Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Justyna Kościelna

Uważaj, człowieku, o czym marzysz, bo zabrniesz tam, skąd nie ma wyjścia

Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" 2012 nr 138 - "Wieczór Wrocławia" nr 184
Data publikacji:
2012-06-15

- Cieszę się, że trafiłem na reżysera, który zamiast szukać znanych twarzy, swojego bohatera znalazł we mnie - rozmowa z wrocławskim aktorem Bartoszem Porczykiem, który zagra główną rolę w nowej komedii Juliusza Machulskiego.

W jednej z recenzji przeczytał, że obnaża swoje braki w warsztacie aktorskim. Uznał to za... komplement. Kilka miesięcy później warsztatem zachwycił Juliusza Machulskiego, który zatrudnił go do najnowszej komedii.

 

Justyna Kościelna: Niedawno narzekał Pan, że reżyserzy niechętnie Pana obsadzają, bo albo ich zdaniem nie ma Pan wystarczająco dużo talentu, albo mają za daleko do Wrocławia i nie oglądają Pana w teatrze. A tu szykuje się pierwszoplanowa rola w komedii Juliusza Machulskiego. Gratuluję!

Bartosz Porczyk: Dostałem ją dzięki pracy na planie kręconego we Wrocławiu serialu Galeria. To był przypadek - spotkałem tam innego reżysera, Ryszarda Zatorskiego, który zawiózł informacje o mnie do Warszawy. I tak znalazłem się na zdjęciach próbnych do filmu.

Jak było?

- Magnetycznie, pracowicie. Bo Juliusz Machulski to wspaniały człowiek. Jak już jedziesz do tej Warszawy, wykładasz kasę na samolot czy pociąg, to miło jest, gdy ktoś ci poświęci więcej niż 5 minut, a nie oznajmia: "powiedz tekst", a później krzyczy: "następny, następny". Dogadaliśmy się błyskawicznie. Powiedziałem fragmenty ze swoich monodramów - Smyczy i Farinellego. On sam pisze teksty, więc był zachwycony, że jestem współautorem monologów, które prezentowałem.

Czyli już można chłodzić szampana?

- Jeszcze nie, spokojnie. Zdjęcia ruszają na początku lipca. A w tym biznesie zdarza się, że wszystko jest odwoływane na kilka dni przed planowanym startem. Ale jestem dobrej myśli. Trochę się denerwuję, bo to rola główna. Cieszę się, że trafiłem na reżysera, który zamiast szukać znanych twarzy, swojego bohatera znalazł we mnie. Akcja filmu rozgrywa się w Warszawie na ul. Pięknej i związana jest z kamienicą, która kryje w sobie tajemnice.

Do Galerii też trafił Pan przez przypadek?

- Miałem zdjęcia próbne i casting. Wpływ na obsadę na pewno miało to, że jestem stąd i gram w teatrze - producenci przyszli na spektakl. Wcześniej słyszeli m.in. o moim monodramie Smycz, więc anonimowo do projektu nie podchodziłem.

W serialu gra Pan główną rolę. Teatr na tym nie cierpi?

- Galeria trafiła się w momencie remontu dużej sceny Teatru Polskiego. W międzyczasie były dwie premiery, w których nie grałem. Ale teraz zaczynamy następny spektakl pod roboczym tytułem Norén/Fassbinder z Łukaszem Twarkowskim.

Który wyreżyserował Pana drugi monodram - Farinellego. Wiele razy wspominał Pan w wywiadach, że boi się krytyki. A spektakl był różnie przyjęty.

- W jednej z recenzji przeczytałem, że "Porczyk obnaża siebie jako aktora i pokazuje niedoskonałości warsztatowe". Po rozmowie z reżyserem i osobami, które cenię, doszedłem do wniosku, że to było najlepsze, co o mnie napisano.

Jak to?

- Bo być może Porczyk wreszcie powinien porzucić umiejętności warsztatowo-aktorskie i pozwolić sobie na inny byt na scenie - i Farinelli o tym właśnie jest. Z Łukaszem zrobiliśmy pewien performance czasowy i przestrzenny, instalację mentalną.

Momentami zrozumiałą chyba tylko dla Was.

- Po spektaklu dostawałem sygnały od widzów, że przeżyli coś wspaniałego, widzieli konflikt postaci. Ale byli też tacy, którzy się na to nie godzili. I oni zawsze mogą wyjść ze spektaklu. Oczywiście będzie mi wtedy przykro, ale zrozumiem. Jeżeli ktoś kupuje bilet - nie chcę, żeby to zabrzmiało przechwalczo albo górnolotnie - i decyduje na spotkanie z Porczykiem, to musi spodziewać się wszystkich niebezpieczeństw z tym związanych. Farinelli to było coś, czego potrzebowałem najbardziej i o czym marzyłem. A te marzenia później "wyruchały mnie" - jak to mówię na scenie - i zrobiły na szaro - i o tym też jest ten monodram. Uważajmy, o czym marzymy, bo możemy zabrnąć w miejsce, z którego nie ma wyjścia.

