Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Magda Podsiadły

Szymek był oryginalny we wszystkim

Źródło:
"Gazeta Wyborcza - Wrocław" 2015 nr 218 - "Tygodnik Wrocław"
Data publikacji:
2015-09-18

Rozmowa z Cezarym Harasimowiczem o Tadeuszu Szymkowie

 

Magda Podsiadły: Byliście z Tadeuszem Szymkowem braćmi bliźniakami? To dlatego film Żyć nie umierać według pana scenariusza inspirowany jest we wzruszający sposób postacią zmarłego przed kilkoma laty znanego wrocławskiego aktora.

Cezary Harasimowicz: Byliśmy przyjaciółmi od czasów studenckich, kończyliśmy wrocławskie Studium Aktorskie przy Teatrze Polskim. Gdy umarł, zadzwoniła do mnie Hanna Krall, którą Szymek literacko adorował bardzo, i zapytała: jak pan teraz będzie żył, gdy umarł pana brat syjamski?

Szymek, nie Tadzio?

– Od zawsze nazywaliśmy go "Szymek", rodzina tak na niego mówiła, przyjaciele, nawet ci jeszcze z czasów szkolnych w Namysłowie.

A wasza przyjaźń?

– W Studium raz usiedliśmy na schodach, zamieniliśmy dwa zdania i tak już zostało z nami do końca. Na samym początku naszej przyjaźni podarował mi wiersz, który napisał, gdy miał szesnaście lat. Wygrał nim nawet jakiś konkurs poetycki, a nagrodę mu wręczył Stachura.

Uderzyła mnie treść tego wiersza, tekst zaskakująco dojrzały, z poczuciem egzystencjalnego tragizmu. I ten jego metaforyczny skrót myślowy, tak często objawiający się potem w jego legendarnych powiedzonkach.

Szymek w wierszu mówił, że los go zmusza do krojenia chleba i wtyka mu nóż w dłoń. On kroi ten chleb, a z chleba płynie krew. Filozoficzna myśl o naturze każdego narzędzia, które służyć może zarówno złu, jak i dobru, jest niesłychana w tak młodym wieku.

Prowadził z wami zajęcia Bogusław Linda, który był wówczas w zespole Teatru Polskiego.

– I był jeszcze wówczas nieznanym młodym aktorem. Nazywaliśmy to nasze Studium zasadniczą szkołą aktorską. Na koniec dostaliśmy dyplomy zaświadczające, że jesteśmy zawodowymi aktorami. Z tego naszego zaczynu zrodziła się potem wrocławska Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna. Już wtedy była propozycja, byśmy zgodzili się przedłużyć studia o rok i wówczas otrzymalibyśmy dyplomy magisterskie, ale wszyscy już mieliśmy podpisane angaże. Dorosłe życie się zaczynało. Studium wydało w sumie dwa roczniki.

Jerzy Grzegorzewski ponoć marzył, by obsadzić Szymkowa w roli Myszkina w swojej adaptacji Idioty Dostojewskiego. Mówił, że Szymków jest idealnym Myszkinem. Ma wielką delikatność psychiczną, wrażliwość i subtelność z głębi serca idącą, a zarazem zaprzeczającą temu cielesność: wysoki, chudy, kanciasty.

– No to wyjęła mi to pani z ust, bo Szymek dokładnie taki był. Długi, wysoki, trochę nieskoordynowany, a przy tym kruchy. Oryginalny we wszystkim. Przypomina mi się, jak w czasie studium, podczas przesłuchań na zaliczenie semestru, siedzimy wszyscy na ławce na sali i czekamy na swoją kolej. Egzaminuje nas nieżyjący już Andrzej Polkowski. I tak się przesuwamy na tej ławce, jeden za drugim. Nagle Szymek mi szepcze: kurwa, nie mogę się przesunąć. Co jest – pytam. A on na to: No włożyłem palec w dziurę po sęku i mi utkwił.

Imponowało mu, że taki wielki Grzegorzewski jest nim zainteresowany?

– Już za młodu kpił z tej swojej zawodowej rzeczywistości, choć tak naprawdę bardzo zależało mu na sukcesie. Ale równocześnie był wesołkiem, lubił błaznować, a już parodiowanie było jego drugą naturą. Parodiował mistrzów za ich plecami – Grzegorzewskiego, Przegrodzkiego. Pół dnia potrafił monologować Igorem Przegrodzkim, a wiadomo, jaką oryginalną postacią był ten wielki wilniuk.

