Facebook

YT

Twitter

Instagram

Teatr Polski we Wrocławiu, dyrektor Cezary Morawski

Magda Piekarska

Gwiazdy z tamtych lat

Wydarzenie:
Trickster 2011
Źródło:
"Gazeta Wyborcza - Wrocław" 2011 nr 211 - dodatek "Europejski Kongres Kultury"
Data publikacji:
2011-09-10

- Pracę nad tym spektaklem wspominam jak koszmar. Musiałem wcielić się w uczestników konkursu Eurowizji sprzed lat, choć nigdy przedtem nie zaśpiewałem ani jednej piosenki - mówi Massimo Furlan, twórca prezentowanego dziś w Wytwórni Filmów Fabularnych przedstawienia 1973.

Massimo Furlan, autor instalacji, aktor, reżyser. Tematy swoich spektakli czerpie z własnej biografii - bohaterami jego projektów bywają więc herosi jego dzieciństwa - m.in. Superman i Zbigniew Boniek, w którego wcielił się cztery lata temu, odtwarzając na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia jego grę podczas meczu Polska-Belgia na Mundialu w 1982 roku.

 

Magda Piekarska: Co się wydarzyło 7 kwietnia 1973 roku?

Massimo Furlan: Byłem wtedy dzieckiem i jak co roku oglądałem konkurs Eurowizji. Dla mnie i mojej siostry był to wielki moment. Czekaliśmy na niego z niecierpliwością. Mieszkaliśmy w Szwajcarii, ale nasi rodzice byli Włochami, więc z wypiekami na twarzy wypatrywaliśmy piosenkarki lub piosenkarza z Włoch. Ale tym razem coś się zmieniło. W 1973 roku byliśmy pod wrażeniem młodego Szwajcara - pięknego, młodego, uśmiechniętego, z długimi włosami blond. W dodatku mieszkał w miejscowości położonej niedaleko od naszej. To było dla mnie niesamowite, zobaczyć go w tym magicznym telewizyjnym pudełku - był tak odległy od rzeczywistości, z jaką miałem do czynienia na co dzień.

Wciąż pamięta pan ten wieczór?

- Oczywiście, choć kiedy robiłem dokumentację do spektaklu, zdałem sobie sprawę, że wiele szczegółów mi umknęło. Jednak zafascynował mnie fenomen muzyki, tego, jak oddziałuje na naszą pamięć. Dziś Eurowizji nie towarzyszy już ta magiczna otoczka, ludzie mojej generacji i starsi są zdania, że straciła na znaczeniu. Nie chcę jej bronić ani krytykować. Interesuje mnie to, czym jest dziś dla nas muzyka i dlaczego tak ważne dla całego mojego pokolenia wydarzenie po dziś przestało być tak istotne. Jak to się stało, że Eurowizja z wielkiego święta zmieniła się w imprezę, której nikt nie chce oglądać.

Z Eurowizją było trochę tak jak z meczami piłkarskimi w Polsce w latach 80., kiedy to ulice pustoszały, bo każdy chciał zobaczyć, jak gra Boniek?

- Bońka już przerobiłem w moim poprzednim projekcie. Ale to rzeczywiście były dwa fenomeny tamtych lat, które pochłaniały uwagę ludzi. Eurowizję oglądali wszyscy, nawet ci, którym się nie podobała. A w 1973 roku była wciąż poważnym konkursem, w którym każdy kraj chciał mieć swojego reprezentanta i pokazać się jak najlepiej. Był to pierwszy rok, w którym nie trzeba było śpiewać piosenki w narodowym języku. Efekt jest taki, że dziś wszyscy śpiewają po angielsku. Ale wtedy był ostatni moment, kiedy kulturowe różnice między uczestnikami były jeszcze widoczne.

Wyobrażam sobie, że pracując nad 1973, wcielając się w uczestników konkursu, świetnie się pan bawił.

- Ależ skąd, to był koszmar. Przecież nie jestem piosenkarzem. Nigdy nie śpiewałem na serio. Nie uczyłem się tego, nie byłem do tego przygotowany. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek wcześniej zaśpiewał jakąś piosenkę od początku do końca. Musiałem się całkowicie przestawić - byłem jako aktor przyzwyczajony do pracy nad rolą, tekstem, ale nie do podążania za muzyką, tonacją, do samego śpiewu i precyzji, która pozwoliłaby mi imitować wykonania uczestników Eurowizji.

Czyli nie było zabawy?

- Dużo się śmialiśmy, to fakt, ale to było przede wszystkim zadanie do wykonania, bardzo trudne zresztą. Stylistyka burleski, w jakiej się poruszamy, ma w sobie element zabawy, ale ten efekt wymagał ciężkiej pracy. Musiałem wcielić się w wykonawców z różnych krajów - Hiszpanii, Szwajcarii, Luksemburga, musiałem także nauczyć się śpiewać w językach, których nie znałem.

Na scenie zobaczymy wszystkich uczestników konkursu?

- Nie. Wybrałem osiem najbardziej zróżnicowanych postaci. To było wystarczająco duże wyzwanie.

Pojawi się Cliff Richard, który śpiewał na Eurowizji w 1973 roku?

- Oczywiście, nie mogłoby być inaczej. Jego postać będzie towarzyszyć rozważaniom nad pamięcią. O Richardzie będzie mówił Serge Margel, któremu ta postać pozwoli wyrazić filozoficzny wymiar Eurowizji.

Obok niego pojawią się antropolog Marc Augé, gitarzysta Stéphane Vecchione, filozof Bastien Gallet. Jaki problem dał im pan do rozwiązania?

- W tym spektaklu chciałem zawrzeć próbę spojrzenia na przedmiot, który się zmienia. Który inaczej wygląda w naszej pamięci, a inaczej w rzeczywistości. Tym przedmiotem jest tu i muzyka, i Eurowizja. Moi goście pomagają mi rozstrzygnąć tę kwestię z różnych perspektyw. Współtworzą ze mną spektakl, pozwalając pogłębić to spojrzenie. Mówią o kontekście, o roli, jaką muzyka odgrywa w ludzkiej pamięci, o rytuałach, o znaczeniu i ewolucji Eurowizji w powojennej Europie, o fenomenie gwiazd. Ich wypowiedzi nie zostały zapisane, zawsze są spontaniczne. I w tym sensie spektakl wciąż się zmienia.

Mówi pan, że Eurowizja przestała się liczyć, ale z dzisiejszej perspektywy wydaje się wieczna. Bo jak w zderzeniu z tą 55-letnią damą wypadają współczesne talent shows, których żywot jest określany w miesiącach, rzadziej w latach?

- Muszę powiedzieć, że nie mam telewizora w domu. I kiedy zdarza mi się oglądać telewizję w hotelu, nie znajduję w niej dla siebie nic interesującego. Ale bez wątpienia Eurowizja jest bazą, korzeniem współczesnej telewizyjnej rozrywki. Bez niej nie byłoby programów typu "Mam talent". I mimo że wyszła z mody, z ich perspektywy wydaje się szlachetna, klasyczna. A choć formuła tych programów nieustannie się zmienia, to wciąż w gruncie rzeczy chodzi w nich o to samo.

Czy wobec tego pana spektakl jest wyrazem nostalgii za tamtym czasem?

- To coś więcej niż nostalgia. Zadaję tym spektaklem pytanie, które stawiałem sobie jako dziecko. Pytanie fundamentalne - dlaczego przestajemy kochać to, co kiedyś było dla nas ważne?

I znajduje pan na nie odpowiedź?

- Tak. Pada ona w spektaklu. Udziela jej Marc Augé.