Pan marzy o wielu rzeczach. Dalej tak intensywnie Pan pracuje nad wieloma projektami naraz?

- Wyhamowałem trochę. Mój syn rośnie, wymaga więcej uwagi. W czasie przerwy obiadowej na planie wsiadam w auto i pędzę do domu, by choć chwilę z nim pobyć. To niestety ciągle tylko kradziony czas. A on zaczyna łapać za rękę, płakać, kiedy wychodzę z domu... Zdarza się, że nocami kończę to, na co w ciągu dnia nie mam czasu, przygotowuję się do ról.

Albo koncertu. Od czasu do czasu gra Pan materiał z debiutanckiej, wydanej rok temu płyty Sprawca. Fajne jest życie piosenkarza?

- Okrutne! Ja na szczęście traktuję to jako zabawę i z tego nie żyję. Podziwiam wokalistów i muzyków - wykonują bardzo ciężką pracę. Ja ciągle lękam się, że zapomnę tekstu - i oczywiście zapominam, a później pot leje mi się po dupie. Aktor, jak jest w złej kondycji życiowej, zawsze może to przenieść na rolę. Poza tym może zrobić pauzę, zatrzymać się, zakaszleć. Podczas koncertu nie ma na to szans - przecież muzyka idzie dalej. Uff, dobrze, że śpiewam tylko od czasu do czasu. Zdarza się, że tak zaciska ci gardło, że nie jesteś w stanie wyśpiewać dźwięku i zaczyna brakować śliny. To jest koszmar. Zawsze tak czuję się podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Kilka dni wcześniej wszyscy zjeżdżają na galę czy koncert finałowy i zaczynają się intensywne próby. To czas maksymalnej pracy i skupienia, kumulacja niesamowitej energii, ale i napięcia, stresu. Kinga Preis powiedziała mi kiedyś, że ma tak samo - może śpiewać na różnych koncertach, ale na PPA zawsze ma miękkie nogi i nigdy nie wie, co się wydarzy, ale to ekscytujące chwile. Doskonale to rozumiem. Może dlatego, że kiedyś wygrałem Przegląd i było to jedno z najbardziej emocjonujących wydarzeń w życiu. Nic z tego wieczoru nie pamiętam!

A pamięta Pan, jak mówił, że niebawem pewnie zajmie się czymś nowym - fotografią albo reżyserią?

- Dostałem propozycję reżyserską ze szkoły w Łodzi, ale nie czuję się jeszcze gotowy, by wyznaczać młodym ludziom kierunek. Praca z nauczycielami kształtuje nas do walki albo niewalki o wszystko, bo jesteśmy tym, kogo spotykamy. A czasem trafiają się niewypały. I wtedy różnie bywa.

Często się to zdarzało?

- Miałem różnych profesorów, ale wierzyłem, że od każdego z nich można coś wyciągnąć dla siebie. Dziś za mało mówi się młodym ludziom, że są dobrzy. Nie można iść przed siebie tylko z chęcią udowadniania, że da się radę.

Ale Pan tak właśnie miał - w szkole na początku szło tak sobie, na PPA za pierwszym razem Pan odpadł. Dzięki chęci udowadniania światu, że się co do Pana myli, jest Pan teraz w tym miejscu.

- Dobrym miejscu. Dzisiaj widzę, że przez niektóre rzeczy można byłoby przejść prościej. Uczę się - nie tylko jako aktor, ale także jako widz - dużej cierpliwości. Jestem dobrym widzem - nawet z nie najlepszego spektaklu czy koncertu potrafię wyłuskać pozytywy. Trzeba tylko otworzyć oczy i zobaczyć. Gdyby każdy się zastanowił, że życie jest tylko jedno i jedyną prawdziwą w nim rzeczą jest TERAZ - nie ma jutra i nie ma przedwczoraj - to pewnie syciłby się tym życiem bez umiaru. I to jest materiał na następną... płytę.

Hm, a przed chwilą Pan mówił, że dola piosenkarza jest straszna i Sprawca był pewnego rodzaju fanaberią...

- Bardzo bym chciał zaśpiewać ten materiał po raz pierwszy na przyszłorocznym PPA. To będzie krążek o tym lesie, który nas otacza, i o baśniach, o których zdążyliśmy już zapomnieć. Nic na to nie poradzę - są światy, sny i miejsca w mojej głowie, które mogę wyrazić tylko dzięki muzyce.

***

Bartosz Porczyk

Ma 32 lata, głowę pełną planów i marzeń, a na koncie m.in. zwycięstwo w konkursie Przeglądu Piosenki Aktorskiej, kilka nagród za role teatralne oraz płytę pt. Sprawca. W lipcu rozpocznie zdjęcia do najnowszej komedii Juliusza Machulskiego, później zagra w spektaklu Łukasza Twarkowskiego w macierzystym Teatrze Polskim we Wrocławiu, a w międzyczasie dokończy teksty na swój drugi krążek i nagra kilkanaście odcinków serialu Galeria.