W czwartek 30 września 2010 o godzinie 19:00 na Scenie na Świebodzkim odbyła się prapremiera polska Szosy Wołokołamskiej Heinera Müllera w reżyserii Barbary Wysockiej. Po raz pierwszy w historii na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu zobaczyliśmy sztukę (a ściślej cykl pięciu sztuk) najwybitniejszego po Bertolcie Brechcie niemieckojęzycznego dramatopisarza XX wieku. Reżyserowała laureatka zeszłorocznej Wrocławskiej Nagrody Teatralnej i tegorocznego Paszportu „Polityki”. Premiera Szosy Wołokołamskiej otworzyła jubileuszowy, sześćdziesiąty piąty sezon Teatru Polskiego we Wrocławiu. Spektakl został entuzjastycznie przyjęty przez recenzentów.

 

SZOSA WOŁOKOŁAMSKA - plakat (proj. graf. Michał Matoszko)

 

Oto fragmenty recenzji:

 

„Barbara Wysocka, reżyserka spektaklu, porwała się na rzecz karkołomną. Przenieść na scenę gęsty od znaczeń tekst Heinera Müllera, tak, żeby każde zdanie miało szansę odpowiednio wybrzmieć, jest rzeczą arcytrudną. Reżyserce i aktorom udało się wrócić z tej potyczki z tarczą. Przedstawienie jest świetnie zagrane, ma zmienny rytm i tonację, ewoluującą od chłodnej relacji na początku, przez tragikomiczny teatr absurdu, po kipiący od emocji finał”.

Magda Piekarska
„Gazeta Wyborcza – Wrocław”

 

„Gdyby wszyscy, którzy żyją między Bugiem i Odrą, rozumieli historię tak, jak jedna młoda Polka – Barbara Wysocka, trzydziestolatka, to dzisiejsza Polska byłaby zupełnie inna. […] Najefektowniejszą rolę buntownika stworzył Adam Szczyszczaj. Momentami gra bardzo prowokacyjnie, jakby chciał nas skłonić do linczu. Oczywiście, przez cały pięcioksiąg ta postać ma coraz inne cechy. Aktor rysuje nam ostrą kreską różnych bohaterów, nadaje im różne osobowości – nie tylko te wyposażone w agresję, bezwzględność czy brutalność. Najtrudniejsze zadanie chłodnego komentatora (włączając w to rolę Ojca) miał Adam Cywka. W teatrze strasznie trudno jest nie przekroczyć pewnej granicy emocji i utrzymać widza w przekonaniu, że mówi się ważne rzeczy. I najważniejsze – tymi najskromniejszymi środkami zbudować napięcie. Cywka jak Buster Keaton w niemym kinie nie popełnił ani jednego błędu. Kamienna twarz. Swoje pięć minut dostał też Rafał Kronenberger. Jego gitarowe komentarze w czwartej części miały jakby wartość słów, podobnie jak w pierwszej rytmy wystukiwane na maszynie do pisania. Nie wiemy, czy to zapis relacji chłodnego obserwatora, czy protokół przesłuchania pełnego emocji uczestnika dramatycznych zdarzeń. Wtrącane zdania sugerują jedno i drugie. Cywka i Szczyszczaj mówią jednocześnie, momentami w rytmach przeradza się to w melorecytację, którą pół wieku temu namiętnie wykorzystywał studencki teatr, chociażby wrocławski Kalambur w Futurystykonie. Wysocka bardzo precyzyjnie układa role. Ma niezwykły słuch na frazę zdania, dźwięk, brzmienie słowa, ale trudno się dziwić – jest starannie muzycznie wykształcona”.

Krzysztof Kucharski
„Polska – Gazeta Wrocławska”

 

Szosa Wołokołamska Heinera Müllera we wrocławskim Teatrze Polskim to jedno z ważniejszych wydarzeń kulturalnych tej jesieni. […] Na scenie wystąpiło jedynie trzech aktorów: Adam Cywka, Rafał Kronenberger i Adam Szczyszczaj. Sposób, w jaki zagrali, jest po prostu mistrzowski. Perfekcyjnie dobrani do ról aktorzy, ich niesamowita ekspresja na scenie – i nic więcej nie było potrzebne. Rekwizyty i film wyświetlany w tle zeszły na drugi plan, liczyli się tylko oni i to, co mają do powiedzenia. […] Łamiące język teksty, krzyki, wrzaski i paranoiczne zachowanie – każdy z trójki aktorów stanął na wyskości zadania, tak, że przedstawienie wydaje się zbyt krótkie, bo chciałoby się ich oglądać jeszcze dłużej. […] Dawno już nie widziałam spektaklu o takiej sile przekazu, jak Szosa Wołokołamska. Zarówno reżyserce, znakomicie grającym aktorom oraz całej ekipie przygotowującej spektakl należą się brawa i uwielbienie ze strony publiczności. Kawał dobrego teatru w wersji polskiej i zaczynam wierzyć w to, że Polak naprawdę potrafi pokazać, na co go stać, zwłaszcza jeżeli chodzi o kulturę wysoką”.