Projekt z Myszkinem nie doszedł do skutku, ale Tadeusz Szymków jeszcze jako student zagrał u Grzegorzewskiego: Fleta – postać mężczyzny mówiącego kobiecym głosem – w Śnie nocy letniej Szekspira i w Ameryce Franza Kafki.

– Jak wiele ciekawych, obiecujących planów w życiu Szymka i ten z Myszkinem się nie ziścił. Nie z jego winy, taki los po prostu. Dopiero gdy zaczął ciężko chorować, nagle posypały się ważne propozycje – dosłownie na dwa tygodnie, dziesięć dni, tydzień przed śmiercią. Była wśród nich główna rola u Lupy. To kolejny paradoks w jego życiu.

Był jednak znanym charakterystycznym aktorem. Kultową rolą Jerzyka w Psach Władysława Pasikowskiego zapisał się w kinie polskim na zawsze.

– To połączenie u Szymka charakterystyczności, komizmu i tragizmu świetnie jest wygrywane u Władka Pasikowskiego. W każdej roli. I kuszenie śmierci, bo albo się wieszał, albo umierał, albo był ciężko ranny, jak Piotr Boruń w wojennych Demonach wojny.

W Seszelach Bogusława Lindy, gdzie grał główną rolę, też jest postacią tragiczną, kimś w rodzaju Don Kichota.

Co do Seszeli, to mówił mi niedawno Bartosz Stasina, prezes studia castingowego ABM, który kolegował się z Szymkowem przez lata, że po tym filmie, przyjętym bardzo kontrowersyjnie, Szymków z radosnego młodego człowieka stał się słodko-gorzki.

– To był rok 1990, wszyscy wtedy zaczynaliśmy karierę. Napisałem scenariusz do tego filmu, Szymek grał główną rolę chorego psychicznie Dudzia, który ucieka z zakładu w poszukiwaniu swoich wysp szczęśliwych. Spodziewaliśmy się, że jak jest fajny pomysł, to wypali. Tymczasem tak się nie stało z Seszelami. Film się spóźnił ze swoim czasem, choć dziś znam ludzi, który go uwielbiają i znają listę dialogową na pamięć. Bo to miał być taki punkowy protest song przeciw systemowi, tymczasem kraj przeszedł przemianę polityczną. W owych czasach kulała też dystrybucja polskich filmów, więc Seszele wpadły w czarną dziurę.

Straszna szkoda, bo kreacja Szymka jest w tym filmie przednia, dojrzała. Ale wtedy nie miał szans na docenienie. W ogóle nie miał łatwego artystycznie życia.

Dostał niewiele nagród, ale jakże wymownych wobec jego talentu. Na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych w 2008 roku za Sprawę Dantona Jana Klaty otrzymał indywidualną nagrodę za rolę Westermanna. A w 1996 roku w Chicago wybitny aktor amerykański Robert Duvall przyznał mu swoją prywatną nagrodę za kapitalną rolę ojca Piotrka w Poznaniu 56 Filipa Bajona.

– Nigdy się tymi nagrodami nie chwalił, a po Kaliszu, gdy zadzwoniłem do niego, by mu pogratulować, już chorował, i akurat trafił do szpitala. I słyszę w słuchawce: No dobra, nagrodzony i zacewnikowany.

Kpił z choroby, z nagród, choć w gruncie rzeczy, w głębi cierpiał mocno, że nie jest doceniany. Mogę to uczciwie powiedzieć jako jego bliski przyjaciel.

W filmie Migasa Żyć nie umierać bohater przędzie życie inspirowane postacią Szymkowa, nie jest jednak aktorem niespełnionym, zmaga się z wyrokiem śmierci z powodu raka i odważnie próbuje naprawić krzywdy, które uczynił bliskim z powodu swojego alkoholizmu.

– Przede wszystkim trzeba pamiętać, że to nie jest film biograficzny, tylko historia luźno inspirowana postacią Szymka.

Na przykład wątek rodzinny jest w rzeczywistości zupełnie inną historią – żona i córka bardzo Szymka wspierały w chorobie, napis na końcu filmu wszystko wyjaśnia. Naprawdę przeszedł ciężki etap alkoholizmu, więc były zakręty i doły, ale potem zostały zasypane, bo Szymek wyszedł z nałogu już wiele lat temu. Ale dla dobra opowieści filmowej bohater samotny i chory jest o wiele ciekawszy – buduje dramatyzm.

Jednak jest w filmie tak wiele z Szymkowa: sytuacje, walka z chorobą, powiedzonka, postacie.

