Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Jacek Cieślak

Teatr szczery do bólu

Przedstawienie:
KRONOS
Źródło:
"Rzeczpospolita" 2013 nr 289
Data publikacji:
2013-12-12

- Jeżeli nonszalancja łączy się ze sferą wolności twórczej i komunikowania jej - to rzeczywiście jest w moich spektaklach. Nie jest to jednak nonszalancja dla samej nonszalancji. Cóż zresztą znaczy być nonszalanckim wobec życia i twórczości? - z Krzysztofem Garbaczewskim, przed premierą Kronosu wg Witolda Gombrowicza w Teatrze Polskim we Wrocławiu, rozmawia Jacek Cieślak

 

Jacek Cieślak: Należy pan do wąskiego grona reżyserów wystawiających Gombrowicza. Jak przyjął pan premierę jego sekretnego dziennika Kronos?

Krzysztof Garbaczewski: Byłem umówiony z Teatrem Polskim we Wrocławiu na Fausta Goethego. Jednak, gdy ukazał się Kronos - zmieniłem decyzję, bo to był sygnał, że można się zmierzyć z bardziej aktualnymi sprawami. To jest, oczywiście, bardzo specyficzna książka i czytelnicy przyjmują różne strategie odbioru. Dla kogoś mogą to być suche notatki, nazwiska, fakty, zdarzenia, zapiski emocji. Można je nazwać antyliteraturą. Ale ja jestem od dawna zainteresowany osobą Gombrowicza, dlatego czytałem tę książkę wnikliwie, z wszystkimi przypisami, bo otwiera intymny świat.

Wszystko co było sferą domysłów znajduje swoje wytłumaczenie. Ale co pana najbardziej zaskoczyło?

- Sam język, jakiego użył Gombrowicz wydaje mi się frapujący. To autonomiczny rodzaj narracji, bardzo radykalnej. To co jest między słowami tworzy pole dla wyobraźni. Potraktowaliśmy książkę jako punkt wyjścia dla pisania własnych Kronosów.

Co zostanie z Gombrowicza, a co będzie pana kreacją?

- "Kronos" Gombrowicza jest jak instrukcja tworzenia mechanizmu, który wyławia z nas tematy, rodzące się ze zderzenia sekretnym dziennikiem. Dlatego obcowanie z nim odbywa się wielu poziomach - m.in. w instalacji, którą buduje na scenie Ola Wasikowska. Nie odtwarzamy życia Gombrowicza, jesteśmy raczej w świecie Kronosu działającego jak przestrzeń. Są w niej puste miejsca, jakie trzeba wypełnić.

Z obsady wynika, że w spektaklu będą takie postaci jak Jezus, Charles Bukowski, Michael Jackson.

- Ten przyspieszony prima aprilis to informacja ze strony i Facebooka Teatru Polskiego. Miała pomóc w analizowaniu procesu rozchodzenia się plotki, który można obserwować zarówno w związku z życiem Gombrowicza, jak i oczekiwaniem na jego intymne zapiski. Pograliśmy tematem prywatności, który Kronos proponuje. Dużą inspiracją było dla mnie wydanie faksimili dziennika z komentarzem "szczery aż do bólu". Teraz zadajemy sobie pytanie, czy możemy być szczerzy do bólu. Zaś reprodukcje odręcznych zapisków, rysunków i notatek - pokazują jak powstawały i przemawiają szerzej niż opowiadana historii. To był performatywny gest pisarza. A w związku z decyzją o niepublikowaniu dziennika za życia - jest to również gest pisania i działania po śmierci.

Czy przygotowując spektakl, myśli pan kategoriami postaci?

- Raczej performerów, którymi są aktorzy Teatru Polskiego i Julia Marcell, wykonująca muzykę na żywo. To też elementy Kronosu, jaki budujemy. Odtwarzanie Gombrowicza byłoby fałszywe wobec tego, co zrobił.

Wróćmy do czerwcowej premiery Pocztu Królów Polskich. Rezygnacja grupy aktorów z udziału w spektaklu była pierwszą odsłoną konfliktów wokół dyrekcji Jana Klaty w Starym Teatrze.