Ada Struś
PIK.wroclaw.pl

 

„Wartko interesująca jest Szosa Wołokołamska, na którą, przyznam szczerze, specjalnie nie liczyłem po nie tak w końcu dawnej premierze Cementu tego samego Heinera Müllera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym (w reżyserii Wojciecha Klemma). Ideologiczna estetyka tamtego przedstawienia była nie do zniesienia. Ale, jak się okazuje, Müller Müllerowi nierówny. Barbara Wysocka wykonała pracę od podstaw, ujmując zwarty, monologujący tekst niemieckiego dramaturga w sztukę kameralną, rozpisaną na trzech aktorów. Począwszy od czytelnego scenariusza, skończywszy na niezwyczajnych pomysłach realizatorskich, reżyserka-aktorka po raz kolejny pokazała, że trzeba się z nią liczyć jako z postacią z przyszłej ekstraklasy polskiego teatru. Jej pewność inscenizacyjna, a przy tym otwartość na współpracowniczy wkład w spektakl przyniosły w przypadku Szosy Wołokołamskiej efekty godne uznania. […] To, co we wrocławskiej Szosie najcenniejsze, to Teatr. Nie widać tu bowiem słabego punktu, ani sekundy nieprzemyślanego, puszczonego działania. Wszystko znaczy, od idealnie zaprojektowanej scenografii (Wysocka), poprzez doskonale dobraną muzykę (Wysocka), po arcyważne projekcje (Lea Mattausch) i światło (Justyna Łagowska). Wszystko gra. A aktorstwo – najwyższej próby. Adam Cywka, Rafał Kronenberger, Adam Szczyszczaj w Szosie Wołokołamskiej wzlatują na poziomy chyba jeszcze wyższe niż w swoich wcześniejszych rolach. To zarazem cud-rzemiosło i sztuka”.

Grzegorz Chojnowski
Radio Wrocław

 

„Nowego spektaklu Barbary Wysockiej nie da się zrozumieć bez lekcji historii. Czym była radziecka wojna ojczyźniana i na czym polegał moralny i ideologiczny kac NRD? Przygotowując polską prapremierę Szosy Wołokołamskiej, reżyserka nie chciała nic aranżować pod polskiego odbiorcę. Wysocka przygląda się raczej, jak ta niemiecka historia opowiada się u nas. […] We Wrocławiu wszystkie sceny są odgrywane przez trzech aktorów: Adama Cywkę, Rafała Kronenbergera i Adama Szczyszczaja. Z ich pomocą Wysocka sprawdza, co może łączyć pięć opisanych przez Müller starć nierozumnych postaw i fałszywych idei. Mundury sowieckie zmieniają się niepostrzeżenie w enerdowskie uniformy, emeryt kombatant wojenny zostaje zastąpiony punkowym gitarzystą, aktorzy przylepiają sobie sztuczne wąsy z okularami, jakby w gmachach Stasi pracowały same klony Groucho Marksa. Cały czas dochodzi do przenikania światów. Przestrzeń gry zapełniona przez stoły, krzesła i telewizory z zastygłym obrazem rozstawione w dziwnej konfiguracji może także kojarzyć się z polem bitwy. Nie ma tylko spalonego czołgu, jest trabant z dyskotekową kulą w środku i tajniakiem udającym opozycjonistę. […] Szosa Wołokołamska to spektakl o człowieku zakleszczonym. Uwięzienie w historii jest tak samo złe jak ucieczka z historii na zawsze. W głębi sceny na wielkim ekranie leci czarno-biały film dokumentalny. Marynarze na trałowcu tasakami kroją na plastry dopiero co złowionego wieloryba. Jest w tym coś z ceremonii, a nawet niezrozumiałego, lecz hipnotyzującego performance’u. Miast pokazywać kroniki wojenne, zapętlać ujęcia zrewoltowanego tłumu na Węgrzech, w Niemczech i Czechach, bo do tych wydarzeń historycznych odwołuje się sztuka Müllera, Wysocka uruchamia kanonadę skojarzeń. Krojenie gigantycznego cielska to nasze operacje na pamięci, zjadanie historii. Czy da się zapomnieć? I po co zapominać? Pamiętać, żeby zapomnieć. Zapomnieć, żeby zapamiętać”.

