Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Paweł Kucharski

To święto maratończyków

Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" 2012 nr 216 - "Gazeta Maratończyka"
Data publikacji:
2012-09-15

Rozmowa z Marianem Czerskim

 

Paweł Kucharski: Który to Pana start we wrocławskim maratonie?

Marian Czerski: Trzynasty. Po raz pierwszy startowałem w 2000 roku. Uczestniczyłem też w biegach w Nowym Jorku, Berlinie, Warszawie czy Poznaniu. Rocznie pokonuję jeden, czasem dwa maratony. Większa liczba nie byłaby najlepsza dla zdrowia. Poza tym mam dużo innych obowiązków. Na szczęście w tę niedzielę nie mam wieczorem spektaklu, więc będę mógł myśleć tylko o maratonie.

Ubiegłoroczny chyba długo będzie Pan pamiętał?

– Rzeczywiście, pogoda [potworny upał – dop. PK] wszystkim pokrzyżowała szyki. Rok temu miałem najgorszy wynik w swoim życiu – 2 godziny 55 minut. Nawet jak debiutowałem, było lepiej – 2 godziny 53 minuty. Na mecie chwiałem się z wyczerpania, ale czułem się szczęśliwy. Chyba wydzieliły mi się endorfiny.

Stosuje Pan profesjonalny program treningowy?

– Przez wiele lat treningów nabrałem już doświadczenia. Kiedy ludzie pytają mnie, jak trenować, radzę, że trzeba dostosować się do możliwości własnego organizmu. Każdego tygodnia pokonuję około stu kilometrów. Staram się, żeby treningi były urozmaicone. Raz wprowadzam elementy szybkościowe, innym razem biegam trochę wolniej. Latem biegam po górach, to bardzo pomaga.

Powiedział Pan kiedyś, że zaczął biegać z konieczności, dla lepszej kondycji i zdrowia. Ale kiedy jest Pan na trasie, to budzi się chyba duch sportowca i celem jest nie tylko dobiegnięcie, ale poprawienie rekordu życiowego?

– Ależ oczywiście. Podczas biegu analizuję, jakie mam międzyczasy i jakie są moje możliwości. Jeśli czuję się dobrze, to przyspieszam i walczę o jak najlepszy czas. Mówi się, że maraton wygrywa się głową. Czasami przychodzą momenty zwątpienia, ale trzeba znaleźć w sobie motywację. Bieganie sprawia mi wielką przyjemność, ale to także ocieranie się o granice swoich możliwości. To taka forma sprawdzenia się. Każdy z nas ma to w sobie, niezależnie od dziedziny życia, którą się zajmuje.

Gdyby zorganizować mistrzostwa Polski w maratonie dla aktorów, byłby Pan bezkonkurencyjny?

– Wśród aktorów jest kilku biegaczy, na przykład Jacek Fedorowicz. Spotykaliśmy się nawet na trasach półmaratonów. Jacek pisze także felietony o bieganiu. W jednym z nich napisał, że w branży aktorskiej jestem najlepszy. Nie mówię tego oczywiście, żeby się wyróżniać i chwalić. Coraz więcej aktorów zaczyna biegać – to dobrze. Czasem boli to i owo, ale znam też takich, co nie biegają, a boli ich jeszcze bardziej. W czasie biegania zapominam o wszystkich stresach, dzięki niemu rzuciłem palenie.

Niektórzy wrocławianie, którzy nie biegają, narzekają na utrudnienia komunikacyjne, że nie da się przejechać samochodem...

– Dajmy w tym dniu szansę maratończykom. Nie denerwujmy się, nie trąbmy na nich, a jak można, to zostawmy samochód pod domem. Podejdźmy do biegaczy z sympatią, tak jak to jest w innych miastach. To jest ich wielkie święto.

Inne media