– Tak, bo najpierw myślałem, by napisać ten scenariusz dla niego. Gdy już było z nim bardzo źle, chciałem zakląć rzeczywistość i obiecałem sobie, że jak wydobrzeje, to napiszę dla niego historię. Planowałem, że to będzie facet taki trochę jak on, a trochę nie. Była to wersja z happy endem.

Szymek dopisał inne zakończenie. I zostałem z tym sam. Pisanie tego scenariusza po jego śmierci było dla mnie rodzajem terapii. Siłą rzeczy musiało tam więc być trochę przebywania z Szymkiem.

Gdy Maciej Migas przystępował do realizacji, ustalili z Tomaszem Kotem, odtwórcą roli Bartka Kolano, że zapominają o pierwowzorze. Nie będzie to film biograficzny, a metafora ludzkiego losu. Tylko że Kot jest w tym filmie tak podobny do Tadeusza, w ruchu, uśmiechu, ludzkim cieple, w relacjach między postaciami i w fizyczności, tak samo wysoki i kościsty. To podobieństwo jest już metafizyką.

Walka z rakiem nie trwała tak krótko jak w filmie, zmagał się z choroba znacznie dłużej?

– Na potrzeby dramatyzmu fabuły skróciłem tę historię, ale naprawdę choroba trwała około dwóch lat. Na początku wydawało się, że nowotwór jest wyleczalny, ale na pół roku przed śmiercią Szymka nastąpiło gwałtowne załamanie. Poszedł na operację i już się po niej nie podniósł.

Nie byłem przy nim w momencie jego śmierci, ale tuż przed Maciej Kozłowski zadzwonił do mnie: Jak chcesz się pożegnać z przyjacielem, to natychmiast wsiadaj w samochód i przyjeżdżaj do Wrocławia.

Przyjechaliśmy z kumplem, aktorem Waldkiem Błaszczykiem, o drugiej w nocy, Szymek był już w agonii, stracił przytomność. Umarł o szóstej rano.

Jeszcze dzień wcześniej rozmawialiśmy przez telefon. Przez łzy i przez ból śpiewał mi piosenkę do jakiegoś wesołego przeboju: nie, nie, nie ulegnę, nie poddam się. Przez ściśnięte gardło, ale wciąż trzymały się go żarty ze śmierci.

Był delikatny charakterologicznie, nadwrażliwiec, ale w czas choroby i umierania pokazał wielkie męstwo, psychiczną siłę. Nie załamał się, po kowbojsku podszedł do swojej życiowej sytuacji, jak szeryf Jones, którego grał w Przygodach Tomka Sawyera w adaptacji Jana Szurmieja w Polskim.

I ta jego życiowa odwaga to jest moja najważniejsza inspiracja przy powstawaniu filmu Żyć nie umierać.

Film zaczyna się sceną z tego spektaklu, gdy kompletnie pijany aktor zmienia na scenie, na oczach widzów, kultową, żelazną historię napisaną przez Marka Twaina.

– I to jest anegdota z życia Szymka wprost wzięta. I ten incydent sprawił, że zdecydował, iż wyjdzie z nałogu, podobnie jak bohater filmu.

I pokonał alkoholizm?

– Od tego scenicznego incydentu w 1995 roku jeszcze przez rok borykał się z nałogiem, ale w końcu przestał pić, dzięki klubowi AA. I był "suchy" aż do śmierci.

Przestał tak zdecydowanie jak Bartek Kolano w filmie, który mówi ze śmiechem, po wypiciu kilkudziesięciu szklanek soku owocowego w barze, że zaszył sobie porzeczkę?

– To też tekst Szymka. Kiedyś do czwartej rano siedzieliśmy na jakimś weselu. Przy pięćdziesiątym soku Szymek mówi: ale jestem przewitaminizowany, chyba muszę sobie zaszyć czarną porzeczkę.

Nie unikał alkoholowych sytuacji, ale też nie był zgorzkniałym byłym alkoholikiem, po prostu świetnie się bawił przy soczku, gdy inni popijali procenty. – Będę wam polewał – mówił. – Mam idealnie wyrobiony przez lata nadgarstek.

Wyjść z choroby alkoholowej to jest siła charakteru.

– I to jaka! Jak dziś myślę, skąd się u niego jednak wziął ten alkoholizm, to chyba dlatego, że jego życie pełne było paradoksów, sprzeczności. On sam był jednym wielkim paradoksem. Wesołkiem, który skrywał ból, niepogodzenie się ze światem, z losem. A alkohol wydawał się wybawieniem.

Gdy był już trzeźwym alkoholikiem, a ktoś mu chciał nalać, mawiał: Kochani, miałem dwadzieścia lat sylwestra. I wystarczy...