Łukasz Drewniak
„Przekrój”

 

„Niespokojny teatr Heinera Müllera trafił na godnych realizatorów. Język Szosy Wołokołamskiej, chwilami prosty i rytmiczny, chwilami niezrozumiały i poszarpany, wymagał sprawnego wypowiedzenia na głos. Barbara Wysocka dodała mu jeszcze pomysłową oprawę i nie oszczędziła aktorom wysiłku znacznie wykraczającego poza głośne mówienie. Efekt okazał się godny najlepszej artystycznie sceny w Polsce. […] Największą siłą wrocławskiej inscenizacji Szosy Wołokołamskiej jest jednak gra aktorów. Tercet: Adam Cywka, Rafał Kronenberger, Adam Szczyszczaj poradził sobie świetnie nie tylko z karkołomnym chwilami tekstem, ale też zaimponował koordynacją czasową w wymagającej dużej precyzji transmisji kwestii jednego bohatera od ust do ust. Choć postacie niemal ze sobą nie dialogowały, a często nawet nie wchodziły w kontakt wzrokowy, to – przynajmniej w dwóch pierwszych, „rosyjskich” częściach – powtarzały te same kwestie, niemal jednocześnie, na zakładkę, zwielokratniając i wzmacniając tekst”.

Jarosław Klebaniuk
www.g-punkt.pl

 

„Pięć obrazów z XX-wiecznych dziejów Niemiec zostało u Müllera nakreślone przez amatorów, przyuczonych naprędce proletariuszy bez gustu i ambicji. Uderza brak heroizmu, mizeria, śmieszność dawnych wojowników.
Barbara Wysocka, rozdzielając tekst między trzech aktorów świetnie wyglądających w mundurach, podbiła tę śmieszność i połączyła ją z grozą, goryczą. Zagrała na sentymentach, tęsknocie za «wojenką, wojenką» i «malowanymi chłopcami», pokazując ich potem jako udręczonych, wypalonych nieudaczników, powtarzających rytmicznie, tępo, w osłupieniu «i zapomnieć, i zapomnieć, i zapomnieć»”.

Joanna Derkaczew
„Gazeta Wyborcza”

 

„Swój spektakl-koncert według partytury Müllera Wysocka zaczyna dwugłosową relacją z lasu przy szosie Wołokołamskiej, którą na Moskwę w 1941 r. ciągną niemieckie czołgi. Dowódca radzieckiego batalionu – rola rozpisana na dwóch aktorów: Adam Szczyszczaj relacjonuje «na gorąco», Adam Cywka spokojnie, z dystansu – opowiada o swoich dylematach, związanych z wydaniem rozkazu rozstrzelania rzekomego dezertera (Rafał Kronennberger) w celu poprawienia morale żołnierzy. Ta sama trójka aktorów odgrywać będzie kolejne epizody historii Europy Środkowo-Wschodniej, w każdym ważną rolę będą odgrywać czołgi i powtarzać się będzie układ: obrońca systemu kontra buntownik. Żołnierze pod Moskwą, enerdowscy urzędnicy podczas strajku w Berlinie w 1953 r., niemieccy milicjanci oraz ojciec komunista i protestujący przeciw inwazji czołgów Układu Warszawskiego w 1968 r. na czeską Pragę syn. Spektakl Wysockiej – oszczędny w środkach, oparty na słowie, perfekcyjnie zrealizowany i świetnie zagrany – jest podróżą przez historię naszej części świata. Reżyserka za Müllerem wyświetla mechanizmy działania Historii i pokazuje, jak z siłą gąsienic czołgów wyciska swoje piętno na jednostkach. Od siebie zaś dodaje antywojenny song Marleny Dietrich Where Have All The Flowers Gone z powracającym refrenem «Czy się kiedyś nauczą?». Czy znając mechanizmy, potrafimy się z nich wyzwolić?”

Aneta Kyzioł
„Polityka”

 

„Decydując się na obejrzenie Szosy Wołokołamskiej, widz wkracza w umysł człowieka spętanego innym systemem. Spektakl to strumień świadomości bohaterów czy też bohatera, bo nie chodzi o konkretne osoby, raczej o syntezę klatki, w której funkcjonowały jednostki w dobie komunizmu na przestrzeni dekad. W ten odhumanizowany stan wprowadza widzów już pierwsza sekwencja. Widownia i scena zalane są stalowobłękitnym światłem, a trzy bliżej nieokreślone postacie powtarzają wciąż kilka zdań. To preludium powtarzalności historii – sytuacji, w której jednostka nie ma praw. Liczy się system wymagający poświęcenia absolutnego. […]
Aktorzy kreują stany emocjonalne: strach, samotność, bunt, rozpacz. Raz sytuacja postaci wydaje się absurdalna, innym razem przerażająca. Zawsze jednak jest utrzymane wysokie napięcie. Wykreowana przestrzeń jest niezwykle spójna. Widz zatraca poczucie, że jest jedynie obserwatorem, staje się świadkiem emocjonalnie uczestniczącym w doświadczeniach postaci. Chciałoby się zawsze uczestniczyć w wydarzeniach teatralnych o takiej mocy przenoszenia w inny świat”.

Elżbieta Błaszkiewicz
„Przegląd”

Powrót

Najnowsze wpisy

Tagi

Archiwa