Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Piotr Rudzki

Wierzę w anioły

Źródło:
"Notatnik Teatralny" 2010 nr 60-61
Data publikacji:
2010-05-11

Pierwszą rozmowę przeprowadziliśmy 25 lutego 2010 roku w restauracji hotelu Le Rapp w Colmar przed drugą prezentacją Prezydentek w Comédie De l’Est. We Wrocławiu okazało się, że nagrało się tylko moje wstępne odliczanie, próba mikrofonu. Tamtej rozmowy nie ma. Szkoda. Na drugą umówiliśmy się 11 marca w pokoju 312 przy Zapolskiej.

***

Lubię dużo wcześniej wiedzieć, co gram, dużo wcześniej, nim zaczyna się praca. Jeżeli znam tekst, nie sięgam do niego, do roli, ona sama szuka już miejsca w mojej podświadomości. Rzadko pasujemy, by odpocząć, z obawy, że wypadniemy z obiegu, z obawy przed niezapłaconymi rachunkami. Zawsze wydaje nam się, że zdążymy − i nigdy do końca nie zdążamy. Nie pamiętam, z ilu ról zrezygnowałam, bo czułam niemoc, czułam się wypalona. Dlatego lepiej jest nosić w sobie długo dwie, trzy role, niż za krótko jedną. Z rolą trzeba żyć, być. Trzeba pozwolić jej w sobie umrzeć, by narodziła się na nowo. Bo rola jest obecna stale, nawet w błogim bezmyśleniu. Bo postać to coś, czemu musimy nadać kształt od wewnątrz, tchnąć w nią życie, dając swoją fizyczność. Im bliżej porodu, tym boleśniej, bo ciało przestaje funkcjonować w normalnym rytmie. Przychodzi nerwowy sen, bezsenność do piątej rano, obolałe członki z psychicznego i fizycznego wycieńczenia. Nic nie ma za darmo. A poród nie kończy się w dniu premiery, jest długotrwały. Premiera to nie koniec, to etap, a może początek. Tylko głupcy uważają, że zdążyli na nią, że osiągnęli pełnię. Bowiem brnięcie w rolę, w postać nie ma końca. Jesień 2003

Halina Rasiakówna1

***

Piotr Rudzki: Pracując z Wiktorem Rubinem przy Cząstkach elementarnych i przy Lalce, w której zagrałaś Stawską, w pewnym momencie zauważyłem, nie pamiętam dokładnie, kiedy to się działo, dwa czy trzy tygodnie przed premierą, kiedy wy, aktorzy, jesteście rozdrażnieni, jakbyście z czymś, kimś walczyli - miałem wrażenie, że postacie, które tworzycie, zaczynają was przenikać, zawłaszczać, i wyglądało to na proces bolesny.

Halina Rasiakówna: To przedpremierowa nerwica, zmęczenie fizyczne i psychiczne powoduje rozdrażnienie, to etap, kiedy nadchodzi kres spokoju i wytrzymałości. Ma nastąpić finał, koniec paromiesięcznego wzajemnego obcowania. Świadomość tego powoduje, że mamy wszystkiego dość. Siebie mamy dość, partnerów i reżysera też. A tak potrzebne skupienie na tym, co mam, co uchwyciłam, a czego nawet nie dotknęłam, powoduje, że te inne sprawy niepodzielnie związane z rolą - choćby kostium - irytują, gdyż wszystko zostawia się na koniec.

Bo gdzie jestem ja, a gdzie postać, gdzie koniec mnie. Greta z Prezydentek - ile jest w niej ze mnie...

P.R.: ...jest od ciebie odległa fizycznie.

H.R.: Gdzie się kończy moje ja, a gdzie się zaczyna ona? Nie wiem, jedno na drugie nachodzi.

