NAPISALI O NAS

Recenzje

recenzje Smyczy

Magdalena Piejko

Natalia Kopeć

Małgorzata Matuszewska

Adam Michalik

Grzegorz Cholewa

Michał Bajer - esej

Marcin Szewczyk

Noeleen Dowling

Peter Crawley

www.kulturaonline.pl

Monika Kwaśniewska

Anna Jurczyk

Jolanta Nabiałek

Katarzyna Czechowska

TEJO - www.jelonka.com

Nowiny Jeleniogórskie online

Olga Drąg

Bartosz Porczyk - wentylator na Scenie Kameralnej

Utwory, z którymi Bartosz Porczyk wygrał na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej stały się podstawą "Smyczy" - recitalu inspirowanego znanym przebojem Maanamu. Spektakl współtworzyła młoda reżyserka Natalia Korczakowska. Za jego stronę muzyczną odpowiedzialny był Łukasz Damrych.

Temat uzależnień współczesnego człowieka był klamrą spinającą, bardzo różne i gatunkowo i tematycznie teksty. Obok siebie znalazły się np. naukowe teksty Rolanda Barthes'a oraz "Witaminki" Fasolek. Taka mieszanka nie obroniłaby się, nieprzetrawiona przez doskonały warsztat dramatyczny Bartosza Porczyka. Momentami miałam wrażenie, że teksty były tylko pretekstem do pokazania pełnego wachlarza możliwości aktora, który podczas jednego wieczoru potrafi być Porczykiem lirycznym, komicznym i tragicznym, Porczykiem z produkcji Disneya czy Almodovara. Grane przez niego postaci to pokręceni reprezentanci schizofrenicznej rzeczywistości naszych czasów, detalicznie rozpisani na poszczególne części aktorskiego ciała.

Są momenty, w których Porczyk nie tylko zachwyca warsztatem dramatycznym, ale nieprzyjemnie drażni nasze przyzwyczajenia. Nie dokonuje tego jednak przez wybór tematów, które kiedyś były tematami tabu czy przez wybór "bezkompromisowych" tekstów Łony. Porczyk wydaję się najciekawszy w postaciach balansujących na granicy - golemach opętanych zwierzęcym niepokojem o swoją formę.

Jeżeli w okruchach tych postaci możemy odnaleźć formy wiązań z naszych osobistych luster, to już bardzo dużo. Parafrazując Łone, można zanucić - "Ludziom w głowach przydałby się Porczyk - Wentylator".

www.e-teatr.pl
Magdalena Piejko
Nowa siła krytyczna
03-12-2006

Spuszczony ze smyczy

Długowłose, spowite w czarne szaty aktorki wyśpiewujące rzewne songi, mniej lub bardziej udane kopie Ewy Demarczyk - taki stereotypowy obraz wykonawców (a raczej wykonawczyń) piosenki aktorskiej tkwi w naszej świadomości. Ale uwaga, warto zmienić swoje wyobrażenie o 180 stopni. Panie i Panowie, nadchodzi Bartosz Porczyk!

Co jest smyczą dla współczesnego konsumpcjonisty? Jakie rodzaje smyczy tkwią na naszych szyjach? Czy jest to hedonistyczna zabawka, czy kamień Syzyfa, który ciągnie nas w dół? Bartosz Porczyk, laureat 27.Przeglądu Piosenki Aktorskiej, nazywając swój autorski recital "Smycz"( nazwa pochodzi od tytułu piosenki Maanamu) w implicytny sposób stara się na te pytania odpowiedzieć. W półtoragodzinnym show wciela się w postacie diametralnie różne: włamywacza, klienta supermarketu, Człowieka-Małpy, księdza a także prostytutki Margaret. Zmienia maski, kostiumy i style, bawi się konwencją i stereotypem. Igra z widzem, a także z samym sobą, własną płciowością, dotykając delikatnych i ukrytych sfer ego. Pomiędzy świetne teksty Becketta, Artauda, czy Arystotelesa wplata nagrania rapera Łony i Lady Pank w niebanalnej aranżacji Łukasza Damrycha. Co ciekawe ta połamana mozaika, bardzo zgrabnie wyreżyserowana przez Natalię Korczakowską, sprawdza się i dzięki płynnym przejściom każda z wykreowanych postaci jest mini-monodramem, mini-perełką.

Kafkowski zuniformizowany Pan Maksimum, nieporadny Jasio w wielkim afro na głowie, szalenie seksowna Margaret - to przerysowane ludzkie egzemplarze, kolejne odsłony przedstawienia, które "kupujemy" bez chwili zastanowienia. Szczególnie interesująca wydaje się rola księdza Henryka, quasi demiurga, domorosłego kaznodziei, który bardziej przypomina rzeźnika lub bohatera barneyowskiego cyklu "Cremaster" niż dobrego wikarego gotowego przygarnąć zbłąkane owieczki. Włożony w jego usta fragment "Befsztyka i frytek" Rolada Barthes'a jedynie pogłębia absurd demagogicznego "kazania".

Zróżnicowane fizycznie i charakterologicznie indywidua, które przewijają się w recitalu Bartka Porczyka stanowią o sile spektaklu, pokazują bowiem nieprzeciętną zdolność "zlewania się" aktora z kreowanymi postaciami. Ta niebywała umiejętność, paradoksalnie, sporo mówi o samym wykonawcy. Czasami aktor uchyla maskę i mruga do nas okiem czy wykrzywia twarz w smutnym grymasie. Czasami kurtyna za jaką kryją się postaci prześwituje. Poprzez zdzieranie kolejnych warstw tworzących osobowość człowieka, dochodzi się do nagości, zupełnego odkrycia. Wykonując ostatnią piosenkę - tytułową "Smycz", nagi Porczyk kuli się niczym embrion. Już nie ma ról do odegrania, jedyną smyczą jest własne phisis.

Ciało i płciowość odgrywają szczególną rolę w spektaklu. Androgeniczny Pan Maksimum zakłada perukę przechadza się w pończochach na scenie na tle zdjęcia przedstawiającego prostytutkę Margaret. Koło się zamyka.

"Smycz" to recital niebanalny, świetnie zagrany i wyreżyserowany. Nie natrafimy tu na żadne zgrzyty inscenizacyjne czy zbędne elementy. Każdy gest jest przemyślany. Tandem aktor-reżyser nie zawiódł.

więcej

Natalia Kopeć
04-12-2006

Człowieku, otwórz się

Bartosz Porczyk, laureat Przeglądu Piosenki Aktorskiej, znalazł formułę dla ponadgodzinnej "Smyczy". Po PPA zapowiadał, że interesują go wszelkie formy współczesnych narkotyków. "Smycz" jest dojrzałą prezentacją jego refleksji.

