Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Marta Wróbel

Tako rzecze dyrekcja

Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" nr 211
Data publikacji:
2009-09-09

O minionym i nadchodzącym sezonie artystycznym w Teatrze Polskim we Wrocławiu dyrektor Krzysztof Mieszkowski opowiada Marcie Wróbel z "Polski - Gazety Wrocławskiej".

Nowy sezon teatralny za pasem. Będzie to sezon "obiecany"?

Mam nadzieję. Pierwszą premierą jest Ziemia obiecana Jana Klaty. Dzieło Reymonta po raz pierwszy pojawi się na teatralnej scenie we Wrocławiu. W czwartek pokażemy przedstawienie w Łodzi na Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, a wrocławska premiera odbędzie się 25 września. W tym sezonie Monika Pęcikiewicz wyreżyseruje Sen nocy letniej, a Krzysztof Garbaczewski Biesy. W kwietniu pracę zacznie Krystian Lupa, który przygotuje spektakl na podstawie tekstów Elfriede Jelinek. Do pracy zaprosiłem również Remigiusza Brzyka. To nie wszystkie propozycje. Organizujemy festiwal "Strefa: Norwegia", w czasie którego odbędą się cykl czytań nieznanej szerzej w Polsce norweskiej dramaturgii i prapremiera odkrytej niedawno, nieznanej sztuki Ibsena.

A jak Krzysztof Mieszkowski podsumowałby sezon w Teatrze Polskim Anno Domini 2008/2009?

Kontynuuję linię programową, którą zaproponowałem teatrowi, kiedy objąłem stanowisko dyrektora w 2006 roku. Za nami pięć premier, 23 wizyty na polskich i zagranicznych festiwalach, m.in. w Ekwadorze, Rosji, na Łotwie i Słowacji. To również sezon wielu nagród aktorskich i reżyserskich, zdobyliśmy dwa Grand Prix. Duże znaczenie ma wygrana na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Kontakt w Toruniu. W rankingach na najlepsze teatry w Polsce jesteśmy w czołówce. Ale nie tylko nagrody są ważne. Wybitny spektakl Samsara Disco Agnieszki Olsten był niemal niedostrzeżony przez krytykę, a zachwycają się nim praktycy teatru. Za bardzo ważną uważam Szajbę Jana Klaty, głęboko zanurzoną w kontekście literatury Gombrowicza i Witkacego, w którym ten reżyser fantastycznie się porusza.

Zatrzymajmy się przy Szajbie. Nie uważa pan, że to nie jest szczyt możliwości Klaty? Sztuka jest dość przewidywalna, z sitcomowymi dialogami.

Klata nie zrobił sitcomu. Śmiech, który wywołuje Szajba, może przerażać. Należałoby przecież zapytać się, z czego się tam śmiejemy. Z nacjonalizmu, zakłamań historycznych, terroryzmu? To wybitne przedstawienie; śmiem twierdzić, że Klata poszedł w nim dalej niż w Sprawie Dantona, bo zaryzykował swój wypracowany przez lata autorytet artystyczny. To reżyser, który po mistrzowsku wykorzystuje narzędzia kultury masowej, sięgając po niskie i wysokie środki wyrazu. Dziś tworzywo, którym posługuje się teatr, jest inne od tego sprzed 10 lat.

Szajba została zaproszona na festiwal Boska Komedia w Krakowie, który prezentuje najlepsze polskie spektakle roku. Pokażemy tam zresztą dwa spektakle, drugim jest Lalka w reżyserii Wiktora Rubina.

A jak pan odniesie się do zarzutów, że Teatr Polski to nie Teatr Współczesny i powinien pokazywać dzieła, postrzegane jako szeroko pojmowana klasyka, w sposób bardziej konwencjonalny? A nie robić, co Wiktor Rubin zrobił z Lalką Prusa, czyli spektakl inspirowany powieścią, ledwie przypominający oryginał. Dla niektórych widzów i recenzentów taki poziom abstrakcji jest nie do ogarnięcia.

Teatr Polski we Wrocławiu jest teatrem na wskroś współczesnym. Jeśli śledzi się teatr na świecie, europejskie festiwale teatralne, widać, że taka jest nie przyszłość, a teraźniejszość teatru.