P.R.: Obserwowałem rytuały nawiedzenia wśród mniejszości chińskiej na wyspie Phuket w Tajlandii. Zapamiętałem moment, kiedy media, przygotowane w świątyniach, były nawiedzane przez bóstwa przywoływane z Chin. Ci ludzie mieli reakcje czysto fizyczne: oczy im się wywracały, pojawiała się piana na ustach, wyglądali, jakby im było niedobrze. Przypomniało mi się to, kiedy obserwowałem was w czasie pracy. Jest taki moment wchodzenia w was postaci, który wywołuje reakcję psychofizyczną. Postać coraz bardziej się w was panoszy.

H.R.: Dobrze, że się zaczyna panoszyć, to znak, że już jest. Powiedziałeś, że wywołuje reakcję psychofizyczną - tak, bo nie dajemy samej fizyczności. Rola wyzwala w nas emocje, powoduje metamorfozę, jeśli praca jest udana - pojawia się. Najważniejsze, by szukać za każdym razem nowego.

P.R.: Co znaczy szukanie czegoś nowego w każdej postaci?

H.R.: Aktorzy często grają tę samą rolę, wypowiadając inny tekst. Istotne, by rysunek za każdym razem był inny i zestaw barw też inny.

P.R.: Greta ma twoje ciało, ale mocna jest transformacja.

H.R.: I wtedy jest dobrze.

P.R.: Zapytam konkretnie - jak znalazłaś głos dla Grety?

H.R.: Nie wiem, nie szukałam, sam się pojawił. Jeżeli intencje są właściwe, jeżeli mamy świadomość przekazu, głos, sposób mówienia - w wypadku Grety - same się znajdą, przyjdą. Końcowe fragmenty monologu-odezwy Tadeusza Kościuszki w Berku Joselewiczu mówię wysokim, wyciszonym głosem, jakby mówienie sprawiało mi trudność, jakbym się w sobie zapadała. Chciałam, żeby odezwa zabrzmiała z dzisiejszej perspektywy, z naszą wiedzą o narodzie żydowskim. Czy Kościuszko, patrząc na kwestię żydowską z perspektywy dzisiaj, zezwoliłby na utworzenie pułku starozakonnego? Jego decyzja na ówczesne czasy była niezwykła i szalona, a marzenie o współistnieniu narodów nie ziściło się. Istotne jest domawianie tego, czego tekst nie zawiera, co z niego nie wynika, a co dzisiaj czytamy, nawet jeżeli zostanie tylko we mnie i nie przeniesie się, nie przejdzie na drugą stronę do widza. Nie szukałam więc głosu ani sposobu mówienia, to nigdy nie jest techniczna kalkulacja.

P.R.: Nie zleżało ci, żeby odnaleźć sposób myślenia historycznego Kościuszki?

H.R.: Nawet nie starałam się tego szukać. Nie próbowałam "zagrać Kościuszki". Dostałam jego odezwę bardzo istotną w całej opowieści. Postać została odczytana jako matka narodów. Może też tak ją widział Brzyk, choć wiem, że powodem obsadzenia kobiety w tej roli była profesor Maria Janion, która przywróciła Kościuszkę i Berka Joselewicza w swoich wykładach.

***

Rola powinna aktora prowadzić, nie aktor rolę. Wówczas to postać działa, myśli, zajmuje bezwiednie sytuacje. Trzeba umieć zapomnieć o sobie. Nie zawsze jest to możliwe, nie zawsze się to udaje..

***

P.R.: Co w tobie zostaje z roli?

H.R.: Czytałam wywiad z Danielem Day-Lewisem, wyjątkowym aktorem. Mówił, że rola w nim długo zostaje, że wchodzi w życie prywatne po zakończonej pracy. Mnie się to nie zdarzyło, może na taką nie trafiłam.

P.R.: Chciałabyś dostać rolę, która na jakiś czas zawładnęłaby tobą?

H.R.: Jeżeli zaspokoiłaby moje tęsknoty... Grając, żyjemy cudzym życiem, historią postaci, przez ułamek sekundy jesteśmy kimś innym.

P.R.: Jedno życie, a wiele w nim egzystencji?

H.R.: Przeżyć obce życie czy jego fragment w iluzji, na chwilę przestać być sobą to niezwykle fascynujące.

P.R.: To cię najbardziej pociągało w zawodzie?

