Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Jacek Antczak

Życie z czterema żonami i dwoma "Maydayami"

Przedstawienie:
MAYDAY
Wydarzenie:
Mayday razy 1000
Źródło:
"Polska - Gazeta Wrocławska" 2011 nr 257
Data publikacji:
2011-11-04

Rozmowa z Pawłem Okońskim

 

Jacek Antczak: Teatr Polski zagrał farsę Raya Cooneya już tysiąc razy. Ile razy Pan oglądał ten spektakl?

Paweł Okoński: W całości? Raz. W połowie lat 90. W Chicago. Siadłem sobie w ostatnim rzędzie ze szklaneczką bourbona, którą udało mi się przemycić na widownię. Bawiłem się świetnie i tak wciągnąłem, że dopiero w połowie uświadomiłem sobie, że gram w tym spektaklu. Graliśmy wtedy Mayday gościnnie w wielkiej sali Copernicus Center i raz zagrałem ja, a raz reżyser sztuki - Wojciech Pokora, który na co dzień gra Johna Smitha w Teatrze Kwadrat.

Jacek Antczak: I tylko raz to nie Pan zagrał Johna Smitha?

Paweł Okoński: Pokora zagrał jeszcze raz, podczas 150. spektaklu, kiedy ówczesny dyrektor Jacek Weksler chciał uczcić niespodziewany sukces naszej sztuki. Ale żebym czuł się dobrze, wymyśliliśmy, że zagram Cyryla. Na co dzień w Mayday Bobby, mój sąsiad gej, tylko mówi, że mieszka z Cyrylem, ale ta postać nie pojawia się na scenie. Tym razem weszliśmy razem w strojach malarzy i z pędzlami w rękach. Nic nie mówiłem, ale uśmiechałem się i ukłoniłem, gdy mnie Tomek Lulek - Bobby - przedstawiał.

Jacek Antczak: Podsumujmy Pana stan posiadania: jedna taksówka, dwie żony, dwa mieszkania, jeden przyjaciel Stanley, dwaj sąsiedzi geje - Bobby i Cyryl...

Paweł Okoński: Jeśli liczyć moje życie w Mayday, to żony mam cztery, Stanleyów dwóch i jeszcze dwoje dzieci...

Jacek Antczak: Nie pomyślałem o Mayday 2, ale w jedynce, w 1000 spektaklach, zagrał Pan bigamistę taksówkarza 998 razy, no bo raz był Pan Cyrylem...

Paweł Okoński: Już nawet 1002 razy. Bo po tysięcznym spektaklu zagraliśmy już kolejne trzy. Jeśli doliczyć jeszcze ze dwieście Mayday 2 we Wrocławskim Teatrze Komedia, to rzeczywiście wygląda, jakbym próbował pobić jakiś rekord Guinnessa.

Jacek Antczak: Mayday gracie już 19 lat, jak to się zaczęło?

Paweł Okoński: Dyrektor Weksler wybrał ósemkę aktorów, którzy grali w różnych spektaklach Teatru Polskiego, i powiedział, że jest dobra farsa, która chodzi w różnych miejscach świata, i wszędzie się podoba. I że wprawdzie nie mieliśmy dotąd czegoś takiego w repertuarze, ale może zaryzykujemy. Był czerwiec 1992 roku. Przyjechał Wojciech Pokora, przeczytaliśmy sobie sztukę, coś tam poskreślaliśmy, i powiedział: "No, to nauczcie się tekstu, wrócę za dwa tygodnie". Spotykaliśmy się w różnych miejscach, przygotowywaliśmy...

Jacek Antczak: W ósemkę?

Paweł Okoński: Z pierwszego składu do dziś jest nas czworo: moje żony Grażyna Krukówna i Teresa Sawicka oraz Tomek Lulek, który gra Bobby’ego i jest asystentem reżysera. Policjantów grali Miłek Reczek i Krzysiek Dracz, którzy od kilku lat pracują w Teatrze Dramatycznym. Teraz grają Marian Czerski i Marek Feliksiak. Stanleyem był Jurek Schejbal, obecnie jest Jakub Giel. W Mayday jest jeszcze postać reportera, który wpada na chwilę do Johna. Reporterów mieliśmy już kilkunastu, pierwszym był Waldemar Głuchowski, teraz gra Igor Kujawski.

