Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Marcin Skarżyński

Teatr nie ma wykształconych krytyków - rozmowa z Krzysztofem Mieszkowskim

Źródło:
pik.wroclaw.pl
Data publikacji:
2009-03-06

PIK rozpoczyna nowy cykl rozmów z ludźmi, którzy tworzą wrocławską kulturę. W ramach tego cyklu chcemy przybliżyć wam sylwetki tych osób, których wkład w działania artystyczne na tym polu jest najbardziej widoczny. W pierwszej kolejności przedstawiamy zapis spotkania z Krzysztofem Mieszkowskim, dyrektorem Teatru Polskiego, który z roku na rok coraz bardziej ugruntowuje swoją pozycję wśród najlepszych europejskich scen. O krytyce teatralnej i o tym, w jakim kierunku zmierza dzisiejszy teatr, rozmawiał Marcin Skarżyński.

 

Marcin Skarżyński: Jak to wszystko się zaczęło?

Krzysztof Mieszkowski: Zanim dotarłem do Teatru Polskiego, długo uprawiałem krytykę teatralną. W 1991 roku założyłem pismo "Notatnik Teatralny" i to, co robię teraz w Teatrze Polskim, jest rezultatem tego, tej pracy. Mówiąc innymi słowy: moja praca w Teatrze Polskim i jego program jest przedłużeniem idei, które były wcześniej realizowane w "Notatniku".

M.S.: Czy doświadczenie krytyka pomaga panu w pracy dyrektora?

K.M.: Oczywiście, myślę, że dzięki temu mam szersze spojrzenie na rozmaite konteksty, w których możemy nasz teatr umieścić, i umiejętność oceny z zewnątrz naszych przedstawień. Przez kilkanaście lat oglądałem spektakle w Polsce i w Europie, dzięki temu wiem, w jakim kierunku teatr zmierza. Po tegorocznym festiwalu w Awinionie jestem absolutnie przekonany, że Teatr Polski we Wrocławiu - z naszym programem i przedstawieniami - znajduje się w głównym nurcie tego, co w Europie jest najważniejsze w teatrze.

M.S.: Czy z tego też wynika wynika dobór reżyserów? Patrząc na plany artystyczne Teatru Polskiego, mamy głównie dwa nazwiska: Klata i Lupa.

K.M.: Lupa i Klata przed nami. Klata zostaje w Polskim i będzie reżyserował nowy spektakl z premierą w maju. Potem wchodzi Lupa, którego będziemy gościć dwukrotnie: zrekonstruuje przestawienie "Kuszenia cichej Weroniki", które wystawiane będzie w ramach obchodów Roku Grotowskiego, a we wrześniu zaczynamy pracę nad nowym spektaklem, którego premiera planowana jest na przełom listopada i grudnia. W tym samym czasie będziemy pracować z Mają Kleczewską, która reżyseruje "Zmierzch bogów". Jestem ciekawy, co z tego wyniknie... Niezmiernie ważni są w Teatrze Polskim młodzi twórcy. Jesteśmy przed premierą "Nirvany" w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego, bardzo młodego reżysera, studenta IV roku reżyserii szkoły teatralnej w Krakowie, który ma za sobą dwie realizacje: w Teatrze im. J. Kochanowskiego w Opolu, gdzie reżyserował tekst Elfriede Jelinek "Chór sportowy", a w Teatrze im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu wystawił bardzo dobre przedstawienie "Opętanych". Wrocławski spektakl jest jego trzecią realizacją i myślę, że jest to propozycja i reżyseria najbardziej radykalna, nieprzewidywalna, najbardziej ryzykowna - zarówno dla reżysera, dla zespołu aktorskiego, jak i dla Teatru Polskiego. W czasie mojej dyrekcji nie było jeszcze tak fundamentalnie rebelianckiego przedstawienia. Myślę, że Scena na Świebodzkim jest najlepszym miejscem, by takie ryzyko w sztuce podejmować. To oczywiste, że sztuka bez ryzyka nie ma sensu. Kilkanaście premier, które już mamy za sobą, to przykłady podejmowania takiego ryzyka artystycznego - i nie wyobrażam sobie, by było inaczej. Sama "Nirvana" to przedstawienie oparte na tekście "Tybetańskiej księgi umarłych" z fragmentami "Powrotu Odysa" Wyspiańskiego. To trudna sztuka i jeżeli kategoria "płynna nowoczesność" może się do czegoś odnosić, to z pewnością do tego przedsięwzięcia. Wpisuje się ono w nowoczesność w sposób niezwykle istotny i spektakularny, jestem bardzo ciekawy efektu.

M.S.: Czyli nurt postdramatyczny...