H.R.: Takie spełnione marzenie dziecka.

P.R.: Już wtedy myślałaś o byciu aktorką?

H.R.: Pragnienie, które pamiętam od zawsze. Myśl uruchamia wszystko − podobno potrafi uruchomić kosmos, by spełniał nasze marzenia. Wierzę w anioły.

***

Teatr nudzi mnie jako widza z powodu swoich ograniczeń, umowności, nierzeczywistości. Nie ma to nic wspólnego z pracą.

***

P.R.: Co cię inspiruje?

H.R.: Tekst. Ale zdarza się czasem tak miałki, że trzeba go przenicować, bo nie ma się czego chwycić. Intuicja, rozmowy, słucham, jestem słuchaczem, lubię się wsłuchiwać w rozmowy w trakcie prób. Dla postaci można czerpać z tego, co pozornie do niej nie przynależy. Jedno zdanie potrafi nadać kierunek. Sięgam w różne pozateatralne przestrzenie, szukam w pamięci zdarzeń, osób, filmów. Rozmowa Maszy z Wierszyninem w Trzech siostrach nie dawała startu, odbicia, tekst nie był nośny dzisiaj. Zainspirował mnie fragment filmu Skaza Louisa Malle’a, sekwencja niezwykle erotyczna, rozgrywająca się bez słów - do mojej sceny wzięłam to "bez słów".

W Berku Joselewiczu wywiad z profesor Janion i rozmowa z Tomkiem Śpiewakiem nakierowały moje myślenie. Potrzebne są historie spoza tekstów, ale trzeba się wpasować, nie odstawać, ale przystawać do koncepcji spektaklu.

P.R.: Jaki byłby dla ciebie idealny partner w pracy?

H.R.: Taki, z którym się spotykasz na jednych falach. Na tych samych oddajesz i odbierasz.

P.R.: Co odbierasz?

H.R.: Emocje, rytm. Tylko w monodramie jesteś sam i wszystko zależy od ciebie.

P.R.: Zawsze stoisz naprzeciwko widowni.

H.R.: Widownia może pomóc, wysłać dobrą energię, iść za tobą. Ale bywa też zimna, niewzruszona − nie dostajesz niczego, zostajesz sam. Aktor zawsze zostaje sam.

P.R.: Na scenę wychodzi bez reżysera.

H.R.: Nie myślę tylko o etapie premierowym czy popremierowym. W rezultacie sami zmagamy się z materiałem, z tym, co w nas i z nas powstaje. Zawsze sami musimy szukać. Parafrazując, aktor pracuje tak, jak śni, samotnie.

P.R.: A kiedy aktor spełnia się na scenie?

H.R.: Kiedy frunie.

***

Czasem aktorzy, obnażając ciało, uważają, że przekraczają granicę w zawodzie. Nagość to nic.

***

P.R.: Masz opinię "potwora"?

H.R.: Jestem wymagająca, wiem. Są aktorzy, którzy w trakcie prób dają wiele, ale są i tacy, którzy od siebie nie dają prawie niczego, więc uważam, że powinni się poddać cudzej wyobraźni. Nie sądzę, by moi partnerzy zawodowo tracili, pracując ze mną.

P.R.: To jest kwestia ego czy skupienia na całym przedstawieniu lub konkretnej scenie?

H.R.: Nie myślę o przedstawieniu. Koncentruję się na moich scenach. W Prezydentkach jestem przez półtorej godziny z dwiema partnerkami. To jakbym grała jedną dużą scenę, podzieloną na różne tematy, rytmy, nastroje, emocje. To jest jedno spotkanie bohaterek, jedna długa rozmowa, w której aż tyle się dzieje, w której aż tak się odkrywają. Trudno, żebym tego przedstawienia nie znała w sposób pełny. Znam każdy jego oddech, nerw.

P.R.: Proces prób to budowanie sekwencji działań, relacji z partnerami, czegoś, co jest partyturą sceny, późnej przedstawienia. Wkładasz w to emocje, jakie sobie zbudowałaś. Ale zdarzają się gorsze dni − jesteś bez energii. Jak się ratujesz w takich sytuacjach?