Porczyk dostrzega różne odcienie miłości. Tę, dodającą skrzydeł, i tę, która podcina je skutecznie, ograniczając wolność i odbierając radość. Narkotykiem bywają psychiczne uzależnienia, strach, złe relacje między ludźmi, pieniądze, wokół których niekiedy kręci się całe życie.

Oczywiście, nie ma w tym nic odkrywczego, bo tak jest od wieków. Ale Porczyk przedstawia je inteligentnie, a w jedynej autorskiej piosence ("Promocja") podsumował także nowy narkotyk: zakupy w wielkich sklepach, w których aż roi się od okazji tańszych zakupów. W tym świecie człowiek czuje się jak ryba w wodzie, zaopatrzony w "czytnik kodów kreskowych, niewidzialny tatuaż głowy".

Piosenki przeplecione są tekstami Sary Kane, Becketta i innych autorów. Bartosz Porczyk zmienia się na scenie jak kameleon, odsłaniając kruche, smutne człowieczeństwo. Nie boi się ani nagości, ani śmieszności, ani dyskretnych prowokacji. Słucha się go świetnie i dobrze ogląda. Otwiera głowy, niczym włamywacz z piosenki rapera Łony.

Małgorzata Matuszewska
Słowo Polskie - Gazeta Wrocławska
05-12-2006

Smycz i nasze zycie...

O Wrocławiu się mówi że jest kolebką piosenki aktorskiej może za sprawą Przeglądu Piosenki Aktorskiej, a może za sprawą tego co się dzieje we Wrocławiu na scenach teatrów, na scenach Impartu czy w różnych klubach. Nie wiem, ale po spektaklu "Smycz" w reżyserii Natalii Korczakowskiej jestem w stanie potwierdzić te słowa.

Na scenie jeden aktor i sześciu muzyków, skromna scenografia, punktowe światło spływające na głównego bohatera, narratora, który siedzi na krześle i czeka na swoje 3 minuty. Tytułowa smycz została zainspirowana utworem zespołu Maanam. Smycz która trzyma przy życiu, smycz która powoduje że robimy to co robimy, smycz która prowadzi nas często przez życie.

Poznajemy na scenie włamywacza, zakochanego mężczyznę, zwykłego szarego człowieka na zakupach, tragicznego bohatera, pracoholika, dziwkę, księdza i kilka innych postaci. Wszechstronny Bartosz Porczyk który zdobył nagrodę na XXVII PPA, występował w wielu musicalach Teatru Kapitol i jest aktualnie etatowym aktorem Teatru Polskiego we Wrocławiu. Zagrał każda z postaci ekspresyjnie, z bardzo dobrym warsztatem, wymownie, a przede wszystkim bardzo wiarygodnie, ten młody aktor może być w przyszłości kolejnym Banaszewskim który w każdym spektaklu oddaje kawałek siebie, pokazuje publiczności że nie gra swoich postaci tylko, że te postacie to on. Nieważne czy Bartosz Porczyk wyśpiewa nam pracoholika dla którego liczy się tylko praca, czy złodzieja dla którego ważne jest otwieranie wszystkiego co spotka na swojej drodze, czy dziwki która opowiada o swoich klientach. To nie są postacie które on tylko zagrał , to postacie które wcieliły się w niego. Warto śledzić karierę tego młodego aktora. Na pewno zaskoczy nas jeszcze nie raz.

Warto wymienić jeszcze jednego aktora na scenie, jest nim zespól muzyczny, który odgrywa często role drugiego niekoniecznie niemego aktora. Czasami obudzi widzów z letargu, czasami wprowadzi w romantyczny nastrój czy nawet podnieci. Jest to bardzo duża zasługa Łukasza Damrych, który napisał aranże do starych utworów. Takich jak tytułowa "Smycz", "Fabryka Małp" Lady Panku, czy "Margaret" zespołu Myslovitz. Piosenki znane, często lubiane o kompletnie nowym brzmieniu.

Jednym słowem udany spektakl, druga premiera teatru Polskiego w tym sezonie i kolejna udana. Oby tak dalej.

Adam Michalik
źródło: www.wroclaw.moje-miasto.net

Owacja na stojąco dla Bartka Porczyka!

Bartek Porczyk nie brał w niedzielę jeńców - w półtorej godziny podbił i rzucił na kolana całą widownię Teatru Kameralnego.

Solowy spektakl laureata niemal wszystkich nagród zeszłorocznego konkursu PPA i aktora wrocławskiego Teatru Polskiego to popis warsztatu i talentu najwyższej próby. "Smycz" w reżyserii Natalii Korczakowskiej jest ułożona tak, by wydobyć wszystkie walory i możliwości młodego aktora. Oglądamy go jako żywcem wyjętego z powieści Franza Kafki urzędnika, kapłana, włamywacza, szusującego w klapkach na imprezę małolata, prostytutkę. Całość oparta jest m.in. na tekstach Jacka Cygana, Lady Pank, Maanamu, Myslovitz i Łony, a traktuje o potrzebie i poszukiwaniu miłości, a także uzależnieniach i pułapkach współczesności - pracy, konsumpcji, religii, narkotykach. Porczyk igra z publicznością, rozmawia z nią, żongluje konwencjami, by na koniec wystosować tragiczną w swej wymowie diagnozę dla współczesnego człowieka, na którego rozgniewał się sam Bóg. To jedna z najbardziej wstrząsających i autentycznych kreacji, jakie pokazał Przegląd Piosenki Aktorskiej od czasów "Kombinatu" z 2003 roku. Chapeau bas!

Grzegorz Cholewa
Gazeta Wyborcza - Wrocław nr 61
13-03-2007

Teatr występów i wystąpień

Próbę uchwycenia, o co chodzi w przedstawieniu Natalii Korczakowskiej i Bartka Porczyka, zacząć chyba można bardzo prosto: od przywołania Arystotelesa i Kory, dwóch spośród wielu autorów tekstów, których fragmenty składają się na scenariusz Smyczy. Wydaje się, że ten podwójny duchowy patronat pozwala dotknąć istoty Smyczy, będącej w równym stopniu recitalem, co kursem filozofii, i - co za tym idzie - niedającej zredukować się do żadnej z wymienionych formuł. Jeśli już chcielibyśmy za wszelką cenę przyporządkować Smycz któremuś z tych konceptów, wypadałoby mówić - dość potworkowato - bądź o filozoficznym recitalu, bądź o wokalnym traktacie i aby tego uniknąć, proponowałbym - zgodnie z zasadami logiki wyłuszczonymi w Organonie - posłużyć się terminem pośrednim łączącym cechy dwóch rozważanych pojęć. Za takie pojęcie najpewniej uznać można teatr, będący z jednej strony, począwszy od swoich greckich i średniowiecznych źródeł, miejscem, w którym się śpiewa, a o którym, z drugiej strony, pisze Filozof, że jest "bardziej filozoficzny niż historia".

