17 maja 2016 roku zmarła wybitna wrocławska aktora Halina Skoczyńska. Przypominamy pożegnanie reżysera i aktora Pawła Miśkiewicza.

Po raz pierwszy zobaczyłem Halinę Skoczyńską jeszcze jako student krakowskiej PWST w „Płatonowie” Jerzego Jarockiego. To było dla mnie jedno z silniejszych przeżyć teatralnych. Jak wariat pobiegłem na Rynek, kupiłem kwiaty i poszedłem do nieznanej mi osoby z wyznaniem miłości i podziwu. Nie minęło parę lat i spełniły się moje młodzieńcze marzenia: zaprosiłem ją do zagrania Raniewskiej w moim „Wiśniowym sadzie” Czechowa w Teatrze Polskim we Wrocławiu, który wtedy świeżo objąłem. Po tak istotnej pracy – i dla mnie i dla niej – czekałem ciągle na znalezienie tekstu równie ważnego, odpowiadającego jej apetytowi i talentowi aktorskiemu. Bo Halina byłą osobą szalenie „żarłoczną” zawodowo, nigdy do końca niespełnioną perfekcjonistką, szalenie wymagającą od siebie i od otoczenia, stałe szukającą nowego miejsca dla siebie… Było to jednocześnie jej wielką zaletą, ale i cechą, która czyniła z niej osobę niełatwą w pracy i pewnie w kontaktach życiowych. Teraz myślę, że coś przegapiliśmy – drugiego przedstawienia już razem tutaj nie zrobiliśmy.

Teraz nie ma już i Haliny. Ciągle, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jej nagłe, niespodziewane odejście, to jakaś jej kolejna wielka rola, która zaskoczyła wszystkich. Nie wiem dlaczego, kiedy wyobrażam sobie te ostatnie chwile… to widzę jej wielką Mary Stuart „odchodzącą” w spektaklu Remika Brzyka. Ale i tak jest to myśl, z którą nie sposób się oswoić. Wydawało się, że jest tak silna, przez tyle lat intensywnie pracując w teatrze, ale też w kinie i telewizji, opiekowała się jednocześnie ciężko chorą Mamą. Potrafiła po wieczornej próbie czy spektaklu jechać przez pół Polski, aby się z nią zobaczyć. Jak jakiś heros po prostu. Okazało się jednak, że nadwrażliwa i wewnętrznie krucha Halina musiała gdzieś w sobie kumulować te wszystkie napięcia i ostatecznie teraz żegnamy się z nią przedwcześnie.

Próby z nią były zawsze jak skok na bungee – Halina byłą osobą bardzo wrażliwą na najmniejsze niuanse. Miała cechę nieczęstą u aktorów – wydawało się, że zaczynała żyć życiem postaci, nad którymi pracowała. Łatwo było ją niechcący zranić, bo w jakimś sensie nabierała cech osób, które grała, a większość z nich balansowała na krawędzi równowagi psychicznej, żyła w świecie ułudy, iluzji… Jeszcze rok temu rozmawialiśmy o kolejnej wspólnej pracy – tutaj, we Wrocławskim Teatrze Współczesnym – gdzie rozpocząłem właśnie próby spektaklu opartego na tekstach Tadeusza Różewicza. Przez jakiś czas rozważaliśmy taką możliwość. Wyrzucam sobie, że nie starczyło mi determinacji i uporu, żeby o to zadbać i ją do tego namówić.

Paweł Miśkiewicz, 20.05.2016

Halina Skoczyńska była absolwentką krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego, którą ukończyła w 1977. W 1976, jeszcze jako studentka zadebiutowała rolą Dziewczyny w spektaklu Anna Livia Jamesa Joyce’a na scenie Wrocławskiego Teatru Współczesnego im. Edmunda Wiercińskiego. Występowała na deskach teatrów: Wrocławia,  Krakowa, Łodzi, Poznania czy Warszawy, m.in. takich jak: Bagatela w Krakowie (1977–1978), Współczesnym we Wrocławiu (1978–1983 i 1988–1993), Polskim we Wrocławiu (1983–1987, 1993–1998 i 2001–2004) czy Nowym w Poznaniu (1998–2001). W latach 2004–2007 była aktorką Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, a od 2008 do 2011 występowała w Teatrze Narodowym w Warszawie. W ostatnich latach była aktorką Teatru Dramatycznego w Warszawie. Szerokiej publiczności znana była jako Janina, matka Natalii Boskiej w serialu Rodzinka.pl.

:
Powrót

Najnowsze wpisy

Tagi

Archiwa