H.R.: Daję tyle, ile mogę, na ile mnie stać. Nie da się zagrać za każdym razem tak samo dobrze, z tą samą intensywnością. Zdarza się, że jednego wieczoru, przy najlepszej kondycji aktora, tylko fragmenty będą niezwykle fascynujące. Nie wiem, czy to możliwe, by aktor od pierwszego wejścia do ostatniego swojego bycia na scenie był równie intensywnie obecny. Jest dobrze, jeśli rola chociaż w momentach szczególnie zaistnieje, zabłyszczy. O tym wiedzą aktor i reżyser, ale widz odbiera całością i przedstawienie, i rolę aktora. Zawsze jest pragnienie, by było do bólu prawdziwie, by wyszło poza teatr. Ale czy to możliwe?

P.R.: Zdarzało się.

***

W aktorstwie nie ma zasad, nie ma reguł. Najpierw tekst, potem gest czy odwrotnie. Bywa, że z emocji wynika coś zupełnie innego.

***

P.R.: Oprócz różnych biografii w jednym życiorysie, które są fascynujące w aktorstwie, czy równie pociągająca jest potencjalna możliwość zaistnienia w świecie emocjonalnym i poznawczym widza?

H.R.: Nie myślę o tym, pracując. Później natomiast ciekawi mnie konfrontacja z nim, czy spektakl porusza, jakie wzbudza emocje. Najgorsza jest obojętność.

P.R.: Ale powiedziałaś, że nie myślisz o tym.

H.R.: Pracując, nie zadaję sobie pytania, jak widz zareaguje, czy go wzruszy, czy mu się spodoba. Jest problem do przekazania, mam zrobić tak, aby zadziałał. W Białym małżeństwie, zdejmując gorset, nie zastanawiałam się, jak to będzie odebrane. Wtedy nagość szokowała. Ale z jakim wrażeniem czy przeżyciem widz opuści teatr, jest zupełnie inną kwestią - zawsze mnie interesującą.

P.R.: A czy reakcje już po premierze, krytyków, publiczności, znajomych, mają jakiś wpływ na pracę, która powstała? Czy bardziej ufasz sobie?

H.R.: Ufam sobie.

***

Czasem lepiej pamięta się samą pracę niż to, co z niej pozostaje.

***

P.R.: Przed laty przedstawienie teatralne nazwano "układem ze sprzężeniem zwrotnym", czyli impuls z wyjścia reguluje impuls na wejściu. Głosy odbiorców coś zmieniają w twojej pracy?

H.R.: Słuchając, można by zgłupieć, każda opinia, recenzja jest względna.

P.R.: Jaki rodzaj pracy następuje po premierze?

H.R.: Wtedy żyjesz całością, na próbach fragmentami. Przed premierą nie ma czasu, by osadzić się w roli. Za mało jest przebiegów całości, a postać wyłania się właśnie wtedy. Bardziej ją ogarniasz, wiesz, co umyka, wiesz, jak rozłożyć energię. Czasem następuje odblokowanie, do czego próby nie prowokowały albo nie dały możliwości. Są reżyserzy, którzy otwierają, tacy, którzy zamykają, i tacy, którzy niczego nie dają. Ale to może też wynikać z braku kondycji aktora w czasie prób. Zdarza się, że ona przychodzi później, i wszystko szybuje, jeżeli chcesz, żeby poszybowało, jeżeli nie wychodzisz na kolejny spektakl odtwórczo. Sztuką jest wrócić do tego, co nam wyszło.

Przed graniem muszę się wyciszyć. Lubię być sama w garderobie. Nie lubię rozmów, telefonów. To rozprasza. Potrzebuję ciszy, by się odnaleźć.

P.R.: Skupiasz energię postaci.

H.R.: Muszę wyciszyć się z życia, z zewnątrz.

***

Nie lubię premier. To koniec spotkań, żartów, dyskusji. Trudno wrócić do zwyczajności, do codziennego rytmu.