K.M.: "Nirvana" to jest postdramatyzm, rozumiany jako przedstawienie na pograniczu instalacji, performance, tych wszystkich jednorazowych imprez czy zdarzeń, które często ulokowane są w sztukach plastycznych, a w teatrze zdarzają się rzadko. Chociaż przedstawienia Agnieszki Olsten "Lincz" czy "Samsara Disco" to przedstawienia performatywne, ale w jej przypadku oznacza to tylko tyle, że aktorstwo w obu tych przedstawieniach ma charakter spektakularnych zachowań, z odniesieniem do sztuki ciała, body art, do sztuk wizualnych. I tu, w aktorze, tkwi ryzyko. Agnieszka Olsen jest bystrym obserwatorem tego, co dzieje się nowoczesnych sztukach plastycznych, i myślę że instalacja, którą przygotowała do "Linczu" razem z Ewą Skibińską, mogłaby być przedmiotem galeryjnych ekspozycji. Wojciech Puś, który robi światło do "Nirvany", reżyserował światło także w "Hamlecie", w "Linczu" jest kreatorem tej części spektaklu na najwyższym światowym poziomie, świetnie orientuje się w tym, co we współczesnej sztuce jest ważne. Korzystamy więc z ludzi, którzy mają interdyscyplinarną świadomość artystyczną, i jest to niesłychanie ważne w myśleniu o sztuce teatru dzisiaj.

M.S.: Jak wygląda w teatrze dzień po premierze? Czy sprawdza pan nerwowo recenzje?

K.M.: Bywają takie sytuacje, kiedy bardzo nas interesują recenzje, jesteśmy ciekawi odbioru naszych przedstawień przez krytykę. Ale jesteśmy w stanie przewidzieć ton tych recenzji, w zasadzie nigdy się nie mylimy. Dla mnie ewidentne było to, że "Samsara Disco" zostanie odebrana przez krytykę źle. Wiedzieliśmy to już w momencie, gdy jasne było, że pomysł na ten spektakl jest nowoczesny, nowatorski.

Wynika to głównie z tego, że większość piszących o teatrze jeszcze nie dysponuje narzędziami do opisania niektórych naszych przedsięwzięć. Inaczej niż krytycy sztuki czy muzyczni, którzy z otwartą formą artystyczną mają do czynienia na co dzień. W teatrze ciągle pokutuje przekonanie, że najważniejszym jego elementem jest literatura. Literatura jest ważna, podobnie jak i inne elementy, które składają się na spektakl, ale jeżeli przedstawienie oceniane jest z perspektywy literatury, to wtedy mówimy o literaturze, nie o teatrze. Teatr nie jest przedłużeniem literatury, nie chciałbym, żeby tak było w Teatrze Polskim - i tak nie jest. Przedstawienia, które mają charakter autonomicznego dzieła sztuki, są zwykle narażone na negatywne oceny krytyki.

W tym momencie mamy do czynienia z chaosem medialnym, nie ma ugruntowanych przekonań, ani światopoglądowych, ani estetycznych. Każdy myśli według własnych kryteriów, to są bardzo subiektywne oceny. Przesłania przedstawień są różnie oceniane przez różnych recenzentów i gdyby zebrać je w jednej tabelce, to okazałoby się, że przedstawienie jest świetne, bo każdemu recenzentowi podoba się coś innego.

Generalnie zazdroszczę sztukom plastycznym czy muzycznym. Mają bardziej wykształconych krytyków czy ludzi towarzyszących sztuce, to wymaga absolutnej kompetencji. Trzeba się trochę znać na nutach, żeby pisać o muzyce, wykonaniach, interpretacji poszczególnych koncertów czy symfonii. Podobnie jest w sztukach plastycznych, które wymagają niezwykłej wrażliwości. Na teatrze, tak jak na piłce nożnej - każdy się zna...

M.S.: Nie boi się pan więc przyjęcia "Nirvany" przez krytykę?

K.M.: Nie boję się. Myślę, że przedstawienie będzie nowatorskie i odważne, prowokacyjne - w bardzo wyrafinowanym sensie. Jest w nim dużo milczenia, braków gestu, a jak nie ma gestu - przedstawienie przeważnie odbierane jest negatywnie. Zastanawiam się, jak to będzie. Chcieliśmy dać krytykom takie narzędzie do ręki dla pewności, że tutaj się nie dzieją jakieś skrajnie niefajne rzeczy - wręcz przeciwnie, bardzo kreatywnie myślimy o teatrze. Najbardziej konserwatywnym przedstawieniem - w tym dobrym sensie, jest spektakl "Sprawa Dantona" w reżyserii Jana Klaty. Klata - moim zdaniem - zawsze był takim instalatorem, prowokatorem, performerem w teatrze - teraz poszedł dalej i zrobił przedstawienie, które się wszystkim podoba. Z jednej strony wkurza mnie to, a z drugiej strony oczywiście mam satysfakcję. Uprawiamy teatr po to, by ludzie mieli poczucie, że jesteśmy z nimi w serio, że dialog ten jest poważny, że nie lekceważymy przyzwyczajeń, ale jednocześnie szukamy wyprawy w nieznane.

