Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Małgorzata Matuszewska

Zrozumieć Krystiana Lupę

Źródło:
Tekst jest pełną wersją rozmowy, która w wersji skróconej ukazała się w "Polsce - Gazecie Wrocławskiej" 2009 nr 81
Data publikacji:
2009-04-06

Z Haliną Rasiakówną, aktorką Teatru Polskiego we Wrocławiu, rozmawia Małgorzata Matuszewska.

Małgorzata Matuszewska: Ma Pani szczególny powód do dumy. Krystian Lupa został uhonorowany Europejską Nagrodę Teatralną, a Pani jest jego aktorką.

Halina Rasiakówna: Zagrałam w czterech spektaklach wystawionych we Wrocławiu i mam nadzieję, że zagram w kolejnym, który prawdopodobnie wyreżyseruje jesienią. Ale to oczywiście zależy od tego, nad czym będzie pracował i czy będzie dla mnie rola. Krystian Lupa jest reżyserem, z którym bardzo chcę spotykać się w pracy. Tym bardziej że jego spektakle miały wielki wpływ na mój rozwój. W "Immanuelu Kancie" zagrałam Milionerkę, Hannę Wendling w części "Damy z jednorożcem". Potem były "Prezydentki" i "Azyl", niestety bardzo krótko grany.

Który z tych spektakli jest najcenniejszy?

Każda z ról była inna, każda wniosła coś nowego i otworzyła przede mną nowe perspektywy i możliwości, pokazała inny świat i jak różne drogi do budowania tych światów prowadzą. Z czterech przedstawień nadal w repertuarze są "Prezydentki" według Wernera Schwaba, które miały premierę 10 lat temu, przeżywają drugą młodość, były grane już ponad 200 razy i wciąż są zapraszane na festiwale.

Jesienią "Prezydentki" były w Ekwadorze. Czy pełniąc rolę asystentki Lupy - scenografa i reżysera, miała tam Pani dużo pracy?

Tę podróż będę wspominać chyba do końca życia. Byłam tam dłużej niż cała ekipa, bo przygotowywałam scenografię. Festiwalu nie było stać na to, by przywieźć oryginalną, i trzeba było odtworzyć ją tak, jak zaprojektował Krystian, który nie mógł przyjechać do Ekwadoru wcześniej. Na mnie więc spadło to zadanie.

Kierowała Pani ekwadorską ekipą?

Scenografię przygotowano w manufakturze według dokładnych zdjęć i rysunków. Pilnowałam, żeby była wierna zamysłowi Krystiana. Tłumaczyłam na przykład, że kredens nie może być plastikowy, więc zrobiono go z drewna, postarzono i wyglądał, jakby przyjechał z Dolnego Śląska. To było dla mnie nowe wyzwanie, poznałam ludzi i ich mentalność. Oni zawsze mówią: "manana, manana" (będzie jutro). Były chwile, że przyprawiali mnie o lekki zawrót głowy, ale wszystko dobrze się skończyło. Krystian przyjechał i zobaczył właściwie gotową scenografię. Gdy wnieśli kredens, pojawiły się nawet brawa. Potem dopieszczał ją, malując i stawiając swoje znaki. Wyszła dokładnie taka jak nasza wrocławska.

Jak się pracuje z panem Lupą?

Pierwszy raz zetknęliśmy się w 1996 roku, podczas pracy nad "Immanuelem Kantem". Musiałam się nauczyć rozumieć go, jego język. Kiedy Krystian pierwszy raz spotkał się z obsadą, długo mówił o tekście, opowiadał o spektaklu. Gdy skończył, Tomek Lulek powiedział: "No dobrze, Krystian, to teraz nam przetłumacz" (śmiech). Dzisiaj jego sposób komunikacji, przekazywania myśli, jest mi o wiele bliższy. Zawsze wnikliwie słucham tego, co mówi, staram się znaleźć tę przestrzeń w sobie.

W "Nirvanie", najnowszej premierze Teatru Polskiego, Wojciech Ziemiański pyta, czy czuje się Pani spełnioną aktorką. Spełnia się Pani?

Ta część rozmowy w spektaklu jest improwizowana. Myślę, czym jest spełnienie w życiu i zawodzie. I wciąż nie umiem odpowiedzieć, co nie znaczy, że jestem niezadowolonym człowiekiem. Ale gdy się powie "tak, jestem spełniona", to jakby już nie miało się żadnych oczekiwań. A moje są bardzo wielkie. Za każdym razem, patrząc w przyszłość, czuję się, jakbym wszystko zaczynała.

Gra Pani także w serialach. To odpoczynek od sztuki wysokiej?