Definiowałbym więc Smycz jako teatr filozoficzny z piosenkami, bo pozwala to opisać wielogatunkową naturę spektaklu, będącego mieszanką rozmaitych kodów porozumienia z publicznością. Właśnie ta cecha: kontakt mówiącego ze słuchającymi, wzrokowy kontakt patrzących z tym, na którego się patrzy (zgodnie z grecką etymologią słowa teatr), pozwala spotkać się wykładowi filozofii, recitalowi i tradycji dramatycznej o tyle, o ile wszystkie wymienione zjawiska stanowią warianty sformalizowanego "pokazywania czegoś komuś" - teatru właśnie.

W samym spektaklu pojawia się jeszcze inne określenie opisujące ten typ zjawisk: "występy". Smycz jest teatrem występów i wystąpień. [...]

Żywot rozszczepiony

Ta mnoga i fragmentaryczna konstrukcja przedstawienia pozwala we frapujący sposób wybrzmieć pytaniu o tożsamość człowieka i jej ciągłość na przestrzeni ludzkiego życia. Osadzone w tej strukturze piosenki wyznaczają rodzenie się i dojrzewanie kolejnych wcieleń, ale też ich umieranie, przechodzenie z jednej metamorfozy w drugą. W odróżnieniu od recitalu śpiew nie ma tutaj wymiaru "interpretowania" wcześniej przygotowanych utworów, ich "wykonywania", ale stanowi wydarzenie znajdujące swoje miejsce w porządku fikcji. Jest momentalnym aktem powołania do życia postaci, posiadającej jednostkową historię i los, które za każdym razem ustąpić muszą następnym.

Postrzegana jako inscenizacja dramatu - w przeciwieństwie do klasycznej tragedii, która "nie powinna przedstawiać całego życia bohatera", a jedynie jego ściśle ograniczony wycinek - Smycz jest teatrem totalnym, obejmującym obszar od narodzin do śmierci. Taka jest jedna z funkcji uruchomionej w przedstawieniu opozycji pomiędzy nagością a ubraniem: w finale, kiedy bohater Smyczy opisał już i moment przyjścia na świat, i własne umieranie, widzimy - z oddali, poprzez rozpięte w głębi sceny płótno - jego nagą sylwetkę. Można to odczytywać jako obraz śmieci, ale też jako powrót do punktu wyjścia: czystości życia uwolnionego od logiki występów. Ten totalny wymiar przedstawienia widoczny jest w sposobie budowania przestrzeni poprzez rekwizyty i ruch: krzesło, lustro, ściana, mikrofon, płótno z gigantyczną fotografią kobiety. [...]

Poza ruchem, o którym już pisałem, poza powrotami i ucieczkami z raz opanowanych miejsc zagadnienie relacji bohatera wobec kolejnych wcieleń symbolizowane jest w przedstawieniu środkami czysto aktorskimi: niektóre z wcieleń, niektóre ze zdań, słów itp. Porczyk smakuje z widoczną przyjemnością, inne wypluwa z siebie w pośpiechu. Maski niosą ze sobą niespodzianki, przyjmowane przez bohatera jako swoje wiodą niekiedy ku nieoczekiwanym horyzontom. Zdarza się, że rola, która dopiero co umożliwiła ucieczkę przed czymś strasznym, po kojącym początku zbacza raptownie w koszmar, a rola przyjęta z oporem daje niespodziane ukojenie. [...]

Przeciwstawne rytmy i tempa znajdują swoje zaprzeczenie (a może logiczne rozwiązanie, podobne do rozwiązania dysonansowego akordu w konsonans) w figurze bezruchu. Bezruch, opowiedziany tekstem Samuela Becketta, otwiera przedstawienie i on też je kończy (na tekście Antonina Artauda). Ten bezruch (przeciwstawiony i połączony z ruchem), podobnie jak wcześniej nagość, interpretowałbym równocześnie jako negację i jako obietnicę.

W porządek negacji i obietnicy wpisuje się też problem relacji pomiędzy bohaterem Smyczy a innym człowiekiem. Mimo solipsystycznej struktury zbudowanego w przedstawieniu świata to właśnie otwarcie się na innego stanowi może najciekawiej i najmniej jednoznacznie zarysowany wątek spektaklu. Kobieta, której powiększona fotografia dominuje nad sceną, ma rysy bohatera. Symbol narcyzmu? Ilustracja obiegowej prawdy o tym, że kochając, kocha się swoje wyobrażenie innego? [...] Widzę w tym obrazie, odnoszący się do czegoś więcej niż do uczucia miłości, wyraz tragizmu ludzkiej relacji ze światem, skazującej człowieka na odnajdywaniu we wszystkich zjawiskach własnego odbicia. W tę samotność bohatera Korczakowska wprowadziła dwa znaki innego: wyłaniająca się zza lustra ręka pomaga bohaterowi w zmianie charakteryzacji podczas jednej z metamorfoz; na samym końcu odpowiada mu głos dobiegający z offu. Stosując naiwną, ale przecież naturalną kategorię "dobrego" i "złego" zakończenia, nie umiałbym powiedzieć, czy przedstawienie kończy się dobrze czy źle. Wieloznaczny, jak bezruch, któremu towarzyszy, drugi głos może być tym samym, czym jest trzymanie za rękę umierającego, ale może też nieść ratunek: to, co jest pewne, to fakt, że autorom przedstawienia udało się zasugerować klimat niepewności towarzyszącej obecności innego człowieka w życiu bohatera [...].

Michał Bajer

Widownia prowadzona jak na "Smyczy"

Był sobie żołnierz, który postanowił nie brać jeńców i wygrać wojnę w pojedynkę. Rozstrzelał wszystkich emocjami, przejechał się po konwencjach i po brawurowym szturmie na piosenki znanych polskich twórców wbił w podbitą scenę Teatru Polskiego swój sztandar. Sztandar jednego aktora - Bartłomieja Porczyka.

Tytułowa smycz miała być symbolem. Symbolem zniewolenia, przymusów, uzależnienia od różnorakich substancji, ale i od uczucia. Jednakże, im dłużej trwało przedstawienie, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, iż piosenka zespołu Maanam stała się dla Porczyka jedynie pretekstem do popisywania się swoim kunsztem i świetnym aktorskim warsztatem. Gdy młody aktor wygrywał Przegląd Piosenki Aktorskiej, wszyscy - zarówno widownia, jak i jurorzy- zrozumieli, iż oto stoi przed nimi człowiek niezwykle uzdolniony, prawdziwy talent. Taką osobowość należało spożytkować i "Smycz" stała się miejscem, gdzie Porczyk mógł się rozwijać i prezentować swoje zdolności szerszej publice.

Porczyk potraktował naszą popkulturową rzeczywistość jak wielki hipermarket. Przeszedł się między różnymi regałami, różnymi działami i wybrał to, co mu się mogło przydać. I tak połączył piosenki Łony, Maanamu, Lady Pank z krążącymi po Internecie dowcipami, cytatami z filmów Almodovara, scenkami z filmów, opracowaniami naukowymi i stworzył niebanalne widowisko.