M.S.: Czy eksperymentuje pan także z publicznością?

K.M.: Gdy publiczność decyduje się na wejście do teatru, nie może się spodziewać czegoś, co jest przewidywalne. Przewidywalne i bezpieczne są ulubione programy telewizyjne. Wyjście do teatru prowokują zupełnie inne potrzeby. Nie wojuję z publicznością, wręcz przeciwnie - mam poczucie i pewność, że publiczność z Teatru Polskiego weszła z nami w dialog na bardzo różnych poziomach. A licząc widzów na naszych trzech scenach, jest to bardzo duża publiczność.

M.S.: A jaki jest pański pomysł na Scenę Kameralną? Przez trzy lata tylko trzy premiery, czy nie jest zaniedbywana?

K.M.: Nie jest zaniedbywana, ma swoją publiczność. Scena Kameralna rządzi się swoimi prawami Wystawia farsy, które zostały zrobione w Teatrze Polskim przed kilkoma, nawet kilkunastoma laty. Publiczność na te farsy przychodzi tłumnie.. Nie mam zamiaru w te reguły ingerować, bo byłoby to ze szkodą dla teatru i publiczności. Ale jednocześnie zaproponowaliśmy tam "Smycz" Bartosza Porczyka w reżyserii Natalii Korczakowskiej i "20 najśmieszniejszych piosenek na świecie" w reżyserii Jurka Satanowskiego z Mariuszem Kiljanem. Chciałbym, żeby każdego roku powstawała tam nowa premiera, jakaś forma quasi-muzyczna, recital w nowej formie. Na tej scenie Monika Strzępka wyreżyserowała też bardzo radykalną farsę "Śmierć podatnika", która budziła ogromne emocje. Przedstawienie bardzo śmieszne, obrazoburcze, proletariackie, wręcz plebejskie - a jednocześnie niezwykle okrutne w swojej wymowie. Teraz pewne jest już jednak, że ludzie chodzą na ten spektakl i chcą takich silnych doznań. Tam, gdzie mieszają się konwencje, gdzie sztuka ma nieco eklektyczny charakter, znajduje się publiczność.

M.S.: Obserwując z boku pana pracę na scenie, można odnieść wrażenie, że panują tu relacje bardzo luźne.

K.M.: Tak, one są niezwykle ważne. Powiedziałem kiedyś, że Teatr Polski jest strefą wolności. Ale są także konflikty, teatr bez konfliktów jest niemożliwy, podobnie jak rodzina. Rzeczywiście, relacje czy z technikami, czy z aktorami, reżyserami - są bardzo koleżeńskie. Nie chciałbym być dyrektorem w tradycyjnym sensie, bo mnie to wkurza. Jestem raczej kimś, kto prowadzi teatr i uprawia sztukę, próbuje wykreować teatr na miarę naszych czasów. Na miarę mojej wyobraźni, moich możliwości również. Luźne relacje sprzyjają wolności każdego, kto w Teatrze Polskim pracuje. Zależy mi na tym, by ludzie mieli poczucie wolności, żeby byli kreatywni. Idea mojej dyrekcji polega na tym, żebym nic nie robił; chciałbym, aby ludzie wykonywani swoje obowiązki, czuli się za nie odpowiedzialni - i to się udaje.

M.S.: Teatr Polski... Jak widzi go pan za kilka lat?

K.M.: Chciałbym na przykład, by nasze wszystkie sceny były zmodernizowane. Nagrywamy tę rozmowę na Scenie na Świebodzkim, jednej z najważniejszych sal teatralnych w Europie, która jest nowoczesna artystycznie, ale mieści się w starym dworcu kolejowym, bo gdy była adaptowana na potrzeby teatru - zrobiono to prowizorycznie. I w tej prowizorce ciągle pracujemy. Teatr Polski wtedy, kiedy Scena na Świebodzkim została wymyślona, był po pożarze, spłonęła widownia i foyer. Po odbudowie nie została ruszona scena - teraz zabieramy się za modernizację sceny i zamykamy teatr na rok. Mam nadzieję, że po tej modernizacji będzie nowoczesnym, pod względem technicznym świetnie funkcjonującym teatrem. Liczę, że wtedy będziemy mogli rozwijać się artystycznie. Za kilka tygodni wybieram się do Rygi na Łotwę, na spotkanie z Alvisem Hermanisem, o którym wielokrotnie wspominałem w wielu rozmowach na temat programu Teatru Polskiego. Mam nadzieję, że uda mi się go zaprosić do reżyserii u nas. Chciałbym też pracować z reżyserami z Litwy, Rosji, Niemiec. Ale to wszystko proces długofalowy i kwestia dofinasowania.