***

P.R.: Masz jakieś granice, których w pracy byś nie przekroczyła?

H.R.: Pornografia, głupota, nadużycie moralne, żerowanie na prywatności, osobistych emocjach. Chociaż jeśli chodzi o emocje, wszystko jest do zagrania.

P.R.: Chronisz swoją prywatność?

H.R.: Życiową tak, nie wychodzę z nią na zewnątrz.

P.R.: Aktorstwo może być drogą samopoznania?

H.R.: Pracując na swoim ciele, psychice, rozgrzewając emocje do czerwoności - i do samopoznania dochodzi. Zmieniamy się. Moje myślenie, postrzeganie różne są od tych sprzed lat. Trudno powiedzieć, co miało większy wpływ - życie czy praca. Na pewno i jedno, i drugie. Nie mogę mojego życia oddzielić od zawodu, od teatru. Dokonuje się zmiana w stosunku do otaczającego świata, do ludzi wokół, nie tylko partnerów, przyjaciół, ale i do obcych mijanych na ulicy. Ten zawód uwrażliwia.

***

Widzowie postrzegają nas rolami. Po premierze "Arkadii" panowie obskoczyli mnie, myśląc, że prywatnie też jestem taka Lady Croom. Pewnemu Amerykaninowi tak się spodobała Konstancja, że przez parę miesięcy telefonował, proponując wspólne wakacje w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej. Masza tez nakręca. A po "Prezydentkach" dziwna cisza - no nie rozumiem.

***

P.R.: Pamiętasz swoje emocje, kiedy dostałaś nagrodę w Kaliszu za Gretę?

H.R.: Bardzo się cieszyłam, to była kasa.

P.R.: Czyli nie potrzebujesz potwierdzenia w nagrodach, że to, co robisz, ma sens?

H.R.: Nagrody są potrzebne, to są pieniądze. Nie uważam, by czyniły mnie lepszą aktorką, podobnie recenzje. Ostatnia moja rola ma bardzo dobrą prasę, ale nie sprawia to, by moje ego rosło. Zagrałam wiele ról niezauważonych, które szczególnie cenię.

P.R.: Zaspokoiłaś poziom oczekiwań wobec siebie?

H.R.: Siebie usatysfakcjonować jest mi najtrudniej. Nigdy do końca nie jestem zadowolona.

P.R.: Teatr jest aktywnością zespołową. Pracowałaś w kilku: Współczesnym we Wrocławiu, im. J. Słowackiego w Krakowie, w Nowej Hucie, Polskim we Wrocławiu, gościnnie w Teatrze STU w Krakowie. Jaki jest twój wymarzony teatr?

H.R.: Otwarty na ludzi i do ludzi, taki, który jest tu i teraz. Współczesny, nowoczesny w formie i przekazie, dotykający problemów człowieka, prowadzący dialog z człowiekiem.

Nie interesuje mnie przeszłość, nie ciągnę jej za sobą, interesuje mnie młoda generacja twórców, ich widzenie świata, myślenie, ich inspiracje, rozczytywanie tekstów. Zachwyca muzyka, jakiej słuchają, filmy, które oglądają, są inaczej wychowani, ukształtowani, inaczej myślą. Patrzą na dzisiaj, nie na wczoraj. Są wrażliwi. Z nimi chcę pracować, to jest absolutnie w zgodzie ze mną i nie ma w tym niczego sztucznego. Do nich mi bliżej i z nimi mi po drodze.

P.R.: A teatr jako instytucja?

H.R.: Teatr powinien większą uwagę skupić na aktorze. Aktor rozwija się, nie tylko próbując, ale przede wszystkim grając. Gra się coraz mniej. Możliwość konfrontacji z widzem jest znikoma. Trzeba dbałości o kondycję aktora, o jego komfort pracy. Każdy z nas ma granice odporności i wydolności psychofizycznej. Coraz rzadziej pamięta się, że instrumentem aktora jest on sam.

 

1 Dziękuję Halinie Rasiakównie za udostępnienie jej notatek.

Inne media