Teatr to sztuka autonomiczna, nie jest niewolnikiem literatury. Jak twierdził Jan Kott, literaturę w teatrze trzeba postrzegać przez teatr, nie przez literaturę. Tak jest w Teatrze Polskim. Daję absolutną wolność reżyserom, którzy u mnie pracują. Nie wyobrażam sobie, żeby ograniczać ich w jakikolwiek sposób. Jestem oburzony postępowaniem moich niektórych kolegów dyrektorów, którzy na dwa tygodnie przed premierą przesuwają młodego reżysera na tylny fotel i kończą za niego spektakl albo nie dopuszczają do premiery. Artysta w teatrze ma prawo do porażki. Do statutu Teatru Polskiego postanowiliśmy dopisać hasło: "Sztuka uprawiana w teatrze to strefa wolności".

Burza związana z próbą usunięcia pana z fotelu dyrektora teatru, dawno minęła. Ma pan jakieś, dotyczące tego zamieszania, wnioski?

Jednym z wniosków jest przekonanie, że sztuka zawsze wygra. Teatr, wokół którego rozpętała się burza, zaraz kiedy opadł kurz po ostatniej nagonce, odniósł duży sukces artystyczny. Zawsze starałem się w sposób etyczny wykonywać moją pracę. Jestem jako dyrektor zobowiązany do pilnowania pieniędzy publicznych, więc pieniądze, które wydaję, muszą przynosić rezultaty artystyczne. To jasne. Jasne jest też, że kiedy chce się znaleźć powód, żeby komuś zaszkodzić, można go znaleźć. Prof. Janusz Degler wypuścił swojego pitbulla w postaci Rafała Bubnickiego, a ten rozpętał nagonkę. Prof. Degler przyczynił się już wcześniej do usunięcia ze stanowiska Jacka Wekslera, który był przez dziewięć lat dyrektorem Teatru Polskiego i którego linię programową kontynuuję. Fakt, że nasz teatr - obok Starego Teatru w Krakowie - jest notowany najwyżej w kraju, oznacza, że to, co robię, ma sens. Jednak pieniędzy wciąż brakuje, teatr wymaga remontu, pracujemy w kiepskich warunkach.

Niektórzy posądzają pana o nepotyzm. Pojawiają się głosy, że tych samych reżyserów promuje pan w "Notatniku Teatralnym", któremu pan szefuje, i zaprasza do Teatru Polskiego. Co pan na to?

Nepotyzm? Nikt z mojej rodziny nie reżyseruje w teatrze. Zatrudniam wybitnych artystów, których opisują wszystkie media w Polsce. Zawsze podkreślałem, że program Teatru Polskiego to przedłużenie tego, co wcześniej robiłem w "Notatniku Teatralnym". Od początku ukazywania się pisma towarzyszyliśmy twórczości np. Krystiana Lupy, czy to znaczy więc, że nie mogę zaprosić go do teatru?

Zapewniam, że nie mam ulubieńców i surowo traktuję przyjaciół teatralnych, którzy tu pracują. A młodzi twórcy, których zapraszam, czyli Agnieszka Olsten, Wiktor Rubin, Monika Pęcikiewicz, Monika Strzępka i inni, czy się to komuś podoba czy nie, tworzą oblicze współczesnego, polskiego teatru. Uważam, że są niezwykle utalentowani. W naszych diagnozach teatralnych do tej pory nie popełniliśmy pomyłki. Nie po raz pierwszy natomiast konserwatyści akademiccy odrzucają nowoczesną sztukę. Najlepszymi tego dowodami były odrzucenie we Wrocławiu dzieła Jerzego Grzegorzewskiego, a później Oczyszczonych Krzysztofa Warlikowskiego. Bez nich dzisiaj trudno sobie wyobrazić historię teatru w Polsce. Często to jednak to, co neguje krytyka, potrzebne jest publiczności. Naszych spektakli nie odrzuciła młoda wrocławska inteligencja. Mam tego dowody w postaci pełnych sal na naszych przedstawieniach.