Przez całe przedstawienie umiejętnie wodzi widza za nos, raz go kokietuje, innym razem wydaje się całkowicie o nim zapominać. Prześlizguje się po jego emocjach, bawi jego własnymi przyzwyczajeniami, uwielbia się z nim droczyć. W jednej chwili wzbudza smutek, chwilę później straszy, by zaraz potem jakby nigdy nic rozśmieszyć wszystkich do łez. Nie wiadomo, czym za moment zaskoczy, w jaką postać się wcieli. Raz jest włamywaczem, później niewysokim dyktatorem sławiącym IV Rzeczpospolitą, a na końcu prostytutką zmysłowo wypluwającą fontannę wody niczym Demi Moore w "Striptizie".

Uprawia żonglerkę emocjami i konwencją. Nie daje się zamknąć w schematach, wszystkiemu nadaje swój niepowtarzalny rys. Każdy jego ruch, każda jego mina, każde słowo są idealnie dopracowane i mają za zadanie tylko jedno - dowieść jego kunsztu i rozbawić publiczność.

Niby wszystko już było. Wszystko wydawało się stetryczałe i nieświeże. Bartłomiejowi Porczykowi udało się w stare tchnąć nową jakość, połączyć, zmieszać, dodać swój talent i wyciągnąć prawdziwe, oryginalne show.

Marcin Szewczyk
marcin.szewczyk@dlastudenta.pl
źródło: www.dlastudenta.pl

Smycz (The Leash)

Axis, Ballymun

Każdy, kto kocha teatr, powinien pojawić się dzisiejszej nocy na ostatnim pokazie w Ballymun niezwykłego monodramu napisanego i zagranego przez polskiego aktora Bartosza Porczyka.

Język nie stanowi problemu - spektakl jest tłumaczony bardzo efektywnie z wykorzystaniem slajdów wyświetlanych nad sceną, co bardzo podoba się publiczności nieznającej polskiego. Dzięki temu każdy może docenić nowoczesną literaturę, którą wykorzystano w spektaklu, z zaskakującymi puentami oraz cudowną muzykę graną na żywo przez ośmiu muzyków.

Smycz - tytuł spektaklu - rozumiany jest jako ograniczanie poprzez miłość, autorytety, politykę lub religię. Porczyk zbudował swój spektakl z monologów, śpiewu i muzyki. Jego technika sprawia duże wrażenie - zmienia się on ze starca w romantycznego niezgułę, z włamywacza w pełną wdzięku i poruszającą prostytutkę, a wszystko to w minimalnej scenografii i z wykorzystaniem kilku rekwizytów oraz kostiumów. Jego głos brzmi jednakowo dobrze zarówno kiedy śpiewa, jak i kiedy mówi.

Owacje na stojąco po pierwszym pokazie były jak najbardziej zasłużone.

Noeleen Dowling
"Irish Times" 22 IX 2007, s. 2
Przekład Pr

SMYCZ (The Leash)

Axis Arts Centre
20-22 września 2007, godz. 20:00

Bartosz Porczyk jest jednym z tych potrójnie utalentowanych artystów z Europy Wschodniej, o których tak wiele słyszycie: Potrafi grać! Potrafi śpiewać! Potrafi żartobliwie zanalizować współczesną kondycję globalizacji i żarłoczność kapitalizmu, jednocześnie wzruszająco malując potargane pragnienia ludzkich serc!

Jego monodram Smycz - którego tytuł trzeba przetłumaczyć The Leash - dotyczy ograniczeń narzucanych jednostce w sferze jej indywidualnej identyfikacji, chociaż spektakl wyreżyserowany przez Natalię Korczakowską jest całkowicie nieskrępowany, utkany z nitek tekstów oryginalnych i literackich cytatów (od Becketta do Sarah Kane, od Arystotelesa do Bernarda-Marie Koltesa) i uruchamiany wywrotowym rytmem kabaretu.

Zaczynając jako skurczona, widmowa postać, zainteresowana "otwieraniem umysłów", Porczyk na naszych oczach przybiera i zdziera z siebie kolejnego krnąbrnego bohatera. Jego następujące przebiegłe zmiany i zdyscyplinowana cielesność wyczarowują społeczeństwo samotników: niekochanych ekscentryków, faszystowskich księży i jedną zdumiewająco przekonującą prostytutkę - Margaret - która staje się poobijaną duszą spektaklu.

Intencja przedstawienia jest jak najbardziej poważna - odnosi się do politycznego sporu, duszącego religijnego konserwatyzmu i niszczącej duszę etyki pracy współczesnej Polski - chociaż piosenki, wybrane z polskiego rocka, punka, a nawet rapu, pojawiają się opakowane w porywający i grany na żywo jazz, jednocześnie humor spektaklu jest okrutny i odświeżający. (Nawet parę okularów z drgającymi na drutach plastikowymi gałkami udało się wykorzystać jako efekt przykuwający uwag widzów.) "W środku jesteś tragiczny" - mówi jedna z ignorowanych postaci, w miarę jak nasz śmiech zamiera. - "Na zewnątrz jesteś śmieszny". Wzruszające przedstawienie Teatru Polskiego umożliwia nam intymne spojrzenie z obu punktów widzenia.

Peter Crawley
"Irish Theatre Magazine", nr 32, jesień 2007
Przekład Pr

Smycz Bartosza Porczyka spodobała się w Irlandii

Spektakl "Smycz" Bartosza Porczyka okazał się sensacją irlandzkiego Dublin Fringe Festival. Przedstawienie spodobało się widzom i krytkom, a Porczyk zdobył nagrodę za najlepszą główną rolę męską.

Spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu był jednym z około 100 przedstawień, jakie można było zobaczyć podczas wrześniowego festiwalu w Dublinie. "Smycz" została nominowana do nagrody głównej w trzech kategoriach: najlepsza muzyka, najlepszy spektakl i najlepsza rola męska.

- Bartosz Porczyk jest jednym z tych potrójnie utalentowanych artystów z Europy Wschodniej, o których tak wiele słyszycie: Potrafi grać! Potrafi śpiewać! Potrafi żartobliwie zanalizować współczesną kondycję globalizacji i żarłoczność kapitalizmu, jednocześnie wzruszająco malując potargane pragnienia ludzkich serc! - napisał o młodym aktorze recenzent "Irish Theatre Magazine".

- Jego technika sprawia duże wrażenie - zmienia się on ze starca w romantycznego niezgułę, z włamywacza w pełną wdzięku i poruszającą prostytutkę, a wszystko to w minimalnej scenografii i z wykorzystaniem kilku rekwizytów oraz kostiumów - wtórował mu dziennikarz "Irish Timesa".

