Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Dobromiła Wrońska

Wrocławska aktorka ostro o lewicowym lobby w teatrze

Aktor:
Monika Bolly
Źródło:
niezalezna.pl
Data publikacji:
2017-02-15

Sytuacja Teatru Polskiego we Wrocławiu wciąż jest niepewna. Aktorzy, którzy przygotowywali się do nowego sezonu, są skonsternowani nagłą decyzję Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego, który odwołał Cezarego Morawskiego z funkcji dyrektora teatru. – Nikomu nie wolno naruszyć tej struktury, wpuścić trochę świeżego powietrza, czyli ludzi mających inne pomysły na teatr, różniących się światopoglądowo – komentuje sprawę Monika Bolly, aktorka teatru, w rozmowie z Dobromiłą Wrońską.

 

Dobromiła Wrońska: Już wydawało się, że tzw. kryzys w Teatrze Polskim zażegnany. Jak się teraz pracuje w teatrze?

Monika Bolly: Fatalnie. Nie da się pracować w takiej atmosferze. Nie wiemy, czy dyrektor będzie pracował z nami jutro czy będzie jeszcze tego samego dnia odwołany. To jest rzecz kuriozalna, którą zawdzięczamy nieudolności urzędników. W demokratycznym państwie na mocy konkursu zostaje powołany dyrektor i ani jednego dnia od 1 września nie ma szansy pracować w spokoju. Decydenci ulegają naciskom moich kolegów (osób rzekomo skrzywdzonych), którzy de facto łamią prawo i cały czas demontują teatr. No bo jak można nazwać odwoływanie spektakli na dzień przed albo tego samego dnia? Wszystko według mnie zostało postawione na głowie. Nie ma tu już mowy o rzeczowych rozmowach, dyskusjach. I najstraszniejsze w tym wszystkim jest to, że ta walka poparta przez nieudolność urzędników ma wszelkie cechy walki politycznej niestety.

Jak Pani sądzi, kiedy tak naprawdę w Teatrze Polskim pojawiła się polityka?

– Nieprawdą jest to, co próbuje się wmówić opinii publicznej, że polityka zawitała do Teatru Polskiego razem z Cezarym Morawskim. W ostatnich dniach sierpnia, kiedy dyrektorem był jeszcze pan Mieszkowski, moi kontestujący obecnie koledzy zebrali się w Teatrze Polskim na scenie w celu zorganizowania pikiety przeciwko wyborowi nowego dyrektora, a na pierwszym piętrze na balkonie powiewały flagi KOD. To ja przepraszam bardzo, to wiec jest jakiś? O jaką demokrację walczymy? Przecież dyrektor został wybrany demokratycznie. W prokuraturze zostało złożone zawiadomienie o tym, że konkurs rzekomo był ustawiony. Mam więc pytanie. Jak prokuratura rozstrzygnęła tę sprawę? Jeżeli jesteśmy w państwie prawa, to szanujmy to prawo, choćby było nie wiem jak kulawe. Bo jeżeli nie będziemy szanować choćby tego kulawego prawa, to za chwilę sobie wszyscy popodrzynamy gardła. Tak się to skończy.

Skąd u aktorów ta chęć wybicia się ponad prawo?

– Nasz były dyrektor, obecnie poseł Nowoczesnej, jest według mnie genialnym hochsztaplerem. To jest człowiek, który zbił swój kapitał na PR-rze, którym nadmuchał nasz teatr jak wielką sztuczną żabę. Wbił moim kolegom do głowy, że są najgenialniejszymi aktorami w świecie. Jeżeli tak jest, to czego się boją? Że wpuścimy wszystkich widzów, nie dzieląc ich na gorszych i lepszych? Że będzie trzeba stanąć na scenie i mówić głośno, bez mikroportów? Że może trzeba będzie niestety powiedzieć Szekspira tak, jak został napisany? To jest trudniejsze, taki teatr jest trudniejszy. O wiele łatwiej jest rzęzić coś pod nosem, drapać się po przyrodzeniu. Proszę mi wybaczyć, ale kopulowania na scenie nie uważam za wyraz artystyczny. Trochę się tego naoglądałam – nuda jak diabli. Teatr został powołany po to, żeby widz miał szansę wejść w intelektualną interakcję z aktorem. A jeżeli się to odziera z metafory i zaczyna się zasypywać widza tysiącem bodźców świetlnych, dźwiękowych, szybkim montażem, bełkotem, wprowadza się wulgaryzmy w niesamowitej ilości, to już nie można tego nazwać teatrem. Moim zdaniem ponad 90 proc. golizny na scenie świadczy wyłącznie o braku wyobraźni reżysera. Nie uczmy na siłę widzów gustu, bo oni swój gust mają.

Kto przychodzi do Teatru Polskiego?