- Byliśmy niedawno z PKP na festiwalu w białoruskim Brześciu i dostaliśmy nagrodę za eksperyment teatralny. Mam wrażenie, że zespół polubił granie tego spektaklu, a z prób mam bardzo dobre wspomnienia. Aktorzy, którzy wtedy odeszli - mieli do tego prawo. Na początku zaproponowałem, żeby proponowali zadania, a nie czekali na zadania. Nikt jednak nikogo nie zmuszał do grania wbrew sobie. Anna Dymna, odchodząc stwierdziła, że może tak musiało być. Przywoływała spektakl Andrzeja Wajdy - Zbrodnię i karę, z której aktorzy też odchodzili, a w końcu zostało ich dwóch. Osobiście nie mam do nikogo pretensji. Nie podoba mi się tylko manipulowanie przekazem spektaklu przez środowiska narodowe, mówienie o przekazie, którego tam nie ma. To nie jest spektakl antynarodowy. Nie zgadzam się też na przywłaszczanie niektórych tematów przez jedną grupę czy opcję.

O próbach mówi anegdota. Podobno, gdy jedna z aktorek zapytał pana o rolę - wyciągnął pan telefon i w odpowiedzi włączył melodyjkę. Czy to prawdziwa anegdota?

- Wolałbym takich anegdot nie traktować poważnie, bo mogą być wyjęte z kontekstu. Próby teatralne są wyjątkowym przeżyciem, w czasie którego rodzi się wspólna kreacja. Czasami lepiej włączyć melodyjkę, niż długo mówić o filozofii. Można komunikować się w każdy możliwy sposób, również poprzez emocje, których nie brakowało. Właśnie dlatego spektakl ma zróżnicowaną temperaturę przekazu.

Nie wiem, czy widział pan Do Damaszku, ale bardziej spodziewałbym się protestów na pana Poczcie Królów Polskich niż na spektaklu Jana Klaty.

- Byłoby dosyć zabawnie, gdybym zaczął się teraz wykłócać z protestującym środowiskiem i przekonywać je, że to na mój spektakl powinna przyjść protestować.

To by było znakomite.

- Powinienem napisać list protestacyjny i wyrazić moje oburzenie.

Na pewno pana performatywny teatr bardziej zasługuje na performatywnego widza niż Do Damaszku.

- Chciałbym, żeby mój eksperymentalny teatr był ciekawym marginesem tego, co się dzieje na polskich scenach. Myślę, że jest widownia czekająca na projekty modernizujące rzeczywistość. Jeżeli podczas Pocztu Królów Polskich jakiś widz oburza się, że nie ogląda aktorów na żywo na scenie - może zejść do piwnicy, skąd przekazywana jest transmisja scen w wawelskich katakumbach. Ale nie wiem, co to na przepisy.

Byłby pan oburzony, gdyby protesty odbyły się na pana spektaklu?

- Raczej ciekaw.

Tworzenie nowego teatru i oburzenia się na skrajne reakcje jest chyba niekonsekwencją?

- Oburzenie i wybuch emocji nie może być spreparowane i odbywać się na sygnał gwizdka. Ja również spotykam się z różnym odbiorem. Dziwi mnie jednak, że dużo się mówi o kilkunastu osobach, które wychodzą z sali, a zapomina o blisko trzystu, które zostają z nami do końca i biją brawo. Tym ludziom odbiera się prawo głosu. Dlaczego?

Pana spektakle są dla wielu niedomknięte, a wręcz w nonszalanckie. Nie uważa pan, że można nad nimi jeszcze pracować?

- Otwartość formy wydaje mi się naturalnym językiem wypowiedzi. Młoda widownia szybciej chwyta niektóre przeskoki w narracji i obrazie niż starsi. My oglądamy świat przez pryzmat YouTube i media, które są naszymi naturalnym narzędziami komunikacji.

Często w rozmowie o panu i nowym teatrze pada słowa nonszalancja. Słusznie? Czy ta ocena wynika raczej z braku zrozumienia spektakli?

- Jeżeli nonszalancja łączy się ze sferą wolności twórczej i komunikowania jej - to rzeczywiście jest w moich spektaklach. Nie jest to jednak nonszalancja dla samej nonszalancji. Cóż zresztą znaczy być nonszalanckim wobec życia i twórczości?

Nonszalancja to lekceważenie obowiązujących norm albo brak szacunku.

- To może być także kreatywny gest, gdy norma nas więzi. Normy zresztą się zmieniają. Można tworzyć własne normy, własny kod.

W Balladynie część widzów bulwersował m.in. napis "Naród sobie" przeniesiony z fasady Teatru Polskiego na scenie i wystylizowany na szwabachę. Chciał pan wywołać skandal?

- To się wzięło z poważnego namysłu. Hasła, które miały kiedyś znaczenie - dziś znaczą coś innego. Przeżywamy niebezpieczny okres, gdy trudne tematy zamiata się pod dywan. Jakość społecznej debaty marnieje, a to pierwszy krok do tego, że historia może się powtórzyć w karykaturalnej formie.