"Smycz" to autorski spektakl Porczyka, aktora wrocławskiego Teatru Polskiego i laureata głównej nagrody Przeglądu Piosenki Aktorkiej w 2006 roku. Na przedstawienie skladają się krótkie monologi i piosenki z repertuaru Maanam (tytułowa "Smycz"), Łony, Marka Grechuty, grup Myslovitz i Lady Pank oraz Fasolek.

MRA
żródło: www.kulturaonline.pl
2007-09-24

Genius Loci. Odsłona ósma

Z boku sceny, na pomoście zakończonym lustrem siedzi mężczyzna: zgarbiony, niechlujnie ubrany. Nieruchomo. Zza ciemnych okularów - patrzy w widownię. Jego ręce spoczywają na kolanach. Nieruchomo. Mówi fragment tekstu Samuela Becketta ("Nieruchomo"), potem słowa piosenki zespołu Łona ("Włamywacz"). Każdy jego ruch wymaga ogromnego wysiłku - nie tyle mięśni, co woli. Tak zaczyna się i kończy autorski recital Bartosza Porczyka - "Smycz". Te sceny: pierwsza i finałowa stanowią pewnego rodzaju klamrę spektaklu oraz kontrastują z żywiołowością tego, co dzieje się między nimi.

Aktor/postać wstaje w końcu z krzesła, nadal zgarbiony z trudem podchodzi do stojącego w centrum sceny mikrofonu. Twarz ma wybieloną, jest ogolony na łyso. Wygląda trochę jak manekin, gotowy przyjąć na siebie kolejne ubrania/skóry.

Gdy zaczyna śpiewać - staje się zupełnie inną osobą: pewną siebie, żywiołową. Od tej pory - żonglując fragmentami różnych tekstów - będzie co chwila przemieniał się w inną postać, lub może różne warianty tej samej. Raz śpiewa, raz mówi, interpretując zarówno teksty popularnych piosenek (obok siebie: Łona, Marek Grechuta, Lady Pank, Maanam, Myslovitz i Fasolki) jak i przeróżnych tekstów dramatycznych i epickich (Sarah Kane, Bernard-Marie Kolts, Samuel Beckett, Antonin Artaud, Roland Barthes, a nawet Arystoteles). Tworzy w ten sposób przedziwną, ale spójną mozaikę, w której dalekie od siebie, zarówno stylistycznie, jak i tematycznie, utwory, wzajemnie się naświetlają.

Wciąż zmienia kostiumy. Odwracając na lewą stronę marynarkę - tworzy sukienkę dla kurwy, zakładając perukę afro i klapki - zmienia się w nastoletniego nieudacznika. Ponieważ każdy kolejny utwór to "zmiana skóry", nowa postać, nowy wariant uzależnienia: od pracy, od zakupów, od drugiej osoby.

"Smycz" i "Włamywacz" to chyba słowa klucze do tego spektaklu muzycznego. "Smycz" zespołu Maanam, która była inspiracją do powstania recitalu - to symbol uzależnienia - choroby, na którą cierpią wszystkie prezentowane na scenie postaci. "Włamywacz", bo Bartosz Porczyk włamuje się w nie i ogołaca przed widzami - odziera z fałszu, obnaża ich słabości. Ujawnia ich komizm, pomimo wewnętrznego tragizmu. Bo choć wszystkie postaci są w głębi duszy nieszczęśliwe - w gruncie rzeczy - śmieszą. To jeden z ich głównych dramatów. Nawet ich ból zostaje obniżony, niezrozumiany, błazeński.

Postaci pojawiające się na scenie łączy nie tylko fakt uzależnienia, ale i ogromna samotność połączona z pragnieniem miłości. Wciąż powracające fragmenty wyznania miłosnego z dramatu "Łaknąć" Sarah Kane to rozpaczliwe wołanie o uczucie. Niezdarne, czasem niespójne, wyuczone na pamięć. To wołanie w pustkę i ciszę zagłuszaną mową, krzykiem, śpiewem, głośną muzyką. Wyznanie skierowane jest jedynie do ogromnego zdjęcia roznegliżowanej kobiety widniejącego w tyle sceny, która jednak okazuje się być kolejnym odbiciem, nie wykraczającym poza świat kreowany na scenie przez Porczyka. Gdy aktor przebiera się za prostytutkę - okazuje się, że widniejąca na fotografii Margaret to jego kolejne wcielenie.

Jedynymi towarzyszącymi Porczykowi na scenie osobami są członkowie grającego na żywo zespołu jazzowego przebrani za księży oraz kobieta, która zabiera lub podaje mu rekwizyty i wodę. Ani muzycy, ani kobieta nie należą jednak do świata kreowanego przez aktora. Są elementem teatralnym, pomocniczym. Ich relacja z aktorem przypomina kontakt zespołu z wokalistą podczas koncertu. Ich obecność nie niweluje więc osamotnienia postaci kreowanych na scenie.

Występ Porczyka jest atrakcyjnym show: zróżnicowanym, świetnie zrytmizowanym, nieustannie wywołującym śmiech publiczności. Aktor daje popis swoich niesamowitych zdolności: bez trudu przechodzi z roli do roli - zmieniając postawę ciała, sposób poruszania się, mówienia; przewrotnie interpretuje znane dobrze teksty - umieszczając je w nieoczywistych kontekstach - gra z przyzwyczajeniami widza; śpiewa brawurowo - idealnie zgrywając się z zespołem muzycznym. Jednak pod zewnętrzną atrakcyjnością i komizmem kryje się ogromny smutek i melancholia. Wydzierają one ze szczelin między kolejnymi popisami: w lirycznej piosence "Łatwopalni" Maryli Rodowicz śpiewanej przez Margaret, w pojawiającym się co jakiś czas zniechęceniu, dezorientacji i wyczerpaniu aktora, a w końcu w - tworzącym klamrę spektaklu - znieruchomieniu siedzącej na krześle, cichej, niemal martwej postaci. Może to wszystko, co działo się na scenie, to jedynie zmaterializowana wizja tego apatycznego mężczyzny. Może mając przed sobą jedynie zaprezentowane możliwości samorealizacji i aktywności, z których każda przynosi jedynie rozczarowanie, woli pozostać w bezruchu, ukryć się przed światem, nie istnieć?

Monika Kwaśniewska
Nowa Siła Krytyczna
źródło: www.e-teatr.pl
20-10-2007

Moje fanaberyjki

Teatr to miejsce dla tych, którzy szukają uczuć najwyższej próby, którzy chcą widzieć świat bez złudzeń i w których sercach na co dzień drzemie bunt przeciwko złu, banalności i nudzie. Wałbrzyskie Fanaberie Teatralne wychodzą tym oczekiwaniom na przeciw.