Jacek Antczak: Wojciech Pokora przygotował spektakl perfekcyjnie, próby trwały miesiącami?

Paweł Okoński: Nie do końca. Przyjechał Pokora i wyliczył: "Proszę państwa, mamy poniedziałek, to sobie poczytamy, we wtorek przyjedzie scenografia, od razu robimy pierwszy akt, w środę drugi, w czwartek, piątek i sobotę rano jedziemy pierwszy i drugi, w piątek wieczorem zrobimy sobie próbę generalną pierwszego, w sobotę drugiego. No, to premiera w niedzielę". I tak w tygodniu zawarła się praca nad Mayday, który dzięki Bogu gramy już dwudziesty rok. To nie długość prób ma znaczenie, ale ich intensywność, przygotowanie reżysera, a pewnie i talent artystów. W przypadku Mayday, jak widać, to wszystko się złożyło.

Jacek Antczak: Reżyser ma swój przepis na taki sukces?

Paweł Okoński: "Proszę państwa, farsę gra się głośno, wyraźnie, przy pełnych światłach" - tłumaczył Pokora. "Widz musi wszystko widzieć i słyszeć. Ma być mądrzejszy od aktora, ale i dać się zaskoczyć". Nie wolno kombinować, farsę gra się tak samo jak dramat. Jak mężczyzna nakryje żonę z gachem, to aktorzy grają to w farsie zupełnie jak w tragedii w teatrze dramatycznym. Jak mawia Cooney, to na widowni jest różnica, na scenie nie ma żadnej. Tu się śmieją do rozpuku, a w tragedii płaczą. Im bardziej serio gramy, tym jest to zabawniejsze.

Jacek Antczak: I to wystarczy, by zagrać 1000 razy z pełną widownią?

Paweł Okoński: Tyle że na początku nie było tak różowo. Przez pierwsze miesiące nie wiem, czy zapełnialiśmy pół widowni. Zastanawialiśmy się, co z tym zrobić, nawet sami sprzedawaliśmy bilety na Świdnickiej...

Jacek Antczak: Żartuje Pan?

Paweł Okoński: Lubię opowiadać dowcipy, ale jak wielu ludzi, którzy zawodowo rozbawiają innych, prywatnie nie jestem wesołkiem. Wtedy sytuacja też nie była zabawna, więc nawet aktorzy stali w przejściu podziemnym pod Świdnicką i zachęcali ludzi, by przyszli na spektakl. I nagle, jak zaczęło iść...

Jacek Antczak: Co się stało?

Paweł Okoński: Okazało się, że we Wrocławiu najważniejsza jest reklama szeptana. Jak przeczytasz dobrą recenzję, to myślisz sobie: "No tak, może się wybiorę", ale wciąż masz poczucie, że ktoś podchodzi do ciebie marketingowo. A jak ufasz przyjacielowi i on mówi: "Byłem, super, musisz pójść", to wtedy idziesz na pewno. Tak się stało z Mayday, jedni się wybrali, przekazali innym, następni poszli... I nagle okazało się, że nie ma szans na bilety. Przez lata, mimo że graliśmy Mayday bardzo często, to i tak nie można było dostać biletów. Bywało, że graliśmy serię 40 spektakli, w niektóre dni po dwa, i zawsze były komplety. A teraz mamy déjà vu - otwiera się kasy teatru, a biletów już nie ma, bo widzowie wykupili je przez Internet.

Jacek Antczak: Aktorzy grający w Mayday stali się gwiazdami?

Paweł Okoński: Doszło do tego, że jak ktoś w taksówce powie "na Mayday", to już wiedzą, gdzie jechać. Taksówkarze uważają tę sztukę ze branżowy spektakl, bo przecież opowiada o barwnym życiu jednego z nich. "Na Mayday" udawało się załatwić różne sprawy w mieście, a nawet podrywać dziewczyny, wszystko można było...