– Jeszcze 14 lat temu mogliśmy longiem grać 4 spektakle. Na różnych scenach. W tej chwili longiem możemy grać jedynie 2 dwudziestoparoletnie farsy, bo na to znajdziemy widza. Natomiast na te wielkie nagradzane spektakle światowej jakości mamy coraz węższą widownię. Niedługo obawiam się może dojść do tego, że na scenie będzie więcej aktorów niż na widowni widzów. Jesteśmy instytucją państwową. My nie pracujemy tylko dla sztuki, my pracujemy dla misji, którą jest szeroko pojęty widz. Widz, a nie specjalista od konsumowania jakichś niezwykle oryginalnych, zadętych, często pseudointelektualnych spektakli. Według mnie jedynym kryterium na scenie jest prawda. Jeżeli aktor jest w stanie zauroczyć widza, pociągnąć za sobą, zaabsorbować opowieścią tak, żeby zapomniał, że to tylko teatr, to jest to jedyny sens aktorstwa, jedyny powód, dla którego warto wchodzić na scenę. Muszę wspomnieć o jeszcze jednej bardzo przykrej sprawie. Pani E. Marciniak, reżyser wystawianej u nas Śmierci i dziewczyny, wyreżyserowała również dyplom w szkole teatralnej we Wrocławiu. Pragnę więc zadać pytanie moim kolegom, którzy są pedagogami, czy im nie jest wstyd, że pozwolili, by studentów rozebrano do gołego i puszczono na scenę w sztuce dyplomowej? Adeptów, którzy nie potrafią jeszcze dobrze używać głosu, nie znają swoich możliwości, odarto z rzeczy tak osobistej jak intymność. Jaki dano im wybór? Przecież nie zaliczyliby tego nieszczęsnego czwartego roku... I to się u nas nazywa nowoczesnością, w to idziemy. Mieliśmy już na scenie zatrudnionych aktorów pornograficznych. I co dalej? Czy teraz, żeby opowiadać o pedofilii, będziemy uprawiać stosunki pedofilskie na scenie? Żeby przedstawić morderstwo, będziemy komuś podrzynać gardło? Jedziemy w złym kierunku. To już nie jest teatr.

Co się zmieniło w Teatrze Polskim za rządów Cezarego Morawskiego?

– Dyrektor na samym początku zadeklarował, że nikogo nie będzie zwalniał, i tego słowa dotrzymał. Miał pewnie nadzieję, że koledzy po jakimś czasie odpuszczą. Ale moich kolegów utwierdziło to w przekonaniu, że mogą robić wszystko. W związku z tym po ponad 3 miesiącach zaczęły się zwolnienia. Ja nam wszystkim bardzo współczuję. Myślę, że jesteśmy wszyscy niesamowicie pokiereszowani. Moi koledzy przez butę pana Mieszkowskiego, który ich wbił w irracjonalną świadomość swojej wielkości. A z drugiej strony my, również pracownicy teatru, którzy byliśmy deptani za nasze poglądy. Dziś pytam moich kolegów. Was, którzy tworzyliście ten teatr przez ostatnich 10 lat. Mówiono wam, że jesteście najwspanialszym, najlepszym zespołem w Polsce. Dlaczego wystarczyła zmiana zarządzającego teatrem, żeby wasza wartość w oczach p. Lupy zjechała do zera?

Jak ocenia Pani plany obecnego dyrektora?

– Planów dalszych nie znamy, choć wiem, że na samym początku dyrektor chciał przedstawić tytuły i reżyserów. Niestety reżyserzy zaczęli oddzwaniać do dyrektora, przepraszając, że niestety na razie nie mogą podjąć się pracy w TPl, mimo że byli już umówieni na zrobienie jakiegoś spektaklu. Nasuwa się proste pytanie. Co się wydarzyło w tzw. "międzyczasie"? Prawda jest taka, że stosuje się mobbing. Ludzie są straszeni. I w zespole, i poza zespołem. Jest to presja, którą stwarzają ludzie czczący teatr p. Lupy, Garbaczewskiego, Strzępki i Demirskiego, Pęcikiewicz i im podobnych. Ci ludzie stworzyli pewnego rodzaju kombinat. Nikomu nie wolno naruszyć tej struktury, wpuścić trochę świeżego powietrza, czyli ludzi mających inne pomysły na teatr, różniących się światopoglądowo. I jak nazwać to zjawisko? Nie będę tego nazywać, bo nie lubię być wulgarna.

Co trzeba by zatem zrobić, żeby teatr mógł funkcjonować?

– Gdyby urzędnicy nie bawili się w politykę, nie grali Teatrem Polskim jak piłeczką pingpongową, to uczciwie byłoby dać dwa lata panu Morawskiemu. Przyjąć go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Choć jeden cały sezon bez kłótni, bez obrażania. Przykro mi, że moi koledzy nie widzą różnicy między happeningiem a chamstwem. W dzisiejszych czasach czyni się wszystko, aby te różnice zatrzeć. I to bardzo niedobrze. Wprowadzanie relatywizmu we wszystkie sfery życia z czasem spowoduje kompletny regres kulturowy. Uwstecznimy się, a jedynym argumentem stanie się siła jak za czasów kamienia łupanego. Wystarczy zacytować kolegę, trzydziestoparoletniego aktora, który do dyrektora wręczającego mu zwolnienie krzyczy: –Spie...! Obawiam się, że pomylił scenę z jakiejś awangardowej sztuki naszego ultranowoczesnego teatru z życiem realnym. Jeżeli dziś aktor tak traktuje dyrektora, człowieka, który jest jego zwierzchnikiem, to za chwilę sam zostanie jeszcze gorzej potraktowany. Przyjdą młodsi, którzy będą jeszcze bardziej bezkompromisowi, bardziej agresywni. Niszczenie hierarchii, niszczenie dobrych obyczajów zawsze odbija się na tych przedostatnich – tych, którzy zaszczepili złe obyczaje i zaczęli im hołdować.