"Białe noce", czyli marzenie o miłości

To dla mnie osobiście najbardziej wzruszający spektakl. Agnieszka Przepiórska - Gawin i Bartosz Kopeć przenieśli nas do Petersburga w świat marzycieli poszukujących bliskości i miłości. Co ciekawe, ponieważ aktorzy studiowali w Petersburgu (ze szkół warszawskich ich wyrzucono!), robili próby także mniej więcej w tym miejscu, gdzie Dostojewski umieścił akcję swojego opowiadania. Na uwagę zwraca oszczędność w użyciu rekwizytów. Zresztą nie są one potrzebne. Wyobraźnia całkowicie je zastępuje. - Nasze podstawowe rekwizyty to, gdziekolwiek występujemy, łóżko i żarówka - mówi Bartosz Kopeć, który na scenie pali prawdziwe biełomory. Kupuje ich zawsze kilkanaście paczek na potrzeby spektaklu, kiedy jest w Rosji. - Ponieważ Giena-dij Trostaniecki (reżyser - przyp. AJ) dużo pracuje z klaunami, musieliśmy np. grać na próbach z czerwonymi noskami. Chodziło 0 to, żeby w rezultacie te postacie były wzruszające i śmieszne - wyjaśnia Agnieszka Przepiórska - Gawin. Moim zdaniem udało się osiągnąć ten efekt.

Zło tkwi w nas, wokół nas, ulegamy, a o wiele częściej stajemy się jego ofiarą. Tonka Babic nie może spać. Wspomina lata wojny na Bałkanach, swoje życie wśród Chorwatów jako Serbka - dziedzictwo krwi po ojcu, którego nigdy nie widziała, znienawidzony głos syreny przeciwlotniczej. Opowieść przeplata wspomnieniami z czasów dzieciństwa, wstawkami o kochanku. Przez pierwszą część przedstawienia słychać było wybuchy śmiechu na widowni. Podczas drugiej, kiedy w opowie-ści bohaterki zaczynają dominować przerażające szczegóły, zapada cisza. Bohaterka nie oszczędza i siebie. Wspomina, jak to przez jej przekorę jej krewniak katował swoje dziecko. Tylko za to, że nie czekało ono, aż go znajdzie ciotka Tonka, ale odpowiadał na jej wołanie.

I jak nie mogła przestać go wołać, chociaż wiedział, czym to się skończy... O złu w dużym i małym formacie opowiadała rewelacyjnie Krystyna Janda.

Aż trudno uwierzyć w to, co aktor może zrobić z własnym ciałem, jak bardzo potrafi je wykorzystać jako narzędzie pracy. Bartosz Porczyk garbił się, powłóczył nogami, przechadzał się pewnym siebie krokiem prostytutki czy był odrzuconym, będącym u kresu sił kochankiem. W każdą z tych postaci wcielał się płynnie i w każdej był wiarygodny. Szczytem jego kunsztu (i prowokacją!) było mówienie tonem, jakiego używają księża w kościołach o... befsztyku! Nic dziwnego, że na festiwalu w Irlandii otrzymał nagrodę w kategorii najlepszy aktor. Udział w tamtym festiwalu zaowocował jeszcze zaproszeniem na występy w dublińskim teatrze. "Smycz" zakończyła Fanaberie w sposób brawurowy- widownia dosłownie nie mogła przestać bić braw.

- Stawialiśmy na wyraziste aktorstwo, które jak widać widzowie lubią i doceniają

- podsumował jej reakcję dyrektor artystyczny, Piotr Kruszczyński.

Dobre wieści

Dyrekcja teatru zapowiedziała, że w przyszłym roku teatr dostanie na realizację kolejnych Fanaberii więcej pieniędzy.

- Dzięki temu Fanaberie zyskają międzynarodowy charakter - powiedziała na zakończenie dyrektor Danuta Marosz. Taka wiadomość na pewno ucieszy miłośników festiwalu.

Anna Jurczyk
Tygodnik Wałbrzyski nr 49/03.12
06-12-2007

Ogłupiały aktor - widz

Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!

Powyższy, powszechnie znany cytat z Gogola, nie pada w spektaklu "Smycz". A mógłby. Chociażby z tego względu, że cały spektakl, to jeden wielki intertekst. Olbrzymia Wieża Babel, mieszanina mądrych i głupich tekstów, zespolonych zgrabnie i przyjemnie osobą aktora tej monodramy, rewelacyjnego Bartosza Porczyka.

Mamy do czynienia z przejmującą interpretacją "Fabryki małp" Lady Punk, "Befsztykiem i frytkami" Rolanda Barthesa opowiedzianymi w formie kazania kościelnego, fragmentami dramatu Becketta "Nieruchomo" i wieloma innymi. Niesamowite aktorstwo Porczyka, jego precyzyjne, swobodne operowanie głosem i ciałem, niekiedy doskonale podkreślają wymowę spektaklu, niekiedy przykro kontrastują z płycizną tej wymowy, niekiedy w ogóle ją przesłaniają. Idealnie jest, gdy przebrany za dziwkę bohater, wywołuje salwy śmiechu, po czym jedną kwestią sprawia, że dławimy się tym śmiechem sprzed sekundy i przez dłuższy moment siedzimy w ciszy i skupieniu. Żal mi było wysiłku aktorskiego przy odświeżaniu brodatego dowcipu o chłopcu, co to kupił rękawiczki swojej ukochanej na urodziny. W pewnym momencie doskonale się bawiłam, podziwiając wysiłki wioskowego głupka, zmierzającego w klapkach na imprezę, na której miał spotkać swoją ukochaną. I trochę szkoda mi było, że wśród salw śmiechu gdzieś zagubiło się zdanie o tym, jakie to straszne, gdy coś od wewnątrz tragiczne, od zewnątrz jest tylko śmieszne.

Cytat z Gogola mógłby jednak paść w "Smyczy" z jeszcze jednego, wg mnie najważniejszego powodu. Tak naprawdę całe to przedstawienie opowiada o widzu. Wciąga go w subtelny sposób w swój przebieg, wymusza pewne reakcje, po czym każe się ich wstydzić. Każe mu się śmiać z opowiadanej mimochodem historii człowieka, który tak bardzo potrzebował drugiej osoby, kobiety, że w końcu sam się nią stał. I ukazuje jednocześnie głupotę i okrucieństwo tego śmiechu, który, jak pisał Stachura, dzięki odrobinie zrozumienia i współczucia mógłby zamienić się w płacz. Pokazuje, czasami stereotypowo i płytko, człowieka uwięzionego przez konsumpcję (tytułowa "Smycz" z piosenki Maanamu) i przez sam fakt, że samo stało się konsumowanym powszechnie produktem (po spektaklu można porozmawiać z osobami, które widziały go po raz trzeci, bynajmniej dla jego ważkich treści) wskazuje na widza palcem mówiąc: "Śmiejąc się z opętanego konsumowaniem bohatera, śmiejesz się z siebie". Być może robi to zbyt subtelnie, o czym świadczy jego niegasnąca popularność. W końcu żaden człowiek nie wytrzymałby wysłuchania trzy razy tej samej krytyki, gdyby tylko zdawał sobie sprawę z tego, że jest krytykowany. Można to jednak traktować jako swoisty sukces spektaklu. W końcu teatr jest również (przede wszystkim?) od tego, aby się sprzedawać. I chyba będzie optymistyczną konkluzją stwierdzenie, że to dobrze, że tym razem sprzedaje się tak świetnie coś lepszego, niż sztuki Ray'a Cooney'a.