Jacek Antczak: A właśnie, dziewczyny. Pewnie przed ślubem żona Pana dokładnie sprawdziła...

Paweł Okoński: Nie musiała, gdyż wybranką mojego serca została w 1986 roku, a więc sześć lat przed premierą. Bardzo różnię się od postaci, którą gram, gdyż prywatnie mam jedną żonę przez całe życie. Rodzina jest zresztą odskocznią od mojego wątpliwego moralnie życia na scenie.

Jacek Antczak: Po tylu latach sceniczni partnerzy to też Pana rodzina?

Paweł Okoński: Nie bałbym się tak powiedzieć, bo Mayday przez te lata bardzo scementował całą naszą fajną ekipę, która się lubi i szanuje. Życie z Mayday ma dla nas różne strony. Przed czy po spektaklu zawsze się spotykamy i opowiadamy sobie o wesołych i smutnych sprawach, jakie się nam przydarzyły. Bo przecież ta sztuka sobie trwa, przychodzą tysiące ludzi, którzy śmieją się do łez, a nasze życie po drugiej stronie normalnie się toczy. Ze swoimi ciemnymi i jasnymi stronami, ze śmiercią bliskich nam ludzi, narodzinami dzieci, codziennymi smutkami i radościami. Nie chciałbym używać metafor, ale coś jest w "trwaniu" tego spektaklu. Jest w tym jakiś przykład potrzeby nieśmiertelności, którą w pewnym sensie ma każdy z nas.

Jacek Antczak: Mayday miał wpływ na Pana życie zawodowe?

Paweł Okoński: Ogromny. Przecież na otwarcie Wrocławskiego Teatru Komedia, który założyliśmy sześć lat temu z Wojtkiem Dąbrowskim, zagraliśmy Mayday 2. Ale to było naturalne, bo Mayday rozpoczął i usankcjonował we Wrocławiu modę na farsy. Uważaliśmy, że w mieście Mayday przydałby się teatr z wyłącznie komediowym repertuarem. I się nie pomyliliśmy.

Jacek Antczak: Mayday 2 jest sztandarowym przedstawieniem Wrocławskiego Teatru Komedia i powtarza sukces jedynki. A Pan w nim gra... Johna Smitha.

Paweł Okoński: Jestem jedynym pomostem między spektaklami Mayday. Zdarzają się dni, że o godzinie 17 gram w swoim teatrze Mayday 2, a o 19 w Teatrze Kameralnym Mayday. Na szczęście z siedziby w Teatrze Lalek to tylko 200 metrów. Wybiegam po dwójce i biegnę na jedynkę. Ale potem przez pierwsze 5 minut muszę się skupić, żeby wiedzieć, w którym jestem Mayday. Udaje się, bo w obu spektaklach mam inne żony i innego Stanleya.

Jacek Antczak: Czy granie w komediach to sprawa Pana vis comica, predyspozycji, charakteru?

Paweł Okoński: Do 2005 roku przez 23 lata w Teatrze Polskim zagrałem około 80 ról, bardzo różnych - od Papkina do Kordiana. Stricte komediowych było zaledwie kilkanaście. Przyznam więc, że zaczyna mi brakować różnorodnych, ciekawych wyzwań. Ale się pojawiają. Niebawem w Teatrze Żydowskim zagram w wielkim musicalu rolę Tewjego Mleczarza. No, przymierzam się do własnego spektaklu, monodramu, który będzie i śmieszny, i straszny. To ma być opowieść o mądrym i wrażliwym człowieku, trochę kloszardzie, który świadomie wycofuje się z rzeczywiści, patrzy na świat inaczej, fajnie o tym opowiada i śpiewa. To nie będzie taksówkarz z Mayday, ale mam nadzieję, że też zadowoli widzów, a mnie pozwoli zrobić coś dla psychicznej odnowy. Przyda się, bo w czerwcu 2012 jako John Smith będę we Wrocławiu obchodził 20-lecie szalonego życia z dwiema żonami. Już teraz zapraszam, bo ponoć istnieją ludzie, którzy Mayday nie wiedzieli.

Inne media