w sobie odwagę i skromność. Niech Wam towarzyszy wiara w nieosiągalną doskonałość i nie opuszcza niepokój i wieczna udręka, które mówią, że to, co osiągnęliśmy dzisiaj, to stanowczo za mało. Życzę Wam trudnego życia, tylko takie jest godne artysty. Dla Was dobre myśli, pozdrowienia i słowa nadziei...".

Dziękuję za rozmowę.

– To ja dziękuję.