Jolanta Nabiałek
Dziennik Teatralny Kraków
23 stycznia 2008

Rezerwat dzikich stworzeń

Nawet w najbrudniejszej kałuży odbija się Niebo...

Widzowie wielokrotnie wracają na ten spektakl, każdorazowo odkrywając w nim nowe płaszczyzny. Z trudem udaje się zdobyć bilet... Jest to alternatywna sztuka, tak różna od ogólnie przyjętego pojęcia recital - oryginalna, poszukująca, "jakaś". W swej formie przypomina parabolę - pod welonem słów i gestów kryje się bowiem głębsze dno. Przesłanie stanowi tu refleksja nad własnym systemem wartości, bo - jak przypomina ambitny aktor - choć rzekomo rodzimy się wolni, istnieje mnóstwo smyczy, do których jesteśmy poprzypinani...

"Urodziłem się z owiniętą wokół szyi pępowiną - mama mi powiedziała. A podobno rodzimy się wolni..." - pada z kameralnej sceny i ma to niesamowitą siłę wyrazu. Nie czując upływającego czasu, widzowie poznają historie kilku postaci - różnych od siebie pod każdym względem: od tego, w jaki sposób się poruszają, po czysto wizualne cechy. Są jednak ze sobą ściśle powiązane w jednej kwestii - każda z nich spętana jest, jak nie ślepą i bezowocną pogonią za pieniądzem, to oddawaniem się za nie, w poszukiwaniu prawdziwego uczucia. Postaci, jakie buduje Porczyk, plączą się w swoim zniewoleniu. Aktor Teatru Polskiego ukazuje różne jego oblicza, bo czy jest nim serialomania, wieczny hedonizm, czy nieodwzajemniona miłość, albo sprzedawanie się za odrobinę czułości - wszystko to, to tylko inne "opakowania" tego samego mentalnego niewolnictwa. Za każdym razem jest to czyjś - uświadomiony, bądź nie - dramat. "Smycz" zwraca uwagę na dwoistość ludzkiej natury oraz na paradoksalność świata: jedni płacą za uczucie, drudzy z kolei cierpią na brak pieniędzy, narzekając przy tym, że jedyne, co posiadają, to "puste uczucia"...

W świecie, w którym dominuje kult mamony i bogiem staje się już nie drugi Człowiek, ale Marka czy Komputer, artysta zwraca uwagę na dychotomiczność świata, w którym realne wartości - niegdyś ulokowane na najwyższej z półek ważności - dziś spychane są do rynsztoka. Współcześnie zupełnie inne rzeczy stały się priorytetami - teraz godziny seriali dyktują nam plan dnia, w wolny dzień zabiera się rodziny na spacer...do hipermarketów. Pajęczyny nałogów, jakie zarzucają na siebie ludzie, przysłaniają to, kim są naprawdę i do czego zostali stworzeni. Bo z pewnością są to wyższe cele. Człowiek spętany w więzy nałogu zatraca samego Siebie, a więc najwyższą z wartości. Może czas oprzytomnieć? Nie ma szans, to już za daleko zaszło...

Najbardziej urzeka fakt, że Porczyk - prócz uraczenia widzów porcją ciekawie zaaranżowanych piosenek - nie tyle odgrywa te, tak zróżnicowane postaci, ale jednocześnie wchodzi w interesującą interakcję z samymi widzami i to stanowi właściwy spektakl. Historia "ludzi na smyczy" jest jedynie pretekstem do postawienia samemu sobie istotnych pytań o własny system wartości - czy tych realnych priorytetów nie przysłoniły jakieś atrapy wartości? Czy nie weszliśmy do jaskini Platona, w której - patrząc na cienie - odbieramy je za to, co realne? Odpowiedzi na nie każdy z widzów udzieli w zgodzie z własną wrażliwością. W końcu życie każdego człowieka ma kolor jego wyobraźni. Jakże wielu jest wobec tego ubogich...

Przeplatające się fragmenty utworów z tekstami Becketta, Arystotelesa, czy Sarah Kane układają się w niewiarygodnie spójną całość. Autorem części z nich jest sam Porczyk, doskonale i umiejętnie bawiący się konwencją - widzom proponuje koktajl dowcipu, wzruszenia, liryzmu ze szczyptą autoironii i domieszką tragizmu. A przy tym wizualnie to miniwidowisko nie jest pozbawione sympatycznych elementów zaskoczenia. Pomimo oszczędnej scenografii, artysta inspiruje ciekawymi technicznymi rozwiązaniami. Nietypowy recital w jego wykonaniu przede wszystkim urzeka realizmem, bo choć do każdej z postaci podchodzi z należnym jej szacunkiem, to i z dystansem, budując jednocześnie wiarygodne portrety bohaterów. Służą one jedynie ukazaniu pewnych nie-prawidłowości, które rządzą dzisiejszym światem.

Łamiąc nastrój pełen dowcipu, a więc i śmiechu publiczności, aktor potrafi w chwilę później prawdziwie wzruszyć, budując przejmujący klimat - zarysowując kontury tragizmu Margaret. To ona stanowi postać kluczową, oś całego spektaklu - to do niej odnoszą się inne postaci. Cała teatralna opowieść rozegrana jest właśnie wokół postaci ulicznicy, której fascynacji ulega pewien wrażliwy człowiek...To nią i w niej Porczyk maluje kontury największego dramatu, zdaje się mówić najdonośniej, docierając do najgłębszych strun wrażliwości. W ostatniej scenie - pomimo fizycznej nagości - Bartosz może kamuflować swoje wnętrze, schowany za tiulem siatki. Kiedy pokazuje widzom Margaret - staje przed nimi zupełnie nagi...Paradoksalnie, jedynie prostytutka Margaret jest postacią, będącą w stanie zdjąć z szyi smycz i to ona zadaje najtrudniejsze, bo niewygodne pytania.

O czym jest "Smycz"? O tym, że w poszukiwaniu Wartości człowiek zapomina i nie dostrzega tej największej z nich - Siebie.

Katarzyna Czechowska
"Dziennik Teatralny Wrocław"
1 luty 2008

Publiczność na "Smyczy" padła na kolana...