Nie odmawiam propozycji, bo przecież aktor żyje z uprawiania zawodu. Lubię te kontakty, wyjazdy, zetknięcie z nowymi ludźmi i odmienny od teatralnego sposób pracy.

Na stronie internetowej teatru zostały umieszczone Pani refleksje w "notatkach aktorki". Skąd pomysł takiej autoprezentacji?

Przemyślenia po raz pierwszy zostały umieszczone w programie sztuki "Zaśnij teraz w ogniu". Chciałam, żeby się tam znalazły zamiast życiorysu i dorobku. Pracując, zapisuję moje refleksje. Pomyślałam, że może kogoś zainteresują.

Jedna z notatek brzmi: "Mamy jedynie wyobrażenie siebie, rzeczywistość bywa bolesna". Skąd się wzięła?

Obraz siebie mamy inny, nam się wydaje, że jesteśmy ładniejsi, młodsi. Nawet nasze odbicie w lustrze bywa mylne, podświadomość podpowie, jaką zrobić minę, jak stanąć, żeby dobrze wyglądać. Rzeczywistość obnażają kamera i aparat fotograficzny. Często zaskakuje nas własny wizerunek, uwieczniony bez pozy i specjalnego światła. Mówimy wtedy: "przecież tak nie wyglądam". Zetknięcie z prawdą potrafi zadać ból.

Wnętrze człowieka jest też inne od wyobrażonego?

Ludzie nie postrzegają tego, co w sobie nosimy, kim jesteśmy. Mylą pozory i przy bliższym poznaniu okazujemy się zupełnie inni. Pierwsze wrażenie potrafi być nieprawdą, fałszem.

Czemu Panią bardziej interesuje dochodzenie do roli niż - od pewnego momentu - granie? Gdzie jest ten moment?

Nie umiem go określić. Interesują mnie spotkania z ludźmi, rozmowy, inspiracje, praca z reżyserem mającym nowe spojrzenie na tekst, nad którym pracujemy. Zagrałam w "Lalce" w reżyserii Wiktora Rubina i uważam, że gdyby wystawił ją tradycyjnie, byłaby ona nie do oglądania. Takie jest zadanie reżysera: przełożenie języka na współczesny i odszukanie w tekście możliwości pokazania współczesnej rzeczywistości. Granie jest interesujące do chwili, kiedy mogę rolę rozwijać. Postać nie zawsze jest gotowa w dniu premiery, bo często nie zdąży się otworzyć odpowiedniej furtki. Staram się szukać nowych barw i głębi, a bywa, że trafi się do właściwych drzwi.

To chyba przede wszystkim zadanie reżysera?

Reżyser przygotowuje spektakl i wyjeżdża, a spektakl żyje. Krystian Lupa potrafi przyjechać na "Prezydentki" po latach i powiedzieć coś, z czego możemy skorzystać. W "Oknie na parlament", w którym występuję od 1994 roku, też ostatnio odkryłam nowy ruch w scenie. Dobrze jest nie wpadać w rutynę.

Warto szukać nowych dróg nawet w farsach?

To jest bardzo trudny gatunek. Nie każdy może grać w farsie, do tego potrzebny jest dobry warsztat, umiejętność budowania charakterystyczności. Może nawet trudniej zagrać w farsie niż w dramacie? Trudno jest rozśmieszyć widza.

Różne są zdania o "Lalce", ale Stawska w Pani wykonaniu to majstersztyk. Jak się gra kogoś, kto prawie nie mówi?

Uwielbiam to. Wiktor Rubin zapisał: "Stawska cały czas na scenie i nic nie mówi". Bardzo mi się to spodobało już na pierwszej próbie. Potem doszły dwie mówione sceny. Wyzwaniem jest zagranie roli z niczego. Tekst otwiera możliwości, a w "Lalce" trzeba było wymyślić, jak zaistnieć bez niego. Moja Stawska powstała z Ekwadoru, tamtego klimatu, wyciszenia.

Pracuje Pani we Wrocławiu, choć Pani stąd nie pochodzi. Wrocław jest Pani pisany?

Urodziłam się w Niemodlinie koło Opola. Grałam wcześniej w krakowskim Teatrze Ludowym, w Teatrze Słowackiego, wróciłam do Wrocławia. Były propozycje z Warszawy, ale we Wrocławiu zapuściłam korzenie, nie tylko przez pracę, ale także dlatego, że nie chcieli stąd wyjechać moi synowie.

Dlaczego zachowała Pani panieńską formę nazwiska?

Tak się do mnie zwracano w liceum, na studiach aktorskich. Może wydawało mi się, że podstawowa forma nazwiska jest za krótka, a może chciałam ją zmiękczyć? Jestem Rasiakówna.

Inne media