Janusz Chabior gra w filmie prawdziwego terapeutę Szymkowa?

– Jest zlepkiem wielu postaci, nawet mnie samego, ale u podstawy jest prawdziwy terapeuta z klubu AA, zwany Świerszczem, były hydraulik, który Szymka skutecznie wyciągnął za uszy z nałogu.

W filmie ma ksywę Żuk, więc właściwie ten sam biotop.

– Szymek po wyjściu z nałogu też zaangażował się w pomaganie alkoholikom. Stał się takim Charonem, który dotkniętych przenosił na suchy brzeg. Kiedy do niego przychodzili i pytali, czy na pewno są już alkoholikami, pytał: a do szafy szczasz? Nie? To jeszcze nie jesteś alkoholikiem.

Opowiadał mi, jak bezwzględne są metody ratowania alkoholika z nałogu. Alkoholik użala się nad swoim losem, oszukuje samego siebie. Nie można więc owijać rzeczy w bawełnę.

– Skoczę jeszcze po pół litra – mówił do kogoś w takiej sytuacji. – Jak spadniesz na samo dno, to będziesz miał się wreszcie z czego odbić – pocieszał delikwenta.

Odwaga Szymkowa, jego zrozumienie dla dwoistości rzeczywistości, poczucie humoru, pogoda ducha to także główne cechy Bartka Kolano, który robi remanent w swoim życiu i nie pieści się z chorobą.

– Chcieliśmy zrobić pogodny film o odchodzeniu. To tragikomedia, która traktuje sprawy ostateczne nie w sposób cierpiętniczy. To najpiękniejszy ukłon dla Szymka.

Co w panu z niego wciąż tkwi?

– Gdy się na niego patrzyło, widziało się chodzące słońce. Wciąż go takim widzę. I ostatnią scenę z filmu, która mi się przyśniła, słowo w słowo.

Gdy Żuk siedzi na rybach i widzi Bartka Kolano po śmierci?

– Szymek tak do mnie przyszedł we śnie, tyle że usiadł na brzegu łóżka. Też powiedziałem: Szymek, przecież ty nie żyjesz? A on mi odpowiedział tak jak w filmie: "O Jezu, do kogo nie przyjdę, to nie żyjesz i nie żyjesz. No i co z tego, że nie żyję". I dorzucił jeszcze kilka zupełnie niecenzuralnych słów.

Wtedy poczułem wreszcie ulgę po jego odejściu.

W życiu też był mistrzem absurdalnych powiedzonek i sytuacji?

– O tak. Kiedyś go pytam: Szymuś, o czym marzysz najbardziej?

– Żeby mieć bankomat przy łóżku – słyszę.

Na tym polegał jego urok, że dysponował świetnymi, celnymi skrótami myślowymi, kreował wokół siebie zabawne przedstawienia, zaczepiał ludzi na ulicy, błaznował. Miał świetny kontakt z moim pasierbem, Filipem, nastolatkiem wówczas. Kiedyś wziął go na miesiąc na wakacje do siebie, do domu pod Jelczem-Laskowicami, do Chwałowic. Chodzili na ryby, ale i na dyskoteki, i gapili się na tańczące laski. Filip nam opowiadał, że Szymek mu powiedział: w tym roku to jest tylko obserwacja, atak za rok.

Wśród przyjaciół mówimy o nim "niewinny czarodziej". Bo zaczarowywał wszystko wokół siebie.

A co z jego pisaniem?

– Dużo nie napisał, ale miał talent literacki. Pisał wiersze, ale też pracował nad powieścią, czarno-proroczą. Zaczynała się od słów "Dziś postanowiłem umrzeć".

Mówi pan o powieści Skowronki nie umierają [Skowronki umierają u moich stóp – przyp. red.]? Niedługo przed jego śmiercią była czytana we fragmentach podczas "Czynnych poniedziałków" w Teatrze Polskim. [dwa miesiące po śmierci – przyp. red.]

– No właśnie nie dokończył fabuły swojego życia, nie było happy endu. Chociaż Zostawił po sobie jasność. Władek Pasikowski mawiał, że gdyby się znalazł na końcu świata, chciałby mieć za sąsiadów Marilyn Monroe, Steve’a McQuinna i Tadeusza Szymkowa.

***

Cezary Harasimowicz – scenarzysta, aktor, pisarz, rocznik 1955. Według jego scenariuszy powstały m.in. filmy Seszele, Daleko od okna, Kochankowie z Marony, Wróżby kumaka, seriale Ekstradycja 3, Przeprowadzki.