Smycz w Jeleniej Górze

... i wstała, by owacją nagrodzić aktorów Teatru Polskiego z Wrocławia, którzy zagrali w finałowym spektaklu XXVIII Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych. Było za co bić brawo: perfekcyjna gra, świetna muzyka i wielki talent Bartosza Porczyka, który w przedstawieniu pokazał więcej niż klasę.

Nie byłoby tej sztuki, gdyby nie Porczyk, ale i nie byłoby jej bez muzyków, reżyserki i scenografki Natalii Korczakowskiej i polskiej rzeczywistości. Każdy z tych elementów był składową częścią tej udanej całości. Gdyby zabrakło choć jednej, sztuka runęłaby.

Samo przedstawienie można by nazwać monodramem, choć nie jest to monodram w klasycznym tego słowa znaczeniu. W sztuce gra bowiem nie tylko główny bohater, a raczej bohaterowie wykreowani przez Bartosza Porczyka, lecz także muzyka. Mnóstwo cytatów z różnych popularnych i mniej piosenek ilustrujących to, co frapuje "maski" wykonawcy. Ten wciela się a to w paralityka, a to w prowincjonalnego "fircyka", a to w rozwydrzonego nastolatka, a to w wykładowcę, a to prostytutkę - w końcu - w starca.

Towarzyszy mu rzeczywistość: nasza, polska, namacalna, o której wiele mógłby powiedzieć każdy z nas: konsumpcjonizm, degrengolada umysłowa, przeintelektualizowanie. Dostaje się w sztuce po równo: intelektualistom świeckim i kościelnym, pruderyjnym drobnomieszczanom, czy też rewolucyjnym artystom. A sam tekst, momentami trącający krawędzi norm przyzwoitości, w przedstawieniu nie razi. - O, k , czy my nie jesteśmy czasem w teatrze? - pyta kobieta lekkich obyczajów wykreowana przez Porczyka. I wzbudza, nie tylko tym powiedzeniem, salwy śmiechu wśród widzów, z którymi cały zespół Polskiego nawiązuje zresztą świetny kontakt.

Chyba nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że po części śmieją się sami z siebie. Widzianych w krzywym zwierciadle, które zresztą jest jednym z elementów scenografii. Każdemu bowiem z nas zdarza się doświadczać stanów, myśli i przeżyć, o których mowa w "Smyczy".

Świetny akcent na finał Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych i jednocześnie bardzo wysoko postawiona poprzeczka dla zespołu Teatru Jeleniogórskiego. Podczas najbliższej premiery na pewno będzie porównywany do tego, co pokazali dziś aktorzy Teatru Polskiego z Wrocławia.

TEJO
www.jelonka.com
22-10-2008

Rewelacyjna "Smycz" na finisz

Smycz w Jeleniej Górze

Owacją na stojąco zakończyły się dzisiaj 38. Jeleniogórskie Spotkania Teatralne. Sprawił to Bartosz Porczyk monodramem muzycznym "Smycz", wyreżyserowanym przez Natalię Korczakowską.

Od pierwszych słów wypowiedzianych, wyśpiewanych, wyszeptanych, wykrzyczanych... Bartosz Porczyk wbił publiczność w krzesła. Włamywacz, w następnej minucie pracoholik, klient polujący na promocje w supermarekecie, chłopiec, ksiądz, wreszcie Margaret... Bartosz Porczyk dał popis mistrzostwa aktorskiego. Razem z aktorem grała scenografia, światło, muzyka. Historie wyśpiewane i wypowiedziane ze sceny więcej powiedziały o pułapkach i smyczach współczesnego człowieka, jego uzależnieniach i marzeniach, niż niejeden tekst, dramat, reportaż, socjologiczny raport.

Publiczność 38. JST na finisz dostała teatralną perełkę. Nie można tego powiedzieć o samych Spotkaniach, które zdominowały spektakle awangardowe, hermetyczne. Widzowie, którzy obejrzeli wszystkie spektakle 38 . JST, mogli wyłuskać spektakle, które ich poruszyły. Przeciętny widz, który wybrał losowo przedstawienia tegorocznych JST, mógł zderzyć się ze szklaną ścianą niezrozumienia i chłodu, bijące ze sceny. Dobrze, że zdarzyły się takie wieczory, jak "Sprawa Dantona", "Smycz", "Ifigenia", "Do piachu". Ale to za mało, aby uznać Spotkania jeleniogórskim świętem teatru. Widz docenia mistrzostwo aktorskie, nie boi się trudnych tematów. Musi jednak dostać szansę nawiązania kontaktu z twórcami, aktorami, tekstem.

MPP
Nowiny Jeleniogórskie online
23-10-2008

Więcej nie zdradzam

"Co mnie trzyma przy życiu
Co mnie trzyma przy tobie
Każe wstawać codziennie
Choć zmęczona nie mogę(...)
Smycz - odpowiedź jest prosta
Smycz- pułapka radosna
Smycz- raz lepiej raz gorzej
Smycz- do nogi przy nodze(...)"

(Maanam: sł. Olga Jackowska, muz. Marek Jackowski)

Krzesło, okulary, wielofunkcyjny kostium, zespół muzyczny w tle, a w centrum On.
Nie ma przepychu, świecidełek, bogatej scenografii, bo w centrum ma być On.
Jego śpiew, ruch, wypowiadane słowa i nastrój, jaki tworzy, stanowią walor tego przedstawienia.
Aktor i jego wszechstronność, jego talent i charyzma - z tym się tu spotykamy.
W dzisiejszych czasach ciężko odnaleźć kogoś, kto potrafi władać swoim ciałem - totalnie.

Jemu to jednak wychodzi i to całkiem nieźle.

Recitalowo - mówiony charakter przedstawienia daje Bartoszowi Porczykowi możliwość ukazania siebie i swoich talentów. I nie ma to jedynie popisowego charakteru. Poza powierzchownym show, które aktor tworzy na scenie, możemy tu odnaleźć szereg refleksji dotyczących współczesnego człowieka; jego uzależnień, namiętności, strachu i ograniczeń, które stawia mu nawet jego własne ciało.

Piosenka Maanamu stanowi tu motyw przewodni, nie tworzy jednak ram ograniczających, w których temat ma się zmieścić. Oprócz partii śpiewanych mamy tu również fragmenty tekstów (Samuela Becketta, Sahry Kane, Antonie Artaud'a), które czasami łączą się tematycznie z całością opowieści, a czasami stanowią odrębne całostki.

Części mówione i śpiewane przeplatają się tu w sposób płynny, wtóruje im świetna muzyka zaaranżowana przez Łukasza Damrycha.

Na zakończenie pozostaje mi jedynie polecić "Smycz" tym, którzy jej jeszcze nie widzieli. Więcej nie zdradzam, by nie skazić odbioru

Ja delektowałam się talentem Porczyka już kilkakrotnie i szczerze przyznam, że wciąż mi mało.

Olga Drąg
Dziennik Teatralny Wrocław
3 listopada 2008

<< powrót